~ 6 ~

U Sweetsa

- Tęskniliście?

- O tak, nie było dnia bym nie wspominał naszych sesji – powiedział Booth z ironią.

- Tylko takiej reakcji mogłem się od pana spodziewać – odparł Sweets.

- Ale Słodki, to chyba jasne że nie przychodzimy tu do ciebie bo czujemy taką potrzebę. To nakaz, co nie, Bones?

- W pewnym sensie tak – odparła antropolog.

- Co to znaczy w pewnym sensie? Miałaś mnie poprzeć, a teraz Sweets znów wysnuje jakąś teorię o niemożliwości poprawnej komunikacji.

- No dobrze już. Jeżeli tak bardzo tego potrzebujesz... Zgadzam się z Boothem – powiedziała Bones kierując swoje ostatnie słowa do terapeuty, który cały czas im się przyglądał i słuchał ich wymiany zdań.

- A mi się wydaje, że pani pierwsza odpowiedź była bliższa prawdy. Zarówno dla pani, doktor Brennan, jak i dla pana agencie Booth. – Sweets wyraził swoje zdanie.

- Przepraszam, ale nie rozumiem...

- Bones, to jest psychologia. Tu nic nie jest zrozumiałe.

- Agencie Booth, mimo pańskiego sceptycyzmu i braku zrozumienia psychologii przez pańską partnerkę, to doktor Brennan wysnuła ciekawy wniosek...

- To ja jestem od wysnuwania wniosków – powiedział Seeley.

- Proszę mi nie przerywać – odparł spokojnie Sweets na co Booth zrobił zdziwioną minę. – Już tłumaczę o co chodzi. Otóż, ta terapia rozpoczęła się, gdyż FBI zastanawiało się nad rozdzieleniem waszego duetu. Zgadza się? - zapytał, lecz nie czekając na odpowiedź kontynuował dalej. – Przyszliście do mnie i dalej przychodzicie. Nie są to proste spotkania, ale zawsze... Mogliście zrezygnować z sesji i nic by się nie stało...

- Ale wtedy by nas rozdzielili – przerwała mu tym razem Bones.

- Właśnie. Słuszna uwaga. Zatem przychodzicie tu z własnej woli. Chcecie dalej razem pracować, przebywać w swoim towarzystwie i to powoduje, że wciąż się spotykamy na moich sesjach – dokończył Słodki.

- To żeś teraz pojechał, Sweets – powiedział Booth.

- Ale taka jest prawda.

- Czyli chcesz powiedzieć, że przychodzimy tu bo ja i Booth potrzebujemy swojego towarzystwa, siebie nawzajem? - zapytała Brennan.

- Dokładnie tak.

- Ale przecież gdyby nas rozdzielili to nadal moglibyśmy się spotykać – kontynuowała Tempe.

- A czy teraz pozostaje pani dużo czasu na spotkania towarzyskie? Z kim spędza pani wolny czas?

Bones zastanowiła się przez chwilę. Pytanie było proste, a odpowiedź banalna.

- Z Boothem.

- Ma pani rozwiązanie problemu. Pani i agent Booth tworzycie swego rodzaju jedność. – Sweets zaczął gorliwie gestykulować. – Jesteście jak słońce ikKsiężyc, jak woda i ogień...

- Ale to są przeciwieństwa – przerwał mu Seeley.

- No właśnie. Jesteście różni, a mimo to stanowicie swoje doskonałe dopełnienie, jesteście złączeni razem tak jak przykłady, które podałem – powiedział terapeuta.

Booth i Bones słuchali tego w milczeniu. Czyżby Angela miała rację? przemknęło przez myśl Brennan. Skoro nawet Słodki mówi, że ona i jej partner są stworzeni dla siebie. Niee... to tylko psychologiczne wymysły... a zresztą tu i tak chodzi tylko o naszą współpracę...

Seeley spojrzał na Temperance. Czuł coś do niej, to było pewne. To było coś, co zaczęło się kształtować już dawno, i z każdym kolejnym dniem, miesiącem wspólnej pracy przybierało na sile. Było to coś cudownego, a jednocześnie było swego rodzaju niewiadomą... Co jeśli jest on odosobniony w tym uczuciu? Bones w końcu była jego partnerką, spędzali ze sobą mnóstwo czasu, ale czy to wystarczyło, by ona coś poczuła?

Brennan rozpatrywała właśnie słowa Angeli. Lubiła towarzystwo Bootha, był zawsze wtedy kiedy go potrzebowała, wiedział o niej praktycznie wszystko, znał jej rodzinę, wiedział przez co przeszła. Łączyło ich dużo, ale czy można to było nazwać miłością?

- Zamilkli państwo. A to się rzadko zdarza, bardzo... Zwłaszcza na waszych sesjach – powiedział Sweets przerywając ciszę jaka nastała w gabinecie.

- Po prostu musieliśmy przemyśleć twoje słowa – powiedział Seeley.

- Rozumiem, to może ja nie będę przeszkadzał w dalszym rozważaniu. Na dziś to koniec. Pomyślcie na spokojnie o tym co powiedziałem. Do zobaczenia na kolejnej sesji. – Słodki pokazał, że mogą opuścić jego gabinet. Partnerzy wstali i wyszli w milczeniu.

Szli wolnym krokiem do samochodu, co kawałek zerkając na siebie.

- Masz jeszcze dziś coś do roboty? - zapytał agent kiedy wsiedli już do jego SUV-a.

- Raczej nie, a czemu pytasz?

- Pomyślałem, że może zjedlibyśmy razem kolację? - uśmiechnął się.

- Dobry pomysł. To gdzie jedziemy? Royal Diner?

- A może tym razem do mnie? - zaproponował Seeley. – Zawsze jemy albo w barze, albo u ciebie. Czas na zmiany.

- Masz rację, najwyższa pora...

Tymczasem w Instytucie Jeffersona

- Żartujesz, prawda? - Hodgins podążał za Angelą, która właśnie zanosiła raport do gabinetu Brennan. – Nie powiedziałaś jej tego wszystkiego.

- Jack, zrozum. Ktoś musiał jej to uświadomić. Inaczej dalej będzie błądziła po omacku. Sully'ego nie ma, nic nie stoi na przeszkodzie – odparła Ange.

- Nic? Kochana, Brennan jest przeszkodą, a raczej jej podejście do związków. Wątpię, by twoja przemowa odniosła skutek.

- Zdziwisz się Hodgins. Przecież to jasne jak słońce, że ciągnie ich do siebie...

- Tak jak nas do siebie?

- W podobny sposób. Problem tylko w tym, że oboje są ślepi i nie chcą się do tego przyznać przed samym sobą. Bronią się – powiedziała Montenegro i wyszła z biura.

- Obyś się nie pomyliła...

Dalszą rozmowę przerwał dźwięk telefonu artystki.

- Halo?

- Cześć Ange, tu Tempe. Nie będzie mnie już dzisiaj w instytucie.

- I tak nie ma tu już nic do roboty. Właśnie zostawiłam raport dotyczący Robbinsa w twoim gabinecie. To co zamierzasz dziś robić? Chcesz spędzić ten wieczór samotnie z kieliszkiem wina w ręku, wpatrując się w krajobraz za oknem? - Angela zamierzała trochę uzmysłowić Bones jakie bezbarwne życie prowadzi.

- Może później. Teraz jadę do Bootha na kolację – odparła Brennan.

- Tak? Do jego mieszkania? No nareszcie! Słońce, słyszę że przemyślałaś to co ci powiedziałam.

- Angela, to kolacja jakich wiele. Zresztą obok mnie siedzi Booth, więc może to potwierdzić.

- Dobra, ja i tak wiem swoje. – Angela poczuła, jak ktoś klepie ją w ramię. – Muszę kończyć, Tempe. Do zobaczenia. – Artystka rozłączyła się. – HA! Mówiłam! Tempe pojechała do Bootha! - wykrzyknęła Montenegro i spojrzała na Jack'a. – Czemu mnie szturchasz?

Hodgins nie musiał nic mówić, wystarczyło że skinął głową.

- Ups... - Angela przy zejściu z platformy zobaczyła osobę, której najmniej się spodziewała.

Mieszkanie Bootha

Seeley i Temperance weszli do mieszkania pogrążonego w półmroku. Zasłonięte rolety skutecznie broniły dostępu ostatnim promieniom słońca.

- Rozgość się, a ja zrobię coś do picia. Kawa, herbata a może jakiś sok? - Booth zdjął marynarkę i rzucił ją na kanapę.

- Może być herbata – odparła Bones i usiadła na sofie przed telewizorem. Przy okazji poprawiła niedbale rzuconą marynarkę.

- Robi się, a i zastanów się jakie dziś bierzemy jedzenie. Chińskie, tajskie...

- Meksykańskie?

- Bardzo śmieszne, Bones. Meksyku to ja mam na razie powyżej uszu – krzyknął Seeley z kuchni.

- To może tajskie.

- Zaraz zamówię...

- Poczekaj, rób herbatę. Ja zamówię – przerwała mu Tempe i wykręciła numer do tajskiej knajpy. Gdy skończyła składać zamówienie do salonu wszedł Booth niosąc przed sobą dwa kubki po brzegi wypełnione parującą herbatą.

- Jedzenie już jedzie – poinformowała agenta Bones.

- Świetnie. – Seeley zdjął krawat. – Mamy chwilę czasu. Możemy spokojnie porozmawiać...

- Booth, zaczynam się bać. Ton twojego głosu nie wskazuje na nic dobrego.

- Chyba nie powinnaś się obawiać. Po prostu pomyślałem sobie. No bo pracujemy już tyle czasu razem... Podczas tego czasu byliśmy związani z paroma osobami, jednak to były tylko przelotne romanse... Czy ty...

Nie dane mu było dokończyć, gdyż zadźwięczał dzwonek do drzwi.

- To chyba za wcześnie na dostawcę – powiedziała Brennan.

- Chyba tak. Poczekaj tutaj, sprawdzę kto to i zaraz wracam. – Seeley podniósł się z kanapy i podszedł do drzwi. Gdy je otworzył stanął jak wryty.

Początkowy szok już minął, lecz Booth dalej patrzył jak zahipnotyzowany w stojąca na przeciw niego osobę.

- Nie wpuścisz mnie? - zapytał Sullivan.

- Kto to? - Do ich uszu dotarł głos Brennan.

- Wejdź. – Booth odsunął się na bok, przepuszczając Sully'ego. Gdy Seeley zamknął drzwi, pojawiła się Bones. Na początku nie mogła uwierzyć w to co zobaczyła. Obok siebie stali mężczyźnie bardzo jej bliscy. Starała się nie patrzeć na nich okiem antropologa, ale logiczny umysł sam podsuwał wnioski. Mimo tego, iż wiele razy mogła ich razem obserwować dopiero teraz zauważyła, że przy Boothie Sully wypadał niekorzystnie. Już nie był taki wspaniały...

- Sully? Co ty tu robisz? - zapytała po chwili.

- To może ja wam nie będę przeszkadzał – wymamrotał Booth. – Idźcie do salonu, porozmawiajcie... Jakby coś, to będę u siebie w sypialni.

Bones już chciała krzyczeć, by nie zostawiał jej teraz. Sama nie wiedziała jak ma się zachować. To co kiedyś dawało jej swobodę przy Sullym teraz gdzieś się ulotniło. Pozostało napięcie. Do jej uszu dotarł trzask zamykanych drzwi.

- Tempe, wróciłem. – Sullivan zrobił krok w jej stronę lecz ona się odsunęła, a agent zrobił zdziwioną minę. – Czemu uciekasz?

- Nie uciekam. Zastanawiam się co tu robisz?

- Wróciłem do ciebie.

- I przyszedłeś szukać mnie w mieszkaniu Bootha? - Rozsądek Brennan dał o sobie znać.

- Przypadkowo usłyszałem jak Angela powiedziała gdzie jesteś.

- Byłeś w instytucie?

- Tempe, czy to ważne? Wróciłem, możemy znów odbudować to co nas łączyło – powiedział Sully i zbliżył się do Bones, która za swoimi plecami poczuła ścianę. Już nie miała dokąd uciec. Sullivan pocałował ją, lecz ona odsunęła go od siebie. Spojrzał na nią zdziwiony.

- Nie wiem czy chcę to odbudować – powiedziała Bones i odeszła od niego.

- Jak to? Tempe, co to znaczy? Nie kochasz mnie już?

Brennan nie wiedziała co odpowiedzieć. Prawdę? To go zrani... Ale może to jedyne wyjście z tej sytuacji?

- Czy to ma związek z nim? - zapytał Sully.

- Kogo masz na myśli?

- Bootha! A kogo innego?

- Nie krzycz, to nic nie da – odpowiedziała spokojnie.

- Spałaś z nim! Też mi przyjaciel! A tak podobno kibicował naszemu związkowi. Te jego pogadanki, bym nie pozwolił ci odejść. Co to miało znaczyć? - Sullivan nie mógł powstrzymać emocji.

- To nie tak. Nie spałam z Boothem.

- To co robisz w nocy w jego mieszkaniu? - przerwał jej agent.

Bones nie miała już siły odpowiadać na kolejne absurdalne pytania.

- Tempe, nie oszukuj mnie. Nie oszukuj siebie... Skoro teraz odbywamy taką rozmowę to znaczy, że nic nie jest takie jak było. Już nie ma tamtej Tempe.

- Ja się nie zmieniłam – powiedziała Bones.

- To czemu mnie odtrącasz?

- Bo cię nie kocham! Chyba nigdy nie kochałam... - dodała ciszej.

Sully w milczeniu patrzył na Temperance. Nie wiedział co ma zrobić. Wściekać się czy płakać? Miał ochotę porządnie rozprawić się z Boothem. Co on zrobił jego Tempe? Antropolg chciała coś powiedzieć, lecz Sully jej przerwał.

- Nic już nie mów – powiedział w końcu. – Nie spodziewałem się, że to usłyszę. Ale cóż, stało się. Pozostaje mi tylko życzyć wam szczęścia.

- Sully!

Sullivan wyszedł trzaskając drzwiami.

W tym samym czasie Booth niczym ranne zwierzę krążył po swojej sypialni. To siadał na łóżku, to z niego wstawał. A to podchodził do okna, a to do drzwi nie mogąc znaleźć sobie miejsca. W jego głowie trwała szaleńcza gonitwa myśli. Sully wrócił. Co teraz będzie? Pewnie Bones znów wpadnie mu w ramiona, a już chciał wyznać co czuje. Teraz to nie ważne, jest już za późno. Zdenerwowany walnął pięścią w ścianę. Z salonu nie dochodziły żadne dźwięki. Nic.
Co oni tam robią?, pomyślał, Seeley bądź spokojny, upomniał się w duchu. Przechodził obok drzwi kiedy padło jego nazwisko. Zatrzymał się. Ciekawość okazała się silniejsza. Podszedł jeszcze bliżej. Znów padło jego nazwisko.

- Rozmawiają o mnie? - zapytał sam siebie szeptem. Po chwili znów wszystko ucichło, a potem nastąpił jakiś głuchy łomot. Ktoś trzasnął drzwiami.

- Iść tam czy jeszcze poczekać? - mówił sam do siebie. Ej, w końcu to moje mieszkanie!, pomyślał buntowniczo i wyszedł z sypialni.

W salonie panowała cisza. Początkowo myślał, że nikogo tam nie ma. Dopiero po chwili zauważył Brennan. Siedziała na podłodze. Głowę miała spuszczoną, a kasztanowe włosy zakrywały jej twarz.

- Temperance – szepnął Seely, na co antropolog spojrzała w jego stronę. Nie płakała, ale agent po raz pierwszy nie wiedział co czuje w tej chwili jego partnerka. Czy jest smutna bo Sully ją zostawił? Czy zrobił to przez niego? Booth podszedł do Brennan i klęknął obok niej.

- Co się stało? - zapytał delikatnie, ale nie usłyszał odpowiedzi. Bones natomiast wtuliła się w jego pierś. Zaskoczony Seeley nie wiedział co ma robić w pierwszej chwili, jednak potem już wszystko stało się jasne. Otoczył ją silnymi ramionami.

- To już koniec – powiedziała w końcu Brennan. – Teraz to naprawdę koniec. Sully odszedł na dobre.

- Przykro mi, jeśli to moja wina...

- Nie... to nie jest nikogo wina.

- Ale co się właściwie stało?

- Wyjaśniłam mu coś. Po prostu, nie widziałam sensu...

- Już dobrze. – Booth jeszcze mocniej ją przytulił. Oboje trwali w tym uścisku dłuższy czas, aż rozbrzmiał dzwonek do drzwi.

- To nasze jedzenie – powiedziała Bones.

- Straciłem apetyt.

- Ja też.

Kolejny dźwięk dzwonka.

- Może jednak otworzę, inaczej będzie tak dzwonił do końca świata – powiedział Booth i chciał już wstać, kiedy Brennan go zatrzymała.

- Nie zostawiaj mnie – szepnęła i spojrzała w jego czekoladowe oczy.

- Nigdy, Bones – odparł i pomógł wstać swojej partnerce . Zaprowadził ją na kanapę i usiadł obok niej. Jej głowa cały czas spoczywała na jego torsie. Booth wziął marynarkę leżącą na oparciu i okrył nią Brennan. Antropolog poczuła ciepło i zapach perfum jej partnera. Było jej dobrze. Chciała trwać już tak wiecznie. Nie zauważyli kiedy oboje zapadli w sen.

###

Rozpoczął się kolejny dzień. W instytucie jak zwykle wszyscy byli pochłonięci pracą. Angela kończyła tworzenie bazy danych zawierającą portrety ofiar, jakie udało im się zidentyfikować, a Hodgins uparcie obserwował coś pod mikroskopem. Artystka spojrzała na zegar w rogu ekranu. Była 11:00, a jej przyjaciółki jeszcze nie było. A może już przyszła, tylko tego nie zauważyłam?, pomyślała Montenegro. Nie, ja bym nie zauważyła? Odeszła od komputera i skierowała się w stronę Hodginsa.

- Widziałeś Tempe? Jest już 11:00, a jej nie ma, a przynajmniej tak mi się wydaje.

- Nie widziałem jej. Ale byłem tak pochłonięty oglądaniem Paramecium, że mogłem coś przeoczyć – odparł Jack.

- Myślisz, że ma to związek z powrotem Sully'ego? Może Tempe jest teraz z nim... Biedny Booth...

- Kto jest biedny? - Za plecami Angeli rozległ się głos Seeleya.

- Musisz się tak skradać? - Spojrzała na agenta.

- Nie skradałem się.

- Widocznie twoje nawyki snajperskie jeszcze tkwią głęboko zakorzenione w psychice – dodał Hodgins.

- Taa... a ty co, drugi Sweets? - zapytał ironicznie Seeley. – No to kto jest biedny?

- Nie ważne... A Ty skąd się tu wziąłeś? Bren jeszcze nie ma – powiedziała Montenegro.

- I dziś raczej nie będzie. Potrzebuje chwili wytchnienia po wczorajszych wydarzeniach.
- A co się wczoraj wydarzyło? Booth, nie strasz mnie. Czy ma to związek z Sullym? Pokłócili sie? - dopytywała się artystka.

- Chyba tak.

- Jak to chyba? - znów przerwała.

- Kochanie, daj mu spokojnie wyjaśnić – uspokoił Angelę Hodgins, a Seeley posłał mu dziękczynne spojrzenie.

- Nie wiem czy się pokłócili, ale tak przypuszczam. Bones powiedziała tylko, że to koniec. Tyle... - wyjaśnił Booth.

- A gdzie jest teraz? Pewnie potrzebuje wsparcia...

- Spokojnie, Angie. Jest w bezpiecznym miejscu – odparł Booth i uśmiechnął się.

###

Bones obudziła się sama w wielkim łóżku. Nieśmiało przedzierające się przez rolety promienie słońca padały jej na twarz. Po woli otworzyła oczy. Coś się nie zgadzało. To nie była jej sypialnia, ani jej łóżko. I nadal była w ubraniu. Co się zatem stało? Po chwili jednak powróciły wydarzenia poprzedniego wieczoru. Sully wrócił. Ale rozmowę miała już za sobą. Nie żałowała tego co mu powiedziała i tak nie byłaby w stanie dłużej trwać w tym związku. Wtedy Sully zniknął, a ona wróciła do swoich normalnych zajęć, do współpracy z Boothem. Uśmiechnęła się.
Booth, a gdzie on jest?, pomyślała i wstała z łóżka. Przechodząc przez sypialnię zauważyła swoje odbicie w lustrze. Nigdy nie przywiązywała do rzeczy takich jak starannie ułożone włosy, odpowiedni makijaż zbyt dużej wagi, ale teraz odruchowo wygładziła włosy. Po krótkim rozeznaniu w wyglądzie wyszła z pokoju. Spodziewała się, że w salonie zastanie Seeleya, jednak przywitała ją cisza. Nikogo nie było. Poszła jeszcze upewnić się czy nikogo nie ma w kuchni, lecz i tam go nie było. Zamiast tego do drzwiczek lodówki obok rysunków Parkera była przypięta karteczka.

Hej Bones,

wstałem wcześniej i nie chciałem Cię budzić. Zrób sobie wolne, ja to załatwię w instytucie. Śniadanie masz w lodówce, gdybyś czegoś potrzebowała to dzwoń.

Czuj się jak u siebie, do zobaczenia.

Booth

Brennan uśmiechnęła się ponownie tego dnia na wspomnienie swojego partnera i otworzyła drzwi lodówki. Tak jak napisał Seeley, śniadanie czekało na nią. Wyjęła talerz z kanapkami i postawiła na blacie kuchennym.

W instytucie

- Chcesz powiedzieć, że Bren jest u ciebie? - zapytała Angela.

- Tak. Wczoraj gdy czekaliśmy na kolację Sully zrobił mały nalot na moje mieszkanie i... - przerwał gdyż jego Motorola zaczęła wibrować w kieszeni stalowo-szarej marynarki.

- Booth – powiedział odbierając połączenie.

- Tu Tempe. – Rozległo się po drugiej stronie. Seeley uśmiechnął się. Angela również i gestem pokazała Hodginsowi, by na chwilę opuścił z nią swoje miejsce pracy.

- Hej Bones! Dzwonisz bo potrzebujesz czegoś? Jedno słowo i...

- Nie, dzięki wszystko mam. Dziękuję za śniadanie.

- Mam nadzieję, że smakowało. I tak jak już napisałem czuj się jak u siebie. Powiedziałem Angeli, że dziś już nie pojawisz się w instytucie.

- Booth, ale mi nic nie jest. Mogę pracować – powiedziała Brennan.

- Czy ty nie możesz... - Ktoś poklepał go po ramieniu, Booth odwrócił się. – Cześć, Bones, chwileczkę, tylko skończę – powiedział i z powrotem przemówił do telefonu. - Czy ty nie możesz... - przerwał i ponownie się odwrócił. Przed nim w całej swojej okazałości stała Temperance i trzymała telefon przy uchu.

- Widzimy się w instytucie – powiedziała Brennan i rozłączyła się. Booth patrzył jak jego partnerka chowa telefon do torebki.

- Bardzo śmieszne – powiedział w końcu. – Co ty tu robisz?

- Nie mogłam siedzieć bezczynnie. Znasz mnie przecież – odpowiedziała.

- Ale wczoraj...

- Booth, to było wczoraj. Sprawa z Sully'm jest zakończona. Dziękuję, że mi pomogłeś przejść przez to wszystko...

- Ale ja nic takiego nie zrobiłem...

- Po prostu byłeś. To wystarczy – przerwała mu Bones. – No to ja wracam do pracy.

Booth stał oniemiały cały czas wpatrując się w Tempe.

- A ty nie masz nic do zrobienia? - zapytała w końcu antropolog, by przerwać ciszę.

- Coś by się znalazło – odparł – To może ja pojadę do biura.

- To chyba będzie rozsądne wyjście.

Agent zaczął podążać w kierunku wyjścia. Temperance obserwowała go. Przy szklanych drzwiach Booth się zatrzyma i spojrzał na swoją partnerkę.

- Bones, tylko jakby coś to...

- Wiem, Booth, zadzwonię gdy będę potrzebowała pomocy – przerwała mu, a Seeley się uśmiechnął. Pomachał ręką i zniknął za drzwiami, a Bones ruszyła do swojego gabinetu.

- Czyjej pomocy będziesz potrzebowała? - Nagle, nie wiadomo skąd obok Brennan zmaterializowała się Angela.

- Niczyjej.

- Tak jasne. Rycerz w lśniącej zbroi zawsze jest gotowy, by ruszyć z odsieczą. Zrobi wszystko dla swojej dziewicy...

- Angie, jeśli masz na myśli Bootha i mnie to on nie jest rycerzem, a ja nie jestem dziewicą – przerwała jej Brennan.

- Musisz być taka dosłowna? Czy ty nigdy nie czytałaś bajek? - Artystka spojrzała na Bones, która zdążyła zająć już swoje miejsce za biurkiem – To było złe pytanie...

Na chwilę w gabinecie zapadła cisza, słychać było tylko cichy szmer jaki wydawał z siebie włączony laptop.

- Czy coś jeszcze Angie? Mam trochę pracy...

- Sully.

- Jak mniemam jest zdrowy.

- Wiesz, że nie oto mi chodzi. Był tu wczoraj i słyszał moją rozmowę z tobą, a dziś Booth powiedział że Sullivan był w jego mieszkaniu. Co się stało Tempe?

- Powiedziałam mu prawdę, to wszystko. Wyszedł trzaskając drzwiami – odparła Bones.

- Jaką prawdę, sweety?

- Powiedziałam mu, że go nie kocham, nigdy nie kochałam...

- Wiedziałam! - Pięść artystki wystrzeliła w górę w geście tryumfu, a Bones spojrzała na nią zdziwiona. Po chwili Angela się opamiętała. - Dobra, Bren, to teraz pójdzie już z górki... Prosta droga... A jaki cel. Ach, rozmarzyłam się.

- Nie wiem o czym mówisz – powiedziała Bones.

- O tobie i Seeleyu, a o kim?

- Ja i Booth jesteśmy partnerami.

- Złotko, powtarzasz się. To niby czemu powiedziałaś Sullivanowi że go nie kochasz? - zapytała Angie i położyła ręce na biodrach.

- Bo... bo tak czułam, a raczej nie czułam. To był tylko pociąg fizyczny, biologiczna potrzeba...

- Acha! I tu cię mam! Wpadłaś!

- Gdzie?

- Byłaś z Sully'm tylko dlatego, że jest agentem FBI, jest całkiem dobrze zbudowany i jest, a raczej był przyjacielem Bootha – powiedziała Montenegro.

- Wszystkie te rzeczy się zgadzają, ale...

- Słońce! Sully przypominał ci Bootha! Problemem jest tylko to, że Sullivan jest tylko jego marną kopią.

Angela nie dała szans Brennan, by ta zdążyła odpowiedzieć, gdyż szybkim krokiem opuściła gabinet przyjaciółki, pozostawiając oniemiałą Bones.