~ 7 ~
Po wyjściu z Instytutu Jeffersona Booth pojechał prosto do głównej siedziby FBI. Wrześniowe słońce oślepiało agenta, co skłoniło go do założenia okularów. Z głośników płynęła ostrzejsza nuta, a Seeley podśpiewywał pod nosem bębniąc przy okazji palcami w kierownicę swojego SUV-a.
Po jakimś czasie parkował już przed gmachem Hoovera. Wysiadł z chevroleta i skierował się do wejścia kiedy usłyszał, że ktoś go woła.
- Booth!
Odwrócił się. W jego stronę zmierzał Sully.
- Sully jak... - Nie dokończył gdyż poczuł pięść Sullivana na swojej szczęce. Zatoczył się, ale nie upadł. Dotknął ręką miejsca, w które otrzymał cios. Wyczuł, że warga krwawi. – Świetnie, znów w to samo miejsce. Sully, co jest do cholery?
- Ty mi powiedz!
- O co ci chodzi?
- O Tempe, co jej zrobiłeś że już nie chce być ze mną, co? - zapytał Sully.
- Nic! Nie miałem z tym nic wspólnego, to była jej decyzja! - odparł Booth.
- Kłamiesz. Te wszystkie gadki o tym bym nie pozwolił jej odejść... sprytne, Seeley. Ale ja byłem głupi.
- Sully, to nie tak...
- A jak? Mam ci uwierzyć, że y i Bren jesteście tylko partnerami z pracy? - zapytał z ironią. – Nie oszukuj siebie, nie oszukuj mnie.
- Nie stoję wam na przeszkodzie. To Bones nie chce już z tobą być... - Kolejny cios w szczękę. Seeley spojrzał na ex Brennan, który patrzył na niego z pogardą. – Nie chciałem, ale nie pozostawiasz mi wyboru...
Booth szybko wymierzył precyzyjny cios, a Sullivan upadł na ziemię.
- Nie spałem z Temperance, nie namawiałem jej by ciebie porzuciła. Chcę tylko jej szczęścia, a skoro nie znajdzie go przy tobie… Nie sądziłem, że...
- Że co? - przerwał Boothowi Sully. – Że tak mi na niej zależy? Że jestem w stanie rzucić się na ciebie z zazdrości? Booth! Ja kochałem Tempe, nadal ją kocham!
- Jeśli ją kochasz to nie dręcz jej już. Ona już podjęła decyzję i nie zmieni jej.
- Wiem.
Bootha ogarnęło zdziwienie.
- Skoro tak, to po jaką cholerę przychodzisz tutaj i bezceremonialnie dajesz mi w pysk? - zapytał Booth.
- Kocham ją i podobnie jak ty chcę jej szczęścia. Dlatego przyszedłem tu, by ostrzec cię, że jeżeli ją skrzywdzisz to nie skończy się tylko na rozciętej wardze. Wiedziałem, że prędzej czy później to nastąpi.
- Co?
- Booth, czy ty jesteś ślepy? Myślisz, że Tempe wtedy została tylko ze względu na pracę? Gdyby tak było, teraz byłbym z nią. Tu chodzi o ciebie, o was. Wczoraj, gdy powiedziała mi że mnie nie kochała wszystko stało się jasne. Miałem całą noc na przemyślenia.
Seeley nie wiedział co o tym wszystkim myśleć. Sullivan właśnie przyznawał się do porażki.
- Sully...
- Już nic nie mów. To koniec. Znów wyjeżdżam, myślałem że zostanę, ale chyba nie dla mnie takie życie. Powiedziałem to wczoraj Tempe powiem i tobie. Życzę szczęścia. – Sullivan skinął głową i odszedł, a Booth jeszcze przez jakiś czas go obserwował.
###
Po wyjściu Angeli Brennan wróciła do swoich zajęć, lecz nie mogła się skupić na żadnych raportach, analizach i ofiarach wojny secesyjnej. W głowie cały czas miała słowa przyjaciółki, które natarczywie powracały. W końcu zrezygnowana porzuciła papierkową robotę. Zamierzała skorzystać z cudu myśli informatycznej – Internetu.
Wieczór nie przyniósł żadnej nowej zbrodni, żadnego szkieletu czy nawet nowego rodzaju grzyba odkrytego przez Hodginsa. Instytut Jeffersona zaczął się powoli wyludniać. Jack i Angela wyszli wcześniej, Cam jeszcze nie wróciła. Bones samotnie siedziała w swoim gabinecie, a ciszę przerywał tylko cichy szum pracującego komputera. Niebieskie oczy Tempe z zainteresowaniem wpatrywały się w ekran monitora.
Nazajutrz rano Brennan obudziła się z głową na blacie biurka. Powoli otworzyła oczy i spojrzała na zegarek: 6:30. Pięknie, jeśli Booth się dowie że spałam w instytucie..., pomyślała i potrząsnęła głową, by się do końca obudzić. Omiotła wzrokiem gabinet. Na biurku i podłodze rozłożone były różne papiery, dokumenty, laptop nadal pracował. Tempe wstała i wzięła się za sprzątnięcie całego bałaganu. Zajęta pracą, nie zauważyła że od dłuższego czasu ktoś jej się przyglądał. Booth stał w wejściu i kręcił głową z niedowierzaniem.
- Bones, jeśli to jest to co myślę... to ja już nie mam do ciebie siły.
Antropolog gwałtownie odwróciła się w stronę, z której dobiegał głos.
- A skąd mam wiedzieć co myślisz, nie umiem czytać w myślach. Booth, co ci się stało? - Bones spojrzała na Seeleya, który po wczorajszym zajściu na parkingu miał rozciętą wargę.
- Nic takiego. Drobna scysja z Sully'm, ale już wszystko sobie wyjaśniliśmy...
- Sully ci to zrobił? To moja wina, on myśli że to wszystko, bo... - zaczęła lecz Booth jej przerwał.
- OK., Bones. Już po wszystkim, twój ex wypłynął w kolejny rejs. Sprawa zakończona. Ale nie zmieniaj tematu. Spałaś tu? Czekaj, nie odpowiadaj przecież to oczywiste.
- A gdyby nawet to co? Jestem dorosła i mogę robić co chce i na co mam ochotę – odpowiedziała Brennan, w której odezwała się butna natura.
- Problem w tym, że ty nigdy nie robisz tego na co masz ochotę. Zawsze rozważasz wszystkie za i przeciw...
- Myślę racjonalnie – wcięła mu się w słowo Brennan.
- Tak, jasne. Czasami trzeba pójść na żywioł. Kochaj i szalej i nie myśl co dalej – Szeroki uśmiech pojawił się na twarzy agenta, a Bones popatrzyła na niego dziwnie. – No dobra, może trochę przesadziłem. Ale co powiesz na śniadanie w ramach zadośćuczynienia?
- Nie jestem głodna – odparła, lecz w tym momencie jej brzuch wydał metaboliczny odgłos. – No dobra, może trochę jestem.
Wywołało to jeszcze większy przypływ radości u agenta.
- No to jedziemy!
W Royal Diner
- No dobra, Bones, a teraz powiedz mi co skłoniło cię do spędzenia kolejnej nocy w instytucie? - zapytał Booth, kiedy po skończonym śniadaniu pili kawę przy swoim ulubionym stoliku.
- Nie wiem czy to cię zainteresuje.
- Nie dowiesz się póki mi nie powiesz – zachęcił Seeley.
- Wczoraj znalazłam informację o tym, że profesor antropologii, ten który wykładał kiedy ja jeszcze studiowałam zginął w zamachu.
- To przykre, a jak do tego doszło? - zapytał Booth.
- Jakby ci to powiedzieć... Profesor McConaely, bo tak się nazywał, miał w zwyczaju proponowania najlepszym studentom wyjazdów, w celu zdobycia praktyk. Były to badania antropologiczne i przeważnie polegały na identyfikowaniu szczątek osób, które znajdowały się w masowych grobach. Tym razem też tak było, wraz z grupą studentów wyjechał ponownie do Somalii...
Booth zastygł na dźwięk nazwy państwa, Bones tymczasem dalej kontynuowała.
- Zostali napadnięci przez zamaskowanych napastników. Tym razem nie miał tyle szczęścia.
- Jak to tym razem?
- Bo widzisz... jest coś o czym nie wiesz, chyba nikt w instytucie nie wie... Kiedyś byłam na takiej wyprawie, też w Somalii.
Booth już wiedział do czego zmierzała jego partnerka. Momentalnie w głowie agenta pojawiły się obrazy tamtego wydarzenia. Operacja „Restore Hope", walki w Mogadiszu, odbicie zakładnika...
- Na tamtej wyprawie ja i McConaely też zostaliśmy zaatakowani, tyle tylko, że wtedy jemu nic się nie stało, a ja...
Zostałaś porwana, dokończył w myślach Seeley.
- ...zostałam porwana. Nawet nie wiem ile to wszystko trwało. Dziś już nie robi to na mnie wrażenia, minęło sporo czasu, ale nadal czuję ten strach, tą niepewność. Lecz tak naprawdę to nie to, sprawiło że znów spałam w instytucie – powiedziała Brennan.
- A co w takim razie? - Booth starał się mówić ze spokojem.
- Chciałam znaleźć pewną osobę. Żołnierza, który mnie wtedy uratował. Pamiętam tylko silne ramiona, które mnie zabrały z tamtej piwnicy... Zdaję sobie sprawę, że to było bardzo dawno temu, ale chciałbym mu mimo wszystko podziękować...
- To miło z twojej strony – odparł Booth, któremu nagle zrobiło się duszno.
- Udało mi się znaleźć informację, że w tym czasie w Mogadiszu stacjonowali Rangersi biorący udział w misji ONZ. A to przecież była twoja jednostka, na pewno znasz sporo ludzi, którzy mogliby coś wiedzieć.
- No tak, ale to było tak dawno... - odpowiedział niepewnie agent.
- Moja mama i jej sprawa też nie należały do teraźniejszości, a mimo to pomogłeś mi. Ufam ci i wiem, że mi pomożesz. A poza tym, tym żołnierzem mógł być nawet twój kompan. – Brnęła dalej Tempe.
- Niby tak...
- Chcę odnaleźć tego żołnierza. A ty mi w tym pomożesz.
###
Parę dni później wszystko toczyło się już starym rytmem. Camille wróciła z urlopu cała rozpromieniona, Angela i Hodgins jak zwykle szukali swojego towarzystwa, a Brennan tradycyjnie już zajmowała się badaniem kolejnych szczątek, które zostały zakwalifikowane jako ofiara I wojny światowej.
- Dziś ma przyjść nowy asystent – powiedziała Angela podchodząc do Tempe. – Podsłuchałam jak Cam rozmawiała o tym przez telefon.
- Jeżeli to będzie znów ktoś niekompetentny, to niech lepiej się tu nie pojawia – odparła antropolog i skończyła przyglądać się czaszce leżącej na stole.
Dalszą rozmowę przerwało pojawienie się Bootha, który dołączył do kobiet stojących na platformie.
- Witam moje drogie panie – powiedział i uśmiechnął się.
- Cześć – odparła Angela. – Przyszedłeś pomóc nam w identyfikacji?
- Nie, wpadłem tylko po Bones. Mamy kolejną sprawę.
- Co tym razem? - zapytała Brennan i zaczęła ściągać lateksowe rękawiczki.
- To co lubisz: ciało w rozkładzie, odurzający odór czyli smród na kilometr no i kości. Normalka – odparł agent.
- Zaraz będę gotowa. – Bones zeszła z platformy i udała się do swojego gabinetu.
W międzyczasie Angela postanowiła porozmawiać z Boothem o Sullivanie.
- Widziałeś ostatnio Sully'ego?
- Od zdarzenia na parkingu nie. Mówił wtedy, że wyjeżdża – odparł.
- Słyszałam od Tempe, że daliście sobie po razie... Ale to dobrze, to nawet lepiej że wyjeżdża... - Urwała, gdyż zauważyła powracającą Temperance z torbą na ramieniu.
- Możemy jechać – powiedziała antropolog.
- Świetnie. Do zobaczenia, Angela. – Booth pożegnał się z artystką i wraz z Bones opuścił Instytut Jeffersona. W głowie jednak pozostało pytanie, dlaczego Angie twierdziła, że zniknięcie Sullivana było słuszne.
###
Jakiś czas później Booth zaparkował swojego SUV-a niedaleko policyjnych radiowozów i wraz z Bones udał się na miejsce, gdzie było największe skupisko ludzi. Policyjni technicy odgradzali teren żółtą taśmą i upominali gapiów, by nie wchodzili na odgrodzony teren. Seeley poprowadził swoją partnerkę w uliczkę jaką tworzyły dwa bloki. Między nimi było jakieś 10 metrów odstępu, lecz teraz wydawało się znacznie mniej gdyż znaczną przestrzeń wypełniali technicy i federalni. Po obu stronach murowanych budowli stały olbrzymie kontenery na śmieci.
- Gdzie szczątki? - zapytała Tempe.
- W kontenerze. – Agent wskazał na zsyp stojący pomiędzy innymi.
Bones skierowała swoje kroki we wskazanym kierunku. Gdy była już blisko mogła poczuć charakterystyczny zapach rozkładającego się ciała. Odór śmierci. Lata pracy znieczuliły ją na tego typu odczucia, dla jej partnera to jednak wciąż nie było przyjemne doświadczenie. Widziała jak się krzywi idąc obok niej.
Brennan zajrzała do wysokiego kontenera. Pod stertą śmieci było ciało w stanie dość zaawansowanego rozkładu.
- Ale cuchnie – powiedział Booth, kiedy dołączył do Tempe i teraz oboje zaglądali do zsypu.
- Nie widzę dokładnie ciała. Muszę tam wejść...
- Co? Chcesz wejść do kontenera pełnego śmieci? Bones, czyś ty zwariowała?
- Założę kombinezon i sama odsunę odpadki, które utrudniają oględziny.
- Ale czy nie mogą tego zrobić technicy? - zapytał Seeley, ale wzrok jego partnerki powiedział mu co ona sądzi na ten temat. – OK. Pójdę już po ten skafander astronauty dla ciebie.
- Kombinezon. Przynieś dwa.
- A po co ci aż dwa? Chwila, chyba nie myślisz, że... Bones!
15 minut później Booth i Brennan byli już w kontenerze. Antropolog delikatnie zdejmowała odpadki, odsłaniając szczątki, a Booth dzielnie jej pomagał.
- Boże, za jakie grzechy? Mam tylko nadzieję, że moje poświęcenie nie pójdzie na marne. Oby ten lub ta był/była tego wart/warta.
- To był mężczyzna – powiedziała Brennan.
- No proszę, trochę grzebania w śmieciach i od razu mózg robi się jaśniejszy. No to co tam odkryłaś?
- Na kościach jest nadal dużo tkanki miękkiej, ale z tego co udało mi się zobaczyć był to mężczyzna, rasy białej, wiek 30 – 40.
- A czas zgonu?
- Biorąc pod uwagę wysokie temperatury, które przyspieszają proces rozkładu, zakładam, że zgon nastąpił jakieś trzy dni temu – powiedziała Bones.
- Rozumiem, że jeszcze nie możesz mi powiedzieć co spowodowało jego śmierć – zapytał a raczej stwierdził agent.
Bones pokręciła głową.
- Trzeba przewieźć ciało do instytutu, tam po odpowiedniej obróbce będę mogła powiedzieć więcej.
- OK. To czas najwyższy na wyjście z tego śmietnika. – Booth wyszedł pierwszy i pomógł to samo zrobić Tempe. – Hej! - Zagwizdał przeciągle co spowodowało, że wzrok kilkunastu osób spoczął na nim oraz Bones. – Mógłbyś? - zwrócił się do młodego człowieka stojącego najbliżej.
- Tak, agencie Booth? - Technik zdawał się być lekko onieśmielony.
- Przypilnuj, aby te szczątki zostały dostarczone do Instytutu Jeffersona w nienaruszonym stanie – polecił Seeley, jednocześnie ściągając z siebie kombinezon.
- Tak jest.
Brennan w tym czasie też zdążyła pozbyć się roboczego uniformu i rozglądała się teraz po uliczce, szukając czegoś, co mogłoby pomóc w śledztwie. Po chwili dołączył do niej Booth.
- Coś przykuło twoją uwagę ?
- Nie można przykuć uwagi.
- Dobra, zapytam inaczej. Czy coś zwróciło twoją uwagę?
- Nie – odpowiedziała. – Miejsce takie samo jak tysiące innych.
- Agncie Booth, doktor Brennan. – Do partnerów podszedł mężczyzna, na oko trochę starszy od Bootha. Czarne włosy i zarost kontrastowały z blada cerą. Był wysoki i mimo tego, że wydawał się chudy czuło się, że nie jest słaby. – Nick Serrano, agent śledczy – przedstawił się.
Booth skinął głową w powitalnym geście, a Bones poddała agenta obserwacji.
- To pana ludzie dostali zgłoszenie? - zapytał Seeley.
- Tak, ciało znalazł uliczny włóczęga. Został on już zabrany do biura, by można go było przesłuchać – odpowiedział Serrano.
- Dobrze, zaraz się tym zajmę – odparł Booth.
- To już wszystko, do zobaczenia w takim razie. - Agent odszedł a Booth spojrzał na Bones.
- Do zobaczenia? Czy mamy zamiar się z nim umówić na herbatkę? - zapytał.
###
- Dziwny ten Serrona – powiedział Seeley Booth, kiedy wracał wraz z Tempe z miejsca zbrodni.
- Serrano – poprawiła go, nie odrywając wzroku od widoku za szybą.
- Serrona, Serrano... mało ważne. Mam nadzieję, że już go nie spotkam.
- Pracuje w FBI tak jak ty, więc...
- Niech się trzyma z daleka, nie podoba mi się ten typek. Zawieźć cię teraz do instytutu?
- Tak, mam nadzieję że zaraz przywiozą szkielet – odpowiedziała Bones.
- A ja w takim razie przesłucham tego włóczęgę.
- Wątpię, by miał jakieś cenne informacje.
- A skąd ta pewność?
- Pewnie błąkał się po okolicy i poczuł dziwny zapach, zaciekawiony postanowił odkryć skąd się wydobywa odór i w ten sposób znalazł ciało – wyraziła swoje zdanie Brennan.
- Mimo wszystko nie możesz zakładać z góry, że ten biedak nic wie. Może być bardzo wartościowy... A zresztą nie należy oceniać ludzi po ich statusie majątkowym.
- Nie oceniłam go na tej podstawie – odparła.
- Już się nie tłumacz. A tak zupełnie abstrahując od tematu to uważam, że w życiu są znacznie ważniejsze wartości niż pieniądze – powiedział Seeley.
- Tak, jakie?
- Honor, godność, wiara, miłość – wymienił.
- Co do wiary bym polemizowała. Jest ona tylko wymysłem ludzi mającym na celu stworzenie czegoś, czemu osobniki miałyby podporządkować swoje życie. To czysta fikcja...
- A całun turyński?
- To falsyfikat.
- To nie zostało potwierdzone, Bones. To może teraz mi jeszcze powiesz, że Biblia i Ewangelie to takie Gwiezdne Wojny w wersji pisanej? - zapytał Booth, a Bones spojrzała na niego dziwnie. – Nie było pytania.
- Ale sam zacząłeś...
- I żałuję – odparł.
- Jak chcesz – powiedziała Brennan i skrzyżowała ręce na piersi. Reszta drogi upłynęła w milczeniu. Po jakimś czasie Seeley wysadził Tempe przed instytutem, a sam pojechał do biura, by przesłuchać świadka.
Bones nie chciała się przyznać, ale trochę się zdenerwowała ta drobną scysją. Kiedyś takie rzeczy były na porządku dziennym, wymieniali w ten sposób swoje uwagi, ale ostatnio... Ostatnio coś sprawiało, że Tempe nie lubiła się kłócić ze swoim partnerem. Wolała go mieć po swojej stronie, wiedzieć że co by się nie stało on zawsze będzie gotowy pójść za nią.
Przeszła przez szklane drzwi i zobaczyła swoich współpracowników skupionych w jednym miejscu. No tak, nowy asystent, pomyślała zrezygnowana. Znowu jakiś uczniak. Chciała rozpędzić zbiegowisko, kiedy ludzie sami się rozeszli widząc nadchodzącą Bones. Oczom antropolog ukazał się nowy asystent.
- Dzień dobry, doktor Brennan.
Pokój przesłuchań – siedziba FBI
Na prostym, drewnianym krześle siedział starszy człowiek. Wyglądał niedbale, na sobie miał kilka warstw ubrań, tak jakby nosił cały swój dobytek. Twarz pokryta była zarostem, wyrażała spokój, jedynie oczy poruszały się niespokojnie rozglądając się po pomieszczeniu.
Gdy do pokoju wszedł agent Booth, mężczyzna nawet nie drgnął.
- Witam panie... - Seeley zerknął do teczki. – Torrent.
- Mów mi Luke.
- Ok. Panie Luke w takim razie. Mam parę pytań, na które mam nadzieję uzyskam odpowiedź – powiedział agent i usiadł na krześle po przeciwnej stronie stołu. – Poinformowano mnie, że to pan znalazł ciało, tak?
- Zgadza się.
- Kiedy to się stało?
- Dziś rano. Jak co dzień wybrałem się na rundkę po okolicy, by se co do żarcia skombinować, a że to ulica na której pełno knajp i pubów to o jedzenie na śmietnikach nie trudno. – Mężczyzna uśmiechnął się pokazując przy tym ubytki w jamie ustnej. Booth poczuł irracjonalny ból zęba.
- A czy zauważył pan coś niezwykłego? Coś co zwróciło pańską uwagę?
Biedak podrapał się po głowie.
- Czy ja wiem? Nic nie słyszałem, tylko ten smród mi nie pasował...
- Rozumiem. – Booth zaczął przyznawać Bones rację, chyba już nic więcej nie dowie się od tego faceta. Chciał już zakończyć przesłuchanie, kiedy włóczęga nagle powiedział.
- Nie wiem czy to coś da, ale obok kontenera znalazłem to – z kieszeni kurtki Luke wyciągnął skórzany portfel.
