~ 11 ~

Brennan przyglądała się swojemu odbiciu w lustrze. Miała na sobie czarną, dopasowaną suknię bez ramiączek. Długie, rubinowe kolczyki mieniły się przy każdym ruchu, a zwykle rozpuszczone włosy zostały upięte w prosty, ale efektownie wyglądający kok.

- Bren, wyglądasz zjawiskowo. – Obok antropolog pojawiła się Angela. To ona stanowiła ratunek w takich sytuacjach i to właśnie ją Temperance poprosiła o pomoc w przygotowaniu się do balu, bo kto jak kto, ale jej przyjaciółka miała doskonałe wyczucie stylu. – Booth padnie, kiedy cię zobaczy.

Bones spojrzała na artystkę.

- Booth nie jest typem mężczyzny, który zwracałby uwagę tylko na wygląd...

- Słonko, Seeley to facet, a facet równa się wzrokowiec.

Bones uśmiechnęła się.

- Owiniesz go sobie wokół palca. W takim stroju nikt ci się nie oprze. A poza tym na pewno będziesz się dobrze bawić – powiedziała Montenegro.

- Ja nie idę się bawić tylko pracować. Mam wraz z Boothem zadanie, które musimy wykonać...

- Ale to zadanie polega na tym, że musicie wtopić się w tłum, a wiesz, co jak co ale stanie jak kołek na środku parkietu to nie najlepsza metoda.

Temperance chciała wyrazić swoje zdanie, lecz w tym momencie zabrzmiał dzwonek.

- Twój partner przyszedł – powiedziała artystka i z uśmiechem wyszła z sypialni, by otworzyć drzwi. Nie pomyliła się. – Witaj, Booth, uuuu... lala...

- Co się stało? - zapytał zaskoczony agent zauważając wzrok Angeli utkwiony w nim.

- Hmmm... zawsze wyglądałeś dobrze w garniturze, ale tym razem przeszedłeś samego siebie – skomentowała Angela. Miała rację. Czarny garnitur doskonale „leżał" na agencie federalnym, a śnieżnobiała koszula aż raziła swoim blaskiem. Dopełnienie stanowił ciemno-bordowy krawat i eleganckie buty.

- Jest dobrze? - zapytał Seeley na co Montenegro pokiwała głową z uznaniem.

- Ale poczekaj aż zobaczysz Tempe...

Booth wszedł do salonu.

- Gdzie jest Bones?

- W sypialni. Tempe! - krzyknęła Angela. Po chwili niepewnym krokiem do salonu weszła Brennan.

Booth oniemiał. Jego partnerka wyglądała przepięknie. Z dala od instytutu i laboratoryjnego fartucha w wieczorowej kreacji wyglądała jak bogini. Wpatrywał się w nią jak zahipnotyzowany, niezdolny do wypowiedzenia prostego słowa. Angela natomiast tylko się uśmiechnęła. Nie zwraca uwagi na wygląd? Jasne...

Bones nie wiedziała co o tym wszystkim myśleć. Jej partner stał niczym kamienne rzeźby z wykopalisk i nic nie mówił. Nie podoba mu się sukienka?', przeszło jej przez myśl.

- Tmperance, wyglądasz ślicznie – powiedział w końcu Booth, a Brennan poczuła jak olbrzymi ciężar spadł jej z serca. Ale czemu aż tak bardzo pragnęła jego akceptacji? Dlaczego?

- Dziękuję – odpowiedziała. – Ty też dobrze się prezentujesz.

Seeley od razu przybrał dumną pozę.

- Gotowa?

Bones przytaknęła.

- Czy zatem można panią prosić? - Booth wystawił swoje ramię.

- Oczywiście. – Tempe wzięła swój płaszcz i podała rękę swojemu partnerowi.

###

Booth i Bones jechali w specjalnie na tą okazję wynajętym Lexusie. Seeley jak zwykle prowadził.

- Wiesz jak się nazywamy? - zapytał agent kiedy zatrzymał się parę przecznic przed celem podróży. Chciał mieć pewność, że wszystko jest jasne i nie będzie żadnych problemów.

- John i Claire Maxwell. Jesteśmy małżeństwem...

- Właśnie! Zapomniałbym... - Seeley zaczął przeszukiwać kieszenie swojej marynarki. Po chwili wyjął z jednej z nich małe pudełeczko.

- Co to jest?

- Obrączki. – Booth otworzył puzderko i na granatowej wyściółce Bones zobaczyła dwa złote krążki. – Mogę? - Agent wziął mniejszy z nich i ujął dłoń

Brennan. Czuł się dziwnie wsuwając na jej smukły palec tak znaczący symbol, który w tym przypadku był tylko rekwizytem. – Pasuje?

- Tak. – Tempe przyjrzała się obrączce na swoim palcu.

- To teraz moja...

- Poczekaj – przerwała mu antropolog i wzięła obrączkę przeznaczoną dla Seeleya. – Ja to zrobię.

Ostrożnie wsunęła krążek na palec agenta.

- Jak na prawdziwym ślubie – powiedział.

- Ślub to tylko umowa, nic więcej.

- Nieprawda, Bones.

- Jaki jest sens w przysięganiu sobie miłości przed tłumem osób. Czy nie wystarczy tylko przekonanie, że druga osoba nas kocha? Po co to całe zamieszanie z kwiatami, księżmi... Wiem, że myślisz inaczej, ale spójrz na to z naukowej strony. Wiązanie się z jednym partnerem na całe życie nie sprzyja rozwojowi gatunku, jest bezsensowną umową ograniczającą dwoje ludzi...

- Tempe, wierz mi, że na pewno spotkasz taką osobę, z którą będziesz chciała zawrzeć taką „umowę" – odparł Booth. Brennan spojrzała na niego lecz nic nie odpowiedziała. – No ale chyba powinniśmy już jechać. Bal już się rozpoczął – powiedział Seeley i uruchomił silnik.

Wjeżdżając na teren posiadłości Petera Dorbaczenki, partnerzy nie spodziewali się, że będzie ona aż tak olbrzymia.

- Jezu Bones, wiesz ile tu musi być hektarów... - powiedział Booth szeptem kiedy zaparkował na podjeździe obok innych luksusowych aut. Pomysł z wynajęciem Lexusa okazał się strzałem w dziesiątkę. Czarny wóz niczym nie ustępował stojącym obok Maybachom i Mercedesom.

- Nie dziw się tak, to miliarder. Stać go na takie rzeczy – odparła Brennan.

- Wiem, ale to i tak przekracza granice mojej wyobraźni. – Agent wysiadł z samochodu i poszedł otworzyć drzwi swojej partnerce. Chwilę potem wchodzili już po marmurowych schodach do wnętrza domu, a wręcz pałacu. Po obu stronach ustawione były lampiony rzucające nikłe światło. Seeley cały czas kręcił głową z niedowierzaniem.

- Przypominam, że teoretycznie mamy taką posiadłość w Los Angeles, więc nie pozwól, by twoja mina nas zdemaskowała – szepnęła Temperance.

- Ależ oczywiście, moja droga Claire – odpowiedział jej uśmiechem. – Mamy taką willę w Los Angeles. A w Waszyngtonie mieszkamy w penthausie, który ostatnio kupiliśmy... I dziwnym zbiegiem okoliczności należał on do Bronsona.

- Dokładnie.

- Co nie zmienia faktu, że jestem ciekaw czy coś znajdziemy.

- John, właśnie po to tu przyszliśmy – odparła Brennan.

- Masz całkowitą rację, kochanie. Zatem wtopmy się w tłum. – Bones i Booth pewnym krokiem weszli na salę bankietową.

Kobiety w wieczorowych sukniach i mężczyźni wystrojeni w garnitury od najlepszych projektantów tworzyli barwny korowód na sali bankietowej. Część z nich z kieliszkiem szampana lub szklaneczką whisky podziwiała pary wirujące na parkiecie w rytm muzyki rozbrzmiewającej w całym pomieszczeniu. Temperance i Seeley byli jedną z tych tańczących par. Prezentując swoje taneczne umiejętności dyskretnie obserwowali otoczenie. Byli przygotowani na wszystko. Ich zadanie polegało na zdobyciu zaufania Dorbaczenki oraz na znalezieniu jakichkolwiek dowodów na to, że miał on związek ze śmiercią Philippa Bronsona.

- Gotowa? - szepnął jej do ucha agent.

- Na co?

- Na to. – Seeley obrócił ją dokoła i wykonał efektowne przechylenie. Niespodziewająca się niczego Bones poddała się mu bezwładnie.

Muzyka zmieniła się na bardziej rozrywkową, a partnerzy zeszli z parkietu i skierowali się na patio.

- Nie wiedziałam, że jesteś takim dobrym tancerzem – powiedziała.

- A ja nie przypuszczałem, że ty tak dobrze tańczysz – odparł.

- Ale przecież już mieliśmy okazję...

- Tak, ale tamto miało miejsce w barze i co więcej ratowałem cię przed grupą napalonych typków – przerwał jej Booth.

- Napalonych?

- Tylko nie mów, że nie wiesz co to znaczy.

- Wiem. – Tempe posłała mu czarujący uśmiech. – Chyba Dorbaczenko do nas idzie – szepnęła nachylając się w stronę agenta jakby od niechcenia poprawiała mu krawat. Rzeczywiście, w ich kierunku zmierzał organizator balu.

- John i Claire Maxwell, tak? Witam na moim przyjęciu! – Rosjanin powitał partnerów, antropolog mogła mu się dokładnie przyjrzeć. Zdjęcie, które widziała nie różniło się od oryginału. Dorbaczenko był wysokim, chudym mężczyzną z zarostem, którego nie powstydził by się sam Karol Marks. – Jak to mówią w Rosji: Добро пожаловать / Witajcie.

- Спасибо. У вас большой дом / Dziękujemy. Ma pan wspaniały dom – odpowiedział Booth, czym wprawił Bones w niemałe zdziwienie.

- Nareszcie spotkałem osobę, która zna mój ojczysty język, toż to radość dla moich uszu – odparł Dorbaczenko. – Ma pan śliczną małżonkę. – Rosjanin spojrzał w kierunku Brennan.

- O tak.

- Dziękuję za komplement – powiedziała antropolog.

- Nigdy wcześniej nie miałem okazji państwa poznać...

- Jesteśmy z Los Angeles. Przylecieliśmy do Waszyngtonu jakiś czas temu w interesach, ale tak nam się spodobało, że już kupiliśmy mieszkanie. – Seeley uśmiechnął się czarująco, a Tempe była pod wielkim wrażeniem. Jej partner mówił niczym prawdziwy dyplomata.

- Ja też zakochałem się w Waszyngtonie, a że jeszcze prowadzę tu własną firmę...

- Słyszeliśmy o niej. Jest pan prawdziwym monopolistą – powiedziała Brennan i uśmiechnęła się.

- Droga Claire, mogę się tak do pani zwracać? - zapytał Dorbaczenko. – O ile ty i twój mąż nie macie nic przeciwko temu...

- Skądże – odparł Booth ze spokojem.

- Tak więc, droga Claire, to są lata pracy okupione ciężkim wysiłkiem i trudem.

Ciekawe iloma ofiarami? dodała w duchu Bones, ale nadal stała obok Seeleya promiennie się uśmiechając.

- To fascynujące – rzekła, kiedy Dorbaczenko zakończył swoją opowieść. – Jesteśmy pod wrażeniem, prawda kochanie? - zwróciła się do Bootha.

- Tak, ogromnym – odparł. Agentowi nie umknęło, że Bones zwróciła się do niego per kochanie. Booth, uspokój się, to tylko część kamuflażu. Wiedział, że to prawda, ale i tak słowa jego partnerki wywarły na nim duże wrażenie.

- Przepraszam, ale jako gospodarz muszę przywitać także innych gości. Miło było was poznać. – Dorbaczenko uścisnął dłoń Bootha, pocałował dłoń Tempe i odszedł do innych gości bawiących się na sali.

- Prawdziwy Rosjanin i rosyjski bal, szkoda tylko że nie spróbuję vodki, takiej rosyjskiej – powiedział jakiś czas później Booth, kiedy ponownie tańczył wraz z Bones.

- Nie wiedziałam, że znasz rosyjski.

- A niby jak według ciebie zasiliłem szeregi FBI?

Brennan spojrzała na niego pytająco, a Seeley zrozumiał że oczekuje wyjaśnień.

- By zostać agentem trzeba także znać język obcy, najlepiej taki który jest rzadko używany na terenie Stanów Zjednoczonych. Wielu agentów zna chociażby wietnamski czy arabski, a ja znam rosyjski. Nie wiesz o mnie wszystkiego – odparł przekornie i przechylił ją do tyłu. Spojrzeli sobie w oczy.

- Naprawdę? To może coś mi zdradzisz? Taki mały sekret.

- Sekretów się nie zdradza. – Uśmiechnął się i postawił Brennan z powrotem. – To duży dom, jak znajdziemy gabinet Dorbaczenki?

- Zwyczajnie.

- Bones to znaczy Claire, nie możemy błądzić po cudzym domu. Od razu pomyślą, że czegoś szukamy.

- To skłamiemy, że idziemy do toalety, a raczej że jej szukamy – odpowiedziała rezolutnie antropolog.

- Jaka pani sprytna. OK, gotowa w takim razie? - zapytał Seeley.

Temperance przytaknęła.

Szli korytarzem, który oświetlało jedynie światło księżyca wpadające przez olbrzymie okna. Jak do tej pory, nie spotkali nikogo na swojej drodze.

- No i gdzie ten gabinet? - szepnął Booth.

- A skąd mam wiedzieć.

- Znajdziemy, tak zwyczajnie. – Agent zaczął przedrzeźniać swoją partnerkę.

Z każdą kolejną minutą ich irytacja wzrastała. Przemierzali puste korytarze już od piętnastu minut nie odnosząc spodziewanych rezultatów.

- Booth, to tutaj – szepnęła Brennan i zatrzymała się przed mahoniowymi drzwiami.

- Skąd wiesz?

- Bo jest tabliczka. – Tempe wskazała na mosiężną płytkę przymocowaną do drzwi, widniał na niej napis: GABINET.

- Jezu! Co za kretyn podpisuje pokoje we własnym domu? - zdziwił się Booth.

- Gdybyś miał tyle pomieszczeń też byś je podpisał. A my powinniśmy być wdzięczni temu kretynowi.

- Dobra, dobra. Chodź. – Seeley ostrożnie nacisnął klamkę. Na szczęście drzwi były otwarte. Gdy znaleźli się w środku, agent szybko zamknął je za sobą. Bones stanęła w pół kroku wpatrując się w to, co zobaczyła. Pokój, w którym się znaleźli nie przypominał zwyczajnego gabinetu a małą bibliotekę. Ściany zastawione były wysokimi regałami, na których w równych rzędach stały książki. Na środku pomieszczenia stało masywnie wyglądające biurko, na którego blacie ze starannością poukładane były drobiazgi pasujące do wystroju wnętrza.

- No nieźle... - Do Bones dołączył Booth. – Ale nie przyszliśmy tu podziwiać książek. Musimy szybko coś znaleźć i już nas nie ma.

- Wyjątkowo przyznam ci rację – odparła Brennan i zapaliła lampkę stojąca na biurku, po czym wraz z agentem zabrała się za przeszukiwanie gabinetu.

- Tu nic nie ma – powiedziała po jakimś czasie antropolog, kiedy już trzeci raz przeglądała teczki leżące w jednej z szuflad biurka. – A ty coś masz?

- Nic, więc albo facet jest bardzo sprytny i wszystko dokładnie ukrył, albo nasz Rosjanin jest czysty i nie znajdziemy tu nic, co pomogłoby wtrącić go do więzienia – odparł agent.

- Nie chcę wysnuwać wniosków, bo ty od tego jesteś, ale skłaniam się do drugiego wariantu podanego przez ciebie. – Bones odłożyła teczki na swoje miejsce i wyłączyła lampkę. – Myślę, że już nic tu po nas, lepiej wracajmy na salę, bo...

Temperance przerwała gdyż zdawało jej się, że coś usłyszała. Stała teraz nasłuchując, Booth również zastygł w oczekiwaniu. W oddali usłyszeli kroki. Ktoś się zbliżał do gabinetu.

- Jasna cholera – syknął Seeley zdając sobie sprawę, że ich położenie jest bardzo niekorzystne. Nie mieli żadnych szans na ucieczkę. Mogli tylko liczyć na to, że osobnik nie zamierza wejść do gabinetu. Kroki stawały się coraz głośniejsze i nagle ucichły. Ktoś był przy drzwiach.

- Chodź tu – szepnął Booth i przyciągnął do siebie Brennan, która nie wiedziała o co chodzi jej partnerowi. Przecież to koniec. Znaleźli nas. Tymczasem Seeley poprowadził Bones do biurka i delikatnie ją na nie pchnął, tak że teraz antropolog była zakleszczona między Boothem a meblem.

- Spokojnie – szepnął agent do jej ucha. Jego oddech omiótł jej szyję. Brennan przeszedł dreszcz.

Ktoś nacisnął klamkę i drzwi się otworzyły.

Do gabinetu wszedł nie kto inny jak jego właściciel, czyli Peter Dorbaczenko, a to co zobaczył wprawiło go w lekkie zdziwienie. O biurko oparta była jakaś kobieta, niestety w mroku nie mógł dostrzec jej twarzy. Nad nią pochylał się mężczyzna. Całowali się. Jego dłoń błądziła po udzie kobiety, a jej ręce oplatały jego szyję przyciągając go do siebie. Byli tak sobą pochłonięci, że nawet nie zauważyli, że od jakiegoś czasu ktoś im się przygląda. Dorbaczenko odchrząknął znacząco i zapalił światło. Para zastygła i po chwili oderwała się od siebie.

- Przepraszam, że przeszkadzam... - zaczął miliarder, a Booth i Bones spojrzeli w jego stronę. - Claire i John? No proszę.

- Proszę nam wybaczyć – odparł Seeley. – Niedawno się pobraliśmy.

- Właśnie – dodała Bones i dla zwiększenia efektu przytuliła się do agenta, który objął ją ramieniem. – Naprawdę przepraszamy.

- Nic nie szkodzi. Sam pamiętam jak to było ze mną i Sophią. Sophia to moja żona – odparł Rosjanin.

- Jest nam wstyd, naprawdę. Nie będziemy zatem już przeszkadzać – powiedział Booth.

- Jeszcze raz przepraszamy za ten incydent – dodała Tempe. – Chodź, kochanie, wracamy na przyjęcie.

Dorbaczenko tylko się uśmiechnął, a Bones i Booth opuścili gabinet.

Szli w milczeniu. Żadne z nich nie miało odwagi się odezwać po tym, co przed chwilą miało miejsce w gabinecie miliardera. Booth miał zamiar tylko udawać, że całuje Brennan tak, by Dorbaczenko pomyślał, że to tylko pieszczoty zakochanych. Ale kiedy spojrzał Tempe w oczy i nie zobaczył w nich strachu tylko ciekawość, kiedy poczuł jej zapach... Wszystko przestało się liczyć, zapomniał o linii, o strachu o tym, że ktoś wszedł do pokoju. W tamtym momencie liczyła się tylko ona.

Temperance również myślała o tym, co zaszło między nią i jej partnerem. Po raz pierwszy poddała się chwili, nie rozważała niczego logicznie, zrobiła to co czuła, że powinna zrobić. I nie żałowała tego.

- Zostajemy jeszcze, czy wracamy? - zapytała w końcu Booth, by przerwać ciszę.

- Chyba najlepiej będzie jeśli wrócimy – odparła. Seeley przytaknął i zręcznie lawirując między gośćmi oboje wyszli z przyjęcia.

Brennan siedziała w samochodzie i czekała na swojego partnera, który właśnie odbywał telefoniczną rozmowę z Cullenem. Postanowił od razu zawiadomić go o tym, co znaleźli, a raczej czego nie znaleźli.

- I co powiedział? - zapytała antropolog, kiedy Seeley wsiadł do samochodu. – Powiedziałeś wszystko Cullenowi?

- Tak. Mamy na razie pojechać do penthouse'a, tak na wypadek gdybyśmy byli obserwowani.

- Czyli dalej działamy w ukryciu?

Booth przytaknął i uruchomił silnik. Po chwili partnerzy pędzili ulicami Waszyngtonu. Cisza jaka zapanowała w Lexusie nie należała do tych swobodnych, przy których można się odprężyć i zapomnieć o wszystkim. Wręcz przeciwnie. Żadne z nich nie wiedziało jak ma się zachować. To co wydarzyło się w gabinecie trwale zapadło im w pamięci, dokładnie jak ich pierwszy pocałunek pod jemiołą. Mimo tego, że wymuszony prze prokurator Caroline obojgu dostarczył wrażeń i powodów do rozmyślań. Brennan przeszedł dreszcz na wspomnienie obu pocałunków, dreszcz bardzo przyjemny... Antropolog spotykała się z wieloma mężczyznami, ale żaden nie wywarł na niej takiego wrażenia jak Booth. Żadna noc nie wywołała tylu uczuć co dotyk Seeleya, jego zapach, jego usta... Zamknęła oczy. Chciała jak najdłużej trwać w tym śnie. Śnie, który zdarzył się naprawdę.

###

Gdy weszli do penthouse'a cisza nadal trwała. Cisza pełna napięcia i oczekiwania na ruch drugiej osoby. Booth tak bardzo pragnął wiedzieć co czuje w tej chwili Bones, co myśli o całym zdarzeniu, czy jest na niego zła? W końcu agent postanowił przerwać milczenie.

- Tempe...

- Tak? - Antropolog podeszła do Seeleya, który stał przy ogromnym oknie i obserwował pogrążony we śnie Waszyngton.

- To co się wydarzyło podczas balu... Przepraszam, nie powinienem był – powiedział Booth cały czas wpatrując się w przestrzeń za oknem.

Bones miała w głowie mętlik. Wszystkie uczucia jakie starała się neutralizować, nie chcąc dopuścić, by doszły do głosu, właśnie się skumulowały. Patrzyła na Bootha i już nie widziała w nim tylko partnera i przyjaciela. Już od dawna był dla niej kimś znacznie ważniejszym. Zdrowy rozsądek podpowiadał jednak, że nie może okazać swoich uczuć, że nie może poddać się uczuciu, że to nie profesjonalne. Ale teraz, stojąc obok niego, spoglądając na jego profil, czując jego bliskość, nie mogła już dłużej udawać. Delikatnie wsunęła swoją dłoń w jego. Seeley'ego zaskoczył ten gest, ale nie cofnął ręki.

- Dziękuję – powiedziała po chwili Brennan. – Dziękuję, że zawsze jesteś i byłeś przy mnie. Dziękuję, że kiedyś uratowałeś mnie, byśmy mogli spotkać się później.

Booth drgnął, miał ochotę ją objąć i zapewnić, że cokolwiek by sie działo on będzie blisko.

- I nie przepraszaj mnie za to cos się stało na balu – dodała Bones, co jeszcze bardziej zdumiało agenta. Odwrócił się w jej stronę, stali teraz na przeciw siebie. Ich oczy się spotkały.

- Czy to znaczy, że gdybym cię teraz pocałował nie miałabyś nic przeciwko temu? - zapytał Booth, a Brennan się uśmiechnęła.

- Zdecydowanie nie.

Na twarzy Seeleya pojawił się uśmiech, a w oczach błysnęły ogniki. Ich twarze zaczęły się powoli zbliżać do siebie. Bones czuła oddech Bootha na policzku, on czuł zapach jej skóry.

- Jesteś tego pewna? - zapytał szeptem, gdy dzieliły uch tylko milimetry. – Później nie będzie odwrotu.

- Niczego tak nie byłam pewna – odparła i pocałował agenta.

Ich wargi zwarły się w pocałunku, napierając na siebie najpierw delikatnie, jakby szukając pozwolenia na więcej. Booth zacisnął dłonie wokół jej talii i pocałował ją z namiętnością jakiej Brennan nigdy nie czuła przy żadnym mężczyźnie. Jego dłonie sunęły po jej plecach unosząc satynową suknię. Ich pocałunki stawały się coraz śmielsze, wszystko krzyczało z pożądania. Dla Tempe, Seeley był wszystkim, czego sobie odmawiała. Gdy ponownie ją pocałował, jęknęła. Tak bardzo tego pragnęła, tak bardzo chciała się znaleźć w jego ramionach, poczuć się kochaną. Wiedząc czego chce, zsunęła marynarkę z ramion Bootha, potem zaczęła rozwiązywać jego krawat. Ekscytacja mieszała się z niepewnością. Kiedy wreszcie Brennan udało się pozbawić swojego partnera krawata, ten wziął ją na ręce i zaniósł do sypialni. Tam drżącymi palcami udało im się odpiąć guziki jego koszuli, która po chwili znalazła się na podłodze.

- Jesteś piękna – wyszeptał i pocałował ją. – Wszystko czego potrzebuję to ty, Temperance.

Zaczął pocałunkami znaczyć szlak na jej ciele. Nie przestając, odwrócił ją i objął w talii, teraz całował jej kark. Temperance poczuła jak Seeley rozpina jej suknię, a ta opada bezszelestnie na podłogę. Booth ponownie objął Bones i przyciągnął ja do siebie. Tempe zaczęła obsypywać pocałunkami jego nagi tors, równocześnie odpinając klamrę przy pasku u spodni. Booth wziął Bones w ramiona i delikatnie położył ją na łóżku, przyciągnął ją do siebie. Temperance przesunęła dłonie po jego napiętych, twardych ramionach i chwyciła za nie. Seeley zaczął się poruszać, najpierw delikatnie tak jakby oboje robili to po raz pierwszy w życiu, chcąc zapamiętać tę chwilę na wieczność. Bones przeszył ekscytujący dreszcz. Ich ciała były rozgrzane. Serca biły jednym rytmem. Świat zawirował.

Temperance chciała, by ta chwila trwała wiecznie. Seeley leżał wtulony w jej ciało, a ona nigdy nie była taka szczęśliwa. Booth położył się na plecach i wziął Bones w ramiona. Leżała teraz z głową opartą na jego ramieniu. Przesunęła dłonią po torsie agenta, złoty krążek błysnął na palcu w świetle księżyca. Dopiero teraz zauważyli, że nadal mają obrączki. Booth położył swoją dłoń na dłoni Brennan.

- Jesteś niezwykła, Temperance. Nawet nie wiesz jak trudno było mi ukrywać uczucie do ciebie.

- To czemu to rozbiłeś? - zapytała delikatnie.

- Nie wiedziałem czy ty czujesz to samo.

- Teraz już wiesz. – Spojrzała w jego czekoladowe oczy.

- Kocham cię – powiedzieli równocześnie i uśmiechnęli się. Bones mocniej wtuliła się w Seeleya. Już wiedziała, że potrafi kochać. Teraz miała pewność, że jest również kochana.