~ 12 ~

Brennan przebudziła się w środku nocy. Za oknem padał deszcz, a krople odbijające się od parapetu przerywały ciszę panującą w sypialni. Z oddali dobiegł grzmot – nadciągała burza. Tempe uniosła głowę i spojrzała prosto w twarz swojego partnera, a teraz również kogoś znacznie ważniejszego. Seeley spał, trzymając ją w swoich silnych ramionach, jakby chcąc ochronić ją przed wszystkim co złe. Lekki uśmiech błąkał się na jego twarzy. Bones zamknęła oczy i przysunęła się bliżej agenta, teraz wyczuwała bicie jego serca, takie spokojne i miarowe...

Próbując zasnąć usłyszała jakiś cichy dźwięk. Na początku pomyślała, że pewnie coś jej się przyśniło, ale gdy otworzyła oczy zobaczyła, że Booth nie śpi. Jego zmysły nie zawodziły i ona dobrze o tym wiedziała. Oboje zaczęli nasłuchiwać, lecz nic więcej nie usłyszeli.

- Pójdę sprawdzić co to było. Zostań tu – wyszeptał Seeley i pocałował Bones w czoło.

- Nie zostawię cię, idę z tobą.

- Bones, zaraz wracam. To pewnie jakaś instalacja lub alarm. Zaraz będę z powrotem, zaufaj mi – powiedział delikatnie, po czym wstał z łóżka. Szybko założył spodnie, które kilka godzin temu jeszcze szybciej pomagała mu zdjąć Tempe.

- Ufam ci – odparła.

Mimo ciemności Brennan wiedziała, że się uśmiechnął, a następnie wyszedł z sypialni zamykając za sobą drzwi. Bones pozostała sama. Każda sekunda była niczym wieczność, a agent nie wracał. Nagle znów usłyszała jakiś hałas. Tym razem nie mogło być mowy o pomyłce. Momentalnie jej mięśnie napięły się do granic możliwości. Usiadła cicho na łóżku, w tym samym momencie zagrzmiało a pokój rozświetliła błyskawica. Znów usłyszała jakieś hałasy.

Najciszej jak tylko mogła wysunęła jedna nogę z łóżka, a potem drugą. Każdy szelest kołdry był dla Bones niczym uderzenie w dzwon. Gdy już udało jej się wstać, podniosła leżącą na podłodze koszulę Bootha i szybko ją założyła. Podeszła do drzwi i lekko je uchyliła, by rozeznać się w sytuacji, jednak panujące tam ciemności skutecznie uniemożliwiały obserwację. Może rzeczywiście tam nic nie ma?, pomyślała, ale zaraz nasunęło się drugie pytanie. Gdzie w takim razie jest Booth? Stojąc pod drzwiami i rozmyślając jej uszy zarejestrowały charakterystyczny dźwięk – ktoś przeładowywał magazynek. Chociaż nigdy się nie modliła, teraz błagała, by to Booth, był tym kto wykonuję tę czynność, ale on nie wracał... A jeśli coś mu się stało? Kolejne pytanie, na które nie znała odpowiedzi. Zdrowy rozsądek podpowiadał, że należy jak najszybciej zawiadomić FBI. Brennan rozejrzała się po sypialni w poszukiwaniu swojej torebki, kiedy przypomniała sobie, że wszystko zostało w salonie. Cholera! Czarne myśli nie dawały spokoju Tempe. Wiedziała, że najlepszym wyjściem byłaby ucieczka i wezwanie pomocy, ale nie mogła zostawić Bootha samego. Nie teraz. Szukając jakiejś rzeczy, która mogłaby pełnić funkcję broni jej wzrok padł na lampkę nocną. Uzbrojona zatem w nią, podeszła z powrotem do drzwi i wyszła z sypialni. Stawiając cicho kroki dotarła do salonu, lecz to co tam zobaczyła nie sprawiło, że poczuła się lepiej. Lampka sama wysunęła jej się z dłoni i z hukiem upadła na posadzkę. Już wiedziała czemu jej partner nie wracał – Booth leżał na podłodze w kałuży krwi.

- Seeley! - krzyknęła i rzuciła się w jego stronę, gdy nagle poczuła na szyi chłód metalu i ostre szarpnięcie do tyłu. Uścisk stawał się coraz mocniejszy. Brennan nie mogła oddychać, a do jej oczu zaczęły napływać palące łzy. Chciała rozluźnić zacisk na szyi, lecz jej palce tylko ślizgały się na ogniwach łańcucha. Kolejne mocne szarpniecie sprawiło, że antropolog poczuła piekący ból. Łańcuch wrzynał jej się w szyję, przecinając skórę. Z coraz większym trudem mogła nabrać powietrza.

- Im mocniej będziesz się szarpać, tym gorzej dla ciebie. – Usłyszała tuż nad uchem.

Bones znów spróbowała złapać za łańcuch, by się uwolnić, ale napastnik wykorzystał ten moment i oplótł jej ręce w nadgarstkach, po czym obrócił ją do siebie, także teraz mogła spojrzeć mu w twarz. Od razu przypomniały jej się słowa Seeleya - Nie podoba mi się ten typek. Teraz kołatały jej się w głowie.

- Serrano – wykrztusiła, a uścisk zelżał na jej szyi.

- Zdziwiona? Taka mała niespodzianka.

- Jak mogłeś? Dlaczego? Po co ta cała maskarada z balem, po co ta cała konspiracja...

- Bal to świetny pomysł. No i sprowadzenie was na zły trop. Jak się domyślam, nie znaleźliście nic w domu Dorbaczenki, ale przynajmniej dobrze się bawiliście – odparł z sarkazmem. – Po raz ostatni w życiu.

- Ty sukinsynie! - Temperance zaczęła się wyrywać z rąk zdrajcy.

- Spokojnie, doktor Brennan, a może wolisz, by zwracać się do ciebie Bones?

Antropolog czuła się bezradna, Booth leżał niedaleko. Nawet nie wiedziała co mu się stało. Przed oczami była tylko krew.

- A teraz załatwię was oboje, ale chwileczkę... zostałaś tylko ty, bo na Bootha to już chyba nie można liczyć. – Mówiąc to, Serrano spojrzał na Seeleya, który nie dawał znaku życia. – W FBI powiem, że gdy przyszedłem was ostrzec, wy już byliście martwi, a sprawcy tego morderstwa nie było. Nieźle to sobie wykombinowałem.

- Dlaczego?

- Dla pieniędzy, kochanie. Myślisz, że zadowoli mnie za parę lat nędzna emerytura i złoty zegarek za zasługi?

- Kto ci za to zapłacił? Dla kogo pracujesz? - Bones starała się jednocześnie przedłużać rozmowę, ale z drugiej strony miała świadomość, że to może kosztować życie jej partnera.

- Zapewne domyślasz się, że to ja zabiłem Bronsona i bynajmniej nie na polecenie Dorbaczenki. Ten Philipp był łatwym celem. Ale po co ja ci to mówię skoro do niczego już ci się to nie przyda – powiedział Serrano i uśmiechnął się szyderczo.

- Nie uda ci się! - odparła Tempe, lecz sama zaczynała już tracić nadzieję.

- Nie? No to patrz!

Bones poczuła silne szarpnięcie za włosy, a następnie jej głowa zderzyła się ze ścianą. Ciepła ciecz spłynęła jej po twarzy, zasłaniając widok.

- No i kto jest górą? - zaśmiał się Serrano.

Resztkami sił jakie jej zostały, Brennan zdołała kopnąć z całej siły w krocze, fałszywego agenta. Gdy ten zwinął się z bólu, a uścisk na jej szyi zelżał, Bones wyrwała się i zaczęła biec do sypialni. Była już przy drzwiach, kiedy poczuła, że Serrano złapał ją za kostkę. Upadła uderzając głową o podłogę. Tępy ból wypełnił jej czaszkę, a przed oczami wystąpiły świetliste plamy. Tempe spróbowała się podnieść, lecz napastnik powalił ją na ziemię.

- Żegnaj, Słonko. – Dobiegło jeszcze gdzieś z oddali. Ostatnie co zarejestrowały jej oczy był obraz pochylającego się nad nią Serrano, potem wszystko zrobiło się czarne.

###

Zewsząd dobiegały jakieś głosy, coś miarowo pikało, gdyby jeszcze nie ten ból, który zdawał się rozsadzać czaszkę od środka... Brennan była bezsilna, nie mogła nawet podnieść powiek, by zobaczyć gdzie się znajduje. Docierały do niej tylko fragment czyjejś rozmowy, ktoś mówił coś o jakimś napadzie, słyszała pojedyncze słowa: Bones, Booth, łańcuch, krew, postrzał... Znowu spróbowała podnieść głowę – bezskutecznie, podjęła zatem kolejną próbę otwarcia oczu. Tym razem się udało. Obraz był zamazany. Jakby za mgłą widziała jak ktoś się nad nią pochyla.

- Tempe? - Usłyszała głos Angeli. – Dzięki Bogu – westchnęła artystka, po chwili był już przy nich Hodgins. Brennan chciała odpowiedzieć, lecz z jej gardła wydobył się tylko charkot. – Nic nie mów Sweety, już wszystko w porządku. Jesteś bezpieczna. – Montenegro ścisnęła dłoń Brennan i odwróciła się w kierunku drzwi, do pokoju weszła pielęgniarka.

- Widzę, że pacjentka się obudziła. Zaraz wrócę z lekarzem – powiedziała kobieta i na powrót znikła za drzwiami. Dopiero teraz Temperance uzmysłowiła sobie, że jest w szpitalu. Zatem skoro ona tu jest...

- Booth… - Bones zebrała wszystkie siły i wypowiedziała to słowo, które krążyło po jej głowie od chwili kiedy się obudziła.

- Spokojnie, wszystko z nim w porządku. Jest jeszcze na obserwacji, ale już słyszałam jak kłócił się z lekarzem. Zażądał wypisu. Cały Seeley. – Angela się uśmiechnęła.

Bones ucieszyła się, poczuła ogromną ulgę ale i niedosyt. Chciała wiedzieć więcej. Niestety ból głowy nie dawał jej spokoju. Zasnęła gdy w drzwiach ponownie pojawiła się pielęgniarka.

###

Gdy kolejny raz się przebudziła, nikogo nie było w jej pokoju. Do szpitalnej sali przez żaluzje wpadały promienie słońca, a Tempe nie dokuczał już uciążliwy ból głowy. Odwróciła się twarzą do wejścia i zobaczyła stojącego w drzwiach Bootha. Był trochę posiniaczony, a lewe ramię spoczywało na temblaku, ale był. Po prostu był.

- Dzień dobry – powiedział, a Brennan ucieszyła się na dźwięk głosu, który jeszcze nie tak dawno szeptał jej imię do ucha.

- Witaj – odparła, a Seeley podszedł do jej łóżka i usiadł obok.

- Jak się czujesz? Przyszedłbym wcześniej, ale lekarze nie dawali mi spokoju.

- Słyszałam – powiedziała cicho, mówienie sprawiało jej jeszcze lekką trudność. – Mam nadzieję, że z tobą już dobrze. Co ci się stało w rękę?

- Rana postrzałowa, ale już nie boli – dodał szybko widząc zaniepokojoną twarz Tempe. – Biorę środki przeciwbólowe, a dziś rano dostałem jeszcze jakiś zastrzyk. Jest OK. Bardziej niż o siebie, martwiłem się o ciebie. – Mówiąc to, Booth zdrową ręką odgarnął z policzka Bones zabłąkany kosmyk jej kasztanowych włosów.

- A ja o ciebie, gdy zobaczyłam cię leżącego na podłodze myślałam... myślałam że... - Głos ugrzązł jej w gardle.

- Jak Serrano do mnie strzelił też tak pomyślałem, ale wiesz co... nie bałem się, powiedziałem wcześniej co czuję do ciebie i to mi dodało odwagi, to że już wiesz, że cię kocham.

Bones ujęła dłoń Seeleya i spojrzała mu w oczy, a agent dalej kontynuował.

- Dzięki Bogu nie zapaliłem światła po tym, jak wyszedłem z sypialni. To utrudniło Serrano precyzyjne trafienie. Co prawda dostałem jeszcze czymś w głowę i to mnie ogłuszyło. – Nachylił głowę i Tempe zobaczyła opatrunek założony na potylicę. – Ale ocknąłem się, kiedy ty zadawałaś cios temu typowi. Naprawdę masz siłę. – Uśmiechnął się.

- Instynkt zadziałał prawidłowo – odparła i również się uśmiechnęła. Teraz, z dala od tamtych wydarzeń czuła się bezpieczna. – A co było potem?

- Zobaczyłem jak uciekasz, a Serrano podąża za tobą. Nie zważając na ból ruszyłem za wami, znalazłem broń, którą Serrano stracił podczas walki z tobą. Nasz agencik był tak zajęty, że nie zauważył kiedy znalazłem się tuż za nim. Ogłuszyłem go gdy szykował się, by cię...

- By mnie zabić – dokończyła Brennan. – Uratowałeś mi życie. Po raz kolejny. Dziękuję.

- To lekarze cię uratowali. Od czasu kiedy skułem Serrano, zadzwoniłem po karetkę i do FBI, cały czas byłem przy tobie, ale ty... ty się nie ruszałaś. Tylko wyczuwalne tętno zdradzało, że wciąż żyjesz. Bones, gdyby coś ci się stało nie wybaczyłbym bym sobie... Ty jesteś...

- Jestem tutaj, już nic mi nie grozi – przerwała mu i mocniej ścisnęła jego dłoń.

- No a potem przyjechał ambulans, FBI. Chciałem jechać z tobą, ale sanitariusze załadowali mnie do drugiej karetki. Podobno krew spływała ze mnie strumieniem, ale ja... ja tego nie czułem. To chyba ten strach o ciebie...

- Prędzej adrenalina – powiedziała antropolog.

- Też. – Uśmiechnął się. – FBI powiadomiło Instytut Jeffersona i od tamtego momentu praktycznie cały czas ktoś był przy tobie. Angela strasznie się martwiła, ale teraz już chyba nie ma o co.

- Chyba nie. A co teraz będzie z Serrano? To nie Dorbaczenko stał za tym morderstwem – powiedziała Temperance.

- Wiem. Serrano już siedzi. Teraz prawdopodobnie jest przesłuchiwany – odparł Seeley. – Czekam zatem na informacje od Cullena.

- Nie przeszkadzam? - Partnerzy usłyszeli dobrze znany im głos i spojrzeli w stronę drzwi.

- Sweets? Czy ty masz GPS naprowadzający twoją osobę na naszą dwójkę? - zapytał Booth.

- Żeby was znaleźć nie potrzeba GPS-a. Wystarczy szukać największej rozróby – odparł Słodki i z uśmiechem wszedł do szpitalnej Sali. – Jak się pani czuje, doktor Brennan? O pana nie pytam bo jak widzę i słyszę humorek dopisuje.

- Dobrze – odpowiedziała Temperance. – Już nie boli mnie głowa, gardło trochę szwankuje... Ale żyję.

- To dobrze. Cały instytut się o was martwił, a Zack musiał nawet z tego powodu odbyć specjalną rozmowę ze mną...

- Nie dziwię się – przerwał terapeucie Booth. – W końcu Zack bardzo szanuje Bones, nie chciałby, by coś jej się stało...

- Myśli pan, że Addy się nie martwił o pana, agencie Booth?

- O mnie? Wątpię.

- To się pan zdziwi. Otóż Zack darzy pańską osobę wielkim szacunkiem, podobnie jak osobę doktor Brennan. Martwił się o waszą dwójkę. To w końcu pan go wyciągnął z zakładu – wyjaśnił Sweets.

- No dobrze, może w to uwierzę – odparł agent. – A tak właściwie co ty tu robisz?

- Przyszedłem zobaczyć jak się mają moi ulubieni pacjenci. Czy to takie dziwne?

- Słodki, ty cały jesteś dziwny.

- Dobrze, nie będę was zadręczał takimi pytaniami, ale ciekawi mnie jedno...

- Tak? - zapytała Brennan.

- Czemu macie obrączki? Czy ja o czymś nie wiem?

Bones i Booth spojrzeli na siebie i uśmiechnęli się w geście zrozumienia.

###

Kolejne dni minęły szybko, a Brennan czuła się coraz lepiej. Po wydarzeniach dzięki, którym znalazła się w szpitalu zostało tylko parę otarć w okolicy krtani i opatrunek na skroni. Dość częste badania i kontrole utwierdziły w końcu lekarzy, że pacjentka może już opuścić szpital.
W dniu opuszczenia szpitalnych murów, pierwszy w sali na której leżała antropolog, pojawił się Seeley.

- Dzień dobry, Bones. – Agent podszedł do swojej partnerki, która właśnie pakowała swoje rzeczy do torby. Na widok Bootha uśmiechnęła się. Podczas jej pobytu w szpitalu przychodził codziennie, a czasami zostawał na noc, co okupił paroma kłótniami z pielęgniarką, ale Tempe cieszyła się, że tak bardzo chce być z nią. Tak długo była sama, że teraz wręcz łaknęła bycia z kimś, bycia z tą jedyną osobą przy której czuła się kochana i bezpieczna. To wszystko znalazła przy Seeleyu.

- Witaj, już kończę. – Tempe wskazała na torbę, którą właśnie zamykała. – Dziękuję, że po mnie przyjechałeś.

- Nie dziękuj, to mój obowiązek. Taki sam jak opieka nad tobą – odparł.

- Dobrze wiesz, że potrafię o siebie zadbać.

- Tak, Bones, ale ja jestem twoim prywatnym Bogiem i zawsze stoję na straży. – Uśmiechnął się i wziął torbę Brennan, po czym oboje wyszli z sali.

- Ja nie wierzę w Boga, ale w ciebie mogę – odparła i również się uśmiechnęła. – A jak twoje ramię? Nie masz już opatrunku – powiedziała, kiedy wyszli ze szpitala na parking.

- Jest już OK, ale Cullen i tak wysłał mnie na przymusowy urlop. Ciebie z resztą też. – Na jego twarzy pojawił się łobuzerski uśmiech. – Tylko nie protestuj, bo i tak masz jeszcze zaległy tydzień urlopu z wakacji.

- Nawet nie zamierzałam.

- Niestety nie dane nam będzie dokończyć sprawy Serrano – powiedział agent i zaprosił gestem swoją partnerkę do SUV-a. – A raczej jej zamknąć.

- A to już zostało wyjaśnione? - zapytała Bones, kiedy Booth usiadł za kierownicą.

- Tak, dziś Cullen mi to przekazał.

- To czemu ja jeszcze nic nie wiem?

- Dobra, już mówię... - Seeley rozejrzał się wyjeżdżając z parkingu i po chwili mknęli już ulicami Waszyngtonu. - To nie Dorbaczenko stał za zleceniem zabójstwa Philippa Bronsona, ale to już wiesz. Sprawa wygląda bardziej skomplikowanie. Pamiętasz jak ci mówiłem o podpisaniu kontraktu między dwiema firmami?

- Tak. Jedną z nich była firma Bronsona.

- W całej sprawie największa rolę odegrała ta druga firma: D.G. Company. Ale już mówię, Serrano jako tajniak pracujący dla FBI, wniknął w szeregi właścicieli konsorcjów budowlanych, ale szybko zrozumiał, że bardziej opłaca mu się to lepiej niż praca w FBI. Skumplował się z właścicielem tej drugiej firmy, niejakim Derekiem Glovisem w czasie kiedy trwały przygotowania do podpisania tego kontraktu z Bronsonem. Prace były już na ukończeniu, kiedy od Dorbaczenki wpłynęła oferta do Glovisa. Proponował mu współpracę... Zostało to potwierdzone przez Rosjanina – dodał agent widząc minę swojej partnerki. – Ale było już za późno, Glovis nie mógł w ostatniej chwili się wycofać z umowy jaką zawarł z naszą ofiarą. A oferta od Dorbaczenki była niezwykle kusząca.

- Ale co ma wspólnego z tym Serrano?

- Dogadał się z Glovisem, że sprzątnie Bronsona, ale w zamian za to zażądał udziałów w firmie. A tamten się zgodził. Dzięki temu, podpisanie umowy nie doszło do skutku i Glovis mógł rozpocząć negocjacje z Dorbaczenką...

- Ale tak się nie stało.

- Nie, bo po pierwsze pojawiliśmy się my, a po drugie Rosjanin stracił zainteresowanie – odparł Booth.

- To co teraz będzie z Serrano? - zapytała Bones.

- Pójdzie do więzienia razem z Glovisem i mogę ci obiecać, że prędko z niego nie wyjdzie.

- A wiesz może co z Camille? Była co prawda u mnie, ale nie pytałam jej o to. W końcu spotykała się z Serrano.

- Rozmawiałem z Angelą i muszę powiedzieć, że Cam zniosła to nadzwyczaj dobrze. Na początku dostała szału, że dała się tak podejść, a potem chciała wygarnąć Serrano co o nim myśli – odparł Seeley i uśmiechnął się. – Nic jej nie będzie, Cam to twarda sztuka.

- Sztuka? - zdziwiła się Tempe.

- W sensie kobieta. Z Ciebie też twarda sztuka, Bones.

Na chwilę w samochodzie zapanowała cisza, którą w końcu postanowiła przerwać Temperance.

- Booth.

- Tak?

- Czy ty mnie kochasz?

Agent słyszał podczas jazdy już dużo zaskakujących stwierdzeń z jej ust, ale tego się nie spodziewał. Na szczęście dojeżdżali już pod mieszkanie Brennan. Gdy zaparkował swojego SUV-a na podjeździe, odwrócił się do antropolog i odparł.

- A skąd to pytanie? Czyż nie powiedziałem ci już tego wcześniej?

- Powiedziałeś, ale...

- Jakie ale?

- Chciałam mieć pewność, że to nie był sen – odparła i spojrzała prostu w czekoladowe oczy Seeleya, które teraz były utkwione w niej.

- Temperance. To na pewno nie był sen i bardzo dobrze, bo sny się kończą, a moja miłość do ciebie nigdy się nie skończy. – Wziął Bones za rękę. – Jesteś całym moim życiem. Wszystko, czego potrzebuję to ty. Kocham cię. I zamierzam mówić ci to codziennie.

- Ja też cię kocham, Booth – odparła, a pojedyncza łza spłynęła po policzku.

- Czemu płaczesz?

- To ze szczęścia. – Uśmiechnęła się. – Nie chcę, by to się skończyło...

- I nie skończy. Wierz mi.

- Zostaniesz ze mną teraz? Na zawsze? - zapytała.

- Oczywiście. Nigdy cię nie opuszczę, Temperance, nigdy – odparł Booth i nachylił się, by ją pocałować.

- Seeley.

- Tak?

- Sądzę, że powinnam w końcu ci to oddać. - Tempe zdjęła z palca złotą obrączkę. – Tylko, nie traktuj tego jako odmowy czy... bo przecież przed chwilą...

- Rozumiem, Bones. – Booth uśmiechnął się. – Mamy czas na wszystko. Na małżeństwo również.

- A tak w ogóle, to skąd masz te obrączki?

- Kupiłem je bardzo dawno temu myśląc, że ja i Rebecca jednak postanowimy wziąć ślub. Tak się nie stało. Ona nawet nie wie o ich istnieniu.

- Ach...

- Temperance, mam tylko jedną prośbę. Nie musisz jej nosić na palcu, ale miej ją zawsze przy sobie, dobrze? Niech ci przypomina o mnie, o naszej pierwszej wspólnej nocy, ale do momentu kiedy nie wyszedłem z sypialni – dodał z łobuzerskim uśmiechem, Bones również się uśmiechnęła.

- Nawet gdybym chciała nie mogła bym zapomnieć.

- Może to powtórzymy? - Jedna brew agenta powędrowała do góry.

- Może... - odparła Brennan tajemniczo, a Booth pochylił się, by znów skosztować smaku jej ust.

Epilog

Grudniowe słońce świeciło mocno sprawiając, że śnieg leżący na ulicach skrzył się niczym diamenty. Po waszyngtońskim parku rozchodził się wesoły śmiech dzieci, bawiących się w białym puchu. Niektórzy rodzice szybko do nich dołączyli. Między nimi, dwójka dorosłych i mały chłopiec toczyli białą kulę.

- To już ostatnia – powiedział chłopiec, na co mężczyzna chwycił kulę i umieścił ją na pozostałych dwóch.

- I oto bałwan – odparł Seeley otrzepując rękawice ze śniegu.

- Ale duży! - wołał z zachwytu Parker.

- Ale nie taki duży jak ja – dodał Booth. – Prawda, Bones?

Antropolog uśmiechnęła się.

- Prawda. – Nigdy nie przypuszczała, że lepienie bałwana w sobotnie popołudnie zamiast badania szczątek, może przynieść tyle radości.

- A z czego zrobimy oczy i nos? - zapytał Parker.

- Może z tego? - Brennan wyjęła z kieszeni kurtki garść orzechów. Chłopiec od razu się uśmiechnął i podbiegł do niej po brakujące elementy. Po chwili podszedł do niej także Booth i objął ją w pasie. Razem obserwowali jak Parker kończy dekorować bałwana.

- Dzwonili dziś rano z budowy – powiedziała Tempe. – Prace idą w szybkim tempie i budowlańcy są dobrej myśli. Jeżeli pójdzie tak dalej to już za rok o tej porze będziemy we własnym domu.

- To bardzo dobra wiadomość, ale ja też mam dobrą. Znalazłem już kupca na moje mieszkanie, także za uzyskane pieniądze wniosę swój wkład w nasz dom – odparł Seeley.

- Wiesz, że nie musisz...

- Ale chcę. – Pocałował ją czule. – I chcę być z tobą.

- A ja z tobą. – Bones wtuliła się w jego ramiona. Poczuła się tak bezpiecznie. W tłumie osób bawiących się w parku, jedna osoba tylko udawała. Jej myśli skupione były na parze obejmującej się niedaleko.

Gdy późnym popołudniem Booth i Brennan wraz z Parkerm wracali do mieszkania agenta wyglądali jak szczęśliwa rodzina. Chłopiec szedł w środku trzymając dwójkę dorosłych za ręce. Z nieba sypał biały puch przykrywając wszystko białą pierzynką. Po drodze mijali rozświetlone wystawy sklepowe zachęcające do zrobienia świątecznych zakupów. Zapatrzeni w swoje szczęście nie zauważyli, że od dłuższego czasu ktoś im się przygląda. Nagle do jej uszu dotarł radosny śmiech Bones.

- Już niedługo zapłaczesz, doktor Brennan. Już niedługo – szepnęła tajemnicza osoba i znikła w ciemnościach jednej z uliczek.

To be continued…


A/N: Opowiadanie zostało napisane wyłącznie w celach rozrywkowych i nie czerpię żadnych korzyści majątkowych z tego tytułu. :)