Taak, trochę to trwało, zanim umieściłam tu kolejny rozdział. Gnił na dysku prawie cały miesiąc, bo cały czas nie byłam pewna, czy wygląda, tak jak chcę, żeby wyglądał. Zmian wielkich nie ma i raczej nie będzie, więc doszłam do wniosku, że już chyba mogę go wstawić. Lepiej nie będzie.
Jeszcze jedno. Ten rozdział jest z punktu widzenia Adelaide, następny będzie znowu napisany ze strony Syriusza, i tak dalej, i tak dalej. Mam zamiar się tego trzymać.
Co więcej, występują tu też retrospekcje z pierwszego roku Adelaide. Nie jestem pewna, ale wydaje mi się, że jedenastoletnie, wrażliwe dziewczynki mają lekkie skłonności do przesady i ogólnej histerii, więc ten fragment może być trochę ciężkostrawny. Mimo wszystko, mam nadzieję, że się przez niego przebijecie.
No, i tym pobożnym życzeniem zakończę.
Miłej lektury.
Znowu śnił się jej tamten dzień. Znowu była jedenastoletnią dziewczynką, trochę wystraszoną i bardzo, bardzo zmęczoną. Znowu czekała na swoją kolej podczas Ceremonii Przydziału. Znowu… zasnęła.
- Fairfax Adelaide? Czy jest panna Fairfax? – powtarzała zdenerwowana Minerwa McGonagall. Dopiero po kilku minutach chłopiec stojący obok, nazywał się Frank, klepnął ją w plecy i szepnął, wystarczająco głośno, by wszyscy usłyszeli:
- To ty! Obudź się! – Adelaide drgnęła przerażona i zauważyła kilka rzeczy. Po pierwsze, straszna pani patrzyła na nią z bardzo nieprzyjemnym wyrazem twarzy. Po drugie, wszyscy inni też spoglądali w jej stronę. Po trzecie, z jakiegoś powodu się śmiali.
- Panno Fairfax, widzę, że się pani obudziła. Może raczy pani teraz tutaj podejść? – zapytała grobowym głosem kobieta. Adelaide uświadomiła sobie straszną prawdę. ZASNĘŁA. Na Ceremonii Przydziału. Przerażona i okropnie zawstydzona podeszła do stołka, na którym stała Tiara. Profesor McGonagall szybkim ruchem nałożyła jej nakrycie na głowę. Adelaide odetchnęła z ulgą. Przez chwilę nie widziała tych wszystkich kpiących uśmiechów i przerażającej nauczycielki.
- Hmm… - zamruczała głośno Tiara. Adelaide pisnęła zaskoczona, co wywołało kolejną salwę śmiechu. – Może lubisz sobie pospać – dlaczego nawet ta głupia Tiara nie daje jej spokoju? – ale umysł masz nieprzeciętny, hmm, hmm. Chociaż jesteś też dobra i sprawiedliwa… Trudny wybór… Hmm… - Tiara pomedytowała jeszcze chwilę na jej głowie, aż w końcu wydała werdykt. – Ravenclow! – Tiara zniknęła z jej głowy, a Adelaide musiała wstać, i ruszyć przez tą wielką, wielką salę pełną wielu, wielu ludzi, patrzących tylko na nią i śmiejącą się prawdopodobnie również tylko z niej. Który stół należy to Ravenclowu? Rozejrzała się bezradnie. Wszyscy się śmiali… Poczuła, że ma łzy w oczach. O Boże, tylko nie to. Zasnęła… nie wie gdzie pójść… jeszcze płaczu tu brakuje. Raven... clow… Raven… Raven! Kruk! Pobiegła natychmiast do stołu, nad którym wisiał proporzec z krukiem na granatowym tle. Usiadła z brzegu ławy, pragnąc tylko, żeby Uczta dobiegła już końca, żeby mogła sobie pójść i zniknąć.
Niestety, nie było jej to dane. Nawet po wyjściu z Wielkiej Sali ludzie posyłali w jej stronę mniej lub bardziej złośliwe uśmiechy. I jeszcze dostała przezwisko. „Śpioch". Chyba mogło być gorzej, pocieszała się, pociągając nosem.
- Ty, Śpiąca Królewna, nie przewróć się! – usłyszała gdzieś z tyłu. No tak. Nadal mogło być gorzej. – Haha, chyba zasnęłaś, bo nie odpowiadasz! Panno Śpiąca, może raczy pani odpowiedzieć? – zapytał chłopak, przedrzeźniając profesor McGonagall. Mogło być gorzej. Zignoruj go i idź dalej. I nie płacz tyle. Jesteś Krukonką, jesteś inteligentna i masz nieprzeciętny umysł. Nie przejmuj się tym. – Hej, hej, nie śpij! – ktoś wrzasnął jej prosto do ucha. Stał przed nią. Jakiś chłopak. Starała się go wyminąć, ale zablokował jej drogę. Jak to się stało? I gdzie podział się jej dom? Och, dlaczego zawsze musi się tak kończyć? Spojrzała w górę. Stał przed nią wysoki chłopak, wysoki i wielki. I wyglądał niemiło.
- Hej ty tam, Yaxley! – zawołał ktoś inny. – Nie zaczepiaj pani! – odwróciła się i zobaczyła dwóch chłopaków idących w jej stronę. Jeden był szeroko uśmiechnięty, to ten który wołał. Drugi wyglądał na trochę znudzonego.
- Bo co mi zrobisz, Black? – zapytał wrogo ten duży, nazywany Yaxley'em.
- A to – odpowiedział z figlarnym uśmieszkiem Black i machnął wyciągniętą nagle różdżką. – Kurudo, magente… - zaczął mówić, a Yaxley spojrzał na niego nerwowo.
- Kretyn! – rzucił i odszedł. Black przerwał inkantację i zaśmiał się głośno.
- Znowu się nabrał! Głupek z tego Yaxleya! – jego towarzysz pokręcił głową i westchnął.
- Kiedyś cię to zgubi, Syriuszu. Kiedyś Yaxley przestanie wierzyć w to, że znasz niezwykłą klątwę, której nauczył cię… jak to było? – zapytał z udawanym zainteresowaniem.
- Kolumbijski czarnoksiężnik, Remusie – zaśmiał się jeszcze raz i minął Adelaide wpatrującą się w niego z mieszaniną strachu, zdumienia i uwielbienia.
- D-dziękuję! – krzyknęła, kiedy byli już dobrych kilka metrów dalej. Syriusz odwrócił się, uśmiechnął jeszcze szerzej i zawołał:
- Dla pięknej Śpiącej Królewny wszystko! – Remus szturchnął go lekko i szepnął coś do ucha. Syriusz roześmiał się i poszli dalej.
Adelaide nie wiedziała co myśleć o tym wszystkim. O koszmarnej Uczcie, o złośliwym Yaxley, o jej cudownym, wspaniałym, niesamowicie przystojnym i absolutnie niezwykłym wybawicielu… Tylko jedno nie ulegało wątpliwości. Jeżeli jej serce zaraz nie przestanie tak szaleńczo bić, to zaraz się wyrwie z jej piersi i wyląduje na posadzce.
Obudziła się, ale nie chciała jeszcze otwierać oczu. Uwielbiała ten sen. Uwielbiała tamten dzień. Wtedy zakochała się w Syriuszu Blacku. Westchnęła cicho. Od tamtej pory, nie rozmawiali ani razu. Przez pięć lat swojej obecności w Hogwarcie zorientowała się, że starszy Gryfon rzadko rozmawia z dziewczynami więcej niż raz. Chyba że wyglądają jak Jennifer. Jej przyjaciółka, Lily, każdego dnia opowiadała o kolejnych podbojach Blacka. Adelaide już powoli godziła się z tym, że chłopak się nią nigdy nie zainteresuje… A potem wydarzyło się TO. Och, oczywiście, dorosła i nie miała już złudzeń, wiedziała o co chodziło. Chciał się pocieszyć, bo odrzuciła go Jennifer. No tak. Co nie zmienia faktu, że rozmowa z nim… jakkolwiek płytko i szowinistycznie by się nie zachowywał… rozmowa z nim była czymś… nie umiała tego dobrze określić. Wszystko co jej przychodziło do głowy, było niesamowicie kiczowate.
Wiedziała, że nie powinna się tak ekscytować. To była tylko nic nie znacząca wymiana zdań. Dla niego to chleb powszedni. Kolejny flirt. Tym razem zakończony niepowodzeniem. Trudno. Lily twierdzi, że dobrze zrobiła. Ona też tak sądzi. Powinna tak sądzić. Bo Syriusz Black nic, ale to nic do niej nie czuł. Nawet nie pamiętał tamtej sceny. Tego, że ją uratował. W końcu, ilu dziewczyn on nie wybawił od mniejszych albo większych kłopotów? Ilu dziewczynom nie powiedział, że są piękne? Z iloma dziewczynami nie chciał się umówić? Myśl logicznie, Adelaide. Bądź Krukonką. To NIE JEST i nigdy nie będzie chłopak dla ciebie. To uwodziciel. Zdobywca. Narcyz. Egoista. Zarozumiały, egocentryczny, niewrażliwy, cudowny… Niedobrze. On wcale, wcale nie jest cudowny!Adelaide nigdy nie umiała kłamać. Samej siebie też nie potrafiła przekonać. Nie potrafiła sobie wmówić, że nic do niego nie czuje. Czuła. Dużo. ZA dużo. Powinna porozmawiać z Lily. Ona zawsze umiała ją przekonać… chociaż na chwilę. Na chwilę zapomnieć o Blacku. Tylko tyle chciała.
Dobrze, pora się obudzić. Otwórz oczy… powoli… powolutku… CO ROBI TUTAJ SYRIUSZ BLACK?
Zamknęła oczy.
Policzyła wolno do pięciu.
Otworzyła je znowu.
NADAL TU JEST!
I śpi. Naprzeciwko niej. To nie może być prawda. To chora halucynacja, wywołana stresem i przemęczeniem.
Może po prostu się nie obudziła? Tak, to musi być to. Nadal śni. Uszczypnęła się w policzek. Nie działa. To nic. Syriusz Black musi zniknąć. Szczyp. Szczyp. To okrutne, że zmuszał ją do takiego poświęcenia. Szczyp, szczyp, szczyyyyp. Nagle coś poczuła. Jego oddech na swojej twarzy. Rozejrzała się. Siedziała tam, gdzie zasnęła. Pod drzewem, naprzeciwko jeziora. A on kucał naprzeciwko niej. I spał. I to była prawda.
Trochę tego nie rozumiała. Co Syriusz Black robi tutaj, naprzeciwko niej, ŚPIĄC, i chuchając jej na twarz? Myśl logicznie… myśl logicznie, jesteś Krukonką, do… do jasnej Anielki, no!
Ale logiczne myślenie było odrobinę niemożliwe, kiedy jego twarz była tak bardzo, bardzo blisko. Był blady, chyba się nie wysypiał, pomyślała zmartwiona. Był na piątym roku, pewnie miał dużo pracy z SUM-ami… To jego wina, że źle organizuje sobie czas i uczy się po nocach! – odezwał się Chłodny, Krukoński Rozsądek. – Imprezuje sobie, gwiazdorzy, a potem nie ma czasu na sen! Podobno ma szlaban… Biedny – zabrała nieśmiało głos. Milcz! – uciszał ją Rozsądek. Ale wygląda tak słodko kiedy śpi… Taki kochany… I niewinny…
Nagle zauważyła, że kosmyk włosów zsunął mu się na czoło. Zawahała się przez chwilę. Trochę się bała, że Syriusz zaraz się obudzi i sobie pójdzie, albo ona w końcu się obudzi i wszystko zniknie, ale tak strasznie chciała go dotknąć, i to głupie, bo pewnie zaraz go obudzi, ale to tylko kosmyk, i choć wygląda tak uroczo, to pewnie mu przeszkadza, znaczy przeszkadzałby mu, gdyby nie to, że on śpi, ale może zaraz się obudzi, i wtedy zacznie mu przeszkadzać naprawdę, i jeśli teraz go wsunie z powrotem za ucho, to mu nie będzie przeszkadzał, ale może go wtedy obudzi, ale może go nie obudzi, i tak w ogóle, to ona nie wie co ma zrobić, ale to zrobi, bo ma szaleńczą ochotę i już!
Odetchnęła głęboko i dotknęła jego twarzy. Była chłodna, mimo, że to był bardzo ciepły dzień. To dziwne, i trochę niezdrowe, jak o tym logicznie pomyśleć, ale wzbudził w niej trochę jakby matczyne odczucia. Taki mały, śpiący i nieporadny. Spojrzała na niego z szerokim uśmiechem.
I wtedy Syriusz otworzył oczy.
