2. Żegnaj, wolny ptaku!
Hermiona:
Nie jestem pewna, czy wszystko zostało przygotowane. Wciąż się denerwuję, bo może suknia nie będzie pasować, albo, co gorsza, rozerwie się w trakcie ceremonii. A co wtedy?
WSTYD! I to taki ogromny, przeokropny...
Harry mi mówi, że mam myśleć pozytywnie, ale jak mam to zrobić, gdy mam tyle czarnych myśli w głowie?
Dobrze, obiecuję, że od tej chwili ani słowem nie wyjawię żadnych obaw lub czegokolwiek, co nie jest pozytywnym myśleniem.
Wiem, wiem...
Pomyślicie sobie, że jestem nienormalna, ale ja... No cóż... Po prostu boję się... bo jestem kobietą.
Harry:
Hermiona się bardzo denerwuje. Z jednej strony złości mnie to, z drugiej rozczula. Jest bardzo zapracowana, wiele serca włożyła w przygotowania... A ja? Stoję z boku i patrzę, oceniam, to co ona wyczarowała bez czarów. I myślę sobie, że drugiej takiej kobiety na świecie nie ma...
Chociaż nie! Z pewnością jest, lecz ja mam taki ideał przy sobie, więc nie rozglądam się za innymi.
Wiem, że nigdy nie przestanę jej kochać... bo jestem mężczyzną.
31 lipca 1998
Słońce wzeszło, poranna mgła, dotąd osłaniająca świat, opadła i zniknęła. Wszystko zaczęło odżywać. Zapowiadał się słoneczny i ciepły dzień, mimo chłodnego poranka.
W małym, lecz przytulnym mieszkanku przygotowania do ceremonii zaślubin wrzały. Panna młoda była bardzo podenerwowana, a ten fakt wzmacniała jeszcze krawcowa, która wprowadzała ostanie poprawki do fasonu sukni.
- Jest dobrze ? - spytała się panny młodej.
- Tak – odparła roztargniona Hermiona. Myślami była daleko stąd, ponad chmurami... Nad czym tak rozmyślała?
Przedmiotem jej zainteresowania była jej ukochana siostrzyczka, Chanel. Już dawno nie miała z nią kontaktu, mimo tego, że wysłała sowę z zaproszeniem na ślub. Dostała krótką, aczkolwiek dosadną odpowiedź:
,, Dziękuję za zaproszenie. Na ślub nie przybędę. Przepraszam, Chanel.''
Gdy przeczytała te słowa, gorzkie łzy spłynęły po jej policzkach. Nie mogła zrozumieć, dlaczego Chanel jej tak nienawidzi! Ona chciała dobrze, wyciągała rękę do niej, chciała zgody, a ta ją tak bezczelnie odtrącała.
A to wszystko przez to, że Hermiona została przyjęta do Hogwartu. To było poniżej godności jej starszej siostry – mówiła sobie: dlaczego mnie spotkało takie poniżenie? Następnie Chanel nie mogła znieść tego, że rodzice uwielbiają Hermionę, zaś ją ignorują, a wręcz wstydzą się niej.
Według Hermiony było odwrotnie – to siostra wmawiała sobie takie bzdury! Nigdy w ich rodzinie nie było ,,pupilków'' – wszyscy byli traktowani jednakowo. Widocznie Chanel myślała jednak inaczej i nie docierała do niej prawda.
Hermiona nie wiedziała, czy Chanel zdaje sobie sprawę z tego, że ją zraniła. Było jej teraz wszystko jedno – Chanel nie przybyła, sprawiła jej przykrość i nic sobie z tego nie robiła. Pannę młodą zapiekły oczy, ale postanowiła być silna! Nie uroni już żadnej łzy z powodu swojej nieodrodnej siostrzyczki!- obiecała sobie jeszcze za panny.
- Halo! Hermiono, czy Ty mnie słyszysz? - zwróciła się do niej krawcowa serdecznym głosem, co skutecznie sprowadziło Hermionę na ziemię.
- Tak? O co pani pytała? - zwróciła się do kobieciny z nadal nieobecnym wzrokiem.
- Czy dobrze leży – uśmiechnęła się.
- Tak, wszystko w porządku. - mruknęła i spojrzała w lustro. Suknia wyszczupliła ją, a może była zaczarowana, żeby stwarzała takie pozory. Kto wie?
Nagle zegar kuchenny wybił drugą, co wprawiło kucharki-skrzaty w popłoch. Miały tylko dwie godziny na dokończenie wszystkich wykwintnych i skomplikowanych potraw, które, mimo używania magii, były bardzo pracochłonne i trudne do zrobienia.
Hermiona weszła do kuchni, z której została natychmiast wygoniona, z powodu możliwości ,,ubrudzenia sobie prześlicznej'' sukienki. Jej mina za pewne nie wskazywała radości, lecz lekkie oburzenie.
Dlaczego wyrzucają ją z własnej kuchni?
To było poniżej jej dumy, ale dla dobra wesela, zrezygnowała z bycia uparciuchem i zaczęła przygotowywać się do ślubu.
Jej suknia była bardzo prosta, na ramiączkach, z dekoltem w serek. Wokół sukni miała osłonkę niby mgłę, która dawała efekt ,, szczuplejszej'' talii. Na szyi zawiesiła sobie łańcuszek, który w tym roku dostała od Harry'ego na walentynki, a włosy zostały spięte przez Ginny w efektowny kok. Można by uznać, że przypominał ten z balu w czwartej klasie.
Co do Ginny. Jej przyjaciółka na razie była samotna, ale jak podejrzewała Hermiona, ten stan mógł się szybko odmienić. Była przecież piękną, pociągającą dziewczyną, która... nadal była beznadziejnie zakochana w Harrym.
Hermiona wiedziała o tym doskonale, chociaż Ginn nie pisnęła ani słówka, ani nie zdradziła się żadnym gestem. Poznawała to po jej oczach, które zyskiwały nienaturalny blask, kiedy patrzyła na niego.
Kobieta westchnęła. Z jednej strony chciała, by jej przyjaciółka była na ślubie, weselu, zaś z drugiej nie chciała jej ranić. To ją wybrał Harry, chociaż czasem wahała się, czy prawidłowo postąpił. Zastanawiała się, co Harry w niej widzi i zawsze dochodziła do tego samego wniosku: Jest z nią, bo ma urodzić jego dziecko. Ich dziecko.
Ale gesty Harry'ego przeczyły tym słowom. Harry ją kochał. Ją i dziecko.
Punkt trzecia w czarodziejskim Kościele rozległy się dzwony i pierwsze takty marszu weselnego. Hermiona była zdenerwowana, a jej obawy udzieliły się z pewnością dzieciątku, które teraz zniecierpliwione poruszało się w brzuchu.
Do ołtarza prowadził ją Artur Weasley, ponieważ jej właśni rodzice zmarli tuż przed Bożym Narodzeniem w 1997 roku. Artur także chciał podziękować Harry'emu i Hermionie za te lata, które spędzili z jego synem, Ronem, którego w zeszłe wakacje zamordowali śmierciożercy. Razem z Molly długo nie mogli otrząsnąć się po tej tragedii, ból po tej stracie okazał się zbyt ogromny. Teraz swoją rodzicielską troskę przelali na najlepszych przyjaciół swojego zmarłego syna.
Dla Hermiony cała ceremonia była jak sen. Wszystko widziała przez mgłę, unosiła się, rozkoszowała słowami przysięgi. Gdy powiedziała ,,tak'', przysięgła wierność dopóki śmierć ich nie rozłączy, usłyszała identyczne słowa od ukochanego, poczuła, że zaczyna żyć. A słodki pocałunek, jaki jej mąż złożył na jej ustach, był obietnicą wielu cudownych chwil, przeżyć i doznań. Oznaczał jednak także spięcia, kłótnie, nieraz i płacz, rozczarowanie, złość... Lecz oni byli młodzi i silni, by podołać tym wszystkim wyzwaniom! Nie bali się życia, bo wiele trudności było już za nimi. Stali się silnymi ptakami, jednak dzisiaj powiedzieli sobie w duszy: Żegnaj, wolny ptaku!
Przyjęcie weselne odbyło się we wspaniałej willi z przepięknym ogrodem. Właśnie róże, posadzone tam, były w pełnym rozkwicie, co nadawało magiczną atmosferę. Widoku zachodzącego słońca na tle owych róż przez długi czas nie można było wymazać z pamięci.
Większą część przyjęcia goście spędzili na tarasie, z którego widać było cały ogród.
W jego centrum stała mała fontanna, która dodawała subtelności różanym alejkom. Ścieżki wysypane były bieluteńkim żwirem, po którym żal było stąpać. Wszystko układało się w harmonijny wzór, który nie raz koił skołatane nerwy.
Zapach, towarzyszący temu cudownemu miejscu, był połączeniem szczęścia, miłości, zauroczenia z intensywną wonią róż, skąpanych w złocistym blasku promieni słonecznych za dnia, a poświatą księżyca nocą.
To wszystko składało się na atmosferę tego domu. Obok takiej willi trudno było przejść spokojnie, bo zawsze coś przyciągało uwagę. A to fontanna, a to róże, a może magia?
Goście czuli się tu wspaniale. Fakt, nie było ich wielu, ale Ci, którzy przybyli, byli oddanymi przyjaciółmi dwójki nowożeńców.
Wśród przybyłych można było rozpoznać:
Wsród młodszego pokolenia:
Hannę Abbot z partnerem, Katie Bell, Susan Bones, Lavender Brown z narzeczonym, Colina i Dennisa Creeveyów, Seamusa Finnigana, Angelinę Johnnson, Jordana Lee, Neville'a Longbottoma, Lunę Lovegood, Parvati Patil, Alicję Spinnet, Deana Thomasa, Ginny, Freda, George'a, Charile'go i Billa Weasley'ów z Fleur Delacour i Blake Rivers oraz Olivera Wooda z żoną Kaylą.
Wśród starszych:
Arabellę Figg z kotami, Rubeusa Hagrid z Madame Olimpią Maxime, Wilhelminę Grubbly-Plank, Remusa Lupina z Nimfadorą Tonks, Minerwę McGonagall, Alastora Moody'ego i oczywiście państwo Weasley.
Hermiona czuła się jak w niebie. Była szczęśliwa, a jej humor udzielił się chyba wszystkim przybyłym, bo wszędzie słychać było żarty i lekkie rozmowy. Tańczyła dzisiaj niezliczoną ilość razy, przez co Harry był zazdrosny, ale ona sobie nic z tego nie robiła! Nie miał powodów do sądzenia, że może być mu niewierna. Nie ona...
Harry także siebie nie oszczędzał, lecz ciągle miał baczne oko na swoją świeżo poślubioną żonkę. Wierzył jej, miał zaufanie, ale... Chciał, by Hermiona poczuła, że teraz ma męża! I że to on nim jest..
Najciężej chyba było Ginevrze Weasley, która nadal była zakochana w Harry'm, lecz jak najlepiej życzyła przyjaciółce. Tylko czy były to życzenia ze szczerego serca?
W drugim końcu ogrodu, na ładnej ławeczce siedział Oliver Wood. Patrzył właśnie jak jego żona wiruje w tańcu z Fredem Weasley'em. Obok nich szalała Blake Rivers z Georgie'm. Uśmiechnął się nikle i napił się ponownie drinka. Była teraz szczęśliwa, więc dlaczego on nie mógł jej zapewnić szczęścia? Nie wiedział. Nie potrafił sobie odpowiedzieć na to pytanie, choć nurtowało go od roku, od chwili ślubu, od czasu złożenia przysięgi przed Bogiem. Jeśli nie mógł jej dać wszystkiego, to czemu go wybrała?
Z litości?
A może dla hecy, dla tego, by się chwalić przed przyjaciółkami? A może z miłości, przywiązania?
A może po prostu dla tego, że był przystojny...
Nie wiedział. I nie chciał wiedzieć. Tak było lepiej dla niego i dla Kayli. W szczególności dla niej...
Hermiona, zaróżowiona i zmęczona od ciągłego ruchu, usiadła przy stole i nalała sobie zimnego ponczu. Upiła łyk i zaczęła rozglądać się po gościach. Uśmiechnęła się, gdy zobaczyła Harry'ego tańczącego z Kaylą Wood. Z przyzwyczajenia wzrokiem poszukała Olivera i zauważyła go na ławeczce w drugim końcu ogrodu. Siedział sam i popijając drinka obserwował ludzi. W pewnym momencie ich spojrzenia skrzyżowały się. Kilka sekund mierzyli się, po czym usta Olivera ułożyły się w piękny, olśniewający uśmiech, na który Hermiona odpowiedziała równie żywiołowo. Tylko wyraz oczu mężczyzny był jakiś taki... niewyraźny. Kobieta zaczęła się nad nim zastanawiać, ale po chwili porwał ją do tańca Dean i zapomniała o zmartwieniach. Poddała się rytmowi cha-chy.
Ginny usiadła przy stole. Nalała sobie coli, po czym stwierdziła, że dzisiaj zaszaleje. Odłożyła kubek i wzięła drinka. Mocnego, prawdziwego drinka, którego wypiła jednym haustem. Poczuła się lepiej, chociaż zaczęło jej szumieć w głowie. Nie przejęła się tym i nalała kolejnego, a po wypiciu jego poszła na parkiet. Zauważyła, że obraz jej się rozmazuje. Zwaliła to na późną porę i zaczęła tańczyć. Nie wiedziała co, ale tańczyła... Do utraty tchu..
Harry po tańcu z Kaylą podszedł do wazy i nalał sobie ponczu. Poczuł, jak zimny płyn zaczyna ochładzać go. Starł z czoła pot, rozejrzał się za Hermioną ( tańczyła z Moody'm) i wziął zakąskę. Była to wołowina na zimno, za którą nie przepadał. Odłożył więc i zobaczył, jak Bill całuję Fleur. Pomyślał, że już czas, aby to samo zrobił on ze swoją żoną.
Kayla dosiadła się do Olivera. Przez chwilę siedzieli w ciszy, po czym Kayla zaczęła wypluwać z siebie słowa z prędkością maszynki. Po minucie zauważyła, że jej mąż nie jest w tym świecie i że patrzy się na kogoś. Tym kimś była panna młoda. Nie było by w tym nic dziwnego, bo panna młoda powinna być ozdobą swojego ślubu, lecz wzrok Olivera nie był zwykły... Przynajmniej nie taki, jakim Oliver zawsze ją darzył. Ten wzrok wyrażał pożądanie...
Harry podszedł do Hermiony i zaczął ją całować. Na oczach wszystkich. Po lekkim zaskoczeniu gości rozległy się gromkie brawa, które połechtały próżność Harry'ego. Jeszcze mocniej wpił się w usta żony; nie protestowała.
Jedynym obserwatorem, który pozostał obojętny dla tego wyczynu był Oliver Wood. Siedział on z kamienną twarzą, niewzruszony, i tylko zaciśnięte pięści świadczyły o tym, że widzi to co reszta.
Ginny nie było przy tym incydencie. Weszła do willi, a dokładniej skierowała się do toalety. Wypita wódka mieszała jej się w żołądku i spowodowała nieprzyjemne odczucia, które natychmiast musiała wydalić z organizmu. Gdy z powrotem znalazła się w ogrodzie było już po fakcie.
Tylko w powietrzu można było wyczuć woń miłości, szczęścia i zazdrości?
Powolnymi kroczkami zbliżała się północ, czas oczepin.
Welon Hermionie pomogła odpiąć Kayla, która jako, że jest zamężna, nie brała udziału w zabawie. Wraz z wybiciem dwunastej welon poszybował w górę.
O dziwo złapał go Fred Weasley, który niby przypadkiem przechodził obok bawiących się pań. Wszyscy wpadli w złość, a rudzielec tylko chichotał, czym podpadł Hermionie, która była bliska łez. Dlaczego? Otóż panna młoda wierzyła w przesądy, a to, że welonu nie złapała panna działało na niekorzyść małżeństwa.
Hermiona była roztrzęsiona i wściekła, co wywołało niekontrolowany uśmiech tryumfu na ustach Ginny. Zauważył go Wood, któremu też ta sytuacja pasowała. Miał już cel w życiu. Chciał uwieść Hermionę Potter.
Kayla stała niedaleko i obserwowała swojego męża. Zachowywał się bardzo nienaturalnie, jego oczy ciskały błyskawice w stosunku do pana młodego, zaś pożądanie do panny młodej. Nie wiedziała co sądzić o tym.
Z jednej strony nie dziwiła mu się – miał do tego prawo. Ona była tylko jego żoną na papierku, w rzeczywistości nigdy nią nie była. I nigdy nią nie będzie.
Zaś z drugiej obiecała sobie, że nie dopuści do tego, by zniszczył małżeństwo Hermiony. Za bardzo polubiła tę kobietę. I widziała jaka jest szczęśliwa z Harry'm.
Wood tak nie uważał. Miał odmienne zdanie. Ze swoich dogłębnych ( a jakże!) obserwacji wywnioskował, że Harry ożenił się z Hermioną ze względu na dziecko.
Tymczasem Fred zrozumiał swoją gafę i aby ugładzić swoje grzechy dał go Blake Rivers.
Blake Rivers była szaloną młodą czarownicą, która trzymała razem z bliźniakami Weasley od pierwszej klasy. Byli nierozłącznym trio, które nieustannie robiło wszystkich psikusy. Jednak ich faworytem był profesor Tłuste Włosy vel Severus Snape. To na nim wypróbowywali wszystkie sztuczki, choć nie zawsze im się udawało. Ile razy przyłapał ich, tyle razy Blake musiała ich ratować. Robiła niewinną minkę, słodkie oczy, usteczka w dziubek i mówiła, że to przypadkiem.
Snape nie był głupi, ale na takie zaloty dawał się nabrać, jak to on. Mówił groźnym głosem, że tym razem im odpuści, na co Blake reagowała piskiem i było po sprawie... Do następnego wybryku... I tak w kółko przez całą szkołę.
Drugim ulubionym obiektem był woźny Filch z panią Norris. Jego sławna miotła niezliczoną ilość razy dziwnie znikała, ale nigdy nie znajdował się winny. Tylko zawsze wokół miejsca rzekomego przestępstwa krążyła Blake Rivers, której nie sposób było obwiniać za to. Zawsze przygotowana, chwalona na lekcjach, mądra, sympatyczna... i bardzo sprytna. Swoim wdziękiem, humorem i przebiegłością nie raz ratowała bliźniaków z niemałych opałów. I siebie zresztą też...
Tą scenę widzieli państwo Weasley, którzy chcieliby, aby Blake była z Fredem. Gorąco kibicowali ich przyjaźni i oczekiwali czegoś jeszcze.
- Zobacz, jak oni słodko wyglądają – rozmarzyła się Molly.
- Tak, kochanie, wyglądają przecudownie, ale... - powiedział delikatnie Artur.
- Wiem, nie możemy im nic wmawiać, chociaż czasami mam na to ogromną ochotę – diabelskie ogniki zaigrały w oczach pani Weasley.
- Ja też – na ustach Artura zabłąkał się lekki uśmieszek.
- Jesteśmy wstrętni – Molly roześmiała się i trąciła łokciem męża.
- Jeśli powiem, że wiem, to przyznam się do tego, jeśli zaś zaprzeczę, będzie to niezgodne z prawdą – pan Weasley szepnął jej na ucho.
- Więc jaki z tego morał? - podsumowała pani Weasley.
- Nie można się bawić w swatki! - na co Molly zaczęła chichotać jak nastalotka, na co Artur porwał ją na parkiet.
Hermiona weszła na parkiet i poczuła, jak ktoś zakrywa jej oczy od tyłu. Po chwili znalazła się w jego ramionach i jednocześnie zrównała się z cudownymi zielonymi oczami.
Harry – chciała krzyknąć, lecz z jej ust wydobył się tylko cichutki pisk, bo poczuła, jak jego dłoń obejmuje jej talię. - Dziecko. Uważaj na dziecko. - poskarżyła się, lecz on nie wziął tego do siebie.
W rytm tańca obracał ją, przyciągał do siebie, tulił, ściskał, a na koniec po prostu odszedł. Zostawił ją zaskoczoną na samym środku parkietu, zaróżowioną i niewinną, z lekko przyśpieszonym oddechem.
Chciała za nim zawołać, ale nie zdążyła, bo poczuła na swoich ramionach inne ręce. Delikatne, lecz za razem stanowcze. Odwróciła się i spojrzała na swojego partnera. Był nim Oliver Wood.
W tym samym momencie Kayla rozmawiała z Blake. Stwierdziła, że dziewczyna ma zacięty charakter, a przy tym jest słodka, powabna i urocza. No i inteligentna. Jednak gdy zobaczyła, co wyczynia Oliver, zbladła.
- Co się stało? - zmartwiła się Blake.
- Oliver! Nie pozwolę mu na to – mruknęła bardziej do siebie Kayla, lecz dziewczyna to usłyszała.
- Na co nie pozwolisz?
- Na zniszczenie związku Hermiony i Harry'ego – odpowiedziała zaciętym głosem.
- Ale... - Blake chciała coś powiedzieć, jednak zrezygnowała.
Czy Kayla jest tak obsesyjnie zazdrosna o Olivera, a może te słowa mają głębszy sens?
- Kaylo... - spróbowała ponownie.
- Tak? - kobieta odwróciła się.
- Pozwól się rzeczom dziać – powiedziała spokojnie Blake.
- Nie mogę – wyszeptała. - Nie w takim stanie.
Blake wzruszyła ramionami, bo Kayla była taka dziwna...
Oliver pachniał mężczyzną. Takim dojrzałym, rozważnym mężczyzną. To Hermiona wyczuła jako pierwsze. Po drugie stwierdziła, że Oliver ma taki dziwny, jakby zamglony, wzrok. Gdy tańczył z nią, czuła, że angażował się w to emocjonalnie. Nie przepuścił żadnej okazji do tego, by ją przytulić, dotknąć czy zrobić jakiś śmielszy gest. Lecz, ku jej zawodowi?, nie przekroczył granic przyzwoitości i dobrego smaku. Po tańcu ukłonił się, podziękował i zniknął.
Hermiona poczuła, że jest rozstrojona jak stare, dawno nieużywane, pianino. Lekko zamroczona skierowała się do stołu, gdzie szybko wypiła szklankę wody. Poczuła się tak, jakby tym tańcem zdradziła Harry'ego. Teraz, kilka godzin po złożeniu przysięgi...
Wood usiadł na ławce, był dumny z siebie. Po chwili zobaczył, że w jego stronę pędzi Kayla. Była rozzłoszczona.
- Oliverze Wood! Coś Ty zrobił najlepszego? - zaczęła cicho, ale po każdym wypowiedzianym słowie jej głos stawał się coraz wyraźniejszy.
- Ja.. Nic – odparł głosem niewiniątka, chociaż w duszy cieszył się jak dziecko. Widział po stanie i mimice Hermiony, że osiągnął to, czego pragnął. Zburzył jej spokój wewnętrzny.
- Nie udawaj głupka – syknęła Kayla, a jej oczy ciskały błyskawicę.
- Od kiedy to masz prawo mnie pouczać? - spojrzał na nią chłodno, co spowodowało, że się opanowała. - A tak po za tym, czy chcesz się kłócić przy tak dużej publiczności? - spytał się słodko.
- Nie – mruknęła i z przyklejonym do twarzy uśmiechem powiedziała tak cicho, że tylko usłyszał to Oliver: - Ja ci jeszcze Wood pokaże!
- Naprawdę? - spojrzał na nią z niedowierzaniem, a gdzieś w kącikach ust błąkał się szyderczy uśmiech.
Kayla spojrzała na niego z nienawiścią. Miał w rękawie asa i dobrze wiedziała, że gdy zajdzie potrzebna, z przyjemnością go użyje.
Blake była pełna rozterek. Szła właśnie do bliźniaków, by podzielić się z nimi swoimi odkryciami, ale chcąc nie chcąc, spotkała po drodze Ginny.
- Tylko nie ta ruda małpa. Nie teraz – mruknęła do siebie i przybrała swój najcudowniejszy i najsztuczniejszy uśmiech, jakiego nauczyła się już kilka lat temu po pierwszym starciu z tą... Ginevrą.
- Ooo.. Blake.. Jak miło, że Cię widzę – Ginny nie kryła pogardy dla niej.
- Niestety ja nie podzielam Twojego odczucia – odparła zimno dziewczyna.
- Naprawdę? Ty? Wzorowa uczennica, miła uczennica? Pupilka? - zadrwiła z niej.
- W odróżnieniu od Ciebie. Twoje uczucia można by porównać do uczuć lodówki. Zimno, zimno, coraz zimniej, wręcz lodowato – odcięła jej się Blake.
- Och.. Nie przesadzaj... Ja przynajmniej mam adoratorów wokół siebie... Zawsze, ciągle... - powiedziała.
- Serio? Jakoś tutaj nikogo nie widzę oprócz Fleur... Chyba, że zmieniasz orientację, ale Fleur i tak jest zajęta.. Billem, Twoim bratem, jakbyś zapomniała – Blake skwitowała słowa Ginny.
- Ty, ty... wredna... - zaczęła Ginny, ale Blake podeszła do niej i przeszyła ją swoim wzrokiem:
- Nie podskakuj mała, bo się sparzysz, dotkliwie... - powiedziawszy to, odeszła. Wiedziała, że tą walkę na słowa wygrała.
Harry podszedł do Hermiony i przytulił ją. Kobieta poczuła się bezpiecznie w jego ramionach i pragnęła pozostać tam tak długo jak to możliwe – najlepiej do końca życia.
- Kocham Cię – wyszeptał Harry w jej włosy.
- Wiem.. Nie musisz mi tego mówić... Chociaż.. Ja też Cię kocham – podniosła na jego twarz wzrok.
- Wiesz, że w Twoich oczach jak orzechy można się utopić? - roześmiał się cicho.
- Nie wiedziałam... A czy moje usta są gorsze? - spytała podchwytliwie.
- Z pewnością nie, ale wolę się upewnić. - dotknął wargami jej ust. I nie mógł się oderwać.
Blake usiadła na alejce, podciągając kolana pod brodę i patrzyła się rozkwitające róże. Panna młoda przypominała jej taki kwiat w pełni rozkwitu. Uśmiechnęła się do siebie, Hermiona była taka szczęśliwa, a pomyśleć by, że na początku szóstej klasy nie spodziewałaby się takiego obrotu spraw. Ale wiadomo, że miłość zmienia ludzi.
Chociaż nie zawsze na lepsze.
Usłyszała za swoimi plecami kroki, a właściwie dudnienie, po czym usłyszała, jak ktoś klapnął koło niej.
- Co tak siedzisz tu sama?
- Ach.. Myślę sobie.. To już nie wolno?
- Oczywiście, że wolno.. To wolny kraj...
- Dziękuję za przypomnienie mi takiej oczywistej rzeczy – uśmiechnęła się lekko Blake. - Ale wiesz Fred zastanawiałam się nad Kaylą Wood. Kim ona jest?
- Kobietą – odparł niezbyt inteligentnie jak to on.
- No tak, ale po za tym? - zamyśliła się.
- Jest piękna, czarująca, z poczuciem humoru, po prostu chodzący ideał – stwierdził z lekką ironią Fred.
- Fred! Ja mówię poważnie! - Blake spojrzała na niego.
- A ja poważnie odpowiadam. - zaczął wpatrywać się w nią intensywnie.
- Dorośnij... Dorośnij, Fred! - mruknęła Blake.
- Blake... Ja jestem dorosły... - odparł, tym razem na poważnie.
,, Obraził się, świetnie! Jeszcze tego potrzebowałam!'' - pomyślała dziewczyna. Ukryła twarz w rękach, miała już dzisiaj dość wszystkiego.
Poczuła, jak Fred ją niezgrabnie pragnie przytulić. Nijako mu to wychodziło, ale nie protestowała.
- Miałaś spięcie z Ginn... Widzę to.. - szepnął jej na ucho; jego oddech łaskotał ją.
- Tak – westchnęła i zamknęła oczy. - Czemu Ty wszystko wiesz?
- Umiem obserwować – na jego ustach pojawił się naśmiały uśmiech, przeznaczony tylko dla jej oczu.
Gdy już zaczynało się robić miło i intymnie, sielankę przerwał zrzędliwy głos Ginny.
- Fred, mama Cię woła! Wiem, że tu jesteś!
Pierwszą myślą, jaką nasunęła się Blake, było to, że skąd ,, ta krowa wie, że tu jesteśmy''.
- Idź... Ja tutaj jeszcze posiedzę – szepnęła na tyle cicho, by ta małpa jej nie usłyszała. Fred westchnął tylko, podnosił się powoli i opornie, ale w końcu wstał i poszedł w stronę Ginn.
Jak tylko odszedł od razu stało się inaczej, ciszej, jakby smutniej...
Hermiona siedziała przy stole, obok niej stał Harry. A raczej pochylał się i szeptał na ucho co zrobi z nią później. Opowiadał o tym tak zapalczywie i za takim zapałem, że Hermiona poczuła ochotę, aby już było to obiecane ,,później''.
Całą tą scenę obserwowała Ginny. W środku spalała się ze złości, pomieszanej z nienawiścią, a jej twarz przypominała wyraz twarzy małego diabełka. Stała z boku, więc nikt na nią nie zwracał uwagi. Nagle poczuła, jak coś miauczy i ociera się o jej nogi. Zdenerwowała się i kopnęła biednego kota pani Figg. Ten zamiauczał z bólu i uciekł, a Ginny poczuła się lepiej. Ale miała ochotę na zrobienie czegoś większego, czegoś jeszcze bardziej podłego.
Harry uśmiechnął się i pocałował w ucho swoją żonę. Ta jęknęła i spojrzała na niego. Natrafiła na zielone, pełne miłości oczy.
- Zaskakujesz mnie – szepnęła cicho Hermiona, na co jej mąż uśmiechnął się przekornie.
- Już taki ze mnie zimny drań. - roześmiał się, wstał i z powagą spytał się swojej małżonki:
- Czy zatańczysz ze mną? - grali właśnie ich piosenkę ,,Joe le taxi'' Vanessy Paradis.
- Oczywiście, ukochany – Hermiona podała mu swoją dłoń i wyszli na parkiet. Kilka sekund później, wtuleni w siebie, kołysali się w takt muzyki.
Po załatwieniu sprawy Fred szybko pośpieszył na alejkę, gdzie ostatnio siedziała Blake. Nadal tam była.
Jej sylwetka była nienaturalnie zgarbiona, słyszał ciche łkanie. Czyżby płakała?
Cicho podszedł do niej i przytulił ją. Blake wiedziała, że to on, wyczuła jego obecność. Wtuliła się, najpierw z lekkim zażenowaniem, lecz później pozbyła się uprzedzeń. Fred był dla niej opoką, kimś w rodzaju anioła stróża. Zaczął szeptać jej słowa pociechy, a ona zareagowała na to jeszcze większym płaczem. Pozwolił jej na to, pozwolił jej się wypłakać.
Oliver Wood był tchórzem. W swoim życiu spotkał wiele kobiet, na których w jakiś sposób mu zależało, lecz żadnej nie okazał tego jak należy. Kayla nie liczyła się, była tylko przykrywką, rzeczą niepotrzebną. Ożenił się z nią, bo potrzebowała pomocy.
No właśnie, zaufała mu, a teraz on to chciał wykorzystać przeciwko niej. Czy to była gra fair play?
Zastanawiał się nad tym i nie wiadomo dlaczego spojrzał na swoją małżonkę.
Była dość ładną, zgrabną szatynką. Wzrostem nie grzeszyła, za to była bardzo inteligentna i kusząca, aczkolwiek niedostępna dla nikogo.
Czy żałował, że jest tak, a nie inaczej?
Nie wiedział i nie chciał wiedzieć.
Kayla miała bardzo wiele tajemnic, o których on nie miał bladego pojęcia. Znał tylko cząstkę, która była istotna, ale czy najważniejsza?
*
Blake siedziała koło Freda. Czuła, jak jego serce miarowo bije. Czuła jego oddech tuż przy jej uchu. Słyszała każde słowo wypowiedziane przez jego usta.
- Blake... Chciałbym ci coś powiedzieć – zaczął nieśmiało.
Dziewczyna spojrzała się na niego podejrzliwie. Czyżby coś kombinował?
Nie, jego mina wyrażała powagę. I to taką, która rzadko gościła u niego.
- Tak? - popatrzyła się na niego, świdrowała jego oczy wzrokiem. Odwrócił go zażenowany i spoglądał w dal.
- Ja... Ja...
- Co Ty? - zdenerwowała się jego wahaniem, nigdy nie miał problemów z mówieniem...
- Nie.. nie powiem Ci tego, bo... Wyśmiejesz mnie. - zerwał się szybko z trawy. - Dorośnij, Blake, dorośnij... - rzucił na odchodne i zniknął w poświacie nocy.
Chciała za nim zawołać, ale nie miała siły. Życie nauczyło ją, że niektóre chwile najlepiej przemilczeć... I przepłakać.
Ginny ponownie uraczyła się ginem z tonikiem, który wyjątkowo jej smakował. Stwierdziła, że jeżeli raz się upije, to świat się na głowę nie zawali.
Była rozzłoszczona tym, że przegrała z Blake. Z tą małą niewdzięcznicą, która wdarła się do rodziny! A przynajmniej próbowała.
Ginn doskonale wiedziała, że Fred jest w niej beznadziejnie zakochany. Chociaż krył się z tym jej sokole oko potrafiło wypatrzeć takie rzeczy. I oczywiście widziała to, czego nie powinna.
Zaśmiała się szyderczo... Ostatnio zaczęła odczuwać przyjemność przy robieniu rzeczy złych, niedozwolonych, prowadzących do zguby...
Ale nie przejmowała się tym zbytnio. Przecież Harry pokonał Voldemorta, więc już nic nie zagrażało czarodziejom.
Chyba tylko ona, a raczej zło, które zadomowiło jej się w duszy i sercu...
Miłość... Cóż to jest za słowo?
Smaku tego uczucia nie poznała nigdy Kayla.
Była jak zagubione dziecko, gdzieś w parku, zapomniane przez rodziców. Dopiero odnaleziona i utulona przez Olivera, promyczek słońca w jej życiu. Teraz znów opuszczona, znów pomiatana, lecz nie bezsilna.
Kayla patrzyła na gwiazdy. Mały Wóz był dzisiaj bardzo widoczny, tak jak Wielka Niedźwiedzica. Zaśmiała się cicho; niebo było jej żywiołem. Kochała patrzeć w gwiazdy, w chmury, marzyć w pogodne dni. Nie znosiła zaś deszczu, burzy, wiatru i słoty. W takich dniach czuła się jeszcze bardziej zbrukana niż w rzeczywistości.
Po chwili wyczuła, że ktoś się do niej dosiada, nie wiedziała do końca kto, więc się odezwała szeptem:
- Piękne niebo, prawda?
- Tak, jest cudowne – odezwał się nieznajomy.
Kocham patrzeć w gwiazdy. Uważam je za twór wyższych istot, kogoś o wysokiej inteligencji. - Kayla rozmarzyła się.
- Hehe... Ciała niebieskie są fascynujące... Doprawdy, wspaniałe... -odpowiedział towarzysz.
- Widzisz Mały Wóz? - pokazała ręką zbiór.
- Oczywiście – zaśmiał się cichym, gardłowym śmiechem. - A tam jest Wielka Niedźwiedzica.
- Dobry jesteś – Kayla nie potrafiła ukryć zdumienia, bo rzadko kto zaskakiwał ją znajomością nieba.
- Dzięki – odpowiedział skromnie.
Kayla rozsiadła się na trawie. Zrzuciła swoje pantofelki i zaczęła przebierać palcami w trawie. Odprężyła się i wdychała zapach lata. Pachniał tak słodko, tak mile. Jej towarzysz uczynił to samo. Po chwili machali nogami i bawili się jak dzieci, chodź nie widzieli, z kim są.
Powoli wesele dobiegało końca. W ciągu tych kilku godzin wiele się namieszało, poplątało, stało się jeszcze bardziej zawiłe...
Główni bohaterzy pokazali różki, tak samo i panna Weasley. Oliver Wood odkrył, że się zakochał, lecz nie w swojej żonie... Kayla Wood została zaszantażowana, lecz później spędziła przyjemne chwile z nieznajomym towarzyszem. Blake Rivers wiedziała, że zepsuła swoją przyjaźń z Fredem i gorzko tego żałowała... Fred czuł się odtrącony i gdzieś, w bliżej nieznanym miejscu, wylizywał się z ran...
Co jeszcze czekało tych młodych?
O tym wiedział tylko LOS.
