3. I jeszcze raz, i jeszcze raz...?
Hermiona:
Wesele się udało. Było wspaniałe, cudowne, że aż z wrażenia brakuje mi słów! Trudno by znaleźć epitety określające magię tej podniosłej chwili.
Czułam się jak w baśni – na jedną noc stałam się księżniczką, która odnalazła własnego księcia z bajki. Nie tylko fizycznie, ale i duchowo. Harry stał się dla mnie ostoją, opoką, kimś, kto daje mi i maleństwu poczucie bezpieczeństwa, a także pełnią szczęścia.
Takich chwil w życiu chciałabym mieć jak najwięcej, ale wiem, że to niemożliwe. Dobry związek opiera się na zaufaniu, przyjaźni i tym czymś, co się nazywa zazdrością. Oczywiście dawkowaną w niewielkich ilościach, a jakże...
Chociaż nie, jestem próżna, bo gdybym mogła powtórzyłabym wczorajszy dzień jeszcze raz i jeszcze raz...
Harry:
Nie jeden chciałby mieć takie wesele jak moje! Nie jeden chciałby mieć taką żonę jak moja. Nie jeden chciałby mieć takiego dzidziusia, jakiego niedługo będę miał...
Ale tylko ja mam to wszystko, bez chcenia! Otrzymałem to od losu, więc mam zamiar to pielęgnować, rozpieszczać do granic przyzwoitości! Inaczej mogę stracić to, co mi ofiarowano w geście dobroci i przypływie czułości. Miłość nie jest wieczna, ale zbudowana na solidnych fundamentów może przetrzymać nie jedną burzę...
A ja wiem, że nasze małżeństwo to zniesie, a nawet wyjdzie z tego bez uszczerbku, a może i wzmocni się przez te wszystkie szumne dni...
1 sierpnia 1998
noc
Kayla Wood obiecała sobie solennie, że nie będzie dzisiaj spała w towarzystwie swojego ohydnego męża. Była zdolna wyjechać już tej nocy, lecz czuła, że alkohol buzuje jej we krwi, mimo że nie wypiła go wiele. Gdy weszła do przydzielonej sypialni, zauważyła, że Wood śpi jak suseł, a w całym pokoju unosi się woń alkoholu. Poczuła, jak zbiera jej się na wymioty. Podeszła do okna i gwałtownym ruchem otwarła je. Gdy chłodne, sierpniowe powietrze wypełniło pokój, poczuła, że odzyskuje równowagę.
Spojrzała na Olivera – wyglądał tak niewinnie, słodko i bezbronnie, że wprost nie mogła uwierzyć w jego podłe zamiary. Poczuła, jak gotuje się w niej złość, najchętniej by go zatłukła. Za te jego niecne uczynki, wstrętny charakter i haniebne plany w stosunku do Hermiony Potter.
Niestety, kodeks honorowy zabraniał jej działania na szkodę innych, nie mówiąc już o rodzinie. A Wood należał do najbliższej rodziny, co stwierdzała z przykrością.
Kayla westchnęła. Była świadoma konsekwencji czynu, który popełniła w młodości. Błędu popełnionego z rozpaczy, nagle, spontanicznie.
Wiele razy go żałowała, przeklinała, płakała przez niego, lecz była bezradna. Czasu nie można cofnąć. Wiązała ją przysięga i koniec. Musiała respektować ją do końca swoich dni, bo inaczej mogłaby znaleźć się gdzieś, gdzie nie powinien być nikt. Nikt żywy.
Wzięła swoje rzeczy i wyszła z pokoju.
Hermiona spojrzała na zegarek. Była piąta piętnaście, a ona dopiero kładła się spać. Pierwszy raz jako pani Potter, u boku swego męża.
Harry stał przy oknie i patrzył na wschód słońca. Był nagi do pasa, więc wyglądał tak mile i słodko, że kobieta podeszła do niego. Wyciągnął do niej ręce i po chwili była w jego ramionach. Wdychała woń ciała Harry'ego. Czuła każdy jego zarysowany mięsień poprzez cienką batystową koszulkę, osłaniającą jej ciało.
Wiedziała, że ręce Harry'ego błądzą po jej plecach, ramionach, szyi. Słyszała gorące słowa, które szeptał jej do ucha. Odpowiadała na nie, prowadziła z nim niebezpieczną gierkę.
Poczuła, jak jego silne ramiona obejmują ją w pasie i podnoszą. Wystraszyła się lekko, bo obawiała się o dziecko.
- Nie bój się – wyszeptał Harry. - Zaufaj mi.
Nie bała się o siebie, a ufała mu nie od dziś. Ona była tylko ciekawa tego, co z nią zrobi.
A wiedziała, że będzie to coś niepospolitego, dziwnego, szalonego, dzikiego.
Nie zawiedzie jej, wiedziała o tym, bo to wyczytywała z jego oczów pełnych miłości i uwielbienia.
Każdym nerwem swojego umysłu i ciała była przygotowana na wszystko, dzisiaj nie było słowa ,,później'', nikt też nie miał zamiaru mówić ,,game over''.
Młoda żona widziała, jak usta jej męża szukają jej ust, więc wyszła im naprzeciw. Po chwili pochłonięta była rozkoszą płynącą z pocałunków.
- Stop – powiedział Harry i przerwał tę podniosłą chwilę. - Pozwól się rzeczom dziać – dodał cicho, a ogniki w jego oczach zatańczyły kankana.
Hermiona jęknęła, była zawiedziona, że przerwał pocałunek.
- Dlaczego? - spojrzała na niego z wyrzutem.
- Jak spróbowałaś rozkoszy małżeńskich przed małżeństwem to teraz możesz poczekać – wyszczerzył swoje zęby w uśmiechu i zniknął w drzwiach łazienki.
Kobieta była niezadowolona – pragnęła pieszczot, wyznań, a tutaj figa z makiem i poczekaj! Po chwili Harry wrócił, najwyraźniej zadowolony z siebie, trzymał w ręku coś, co przypominało kieliszki. Były czymś wypełnione do połowy.
Hermiona zachichotała, bo Harry chyba chciał ją upić.
- Szampan dla pani Potter – oznajmił wyniośle, na co kobieta jeszcze bardziej zachichotała.
- Dziękuję – odpowiedziała, poważniejąc. - Czy ty masz zamiar mnie spoić alkoholem?
- Zgadłaś – odparł z rozbrajającą szczerością, ale była pewna, że łże.
- No dobrze, wypiję ten kieliszek. - stwierdziła z miną, która zapewne miała imitować smutek.
- Tylko ten kieliszek – podkreślił Harry z powagą.
Hermiona zaśmiała się, oto Harry pokazał sprzeczność swoich słów. Chciał ją upić, ale nie pozwalało mu na to sumienie czy też troska o dobro dziecka.
W ciszy sączyli trunek, jednocześnie obserwując wschodzące słońce. Nie potrzebowali słów – wystarczyły tylko gesty.
- Kocham Cię – szepnął Harry i pocałował Hermionę w ucho.
Kobieta odwróciła się i spojrzała w jego zielone oczy. Były jak gwiazdy – świeciły i migotały, zachęcały do wpatrywania się w nie. Przeniosła swój wzrok na usta – wąskie, nieduże, ale jakie miękkie i cudowne. One także, poprzez uśmiech, zapraszały, by ich skosztować. Popatrzyła na całą jego twarz i ujrzała uwielbienie, które teraz ukazało się w całej swojej krasie. Było ono skierowane do niej – Hermiony, półkrwi czarownicy, która wcale nie powinna zasługiwać na miłość bohatera narodowego. A jednak to ją postanowił obdarzyć tym wszystkim, co posiadał- czułością, opieką i... potomkiem.
- Kochaj mnie, Harry – odszepnęła. - Kochaj mnie...
Harry spełnił to polecenie z radością. Odszukał usta Hermiony i zatopił się w nich.
Później widać było tylko dwa ciała splecione w jedność.
Fred wszedł smutny do kuchni. Zauważył, że dzisiaj wszystko mu szło na opak.
Złapanie welonu, później sprzeczka z Blake, teraz kompletny dół. Chciał swoje smutki utopić w kieliszku, ale nie wypadało mu. Był w tym domu tylko gościem i nie mógł się rządzić.
Zauważył, że przy stole siedzi jeszcze ktoś.
W ciemności nie wiele było widać, ale on bez problemu rozpoznał, kto to.
- George? - szepnął w ciemność. Sylwetka poruszyła się i odpowiedziała mu:
- Fred?
Fred zaśmiał się, jego brat był wspaniały. Ile razy miał doła, tyle razy George mu pomagał, ale teraz zauważył, że z bratem też jest coś nie tak. Zmartwił się nie na żarty.
- George, co jest? - podszedł do niego i spojrzał mu, w miarę możliwości, w oczy. Zobaczył, jak małe perełki błyszczą w kącikach jego oczu. To było niewiarygodne, ale George płakał.
- Fred... Ja chyba... - ukrył twarz w dłoniach. - Już sam nie wiem!
- George... - powiedział cicho Fred. Zaczął się martwić jeszcze bardziej, bo brat nigdy nie miał problemów z wysławianiem się.
- Wiesz, która to Kayla Wood? - zapytał znienacka.
- Tak.
- Żona Olivera, naszego kumpla. Wspaniałego gracza i faceta.
- No wiem, ale co to ma do rzeczy – Fred był znany ze swojej niecierpliwości.
- JasięchybazauroczyłemKaylą. - powiedział George bardzo szybko, ale jego brat i tak to zrozumiał.
- Kiedy? - zapytał się poważnie Fred.
- Dzisiaj, wczoraj... Sam już nie wiem... - jego łzy płynęły cieniutkim strumyczkiem po policzku. Pociągnął nosem i kontynuował: - Rozmawialiśmy, była dla mnie taka miła... Wzięła mnie na serio, nie żartowała ze mną.
- Wiedziała, że ty to ty? - zapytał się inteligentnie George'a.
George pokręcił przecząco głową i Fred już wiedział wszystko.
- Ale najgorsze jest to, że ona ma męża! I jest z nim szczęśliwa! - jego głos był pełen bólu.
- Skąd wiesz? - oburzył się Fred. - Jak z nią tańczyłem nic nie wspominała o Woodzie! Wręcz przeciwnie, unikała tego tematu.
George spojrzał na niego nienaturalnie błyszczącymi oczami. Łzy, które potoczyły się po jego policzkach, obeschły, ale nadal były widoczne.
- Chroni swoją prywatność – odparł dyplomatycznie, bo nie chciał uwierzyć w to, że Kayla jest nieszczęśliwa z Woodem.
- Tak... Z pewnością – głos Freda był pełen ironii.
- Ej.. Fredziu.. A jeżeli ona jest w ciąży i po prostu ukrywa ten fakt przed wszystkimi? - zapalił się George.
- A niby po co miała to ukrywać? - brwi Freda uniosły się w geście zdziwienia.
George stracił pewność siebie. Nie wiedział już co ma myśleć o Kayli Wood, swoich odczuciach i domysłach. Stwierdził, że chyba oszalał.
Blake Rivers czuła, że się rozpada. Od środka. Przez chwilę była pewna, iż ogień piekielny spalił jej duszę do cna, pozostawiając tylko bezwładne ciało na pastwę losu. Czuła się okropnie, fatalnie. Wydawało jej się, że wypłakała wszystkie możliwe łzy, że oczyściła duszę z grzechów, ale to były tylko urojenia. Nadal była taka sama, jak kilka godzin temu. Może tylko bardziej nieszczęśliwa czy zraniona.
Nie mogła się pogodzić z tym, że przez jej niedelikatność straciła takiego wspaniałego przyjaciela jak Fred Weasley.
Zmęczona wyrzucaniem sobie tego, zapadła w bardzo niespokojny sen.
Stała w jakiejś ogromnej sali. Po chwili skojarzyła otoczenie – była to sala do transmutacji. Widziała profesor McGonagall i uczniów, a wśród nich siebie i bliźniaków. Siedzieli za bardzo spokojnie, z pewnością szykowali jakiś numer. Popatrzyła na siebie – była przeźroczysta. Podeszła do uczennicy i chciała ją dotknąć. Nie mogła; jej ręka przeszyła na wylot ciało dziewczyny, a ta nawet na nią nie spojrzała. Zrozumiała, była tylko tłem i miała za zadanie obserwować. Zaciekawiona więc zbliżyła się do bliźniaków.
Usłyszała:
Pssst... Blake... Weź różdżkę. - głos Freda.
- Dobra. Już biorę – zobaczyła, jak drugie ja odszeptuje i posłusznie bierze różdżkę w ręce. Usłyszała także ciche odliczanie George'a, który po chwili powiedział: ,, Teraz''.
Widziała tylko strumień światła pochodzący z jej różdżki, dziwną mgłę ( Fred maczał w tym palce) i ogólne zamieszanie. Słychać było tylko rechot żab, które pojawiły się znikąd i głośny śmiech trojga dowcipnisiów.
Już pamiętała!
Był to kawał z piątej klasy. Dostali wtedy dużą karę, ale warto było!
Nagle sceneria zmieniła się. Była noc, nad jeziorem, na Błoniach.
Blake nie wiedziała, dlaczego akurat tutaj. Zaciekawiona, podeszła bliżej drzewa, gdzie coś się rozgrywało.
Nawet w ciemności potrafiła rozpoznać rude czupryny bliźniaków. Uśmiechnęła się mimowolnie, gdy ich ujrzała. Zawsze ich widok poprawiał jej humor.
Słyszała podniesione głosy bliźniaków, piski jakichś dziewczyn, ale siebie nie. ,, Kiedy to mogło być?'' - myślała intensywnie.
Zainteresowana podeszła jeszcze bliżej i ujrzała niesamowitą scenę, która na chwile pozbawiła ją tchu...
Długie blond włosy, spływające kaskadą do pasa, czarna sukienka, zakrywająca tylko to, co potrzeba, buty na wysokim koturnie i bardzo mocny, i niepotrzebny, makijaż.
Blake poczuła, jak na jej policzki wpływa rumieniec wstydu – nie powinna była tego widzieć! Po co jej do wiadomości to, jak Fred ( czy George) całował się z tą lalunią, jak ją dotykał, tam gdzie nie powinien? Po co takie obrzydliwe rzeczy jej ktoś pokazywał? Po co?
Sceneria znowu się zmieniła. Nadal była w tym samym miejscu tylko później. Lalunia zniknęła, ale bliźniaki nadal tam siedziały. Rozmawiały ze sobą tak cicho, że Blake musiała podejść bardzo blisko ich.
-Ej... George... Ona to chodząca pomyłka – powiedział Fred.
- Wiem, ale ty mnie nie chciałeś słuchać, jak mówiłem, że to pusta lalunia. - mruknął George.
- Mówiłeś... - westchnął bliźniak. - Wiesz, jak się z nią całowałem, to myślałem o Blake...
Cisza.
Blake poczuła, jak jej krew w żyłach zaczyna szybciej krążyć. Gdyby była w swoim ciele, na pewno by zemdlała.
- Wiem, Fred... Zauważyłem to już pod koniec szóstej klasy... Jak patrzysz na nią maślanym wzrokiem, jak wypełniasz wszystkie jej zachcianki, jak chcesz ją dotykać...
- O Boże! - Fred zachichotał. - Naprawdę to tak widać.
- Naprawdę, ale Blake tego chyba nie widzi. - skwitował George.
- Nie widzi... - powtórzył mimowolnie i zrobiło mu się przykro.
Blake nie widziała co sądzić o tym wszystkim. Szczerze mówiąc na początku zaskoczyło ją to, ale zdała sobie sprawę, że George ma rację. Całą siódmą klasę się nią opiekował. Nie było dnia, w którym by jej nie przytulił czy pogłaskał. Rzeczywiście był na każde jej skinienie, bez szemrania spełniał wszystko, czego sobie zażyczyła.
Teraz zdawała sobie sprawę, jaka była głupia! Mimo swojej inteligencji nie odkryła, że Fred się w niej podkochuje? Wyrażał to tysiącem gestów, mimiką, zachowaniem, a jej się wydawało, że wszystko jest po staremu. Dlaczego tego nie odkryła? Dlaczego tak raniła Freda swoją gadką o chłopcach, o sposobach ich podrywu, o randkach i pocałunkach? Czemu przy nim mówiła, jaka to ona brzydka, gruba i nikomu niepotrzebna? Dlaczego!
Miała na to tylko jedno wytłumaczenie: Nie wiedziała.
Ginevra Weasley siedziała na kanapie w swoim pokoju. Miała dość życia. Teraz, gdy straciła na dobre Harry'ego, stwierdziła, że nic jej nie łączy z rodziną. Miała ogromną ochotę uciec, zaszyć się w jakieś dżungli, z dala od ludzi. Ale nie mogła – coś dziwnego trzymało ją tutaj, nie pozwalało się ruszać. Była jak związana na tonącym statku. Chciała, lecz nie mogła.
Stwierdziła, ze zdziwieniem, że nawet nie potrafi płakać. Łzy nie przechodziły przez jej oczy, nie spływały po policzku, nie zostawiały śladów. Zauważyła, że wiele rzeczy, które kiedyś ją raniły, dziś w ogóle jej nie ruszają.
Zaśmiała się szyderczo, bo stwierdziła, że stała się inną Ginny.
Silniejszą, mocniejszą, trwalszą...
I przesiąkniętą złem.
Kayla zeszła do kuchni. Wydawała jej się pusta, więc zaświeciła światło. Krzyknęła przerażona, gdy zobaczyła w niej George'a. Siedział na krześle i wpatrywał się w dal. Udawał, że jej nie widzi.
Zmartwiła się i podeszła do niego trochę bliżej. Zauważyła, że płakał, ale nie dała tego po sobie poznać.
Jakby się poczuł, gdyby wiedział, że ona wie o jego płaczu? Ona, obca osoba, która nie powinna się znaleźć się tutaj, w tym czasie?
Spróbowała się do niego odezwać:
- George?
Nie zareagował.
Zbliżyła się jeszcze bardziej. Dotknęła jego ramienia, nadal ją ignorował.
- George, tu Kayla. Słyszysz mnie?
Poruszył się niespokojnie, jakby chciał zostać sam w kuchni.
- Mam odejść? - spytała się.
Cisza.
Zrezygnowała z dalszego pytania i postanowiła nalać sobie kawy. I tak wiedziała, że dzisiaj już nie zaśnie.
- Nie pij kawy, bo to może zaszkodzić dzie... - urwał w połowie, bo zdał sobie sprawę z własnego nietaktu.
- Słucham? - Kayla spojrzała na niego zdziwiona, bo go nie usłyszała. - Dlaczego mam jej nie pić?
George zarumienił się i powiedział zawstydzony:
- Bo... Bo.. Może już wystygła?
Kayla zmarszczyła brwi, kawa była gorąca, dopiero co zalana. Co George miał na myśli? Nie od dzisiaj przeklinała swoją głuchotę.
- George, ona jest gorąca... - powiedziała i spojrzała się na niego.
Mężczyzna spłonił się po raz drugi i wyszeptał krótkie:
- Wiem.
Kayla już nic nie rozumiała, więc stwierdziła, że da sobie z tym spokój.
- Też ci nalać? - zapytała się, by przerwać ciszę.
Potrząsnął głową przecząco. Kobieta wzruszyła ramionami i zaczęła nalewać kawę, gdy George zerwał się nagle z krzesła i minął ją, wytrącając z równowagi.. Krzyknęła przerażona, bo dzbanek wypadł jej z rąk i roztrzaskał się o podłogę. Trochę kawy poplamiło jej suknię, a reszta zamoczyła całe linoleum.
- Boże – wyszeptała wystraszona. - Co my zrobimy? - spojrzała na George'a, który stał sparaliżowany kilka kroków od kałuży.
Zobaczyła, że jego twarz na chwilę tężeje, po czym staje się bardzo poważna.
- Jak to co? Sprzątamy. - powiedział i wziął ręcznik. - Później wypierzemy – mruknął, podając jej drugi.
Zabrali się do pracy. Poszło im to bardzo szybko. Gdy wstali, byli zmęczeni i cali upaprani kawą. Po chwili Kayla roześmiała się w głos i puknęła w czoło. Zostawiła sobie na nim długą smugę, którą George chciał wytrzeć, lecz powstrzymywał się siłą woli od tego.
- George, ale z nas głupki! Mogliśmy użyć magii! - śmiała się. Mężczyzna też chciał, ale nie potrafił, bo wciąż wpatrywał się w tą smugę.
- Kaylo... Mogę coś zrobić? - zapytał się i przełknął głośno ślinę.
- Jasne - powiedziała uśmiechnięta.
George podszedł do niej i zdziwiony zobaczył, że jest wyższy od Kayli. Delikatnie starł skazę i mimochodem spojrzał w oczy kobiety. Były błękitne jak laguna, cudowne, wspaniałe. Zapragnął się nich zatopić.
Według niego Kayla była przepiękną kobietą, która zasługiwała na bycie szczęśliwą z Woodem.
Zasługiwała, ale czy była?
Tego nie wiedział.
- George – powiedziała cicho Kayla, bo stwierdziła, że jest troszkę za intymnie.
Mężczyzna otrząsnął się i odsunął dosyć niechętnie, a w tym czasie Kayla użyła reparo do sklejenia dzbanka.
- To co? Chcesz kawy? - zapytała ponownie i zobaczyła, że George skina głową. Nie chciało mu się pić, ale to była jedyna możliwość bycia blisko Kayli. Jedynej osoby, która potraktowała go na poważnie, jak dorosłego. Jedynej osoby, która wywoływała w jego brzuchu dziwny skurcz. Jedynej osoby, na której mu zależało tak naprawdę.
Blake przewracała się na łóżku. Nie mogła zasnąć. Prześladowały ją słowa Freda, wciąż kołatały się w jej głowie: Wiesz, jak się z nią całowałem, to myślałem o Blake...
Nie mogła sobie wybaczyć dzisiejszego, a może wczorajszego, zachowania! Dlaczego była dla niego taka opryskliwa, czemu nie dała mu się wypowiedzieć? Czuła przecież, że chce jej powiedzieć coś istotnego, ważnego dla niego... i chyba dla niej.
Teraz już domyśliła się o co mu chodziło.
Teraz, stanowczo za późno.
Stanowczo za późno...
Blake chciała płakać, ale stwierdziła, że dość tych beznadziejnych łez! Nie można stać bezczynnie i użalać się nad sobą, lecz brać los w swoje ręce!
Pełna nadziei wstała z łóżka i zaczęła się ubierać. Zrzuciła sukienkę, która była teraz w opłakanym stanie, i nałożyła pierwsze ciuchy, które znalazła w walizce.
Zmyła wieczorowy makijaż i poczuła się jak nowo narodzona. Zadowolona z siebie wyszła z pokoju. W końcu musiała zawalczyć o przyjaciela! A może nawet kogoś ważniejszego...
poranek
Dzień zapowiadał się bardzo upalny. Według meteorologów nie miała spaść żadna kropelka deszczu, nie powinno być wiatru i innych, niezbyt przyjemnych, wahań pogody. Na razie na dworze widać było przejawy obiecywanej pogody, która objawiała się ciepłym, aczkolwiek czasami dusznym, powietrzem. Wprawne oko obserwatora dostrzegłoby, że gdzieś, pomiędzy wierszami tego ciepełka, wisi groźba burzy.
Burzy niekoniecznie rozgrywającej się z dala od ludzi, a wręcz przeciwnie...
Rixey Cooley obudziła się rozdrażniona. Od początku wiedziała, że ta sobota będzie nieudana. Nie dość, że
nienawidziła tej szlamy Granger, to jeszcze musiała się pojawić na ich weselu. Musiała, bo była, powiedzmy szczerze, organizatorką. Teraz żałowała, że zgodziła się na to przedsięwzięcie, lecz jej córka, Francesca, nie podzielała jej opinii. Mówiła, że trafiła na nadzianego faceta, który jest beznadziejnie zakochany w swojej dziewczynie. Ale dodała także, od siebie, że chyba nie na długo.
Rixey co do tego nie miała wątpliwości. W końcu Francesca była dobrze wyposażona przez naturę – bujne kształty, łagodne rysy twarzy i niecodzienny charakterek.
Wszyscy chłopcy z jej szkoły chcieli się z nią umówić, ale ona, zgrywająca cnotliwą dziewczynkę, odmawiała wszystkim po kolei.
Uważała, że chłopcy z jej szkoły to wymoczki, niewarte nawet żadnego uśmiechu, czy, tym bardziej, gestu. Ona gustowała w starszych, jej zdaniem, bardziej doświadczonych. Nie była dziewicą – cnotę straciła z jednym przystojnym ratownikiem, gdzieś na plaży... Już nawet nie pamiętała jego imienia, ale co tam.. Jest jeszcze tyle do przeżycia, a młodość umyka... Nie zawracała sobie głowy bzdurami – jej celem w życiu było rozkochanie jak największej liczby chłopców.
Teraz za cel postawiła sobie Harry'ego Pottera, który ożenił się ze szlamą. Nie mogła tego przeboleć. Jakim prawem taki przystojny bohater narodowy, duma czarodziei, bierze za żonę nic nie wartą dziewczynę...?
Była bardzo oburzona, gdy się o tym dowiedziała. Przecież ta szlama jest starsza od niej tylko kilka miesięcy!A dodatek brzydka i gruba. Nie chciało do niej dotrzeć, że to jest spowodowane ciążą, bo ona i tak wiedziała swoje.
Rixey weszła do łazienki, gdzie wzięła prysznic. Zimna woda doskonale działała na jej skołatane nerwy. Później powoli suszyła włosy i układała je w fale, tak by układały się nienagannie. Po tym ubrała swój ulubiony żakiet i zeszła do kuchni. Tam zafundowała sobie niskokaloryczne, ale wysokoenergetyczne śniadanie. Ciemny chleb, odrobina masła, plaster szynki, ekologiczne pomidory i ogórki... Nie przepadała za dietami, ale musiała ich przestrzegać, bo inaczej Francesca byłaby zła. Ona się odchudzała od kilku lat, bo miała problemy z dziecięcym tłuszczykiem, który nie chciał odejść bez walki.
Rixey była drobna i nie miała skłonności do tycia – tę cechę Francesca miała od ojca. Jak się można domyślić, nie była z niej dumna. W ogóle jej córka nie miała wiele po niej, więc czasem zastanawiała się, czy ona rzeczywiście jest z jej krwi.
Jednak charakterek dziewczyny mówił sam za siebie – wykapana Rixey. Z tego akurat kobieta była dumna.
Reszta mogła odejść w zapomnienie, tak jak to zrobiła z obrazem ojca Franceski. Wyrzuciła go ze swojej pamięci i nie chciała, by wracał. Nie zasłużył sobie na to. O nie.
Harry obudził się dosyć wcześnie rano, a pierwsze, co zrobił, to spojrzał na swoją żonę. Leżała na boku, twarzą skierowaną do niego. Na ustach miała lekki uśmiech, a niesforny loczek, który opadł na czoło, poruszał się przy każdym wydechu.
Uśmiechnął się czule i zobaczył, jak się porusza. Chyba musiała stwierdzić, że jest jej gorąco, bo wyjęła swoje dłonie spod kołdry. Zaczęła także coś szeptać, niezrozumiale, szybko...
Harry stwierdził, że coś jej się śni, ale nie mógł oderwać wzroku od jej dłoni. A właściwie od pewnego złotego pierścionka, zwanego także obrączką. Nie mógł uwierzyć, że Hermiona jest jego żoną! Nie mógł uwierzyć w to wszystko – wciąż był pewien, że to sen. A jednak to była jawa.
Podniósł ostrożnie kołdrę i wstał z łóżka. Na paluszkach skierował się do łazienki i zaczął poranną toaletę.
Po kilkunastu minutach wyszedł i zobaczył, że Hermiona patrzy na niego. Uśmiecha się. Podszedł do niej i wyszeptał:
- Witaj słonko – po czym pocałował ją delikatnie w usta. Kobieta uśmiechnęła się i przeciągnęła na łóżku, a gdy znalazła się w pozycji półsiedzącej ziewnęła.
- Harry… - powiedziała po stłumieniu ziewnięcia.
- Słucham, kochanie.
- Nie, nic… Chciałam tylko usłyszeć twój głos. – W oczach Hermiona zapłonęły szatańskie ogniki.
- Naprawdę? – Harry zerwał z niej kołdrę. – A może chciałaś zostać wyłaskotana? – i zaczął sprawdzać, jak jego żona jest wytrzymała.
- Harry…! Nie… Zostaw… Harry! Ha ha… Harry! – Hermiona śmiała się, jednocześnie wrzeszcząc by przestał.
Mężczyzna przestał, a ta spojrzała na niego diabelsko.
- Jeszcze się policzymy – spojrzała Harry'emu głęboko w oczy.
- Ciekawe jak… - Harry wstał zwinnie z łóżka i chciał uciekać, ale nie zdążył, bo poduszka wylądowała na jego plecach. 1:0 dla Hermiony.
Obrócił się gwałtownie.
- Chcesz wojny? – spojrzał na wojowniczą minę Hermiony. – To będziesz ją miała. – Podniósł poduszkę i rzucił ją.
Było już 1:1.
Blake chciała wejść do kuchni , bo poczuła zapach świeżo parzonej kawy.
- Hmn… - wdychała przyjemną woń.
Z wnętrza dobiegł ją cichy śmiech Kayli i podekscytowany głos George'a. Słyszała tylko pojedyncze słowa, nim wykonała odwrót. Nie będzie im przeszkadzać.
Wyruszyła do salonu, gdzie prawdopodobnie stał szwedzki stół. Po drodze wpadła na Molly Weasley.
- Blake, widziałaś może Ginny?
Dziewczyna pokręciła przecząco głową.
- Może wyszła na dwór… - pani Weasley mruknęła do siebie.
Blake minęła ją i weszła do salonu. Nie myliła się. Na środku stał suto zastawiony stół. Nagle poczuła się głodna. Wzięła biały, porcelanowy talerz i nałożyła sobie sałatki. Polała winegretem, wzięła kromkę chleba, nalała do filiżanki tej aromatycznej kawy i zaczęła jeść. Jedzenie było wyśmienite, co dało jej podstawy do myślenia o tym, że skrzaty maczały w tym palce.
Gdy się najadła do pokoju wszedł Fred. Wyglądał mizernie – włosy w kompletnym nieładzie, ubranie niechlujne i zapuchnięte oczy. Nie miał chyba łatwej nocy.
- Cześć – powiedziała cicho. Spojrzał na nią przelotnie, ale nie odpowiedział.
- Fred… Ja Cię chcę przeprosić, więc proszę posłuchaj mnie.
Mężczyzna popatrzył na nią beznamiętnym wzrokiem, na moment straciła pewność.
Wzięła głęboki oddech i słowa popłynęły same.
- Wybacz mi – szepnęła cicho. Czekała na reakcję mężczyzny.
Fred nic nie powiedział tylko podszedł do niej i podniósł ją. Popatrzył w jej oczy i powiedział:
- Zrozumiałaś?
Blake kiwnęła głową. Uśmiechnął się leciutko i przytulił ją.
Dziewczyna w końcu poczuła pełnię szczęścia.
Kilka minut później do salonu weszła pani Molly. Wyglądała na bardzo zaniepokojoną.
- Widzieliście Ginny?
Pokręcili przecząco głowami.
Kobieta westchnęła:
- Szukam jej, ale nigdzie jej nie ma!
- A na dworze, w kuchni, sypialni? – podsuwał Fred.
- Nigdzie. Nawet Artur wstał, żeby mi pomóc.
- No to poszukajmy razem – Blake wstała energicznie. Mimo, że Ginevra była jej wrogiem, postanowiła pomóc. Nie robiła tego dla niej, tylko dla Freda oraz państwa Weasley, a przede wszystkim robiła to dla siebie.
Ginevra Molly Weasley poczuła, jak siły witalne ją opuszczają. Sama teleportacja wymagała od niej nadludzkiego wysiłku. Ale udało się. Była tam, gdzie chciała. Teraz musiała tylko odnaleźć pewnego człowieka. A to z pewnością nie było łatwe zadanie.
Rixey spojrzała w lusterko i poprawiła makijaż. Wyglądała perfekcyjnie. Jeszcze tylko uśmiech i gotowe.
Przygotowana na wszystko zapukała do drzwi. Otworzył jej wysoki szatyn. Był ubrany niezbyt starannie, a jego włosy sterczały na wszystkie strony.
- Dzień dobry – powiedziała słodkim głosem. – Czy tutaj odbywa się wesele państwa Potter?
- Tak – odpowiedział przeciągle. Zauważyła, że mężczyzna lustruje ją od góry do dołu. Zresztą miał na co popatrzeć – zadbane, szczupłe ciało i ładny owal twarzy. Uśmiechnęła się jeszcze bardziej elegancko i wysłodzonym tonem poprosiła:
- A wpuści mnie pan? – zatrzepotała zalotnie rzęsami.
- Jasne – podrapał się po karku i ustąpił przejścia.
- Nazywam się Rixey Cooley i jestem organizatorką tego wesela. – podała mu wypielęgnowaną dłoń.
- Bardzo mi miło. Oliver Wood. – uścisnął jej dłoń. – Przepraszam, ale jestem zajęty – uśmiechnął się leciutko.
- Nic nie szkodzi – Rixey rozejrzała się po wnętrzu domu. Było urządzone ze smakiem – klimat późnego baroku i stylu rokoko. Nie podejrzewała, że to w guście Hermiony – nie miała nawet odwagi tak pomyśleć.
- Salon jest tam – Oliver wskazał pokój po prawej i najnormalniej w świecie wyszedł.
Rixey wzięła głęboki oddech i pełna energii weszła do salonu.
Ginny rozejrzała się po okolicy. Była brudna, obślizgła, wręcz odrażająca. Westchnęła przeciągle i zaczęła się wspinać po zaśmieconych schodach. Zapukała w drzwi i czekała. Jednocześnie wsunęła za ucho rudy kosmyk, który uciekł z kitki.
Otworzył jej mężczyzna, ubrany w pelerynę z kapturem.
- Zdążyłam? – wyszeptała Ginny.
- Tak. W samą porę. – usunął jej się z przejścia i wpuścił do środka. Ginny, pełna obaw, ale i pewna siebie szła przed siebie. Gdy postać zamknęła drzwi, dziewczyna poczuła, że zaczyna nowe życie. Postanowiła zerwać z przeszłością, skupić się na teraźniejszości i przyszłości. Pełna sił stwierdziła, że to początek końca. Albo koniec początku…
FIN
