Rozdział 10: List od mamusi

Dla wszystkich fanów ;)


Po jakże pamiętnej wycieczce do Reasembool potrzeba było wiele czasu, by dość do siebie... Trzech dni. Podczas gdy Pat i Eve spały smacznie w hotelu, Roy Mustang zmagał się z innymi problemami. Porucznik Hawkeye weszła do jego biura i ujrzała pułkownika siedzącego przy biurku ze spuszczoną głową oraz czytającego jakiś list. Blondynka podeszła do swojego „szefa" i zapytała:

- Co się stało pułkowniku? Kolejna impreza cię ominęła?

Mustang potrząsnął przecząco głową.

- Nie dostałeś biletu na spektakl Bradleriny?

Roy potrząsnął głową.

- A może degradują cię?

-HAWKEYE PRZYTUL MNIE! - wrzasnął Roy i rzucił się na nią. Poczuła, jak jej mundur robi się wilgotny od łez pułkownika.

Riza spojrzała na niego z miną „De fuq?", a następnie poklepała po plecach i spytała:

- Andrzej się odzywał?

- Ri-Ri-Riza! Ratuj mnie!... Co? NIE! M-m-moja matka! R-Riza, t-to jest z-zbyt straszne!

Porucznik próbując uwolnić się z objęć zdesperowanego Roya zerknęła na jego biurko, gdzie leżał owy list, czytany przez niego wcześniej. W końcu po paru(dziesięciu) próbach udało jej się wyrwać. Podeszła do biurka i chwyciła kartkę papieru. Od razu jej wzrok przykuł wielki nagłówek:

KOCHANY SYNECZKU! 3

Zaciekawiona czytała dalej.

Tak dawno się nie widzieliśmy! Ciągle szlajałeś się gdzieś z jakimiś pannami, lub szykowałeś swój mini-spódniczkowy plan... a teraz po wielu próbach nakłonienia Cię piszesz mi, że się ożeniłeś! Nawet nie wiesz jak bardzo się cieszę! Radość rozpiera serce moje i twoich sióstr! Och... wyobrażam sobie tę dziewczynę! Napisałeś, że ma blond włosy oraz brązowe oczy! Ach! I do tego nazywa się Elizabeth! Musi być naprawdę wyjątkowa, skoro dzięki niej przestałeś się puszczać na prawo i lewo 3

Nie mogę się doczekać, kiedy ją poznam! Przyjadę do was w piątek wieczorem, gołąbeczki, i chętnie zobaczę wasze gniazdko 3 Kiedyś to był po prostu chlew synku, no, ale teraz pewnie jest tam pięknie, dzięki twojej kochanej żonie Elizabeth!

Nie wyjeżdżajcie po mnie na stację. A, i tylko nie kopulujcie w godzinach mojego przyjazdu.

Kochająca, Madame Christmas

P.S. Gdybyś w razie nie wiedział kto (czasem tak masz) to ja, Twoja Matka ;)

Oko Rizy drgnęło.

- Pułkowniku...- zaczęła powoli. - Masz dosłownie 5 sekund, żeby mi się wytłumaczyć.

- A-ale, Haw-Haw-Hawkeye!

- 4...

- Ona... Ta baba

- Matka.

- Tak, ona. Zmuszała mnie do małżeństwa! Powiedziała, że jak nie skończę się puszczać (nie żebym to robił...) to mnie wy-wy-wy-WYKASTRUJE! Ja nie chcę!

-Pułkowniku... to nadal nie wyjaśnia- Pułkownik wszedł jej w zdanie.

-Nie wiedziałem co mam zrobić! To napisałem jej, o tak, żeby się odwaliła!

-I nazwałeś swoją „żonkę" Elizabeth i dziwnym trafem przypomina kogoś, kogo znam bardzo dobrze...

-Bo… To imię było pierwszym o jakim pomyślałem! A wygląd... tak samo.

-To jak? Havoc już kupił różowy fartuch? Może pożyczy od Winry?

-Hawkeye! Proszę! BŁAGAM! Zgódź się!

-Huh?

-OŻEŃ SIĘ ZE MNĄ! TERAZ! ZARAZ! ZA CHWILĘ!

-...

Mustang spalił buraka.

-Znaczy... ten tego... czy mogłabyś na czas przyjazdu mojej Matki udawać moją żonę?

-Pułkowniku... czy nie sądzisz, że w tym momencie wymagasz ode mnie zbyt wiele?

-Hawkeye, proszę. Powiedziałaś, że zawsze będziesz mnie bronić. Moja matka obedrze mnie ze skóry jak dowie się że ją okłamałem! Proszę cię! Jako twój przyjaciel! Czy to co nas łączy nic dla ciebie nie znaczy!

-Pułkowniku, a co takiego nas łączy?

-Twoje plecy, Hawkeye BEJBE!

-S-Słucham?

-BŁAGAM! Podwyższę ci pensję! Dam ci więcej wolnego! Kupię ci co tylko zechcesz! Nowy dom! Budę dla psa! Nowe pistolety...

-Pistolety, huh? - W tym momencie Riza Hawkeye miała swój pierwszy sparkyl.

Roy Mustang nagle zdał sobie sprawę z tego, co powiedział. Już miał to odwołać kiedy Riza wyciągnęła prawą dłoń i rzekła:

- Dobrze, pułkowniku, zgadzam się.

Ucieszony pułkownik uścisnął dłoń swojej podwładnej. Miał nadzieję, że to spotkanie nie okaże się jego kolejną życiową porażką...


Siostry wstały wcześnie rano i poszły do łazienki się ogarnąć. Pat ubrała się już, a Eve wciąż brała prysznic. W pewnym momencie usłyszały pukanie do drzwi.

- Proszę, bi-jacz! - krzyknęła Pat.

Do pokoju weszli Ed i Al, obaj w zimowych strojach.

- Wyjeżdżamy na parę dni – rzekł jak zawsze bezpośrednio Edward.

- Gdzie jedziecie? - spytała szatynka.

- Do Briggs – rzekli równocześnie.

Drzwi od łazienki nagle się otwarły i wybiegła z nich Eve w samym ręczniku.

- DO BRIGGS? O! Ja też chcę, ja też chcę~~ - zaczęła podskakiwać w miejscu, a ręcznik spadł.

Ed lampił się przez chwilę z rozwartą gębą mówiąc „Selim widział to pierwszy...", a Al odwrócił się zdegustowany, kryjąc swą krew z hełmu. Eve podniosła ręcznik, owinęła się i ze słowami „Zaraz wracam" pobiegła do łazienki. Po mniej niż 3 sekundach wróciła już ubrana i rzekła:

- Jedziemy z wami! Muszę poznać generał Armstrong, ona tam jest, słyszysz Pat! ARMSTRONGOWA!

- Ta... Zajebiście... - ta siostra niezbyt przepadała za Olivią. Podeszła do Eda i szepnęła: - Radzę ci jej nie odmawiać... No, chyba, że chcesz dostać obcasem...

Edward przecząco potrząsnął głową.

- Ach, Pat! Będzie też twój ukochany Yoki!

Twarz szatynki nagle się zmieniła

- Aaaaaa~~ Yoki-kun! ;3 Edwardzie, do krewetko-mobilu!

Al rzekł do brata na stronie: -Nastrój jej się chwieje, ktoś tu będzie potrzebował podpasek z Hello Kitty!

Starszy Elric spojrzał na brata i powiedział: -Masz rację, na wszelki wypadek schowaj parę do swojej zbroi.

Tym właśnie sposobem wszyscy wsiedli do pociągu i ruszyli do Briggs.


Roy Mustang otworzył drzwi przed swoją podwładną. Riza Hawkeye przekroczyła próg domu i stanęła jak wryta. Po raz pierwszy w życiu nie wiedziała, jak zareagować. To było coś więcej niż chlew. Jedzenie praktycznie żyło swoim życiem, mieszkając w brudnej bieliźnie. Tony kurzu leżały na… praktycznie wszystkim… Po prostu typowe mieszkanie kawalera. Roy powiedział nieśmiało:

- To co… Elizabeth, zaczynamy sprzątać? – i uśmiechnął się głupio.

Oko Rizy drgnęło.

- „Riza" ty kartoflu… - odparła złowieszczo.

- Dobra, niech ci będzie „Riza", kotenieńku (wstawka SHK: ;*)! – odparł Roy dodając pod nosem „Eh te kobiety" i uchylając się od ciosu lewym sierpowym.

Riza strzeliła facepalma zaczęła wymieniać:

- Dobra, przynieś szczotkę, szufelkę, Pronto…

Pułkownik zrobił minę debila i z „Hm" przechylił głowę.

- … Nie masz tego? Ech, nieważne, przynieś kredę.

- …Ale po co?

- Żeby narysować okrąg transmutacyjny, ty łosiu, kto tu jest do cholery alchemikiem, ja czy ty?

- O jeny! A skąd ja mam wiedzieć co ci po głowie chodzi? Po tobie to nigdy nie wiadomo! Raz jesteś miła, a potem do mnie strzelasz!

- Ba, takie uroki małżeństwa, Royuś – rzekła Riza i uśmiechnęła się triumfalnie. Chwyciła Pronto i niczym Strażnik Teksasu zaczęła pilnować porządku w chałupie szefa.

On sam jakby po raz pierwszy w życiu widział miotłę począł sprzątać podłogę, a kijem od miotły dźgał wszystko to, co się ruszało (zgniłe skarpetki, resztki jedzenia i takie tam…).

Riza za to zagłębiała się coraz dalej w dom. Zgubiła się parę razy (to przez te góry śmieci), ale w końcu doprowadziła dom do jako takiego porządku. Zostało jeszcze tylko jedno pomieszczenie…

- Sypialnia… - rzekła stając jak wryta. W miarę, jak cały dom udawało się w jakiś sposób ogarnąć, tak w sypialni można było zapewne spotkać takie rzeczy, o którym się amestryjskim filozofom nie śniło…

Drżącą ręką nacisnęła białą kiedyś klamkę i zatykając nos weszła do pokoju. Już przygotowała się na uderzenie obleśnego powietrza… ale nic nie nadeszło. Riza mrugnęła kilka razy, by wyprowadzić się z szoku. Otworzyła drzwi szerzej.

W sypialni pachniało dworem. Tak jakoś… świeżo w porównaniu z resztą domu. Ściany były białe a w pokoju panował porządek. Nie było tam zbyt wielu mebli; biurko, krzesło, komoda, stolik przy łóżku, no i oczywiście – na ich szczęście - dwuosobowe łóżko. Meble były w stonowanym odcieniu, co pasowało do białych detali. Riza była jeszcze bardziej zdziwiona niż przedtem.

-Tu praktycznie nie ma co sprzątać. No, sprawdzę, czy ma jakieś pranie - powiedziała do siebie porucznik i podeszła do komody. Nic tam nie było… na wszelki wypadek sprawdziła jeszcze biurko – po tym dziwaku nigdy nic nie wiadomo. Riza odsunęła i sprawdziła kolejno trzy szuflady. W każdej był porządek – widocznie czegoś go jednak nauczyła – ale w ostatniej coś przykuło jej uwagę. Był to mianowicie różowy brokatowy notes z napisem „Pamiętnik Wielkiego Roya Mustanga". Zaciekawiona kobieta wyjrzała za swoim pułkownikiem. Na szczęście był jeszcze zajęty sprzątaniem podłogi i wyglądał przy tym, jakby pracował w getcie.

Riza wróciła do pokoju, wzięła pamiętnik z szuflady i usiadła na krzesełku. Wiedziała, że źle robi, ale to było sprawiedliwe zważywszy na to, co Roy z nią wyprawiał na imprezie u Winry. Otworzyła na jakiejś randomowej stronie i zaczęła czytać:

14 maja

W pracy było jak zwykle. Masa roboty, Riza zmuszająca mnie do pracy… codzienność. Poznałem w barze dziewczynę i była chętna, to zaprosiłem ją do domu i ******************* (cenzura)

Riza zamknęła pamiętnik. Nie tego chciała się dowiedzieć, nawet nie spodziewała się, że jej pułkownik potrafi być taki dokładny. Spróbowała jeszcze raz:

24 lipca

Uch, nareszcie! Wyższe władze pozwoliły wziąć mi parudniowy urlop. Riza i reszta zajmą się robotą, a tymczasem moja mama i siostry wynajęły domek letniskowy w środku lasu. Nadal się dziwią, czemu nie znalazłem sobie żony, a tymczasem ja po prostu nie…

Część tej kartki została urwana. Nie wiadomo przez kogo, ani co na niej było. Jednakże Riza, jako ponadprzeciętnie inteligentna blondynka sama dokończyła zdanie.

„ Tam… pewnie było coś w stylu: Nie potrafię spędzić życia z jedną kobietą" pomyślała porucznik. Wkurzona zamknęła notes i udała się do kuchni. Tam Roy trzymał jakiś garnek, po czym podał jej ze słowami: Masz kartofle na obiad.

Riza wkurzona kopnęła garnek, a jego zawartość wylądowała na głowie Roya.

- PRZYNIEŚ MI MAKARON TY BUCU!

- Co, ale przed chwilą chciałaś kartofle!

- Ale teraz chcę makaron!

Pułkownik wpatrywał się przez chwilę w porucznik, po czym uniósł ręce do góry i krzyknął: PASTA!~~

Roy dostał kapciem po mordzie –Zamknij się i daj mi makaron!

-Już, już. Jeny, czy coś nie tak z moją sypialnią?

-Tak. – Odparła Riza zanim zdążyła pomyśleć. Zdziwiony Roy popatrzył się na nią

-Tak? A co takiego?

- Ty… nie masz jaśka. – na jej policzki wstąpił rumieniec, a oczy głęboko się rozszerzyły.

- Huh? I co z tego? Ty lubisz się tulić do jaśka? – zapytał Roy.

- Ja- zanim porucznik skończyła mówić, ktoś zapukał do okna. Był tam jakiś brązowowłosy chłop, który pukał w szybę. Pułkownik otworzył okno, a chłopak zapytał:

- Czy ktoś mnie wołał? Słyszałem coś o jakimś Jaśku!

- Nie teraz, Jasiek, nie teraz! – szepnął Roy. – Przyjdź jutro.

- Spieprzaj, nie widzisz, że jesteśmy w trakcie kłótni? – spytała blondwłosa kobieta.

- Aye, aye, eh, te kobiety… - i odszedł w siną dal.

Pułkownik wraz z porucznikiem zapomnieli o kłótni i Roy poszedł do łazienki, zaś Riza postanowiła jeszcze ogarnąć salon. Przecierała kurze na szafie (gdzie zapewne nikt od wprowadzki nie sięgał) i ujrzała jakieś dziwne coś. Okazało się to być pudełkiem, iście czerwonym (wstawka Mrs 9: Jak oczy napalonego Gilberta xD) z naklejonym napisem „Rzeczy Maesa Hughesa, o których istnieniu jego żona wiedzieć nigdy nie powinna". Oczywiście siłą rzeczy kobieta spojrzała. Uniosła delikatnie wieczko i spadła z krzesła. Z pudła wyleciały różnego rodzaju książki (takie z nalepkami +18), z różnorakimi okładkami. Na większości z nich znajdowały się sylwetki mężczyzn… no, na wszystkich tak naprawdę.

- Co to… gejowskie porno? – rzekła Riza i wzięła jedną z książek do ręki (niezrażona okładką). Otworzyła na jednej ze stron i spaliła buraka.

„ O jeny, z kim ja pracuję?" – wrzasnęła w myślach.

Wtem drzwi w hallu się otworzyły i próg domu przekroczyła jaśnie dostojna dama.

- Dzień do- i zatrzymała się wpół słowa, widząc Rizę z jakże pasjonującą lekturą w ręce.

- Oooo… Widzę, Elizabeth, że masz… fajną książkę do czytania… - powiedziała Madame Christmas.


Al stał pod drzwiami pociągowej toalety razem ze swoim bratem i Eve. Ed szukał czegoś w jego zbroi, a Eve jadła pociągowego kebaba.

-Jesteś pewny, że je tam włożyłeś?

-No tak! Przecież kazałeś! Są tam na pewno. Trzy!

-Dobra, dobra… o! znalazłem! O PRAWDO! TO PARZY! EVE BIERZ TO ODE MNIE!

-Spieprzaj, nie widzisz, że teraz jem? –spojrzała na starszego Elrica, który trzymał podpaskę jakby to była jakaś trucizna. –Zapukaj i sam jej to daj.

-O jeny… ja chcę umrzeć!

-Bądź dzielny mój Edziu!- powiedział Al i wycofał się razem z Eve. Edward przełknął ślinę… Moja pierwsza ceremonia przekazania podpaski… Zapukał.

-Pat, znalazłem.

-O… fajnie. To weź mi podaj.

-Ale jak?

-Nie wiem! Wejdź tu czy coś! O motyla noga… życie jest takie beznadziejne… będę płakać… idę się pociąć.. o nie… tu jest tylko mydło w płynie! – i rozległ się ryk.

-NO WEŹ COŚ ZRÓB EVE!

-Przejdzie jej. Zawsze tak ma pierwszego dnia. Powiedz jej, że masz czekoladę czy coś. - Eve odparła mlaszcząc.

-O-Okej… - wziął głęboki oddech. –Pat? Kochana, otwórz drzwi. Mam dla ciebie pod… podpaski mam. I czekoladę. –powiedział Edzio słitaśnym głosem (Wstawka: Jak Feliks Łukasiewicz Polska )

-Czekoladę…? No to zagilbiaszczo. – powiedziała dziewczyna pociągając nosem – Uchylę trochę drzwi i mi daj te rzeczy, dobrze?

-Dobra. – zrobili tak jak powiedziała Pat i gdy znowu zamknęła drzwi zapytała się go głosem bliskim na skraju płaczu –Kochasz mnie, prawda?

Ed zrobił minę „What the fuck?" I spojrzał na Eve. Ta szybko kiwnęła głową –Lepiej powiedz, że tak! – szepnęła.

-Taaa. Pewnie! –rzekł Ed.

-To zagilbiaszczo. – powiedziała i uśmiechnęła się szeroko.

Special (bo bez niego by nam się dostało)

Na całe Amestris rozlegał się ryk, płacz i krzyk dobiegający z więzienia, znajdującego się w owym mieście.

- Te, skośnooki, zamkniesz się w końcu? – zapytał strażnik, który miał już dość miażdżącego uszy skowytu.

- A-ale… RANFUUUUN! PRZYJDŹ TU I MNIE URAAAATUUUUJ! JA NIE CHCĘĘĘĘĘĘĘĘĘĘ! POZA TYM JESTEM GŁO-GŁO-GŁO – rozległo się burczenie w brzuchu. – Głodny – dodał skrępowany grubymi linami Lin pod nosem.


See ya next time xD