Ten rozdział jak dotąd przyniósł mi największe trudności, bo ciężko tłumaczyło się perspektywę wilka, ale mam nadzieję, że jest to w miarę zrozumiałe.
Tunel
Pierwszy miesiąc nauki w Hogwarcie minął trójce przyjaciół bardzo szybko. Czerpali radość z każdych zajęć, nawet Obrony Przed Czarną Magią. Syriusz poprzysiągł sobie, że nigdy więcej nie zajrzy na stronę 397. Wiedział że i tak pod koniec semestru będzie musiał się zmierzyć z wizerunkiem tej kreatury, ale wolał to przeciągnąć tak długo, jak się dało.
Wyglądało na to, że James naprawdę potrzebował korepetycji z Zielarstwa. To nie było tak, że był jakiś głupi w jakimkolwiek znaczeniu tego słowa. Właściwie, to on i Syriusz byli najbardziej bystrymi uczniami w ich wieku. Brak dobrych ocen był winą tego, że nie potrafili się skupić na żadnej roślinie zanim ta ich nie zaatakowała, albo zanim szkielet jakiegoś kurczaka nie porwał ich do tańca. Ze względu na te okoliczności, trzeciego dnia profesor Sprout wyznaczyła mu ucznia do pomocy, zaraz po tym jak został znokautowany przez mandragorę, z powodu „niesłuchania instrukcji". R.J. Lupin, mistrz w zielarstwie, został przydzielony aby pomóc mu tej nocy w pracy domowej.
James i Syriusz w drodze do dormitorium żartowali na temat zaistniałej sytuacji. Wszyscy załapali fakt, że James nie był we wszystkim perfekcyjny, szczególnie jeśli chodziło o Lily Evans. Śmiała się, kiedy ocknął się na podłodze w szklarni.
- Głupia Sprout- syknął James kiedy wracali do pokoju wspólnego.- Co ona wie? I od kiedy to mam wiedzieć wszystko o tych durnych roślinach? Kiedy skończę szkołę, będę w Armatach Chudleya! Tak jak Darsing. Dała mi ostatnio broszurę na temat..
- Hasło?- przerwała im Gruba Dama.
- Smocze łajno- powiedział odruchowo James i kontynuował swój wywód.- Chodzi mi o to, że nie potrzebuję nawet sumów z tego przedmiotu. Myślę że po drugim roku to zostawię. Przeniosę się na wróżbiarstwo, czy coś.
R.J. Lupin siedział na jednym z bufiastych krzeseł przy kominku. Przysunął sobie stolik do kawy i układał na nim papiery. Wyglądał jakby postradał zmysły.
- Powodzenia- powiedział Syriusz i czmychnął na spiralne schody.
James westchnął, przeczesał ręką włosy i zajął miejsce obok chłopaka ze srebrzystymi włosami. Remus spojrzał się na chłopaka z wielkim zdziwieniem i odchylił się do tyłu krześle.
- Och, nie sądziłem że się pojawisz - powiedział cicho Remus.
- Naprawdę?- spytał James i pochylił się do przodu.- Myślałeś, że jestem ofiarą, co?
- Nie bardzo – Remus wrócił do przeglądania papierów. - Ofiara nie potrafiłaby tak dobrze latać na miotle.
James prychnął i cicho zachichotał.
- Więc, jestem James Potter. Chyba się wcześniej nie przedstawiłem.
Remus spojrzał na jego wyciągniętą rękę i kącik ust uniesiony do góry. Ścisnął ją i uśmiechnął się entuzjastycznie.
- Remus Lupin.
- Fajnie- James rozłożył się wygodnie na krześle i skrzyżował nogi. - Więc zamierzasz mnie nauczyć wszystkiego o tym zielsku?
- Nie - powiedział odważnie Remus. - Zamierzam ci pomóc z tym zielskiem. - podał mu książkę z wielkim chwastem na okładce. - Mógłbyś otworzyć na rozdziale drugim?
- Jasne – James przewertował książkę i przeczytał na głos: - Rośliny są twoimi przyjaciółmi. Interesujące, albo i.. nie.
Remus uniósł brew i sam otworzył książkę na danym temacie.
- Piszą o leczeniu magicznych chorób i pechu. Musisz mieć o tym chociaż jakieś ogólne pojęcie. Co jeśli zachorujesz przed ważnym meczem Quidditcha i będziesz potrzebował szybkiego lekarstwa? Będziesz marzył o tym, aby rośliny były twoimi przyjaciółmi. I będziesz żałował tego, że mnie nie słuchałeś.
James gapił się na tego małego chłopca. Traktował go z góry! Ten mały, nieśmiały chłopiec mówił do niego jak dorosły! Dzieciak ma tupet, pomyślał James. W sumie był całkiem w porządku.
Może mógłby później zagrać z nami w szafy czarodziejów, pomyślał James, patrząc na swojego nauczyciela. Nauczyciel patrzał na niego gorliwie.
- No więc?
- Więc co?
- Nie słuchałeś ani jednego mojego słowa, prawda?
- Oczywiście że słuchałem.
- Więc - ponaglił go Remus. James czekał na coś jeszcze, ale tamten nic więcej nie powiedział.
- Więc.. co?
Remus westchnął.
- Czyrakobulwy. Do czego się ich używa?
- Używa.. się.. ich.. do..- James szukał odpowiedniej strony. Nic na temat czyrakobulwy. - Wielu rzeczy.
- Na przykład?
- Na przykład.. jako.. em.. zioła. I lekarstwa na magiczne choroby.. i.. na nieszczęścia.
- A dokładniej?
- Do.. hej, patrz! Carl ma kartę Minervy! One naprawdę istnieją!
James spojrzał z nadzieją na Remusa, ale tamten ani drgnął. Nie wyglądał też na rozbawionego. Remus przeczesał palcami swoje jasne włosy i wydał bardzo głębokie, zmęczone westchnięcie.
- To nie wypali – powiedział swoim zachrypniętym głosem. - Nie chcesz się uczyć. Nie mogę cię do tego zmusić. Lily miała rację. Jesteś..
- Zaraz, zaraz – James poderwał się w miejscu i wbił wzrok w Remusa. - Lily? Lily Evans?
- Tak – odpowiedział. - Co z nią?
- Co powiedziała?
Remus potrząsnął głową.
- Nic. Powiedziała tylko, że nauczenie ciebie czegokolwiek jest niemożliwe. I miała rację. Widzę, że marnuję twój czas, więc..
- Poczekaj chwilę, Remus – powiedział James, popychając go z powrotem na krzesło. - Jest jakaś nadzieja. Będę cię słuchał. Uważam, że Zielnictwo to naprawdę ciekawy przedmiot, serio. I myślę, że dzięki tobie będę najlepszym Zielnikiem w historii Hogwartu!
- To Zielarstwo – poprawił go Remus.
- Tak, właśnie.. no pewnie, przecież wiem – James wzruszył ramionami. - Błagam, nie skreślaj mnie. Przysięgam, że będę słuchał.
Remus ponownie westchnął, otworzył książkę na rozdziale drugim i czynił swoją powinność. James uśmiechnął się i stwierdził, że lubi tego chłopca bardziej, niż kiedykolwiek mógłby przypuszczać.
Od tamtej nocy, James i Remus siedzieli codziennie przynajmniej godzinę, dopóki nie wyprzedzili materiału przerabianego na zajęciach i Lily Evans. James uśmiechnął się do siebie. Ta myśl dała mu satysfakcję. Kto by jej tam potrzebował? To tylko dziewczyna. W Hogwarcie jest ich pełno.
Remus zaczął się również zaprzyjaźniać z Syriuszem, kiedy tamten miał problemy z lekcjami. Okazało się, że Remus jest też specjalistą w Obronie Przed Czarną Magią. To zaczynało być też mocnym punktem Syriusza, który zaczął spędzać więcej czasu nad książkami i zwojami pergaminów niż robieniem psikusów Ślizgonom.
Po jakimś czasie chłopcy przesiadywali w pokoju wspólnym i skuleni nad pergaminami, pieczołowicie od szóstej do szóstej trzydzieści wykonywali pracę domową zadaną przez panią Sprout, a od szóstej trzydzieści do siódmej pracę domową profesora Kleina. Peter czasami siadał między nimi na kanapie, zajadając się Fasolkami Wszystkich Smaków. Czasem zadawał jakieś pytania, a Remus z radością na nie odpowiadał. To był cud, myślała reszta Gryfonów, że James Potter i Syriusz Black siedzą w swoim wolnym czasie nad książkami. Oni nawet nie słuchali na lekcjach, nie mówiąc już o innych porach dnia. Myśleli, że Remus to jakiś cudotwórca, który potrafi sprawić, że ta dwójka według ustalonego harmonogramu usiądzie przy stole i zacznie rozwiązywać zadania.
Remusa rozpierała radość. Poznał nowych przyjaciół. Ta trójka była mu bliższa bardziej niż ktokolwiek inny w jego życiu. Przez całe dotychczasowe życie siedział w domu, a towarzystwa dotrzymywali mu jego rodzice. Nie odważyli się posłać go do Mugolskiej szkoły albo pozwolić mu pobawić się na placu zabaw z innymi dziećmi. I to jest to, inne dzieci nie chcą koło niego przebywać. Ale teraz jego życie uległo zmianie. Żaden z nich nie wiedział kto.. co.. w nim zamieszkiwało. Nie wiedzieli o nim. I Remus chciał, żeby tak pozostało.
Czas pełni zbliżał się nieubłaganie i pewnego popołudnia Remus przyłapał się, jak wpatruje się w kalendarz na ścianie. Był dwudziesty siódmy. Nie mógł się jutro z nimi uczyć. Będzie musiał im powiedzieć. To będzie musiało zabrzmieć tak, jakby powiedział to całkiem luźno, od niechcenia.
- Uhm, chłopaki – zaczął w końcu Remus, ale James i Syriusz byli zbyt zajęci śmianiem się z abstrakcyjnego obrazka bogina. Przedstawiał mumię ubraną w różowe kokardki.
- Chłopaki – powiedział głośniej i James podniósł na niego wzrok.
- Ta? - powiedział.
- Chciałem wam tylko powiedzieć, że jutro nie będę mógł was uczyć.
- Niby czemu? - spoważniał nagle James. - Profesor Klein powiedział, że za dwa dni będzie egzamin! Musisz pomóc nam w zakuwaniu.
- Będziesz musiał zrobić to sam – powiedział cicho i wstał. - Dostałem dzisiaj sowę od mamy. Jest bardzo chora. Wyjeżdżam na dwa dni, żeby się z nią zobaczyć.
James już chciał zakwestionować historię Remusa, ale Syriusz szturchnął go w żebra.
- Och, oczywiście. Mam nadzieję, że wszystko będzie z nią w porządku. Pomogę Jamesowi w nauce.
- Okej, dzięki – wyszeptał Remus, czując się jakby zaraz miał się rozpłakać. Tak bardzo chciał zostać z nimi i pomóc im z Druzgotkami. Gdyby tylko mógł opóźnić to o kilka godzin.. Ale nie, musiał pamiętać o bezpieczeństwie uczniów. Dumbledore ufał, że będzie podejmował mądre decyzje. Nie mógł zawieść Dumbledora po tym wszystkim, co dla niego zrobił.
Na dodatek czuł się bardzo źle.
Profesor Snorks zapukał do jego drzwi pod wieczór. Gruba dama zaskrzeczała „Hasło, proszę!" i Remus, w swojej najgorszej szacie, wybiegł z pokoju wspólnego i otworzył portret od wewnątrz. Czuł, że coś zakrada się za jego plecami i owija swoje macki na jego szyi, gotów, by go udusić. Musiał wydostać się ze szkoły, zanim księżyc zostanie całkowicie odkryty.
- Ach, więc jesteś, Remusie – powiedział radośnie profesor Snorks i zatrzasnął za sobą obraz. - I to dokładnie na czas. Pospiesz się, Remusie, chmury zaraz całkowicie ustąpią. Nie mamy wby wiele czasu.
Remus zakaszlał i podążył za profesorem na dół wieży, gdzie czekała na nich już profesor Sprout. W jednej ręce miała bardzo długi patyk i coś stalowego w drugiej. Starała się to zakryć, ale Remus i tak dobrze wiedział, co to było. Kajdanki. I te kajdanki były dla niego. Był potworem.
- Głowa do góry, mój drogi! - powiedziała pocieszająco Sprout, kiedy prowadzili go na teren oddalony od szkoły. - Jeszcze trochę i będzie po wszystkim.
Remus jęknął. Spojrzał do góry, gdzie na niebie księżyc stawał się coraz bardziej widoczny. Był to deszczowy dzień, bardzo pochmurny. Ale teraz chmury zaczęły zanikać i niebo stawało się coraz bardziej przejrzyste. Gdyby to mogło potrwać jeszcze dwie minuty, tak by zdążył znaleźć się w tunelu. Tylko kilka minut.. Och, błagam.
Ale ktokolwiek władał gwiazdami i księżycem nie słyszał jego próśb. To coś lub ktoś nie było przejęte losem chłopca z potworem przesiadującym w jego sercu. Jak tylko zbliżyli się do Wierzby, Księżyc zaświecił swoim pełnym blaskiem.
- Nie! - zadławił się Remus i opadł bezwładnie na ręce Snorksa. Profesor chwycił go i objął silnie ramieniem. Remus wił się, starając się uwolnić z uścisku.
- Puść mnie! Puszczaj!
- Szybko, pofesor! - krzyknął Snorks do profesor Sprout, która musiała zrobić unik przed silną gałęzią, która się na nią zamachnęła. Wyciągnęła się, aby długim patykiem dotknąć supła na pniu, a Wierzba nagle znieruchomiała. Poniżej drzewa Remus dostrzegł ciemną dziurę. Czy tam właśnie szli? Do ciemności. Och, błagam, niech tak będzie.
- PUSZCZAJ! - krzyknął Remus.
Snorks wzmocnił swój uścisk i wszedł do ciemnego tunelu. Sprout została z tyłu, nerwowo omiatając wzrokiem okolicę, aby upewnić się, że nikt nie widział tego, co właśnie zaszło. Nikogo nie było w zasięgu wzroku. Udało im się.
Snorks wyszedł z ciemności. Remus szarpał się z bólu. Nie mógł dłużej tego znieść. Daj mu umrzeć! Zostaw go tu i niech umiera! Niech to się wreszcie skończy!
- BŁĄGAM, POMÓŻ MI! - zaskrzeczał Remus, kiedy Snorks ponownie stanął w świetle księżyca. Remus zamknął oczy. Próbowali go zabić! Znowu światło księżyca! Ból się nasilił.
- BŁAGAM, NIEEEEEEE!
Snorks posadził go na czymś, bo przypominało kanapę. Czy był już w pokoju wspólnym? Był tu Syriusz i James? Już czas na naukę? Tylko co najpierw? Zielarstwo czy..
- AAAAAAHHH! - ból przeszył jego ciało. - AAAAAAAAA
Krzyk zamienił się w wycie. Snorks stał tam z wytrzeszczonymi oczami. Był sparaliżowany ze strachu. Wpatrywał się w niego i nie mógł się poruszyć. Remus poczuł w sobie niesamowity gniew. Jak mógł odważyć się na niego gapić! Jak mógł stać tak tutaj i się go bać! Snorks szybko uskoczył na bok, do dziury, i zamknął przejście.
- NIEEEEEE! - Remus krzyczał, próbując utrzymać swój prawdziwy głos. - NIE ZOSTAWIAJ MNIE SAMEGO! BŁAGAM, WRÓĆ! PROSZĘ, NIE ZOSTAWIAJ MNIE TUTAJ!
Po chwili wyszło z niego kolejne wycie i odszedł w zapomnienie. Był zapomniany przez Dumbledora, profesor Sprout, czy Snorksa. Ale najbardziej przez Remusa.
Remus już nad niczym nie panował. On,był wszechmocny, nie Remus. On był silny, niezwyciężony, śmiały i odważny. On był wilkiem nocy, drapieżnikiem pośród drzew.
On był najpotężniejszy.
On obwąchiwał pokój. Krew. Świeża krew. Była jego. Jedyna krew tutaj. On zobaczył jego nogę. On zobaczył krew przepływającą przez żyły. On czuł puls, świadczący o tym że żył. Krew.. była.. cała.. jego...
Wilk zawył, zanim upadł z łoskotem na ziemię. Jego noga tryskała krwią. Właśnie siebie ugryzł. Właśnie próbował zjeść własną..
Warknął i wyczuł inny zapach. Krew! Znowu krew! Och, jakiż był głodny! Jedzenie! Zapach!
Zawył po raz kolejny i upadł na ziemię, z klatką piersiową przebitą przez kły. Leżał i był trochę skołowany, zanim nie zobaczył na podłodze krwi i nie rzucił się na nią. Chlupał się w niej. Była taka ciepła.. taka świeża.. Musiał mieć jej więcej.
Wilk zobaczył swoje czerwone ślady na podłodze i rzucił się na nie. Musiał znowu poczuć ten smak! Musiał wypić więcej, po prostu musiał!
Był tu jeszcze jeden wilk! Widział go w szkle! Patrzał się wprost na niego. Miał takie same rany jak on.
Rzucił się na niego i lustro rozbiło się na małe kawałeczki. Krew! Czuł to jeszcze mocniej. Była wszędzie! Otaczała go! Jedz to! Pij to! Rozkoszuj się tym!
Po jakimś czasie krew znikła, a on potrzebował jej jeszcze więcej. Potrzebował więcej mięsa! Więcej pokarmu! Więcej...
Zawył i zagłuszył krzyk, a jego bok pokrył się krwią, z głębokimi śladami po zębach.
Wilk był zły. Wściekał się. Nikt go nie ugryzie! Nikt!
Padł na ziemię.. Kolejne piekielne wycie. Ból po raz kolejny przeszył jego nogę i wrócił do mózgu.
Światło księżyca było bezlitosne. Dosięgnęło pleców bestii. Jego mięśnie zaczęły się trząść. Był wszechmocny! Był silny! Był wilkiem!
Rano obudził go odgłos kroków. Był zbyt słaby, żeby podnieść głowę i zobaczyć, kto przyszedł. Jego usta były zlepione krwią. Jego szata była wokół niego owinięta jak obrus. Był niesamowicie wyczerpany. Nie miał siły, żeby wstać.
Twarz profesora Snorksa wyłoniła się z tunelu i jego przerażony wzrok spoczął na chłopcu. Remus leżał na ziemi, a jego ręce były ułożone koło niego bezwładnie. Był pokryte ranami od pazurów i kłów, z tego co widział. Jego włosy były jeszcze jaśniejsze, a jego oczy.. całe sine. Jego peleryna była postrzępiona, a jego oddech płytki.
- Mój boże.. - wyszeptał Snorks, podbiegając do ciała chłopca. Remus nie zareagował, jedynie cicho jęknął kiedy Snorks pociągnął go za ręce.
- Mamo.. - wychrypiał.
- Ciii, Remus – uspokoił go Snorks i pociągnął w stronę tunelu.
Remus drzemał, co chwila tracąc i odzyskując świadomość. Pamiętał twarz profesor Sprout kiedy po raz pierwszy na niego spojrzała. Nadchodził świt. Było wcześnie rano. Przed lekcjami. Wiedział, że nauczyciele byli zaskoczeni. Pamiętał niewyraźnie, jak Dumbledore polecił profesorowi Snorks aby zaprowadził go na pierwsze zajęcia.
Usłyszał śmiech.
- Och, mój drogi – westchnęła profesor Sprout i złapała bezwładną rękę Remusa, kiedy zmierzali do skrzydła szpitalnego.
Słabo widział twarz pani Pomfrey, kiedy krząstała się wokół niego i czyściła wszystkie rany. Zmyła krew z jego twarzy. Zmieniła jego ubranie. Ułożyła go w łóżku z dala od innych pacjentów.
Remus leżał spokojnie. Nie miał siły otworzyć oczu. Był niemalże nieprzytomny. Umierał. Był taki słaby. Dlaczego to spotkało akurat jego?
Jego płytki oddech stał się cichszy, tak że mógł usłyszeć o czym Dumbledore rozmawia z profesor McGonagall.
- Nie sądzę, że da sobie dziś radę na zajęciach, Minervo – wyszeptał Dumbledore.
- Jest gorzej niż przypuszczaliśmy – dodała.
- Cóż, dam mu trochę czekolady i soku z krwi – wyszeptała pani Pomfrey. - Po tym powinien poczuć się nieco lepiej. Biedny dzieciak.
- Czy kiedykolwiek widziałeś coś podobnego, Albusie? - spytała McGonagall.
- Nie, nie widziałem.
Niech mówią, pomyślał Remus, niech gapią się na potwora. Przyzwyczaiłem się. Ja..
Zakasłał i cicho jęknął.
- Och, cii – wyszeptała pani Pomfey i pogłaskała go po ręce. - Wszystko będzie dobrze. Jeszcze tylko kilka małych draśnięć – odwróciła się do Dumbledore i dodała – Mogło być gorzej. Mógł zostać zabity.
- Byłabym zadowolona, gdyby to w następnym miesiącu zaprowadziła go do Chaty – zaoferowała profesor McGonagall, ale Dumbledore musiał zaprotestować.
- On sam musi pokonać swoje potwory – zakończył dyskusję Dumbledore i wyszedł.
Sam musi pokonać swoje potwory, powtórzył w myślach Remus. Ta myśl cały czas krążyła po jego umyśle, dopóki nie pogrążył się w głębokim śnie o kominku i książkach.
Remus nie poszedł na pierwszą lekcję. Ani lunch. Ani nawet obiad. Zniknął na cały dzień. Ostatecznie wrócił do pokoju wspólnego około dwudziestej, wyczerpany i obolały. Syriusz i James stanęli przed nim zaraz jak wszedł przez portret.
- Gdzie byłeś? - spytał Syriusz.
- Moja mama jest bardzo chora – wymamrotał Remus, nie patrząc im w oczy. Wyglądał okropnie. Niemalże odstraszająco. Nigdy nie widzieli go w takim stanie i to ich martwiło.
- Jest z nią aż tak źle? - spytał, kiedy Remus kierował się w stronę spiralnych schodów.
- Yhy.. - mruknął i zniknął z ich pola widzenia.
- Czy to było warte oblania egzaminu? - krzyknął do niego James, ale nie dostał odpowiedzi.
Syriusz szturchnął go.
- No co? - spytał James.
Peter siedział w swoim stałym miejscu i karmił Glizdogona, swojego szczura, Fasolkami Wszystkich Smaków. Szczur pisnął, kiedy połykał okropną fasolkę o smaku chrzanu. Peter nie wiedział, o co mu chodzi.
- Widziałam go dziś rano w skrzydle szpitalnym – powiedział jakiś głos z drugiej części pokoju. Należał do dziewczyny z trzeciej klasy, Jenny Fisher. - Wyglądał okropnie. Był cały umazany krwią, a jego ciało pokrywały dziwne rany.
- Kto? - spytała jej koleżanka.
- Ten dziwny chłopak z białymi włosami? Ten, który przed chwilą przyszedł?
- Tak, właśnie ten – odpowiedziała Jenny i dodała – Wyglądał okropnie – powtórzyła, aby nadać odpowiedni efekt do swojej wypowiedzi.
Syriusz usłyszał tą wymianę zdań i wbił wzrok w swojego przyjaciela. Co się stało? Czemu im nie powiedział?
- Coś jest z nim nie tak – mruknął Syriusz, podchodząc w stronę Petera. - Nie wiem co, ale coś tu nie gra.
- Ta – przytaknął mu James i usiadł naprzeciwko paleniska.
