Irytek i uczta
Profesor Klein rzucił Remusowi pogardliwe spojrzenie, kiedy ten ledwie przekroczył próg klasy w poniedziałkowy poranek. Zatrzasnął książkę przed nosem zmęczonych pierwszoklasistów i prychnął.
- Niech zgadnę, nie odrobiłeś pracy domowej?
Remus potrząsnął głową, jakby ta odpowiedź była oczywista.
Klein zaśmiał się i powiedział na jednym wdechu:
- To takie typowe. Leniwy, bezrobotny złodziej. Zostaniesz dziś ze mną po lekcjach, w ramach kary, i nadrobisz materiał.
Remus był w szoku. Jedyne co mógł zrobić to pokornie przytaknąć i dać profesorowi satysfakcję. Klein uśmiechnął się i odwrócił do klasy, aby rozpocząć lekcję.
- Dziś będziemy się uczyć o zwodnikach. Wyjmijcie swoje pergaminy i pióra i przepiszcie notatki – stuknął różdżką w tablicę, na której pojawił się jakiś rysunek. - Pod koniec lekcji macie mieć to wszystko zanotowane.
Wszyscy uczniowie Hogwartu czekali z niecierpliwością na Halloween. Syriusz słyszał już o dyniach zawieszonych w powietrzu i o takiej ilości ciasta, jaką tylko było się w stanie zjeść. Słyszał też, że w Halloween dzieją się straszne rzeczy. Och, no cóż. Dlaczego mieli pozwolić legendzie odejść w zapomnienie? On i James już przygotowywali niesamowity żart, który obejmował Irytka, beczkę soku dyniowego oraz gumę do żucia.
Było wcześnie rano, kiedy James i Syriusz dyskutowali w Wielkiej Sali na temat swojego genialnego planu, a to zmierzało w ich stronę. Była to czerwona koperta z lekko dymiącymi rogami. Kiedy sowa upuściła przesyłkę naprzeciwko Syriusza, on zaraz to rozpoznał. To był wyjec, zaadresowany do niego.
- Na twoim miejscu bym to otworzył – powiedział James z widocznym przerażeniem.
Syriusz nawet nie musiał tego otwierać by wiedzieć, o co chodzi. Był pewien, ze to od jego matki lub ojca – albo obojga.
Kiedy tylko dotknął koperty, by ją rozerwać, po Wielkiej Sali rozległy się niesamowite wrzaski skierowane do jego osoby.
- SYRIUSZU BLACK! TY OHYDNY NIEWDZIĘCZNIKU! NAPRAWDĘ TAK PONIEWIERASZ NASZYM NAZWISKIEM, ŻE ZNALAZŁEŚ SIĘ W GRYFFINDORZE? TWOJA KUZYNKA POWIEDZIAŁA NAM, ŻE ZAPRZYJAŹNIŁEŚ SIĘ Z BRUDNOKRWISTYMI! ZE SZLAMAMI! Z DYREKTOREM! NIE ZASŁUGUJESZ NA SWOJE NAZWISKO! NIE ZASŁUGUJESZ NA DOM, KTÓRY CI STWORZYLIŚMY! NAWET NIE PRÓBUJ PRZYJEŻDŻAĆ NA FERIE DO DOMU, TY MAŁY DURNIU!
Koperta rozdarła się na pół, a potem na jeszcze mniejsze części, aby w końcu zamienić się w popiół tuż przed uśmiechniętym Syriuszem. James wpatrywał się to w strzępy koperty, to w Syriusza, który teraz odchylił się na krześle i podparł twarz dłońmi. Westchnął radośnie.
- Świetnie – powiedział. - Jestem hańbą dla Blacków.
James ponownie wpatrywał się w wyjca.
- Zgaduję, że to twoja mama?
- Och, tak – odpowiedział Syriusz. - Kochająca, opiekuńcza, stara mamusia. Och, jak ja za nią tęsknię – strzepnął ze stołu pozostałości koperty, świadomy że wszyscy w Wielkiej Sali się na niego gapią. I tak go to nie obchodziło. Niech patrzą. W ten sposób utwierdzi ich w przekonaniu, że nie chce mieć z tym nazwiskiem nic wspólnego. Był Syriuszem Blackiem. Nie dzieckiem Blacków, ale osobnym gatunkiem Blacka.
- Wow – mruknął Peter, zanim wrócił do jedzenia.
- Wiesz – powiedział James, patrząc się na Syriusza kącikiem oka. - Jakby co, to mamy w domu na święta zapasowy pokój. Jeśli chciałbyś do mnie przyjechać w grudniu.. moi rodzice nie mieliby nic przeciwko.
Syriusz spojrzał na Jamesa. To był dobrze wychowany chłopiec, który właśnie zapraszał do siebie chłopaka z podłej rodziny, w której nie istniało pojęcie dobra. Nikt nigdy nie był dla niego równie hojny, dlatego nie mógł powstrzymać uśmiechu.
- Być może skorzystam z propozycji, Potter – odpowiedział i powrócił do śniadania.
Z drugiego końca stołu patrzał na Syriusza Remus Lupin. Chciał rozczarować swoją rodzinę. Chciał się zmienić. Syriusz przyłapał Remusa, a ten, lekko zmieszany, uśmiechnął się do niego. Syriusz odwzajemnił ten gest.
Xxx
Zbliżał się koniec miesiąca i w głowach uczniów były tylko dwie rzeczy. Syriusz, James i Peter myśleli jedynie o swojej genialnej psocie. Wszystko mieli już przygotowane.
Natomiast Remus tłumił w sobie lęk przed nadchodzącym koszmarem.
Został poproszony przez swoich przyjaciół o pomoc w psikusie, ale musiał odmówić.
- Co, boisz się że wpadniesz w kłopoty? - prychnął Syriusz.
- Nie – odpowiedział Remus. - Muszę znów jechać do domu.
- Czemu? - spytał Peter i wziął z podłogi Balonówkę Drooblego.
- Moja..
- Mama, wiemy – uciął James i wrócił do chowania butelek z sokiem dyniowym za swoje łóżko. - Żadna nowość.
- To nie moja wina, że jest chora – bronił się Remus, pomagając w chowaniu butelek. - Nie mam wyboru, muszę pojechać. Muszę się z nią zobaczyć. Co jeśli stałoby się coś złego, a ja bym sobie tutaj z wami robił żarty?
James otworzył swoje usta, żeby coś powiedzieć, ale Syriusz go uprzedził.
- W porządku Remus, rozumiemy. Prawda, James?
- Ta, pewnie – mruknął James i pomógł Peterowi z gumą.
- Przepraszam, że nie mogę wam pomóc – powiedział Remus. - Naprawdę bym chciał.
- Wiem, wiem – mruknął James niechętnie.
Remus pokiwał głowa i przeniósł wzrok na wysokiego chłopca, który teraz próbował zatrzymać gumę przed robieniem bąbli, które rozpryskiwały się na cały pokój.
- Peter! Co to za guma?
- Uch..
James zaśmiał się i spojrzał na zegarek.
- Chłopaki, lepiej tu posprzątajcie. Mały Darryl niedługo tu będzie.
Syriusz mruknął z niezadowoleniem i posłużył się różdżką, aby praca szła szybciej. Remus wziął kolejną butelkę i umieścił ją pod swoim materacem. Miał koszmary o Halloween. Chciał porozmawiać z Dumbledorem na temat innego sposobu przeobrażania.. może ktoś mógłby mu potowarzyszyć..
Miał zobaczyć się z Dumbledorem przeddzień Halloween i z całego serca pragnął, aby była jakaś inna opcja.
Niestety, nie było. Dyrektor tylko wezwał go aby przypomnieć mu, że ma być gotowy o czwartej następnego wieczora. Remus poczuł gniew wzbierający się w dole jego brzucha. Jak ten człowiek.. tak wielki i potężny.. uśmiechać się do niego i udawać, że wszystko jest w porządku? Myślał, że jak powie o wszystkich swoich problemach Dumbledorowi to wszystko się ułoży. Był pewien, że ten największy czarodziej jaki kiedykolwiek się narodził będzie w stanie odczynić to przekleństwo. Mógłby go wyleczyć!
A to pech.
- Proszę pana, czy mógłbym prosić aby ktoś mi dziś w nocy towarzyszył? - spytał Remus. Nerwowo bawił się palcami.
Profesor Dumbledore pokiwał twierdząco głową.
- Profesor Snorks odprowadzi cię do Chaty, tak jak poprzednio.
- Nie, miałem na myśli.. - westchnął Remus i przesunął się nieznacznie na krześle. - Całą noc. Nawet jeśli ten ktoś będzie za drzwiami. Albo w innym pokoju. Albo..
- Już ci mówiłem wcześniej, Remusie – przerwał mu Dumbledore. - Nie mogę tak ryzykować. Mógłbyś zrobić komuś krzywdę. Coś by się stało. Nie pozwoliłbym, abyś żył z tą okropną świadomością, że zrobiłeś coś złego. Rozumiem, że się boisz, panie Lupin. Na twoim miejscu też bym się bał. Ale wiem też, że jesteś bardzo mądry i dasz radę sam przejść przez to.. nieszczęście. Czas posuwa się do przodu. A my musimy iść wraz z nim.
Remus spojrzał w oczy starszemu dyrektorowi i błagał go w myślach. Nie mógł ponownie tego zrobić. Nie przeżyje. Może dla niego było wszystko w porządku w tym, że robi sobie sam krzywdę, a potem musi cierpieć w skrzydle szpitalnym, ale dla Remusa nie. Wystarczyłby mu głos jego matki zza drzwi. Wiedziałby, gdzie jest. Jakaś jego cząstka dalej tkwiłaby w ciele potwora kiedy usłyszałby jej głos. Ale teraz nikogo z nim nie było. Był sam.
-Dyrektorze,czy mógłbym o coś spytać?- spytał Remus, czując zdenerwowanie.
Dumbledore uśmiechnął się.
- Tak? O co chodzi?
- Słyszałem pana w skrzydle szpitalnym. Obok mojego łóżka. Był pan tam, prawda?
Dyrektor uśmiechnął się jeszcze szerzej.
- Oczywiście, że tam byłem.
Remus spuścił wzrok.
- Powiedział pan, że muszę sam zwalczyć swoje potwory. Nie bardzo rozumiem, co to znaczy.
- Pewnego dnia zrozumiesz, panie Lupin. Pewnego dnia zrozumiesz – powiedział Dumbledore i wskazał Remusowi drzwi.
Był trzydziesty pierwszy października. Wszystko gotowe. James i Syriusz nie mogli już usiedzieć na lekcjach. Byli zbyt podekscytowani nachodzącą nocą. Dwadzieścia butli soku dyniowego i czterdzieści Balonówek Drooblego zostało zakupionych z czarnego rynku uczniów trzeciego roku, dzięki ich wycieczkom do Hogsmeade. Irytek był ich przysłowiową wisienką na torcie. Niestety, nie był on pozytywnie nastawiony do żartów uczniów, więc musieli go wtajemniczyć w swoje niecne zamiary.
Była już noc Halloween kiedy uczniowie wypełnili marmuorwe schody w kierunku Wielkiej Sali. Syriusz, James i Peter chcieli pożegnać się z Remusem, dlatego czekali w pokoju wspólnym do szesnastej.
Remus wyglądał okropnie i cały się trząsł. Obwinił za to przeciąg, ale James i Syriusz okropnie się pocili i nie było mowy o żadnym przeciągu.
- Cóż, życzę wam powodzenia – powiedział, złączają dłonie.
- Dzięki – powiedział James. - Mam nadzieję, że twoja mama czuje się lepiej.
- Wątpię – wymamrotał Remus słabym głosem. To musiało być ciężkie, to opuszczanie szkoły bo mama jest tak bardzo chora. James westchnął. Chciał go jakoś uspokoić, ale wątpił, by cokolwiek pomogło.
Syriusz uważał brak miłości do rodziców za normalny, dlatego kontynuował oglądanie mapy Hogwartu. Nie wiedzieli jeszcze zbyt wiele o Hogwarcie, ale znali główne korytarze i sale. Pewnego weekendu Syriusz i James wybrali się na przechadzkę i znaleźli kilka ciekawych miejsc. Peter był razem z nimi i po drodze kreślił mapę. Kiedy wracali do pokoju wspólnego, rozmawiali na temat planu na noc Halloween. Mina im zrzedła kiedy zobaczyli Remusa. Profesor Snorks miał być w każdej chwili.
- Bierzesz coś ze sobą? - spytał James. Remus potrząsnął głową i James już o nic nie zapytał.
Kilka minut później Gruba Dama wydała przeraźliwy okrzyk, jakby dostała z pięści w brzuch. Remus zerwał się z siedzenia, pomachał kolegom i zniknął za portretem.
- Jeśli dobrze pójdzie, będę jutro – powiedział zza obrazu.
Syriusz wstał i wskazał na Petera.
- Idź po gumy i zacznij żuć. James, czy beczułki są na miejscu?
James pokiwał głową i uniósł oba kciuki do góry.
- Jeszcze tylko Irytek i wszystko gotowe.
- Świetnie – powiedział Syriusz. - Zaczynajmy.
Irytek był zwykle na trzecim piętrze, gdzie nękał Panią Norris, kotkę pana Filcha. Mimo że wyglądała jak mała kupka puchu, była zadziorna i nie lubiła jak ktoś jej przeszkadzał.
- Piękna mała kotka wyleci przez okno – powiedział Irytek, starając się ją przepędzić w stronę okna. - Leć, kiciu, leć!
- Hej, wielki niedźwiedziu!
Irytek zapomniał o Pani Norris i odwrócił się w stronę Syriusza, który stał ze zwitkiem gumy wielkim jak jego głowa.
- Co ten mały brzdąc Black powiedział o Irytku? Czyżby nazwał mnie niedźwiedziem? - uśmiechnął się krzywo.
- Tak, zgadza się- powiedział odważnie Syriusz i rozciągnął gumę tak bardzo, na ile pozwalały mu jego ramiona. - Stuccio – powiedział cicho, a potem dodał na głos. - Masz zamiar coś z tym zrobić?
- Mały bachor z Gryffindoru. Bachor Black. Bachor, bachor, bachor! - podśpiewywał Irytek, zbliżając się coraz bardziej. Chciał przelecieć przez rozciągniętą gumę, ale ona tylko cała go obkleiła, jak klej.
- Głupi Black! - zaskrzeczał Irytek, ale Syriusz już biegł w stronę schodów.
- Wiej! - krzyknął na James'a, który czekał na pierwszym stopniu. - Idzie tutaj!
Trzask! Trzask! Trzask! Balonówka Drooblego eksplodowała na poltergeiście kiedy podleciał w ich stronę.
- Głupi Black! Szaleniec! Zapłacisz mi za to! Zapłacisz zapłacisz zapłacisz! - krzyczał Irytek, kiedy jego twarz pokrywała się bąblami.
- Do Sali!- zarządził Syriusz i wpadli w poślizg na rogu. Minęli ciemny otwór gdzie czekał Peter z workiem pełnym piór.
- Teraz!- krzyknął Syriusz, kiedy wraz z Jamesem zbiegał już po schodach. Peter przygryzł wargę, nasłuchując dźwięków zbliżającego się ducha.
- Zapłacisz za te bąble! Za ten dowcip! Nie dam się zrobić w balona! Tylko Irytek może zrobić cię w balona! Nie można robić sobie żartów z Irytka!
Trzask! Trzask! Trzask!
- Dalej, Peter! Na co czekasz? - zawołał James przez ramię kiedy zbiegali po marmurowych schodach.
Peter przełknął głośno ślinę i z zamkniętymi oczami wyrzucił całą zawartość worka na właśnie przemykającego Irytka.
- AAAAAAAAAACH! SZCZURZY CHŁOPAK! SPISEK PRZECIWKO IRYTKOWI! ROZUMEIM! ROZUMIEM! - krzyknął Irytek spadając po schodach prosto na butelki z sokiem dyniowym. - AAAAAAAAAAAAACH!
Dwadzieścia butli z sokiem dyniowym wtoczyło się przez drzwi do Wielkiej Sali z niesamowitym hałasem. W tym czasie Syriusz i James przemknęli do Wielkiej Sali i rozległy się krzyki. Nikt ich nie widział, bo zamaskowali się z kolorem nieba nad ich głowami. Syriusz wyjął różdżkę a James poszedł w jego ślady.
- Exploita!- krzyknął Syriusz, celując swoją różdżką w butelkę obok Lily Evans. Eksplodowała, a sok dyniowy wystrzelił w powietrze na dziesięć stóp. Lily krzyknęła, a Dumbledore wstał, aby zobaczyć, co się dzieje.
- Exploita!
- Exploita!
Jedna po drugiej, dwadzieścia butelek eksplodowało na małe odłamki, a ich zawartość obryzgała uczniów. Syriusz i James trzymali się blisko siebie i uważali, aby nie paść ofiarą własnego kawału. Ich śmiech mieszał się z potwornym krzykiem, wrzaskami Profesora Kleina, który próbował zaprowadzić porządek.
Trzask! Trzask! Trzask!
- WREDNY SZCZUR! WREDNY SZCZUR!- wrzeszczał Irytek, kiedy wleciał do Wielkiej Sali, cały oblepiony gumą, która wciąż bąblowała.
Zapanował jeszcze większy zgiełk, kiedy wszyscy poderwali się z miejsc i ukryli za stołem nauczycielskim. Irytek przeleciał wzdłuż Sali, wciąż próbując pozbyć się gumy ze swojego przeźroczystego ciała. Nic nie działało.
Peter wleciał do sali, podążając wzrokiem od jednego przemoczonego ucznia do drugiego, aż w końcu przeniósł wzrok na Irytka, a na jego twarzy wymalowało się przerażenie.
- O mój..- wymamrotał.
Profesor Dumbledore miał już wszystkiego dość. Podszedł do Irytka i machnął różdżką, móiąc przy tym „Imparius!", a cała guma opadła na podłogę. Irytek wydał z siebie jeszcze jeden wrzask i wskazał palcem Petera.
- TEN WREDNY SZCZUR TO ZROBIŁ! ON I JEGO DWAJ PODLI PRZYJACIELE! TEN DZIECIAK BLACK I CZTEROOKI! SĄ TERAZ W POWAŻNYCH TARAPATACH!
DUMBI TERAZ WIE O ICH ŻARCIE! IRYTEK NIC IM NIE ZROBIŁ!
Peter przełknął głośno ślinę kiedy Dumbledore na niego spojrzał, a potem przeniósł wzrok na pozostałą dwójkę. Potrząsnął głową i uniósł różdżkę w stronę zaczarowanego sufitu.
- Dissaparto – powiedział jakby od niechcenia i gwieździste niebo zniknęło, zastąpione przez drewniany sufit, na którym zawisło dwóch pierwszoroczniaków, przywieszonych za swoje kończyny. Syriusz starał się nie wybuchnąć śmiechem.
- Dobry wieczór, profesorze- powiedział słabym głosem. - Wesołego Halloween!
- Spodziewałam się po tobie czegoś innego, Pettigrew – skarciła go profesor McGonagall. Znajdowali się w jej gabinecie. Wszyscy stali w równym rzędzie, z rękami z przodu. Peter pisnął kiedy usłyszał swoje nazwisko i chciał zapaść się pod ziemię. - Coś takiego! Zniszczyć długo podtrzymywaną tradycję Hogwartu, nękać starego ducha i kraść jedzenie z -
- Hej, kupiłem to jedzenie za własne pieniądze!- bronił się Syriusz, ale nie powiedział już ani słowa kiedy twarz profesor McGonagall zwróciła się w jego stronę.
- Jeśli chodzi o pana, panie Black – powiedziała.- Po tym jak Tiara przydziału przydzieliła pana do Gryffindoru, spodziewałam się po panu czegoś lepszego. Po obydwu z was! Panie Potter, to wcale nie jest zabawne.
James zakrył sobie usta dłonią.
- Cóż, musi pani przyznać, pani profesor – powiedział przez palce. - To było totalnie genialne.
Złość profesor nieco zelżała i pozwoliła sobie na mały uśmiech.
- Tak. Było. Ale również złamało około dwudziestu szkolnych reguł.
- Och, prosimy, pani profesor- błagał Peter, znów zabierając głos. - Proszę nas nie wyrzucać!
- Nie mam zamiaru was wydalać ze szkoły, panie Pettigrew – westchnęła profesor McGonagall, siadając na swoim krześle. - Ale zarządzam wam miesięczny areszt. To dotyczy również pana Lupina, który wam pomagał.
- Lupina? - przerwał jej Syriusz. - On nie zrobił nic złego! To tylko nasza trójka!
- Wasz kolega z pokoju, pan Darryl Avery, poinformował nas o butelkach soku dyniowego pod jego łóżkiem – powiedziała profesor MacGonagall, wbijając spojrzenie w Syriusza.
Syriusz miał piorunującego spojrzenie. Ten podły, mały drań..
- Remus w niczym nam nie pomógł – odezwał się James, kopiąc Syriusza w kostkę. - Naprawdę, on o niczym nie wiedział.
- Ta – dodał Syriusz. - Był zbyt zmartwiony swoją mamą. Ona jest bardzo chora i -
Uśmiech profesor McGonagall poszerzył się jeszcze bardziej, ale tylko na chwilę, bo zaraz zniknął całkowicie i potrząsnęła głową.
- Panie Black, naprawdę nie musi pan szukać wymówek dla pana Lupina-
- To my je tam schowaliśmy- powiedział odważnie Syriusz.- Remus nawet nie wiedział o tych butelkach. Tak jak powiedziałem, był zatroskany..
Syriusz już nie mógł znaleźć żadnej wymówki. Starsza pani zadecydowała aby dać im dwa tygodnie kary, podczas których będą czyścić wieczorami toalety na drugim piętrze.
- Och, jeszcze jedno, panie Black – powiedziała, kiedy już opuszczali pokój. Syriusz, który szedł jako ostatni, odwrócił się w jej stronę, a ona nakazała mu wrócić przed jej biurko. Jęknął i posłusznie usiadł na szmaragdowym krześle.
James i Peter cicho zamknęli drzwi, a Syriusz skrzyżował ręce na piersi i spojrzał na profesor McGonagall.
- Panie Black, znam historię pana rodziny – powiedziała, biorąc do ręki gęsie pióro i napisała coś na pergaminie. - I jestem naprawdę pod wielkim wrażeniem pana dotychczasowego stosunku do nauki. Przed dzisiejszą nocą myślałam, że może wybrałby pan.. mądrzejszą.. drogę niż pana ojciec.
- Doprawdy? - spytał Syriusz, na wpół zainteresowany.
- A dziś zobaczyłam pana potykającego się o swój rodowód- przestała pisać i łypnęła na niego znad okularów. - Nie staczaj się na dno. Mógłbyś wziąć przykład z pana Lupina – uśmiechnęła się tajemniczo i wróciła do pisania. - Możesz już iść.
Syriusz wstał, przemierzył pokój i wyszedł.
