Dąsała się na mnie kilka tygodni, kiedy powiedziałem, że dostałem wiadomość od Chucka, który chce, żeby dać mu spokój, bo potrzebuje przestrzeni tylko dla siebie, żeby przemyśleć wiele spraw. W zasadzie nie mam pojęcia, jak mogła to kupić. Wymyśliłem tę bajeczkę na poczekaniu, kiedy coraz trudniej było mi się tłumaczyć z nieobecności mojego bratanka. A jednak ją kupiła, chociaż najwyraźniej nie tego się spodziewała. Jej usteczka wygięły się w podkówkę, a powieki zaczęły niebezpiecznie prędko mrugać. Bałem się, że za moment będę świadkiem dość łzawej reakcji. Zaskoczyła mnie. Po szczerym westchnieniu wyprostowała się, odrzuciła energicznym ruchem głowy włosy z ramion, uniosła brwi i drwiąco się uśmiechnęła:
- Skoro tak, nie widzę konieczności znoszenia dłużej twojego towarzystwa. W zasadzie na towarzystwie Chucka też już mi chyba nie zależy. Niech robi, co chce. A jeśli jego „przemyślenia" przebiegają tak jak przypuszczam, to mam nadzieję, że złapie trypra albo zaćpa się w jakimś dusznym hotelowym bagnie.
- Musisz dać mu czas - próbowałem ratować sytuację.
- Niczego nie muszę - jej nieszczery uśmiech nie schodził jej z twarzy, kiedy ze złością cedziła każde słowo. - W zasadzie chyba już nawet nie chcę. No nic, niezależnie od tego, jak kiepsko wywiązałeś się z zadania, do którego się zobowiązałeś, jestem ci bardzo wdzięczna. Dzięki tobie coś sobie uświadomiłam… Nie powiem, żeby to była bardzo przyjemna świadomość, ale na pewno cenna.
Nie mogłem pozwolić, żeby w tym miejscu nasze kontakty się skończyły.
- Skoro o cenie mowa, nie uważasz, że powinnaś mi się jakoś odwdzięczyć? - przysunąłem się do niej na tyle blisko, że poczułem z jaką siłą wypuszcza powietrze z rozdętych nozdrzy. Spojrzała na mnie bez zdziwienia, bardzo wyniośle.
- Na ile mam wypisać czek?
Mogłem się spodziewać tego pytania. Chwyciłem ją za dłoń, którą, tym razem zaskoczona, próbowała mi wyrwać z ręki. Pocałowałem ją w kostki palców, nie spuszczając z niej wzroku. Miałem wrażenie, że pomimo całego chłodu, którym starała się emanować, zawstydziła się niemal. Na jej blade policzki wypłynął delikatny rumieniec. Czyżby Blair Waldorff była pierwszy raz w życiu szczerze zmieszana? Nie wypuszczając jej drobnych paluszków z uchwytu, powiedziałem:
- Miałem na myśli kolację, no, może chociaż szybkiego drinka.
Poznałem po oczach, że mimo zdziwienia, rozważa na serio to zaproszenie. Rozchyliła usta, żeby nabrać powietrza, ale zawahała się, zanim cicho ze sztucznie uprzejmym uśmiechem wyrecytowała
- Mam twój numer telefonu, sprawdzę swój terminarz i powiadomię cię o mojej decyzji.
Uwolniłem jej dłoń, którą przycisnęła do siebie układać w piąstkę, jakby odzyskała po wielu trudach coś niezwykle cennego. Kiedy uśmiechnąłem się do niej, stała jeszcze przez chwilę patrząc mi prosto w oczy, po chwili jednak bez słowa odwróciła się i odeszła.
Tymczasem musiałem zadzwonić do jednego z hoteli Bassów w Bangkoku, w którym odnalazłem Charles'a. Podobno od tygodnia w zasadzie nie było z nim kontaktu. Nie to, żebym się jakoś szczególnie o niego martwił, ale wiedziałem, że gdyby faktycznie się tam zaćpał na amen, Blair nigdy by mi nie wybaczyła, że do tego dopuściłem. Upewniłem się, ze kierownik i obsługa hotelu będą mieli na niego oko i nie dopuszczą do jego ostatecznego zejścia. W końcu - w swoim czasie zamierzałem go przywieźć, w jakimkolwiek stanie by nie był, do Nowego Jorku. Musiał przecież kiedyś wrócić do szkoły.
