Rozdział 3: Piercing
Kurt Hummel był zdeterminowanym dzieciakiem.
Cóż, przynajmniej Blaine tak pomyślał, słuchając relacji Kurta z jego porażki w nastoletnim buncie.
- To było okropne, Blaine, jak mogliśmy w ogóle pomyśleć, że to może zadziałać! – Kurt narzekał.
Okej, może użycie tatuażu ze Spidermanem, który mógłby należeć do czterolatka było złym pomysłem. Ale czy Kurt naprawdę myślał, że zbeszczeszczanie swojej nieskazitelnej skóry decyzją na całe życie, której by szybko zaczął żałować, a której potrzebował tylko na kilka chwil nastoletniego buntu, było dobrym pomysłem? Blaine westchnął. Próbował tylko ochronić Kurta przed zrobieniem czegoś głupiego. W końcu Kurt próbował go ostrzec przed Rachel… wciąż się czuł jak idiota za każdym razem, kiedy tylko o tym pomyślał. Wszystko, co musiał robić, było udawać, że wspiera Kurta w każdym planie i przy okazji zasugerować lepszy, mniej niebezpieczny, możliwie niepozostawiający trwałych efektów sposób. Usłyszał sfrustrowany jęk przyjaciela.
- Powinienem był zostać i zrobić sobie prawdziwy, a tym miałeś mi nie pozwolić zrezygnować! Miałeś iść ze mną, żebym nie stchórzył! Co z "odwagą", Blaine?
Blaine pokręcił głową.
- Chyba sobie żartujesz, Kurt! Widziałeś tego faceta? Tamto miejsce? Przysięgam, że to była idealna scena do „Piły 7". Ocaliłem ci życie! – wyrzucił z siebie i klapnął na łóżko. Kurt był nierozsądny. Ta cała rzecz była okropnym pomysłem. Kurt był idealny taki, jaki jest. Nie wiedział o tym? Chłopak usłyszał prychnięcie przyjaciela.
- Przestań, brzmisz jak Finn. – Blaine westchnął z porażką. Nastąpiła chwila ciszy. Myśli chłopaka powędrowały do wydarzeń dnia.
- Co tak w ogóle dałbyś sobie zrobić? – zdecydował, że nie zaszkodzi zapytać. Kurt odpowiedział o wiele za szybko.
- Nie wiem… pewnie swoje imię. – Kurt zdecydował.
- Po co? Na wypadek, jakbyś zapomniał? – Blaine zakpił lekko.
- No dobra, motyla. – Kurt rzucił drugą opcję.
- Motyla? Serio, Kurt, równie dobrze mógłbyś dać sobie wytatuować tęczową szafę na swoim…
- Dobra, Spidermanie, co ty byś sobie dał zrobić?
- Ja… - Blaine przerwał. Kiedy teraz o tym myślał… Pewnie coś jak nuty, albo warblera… albo imię Kur…
- Nic! – krzyknął. – Nie zrobiłbym sobie tatuażu. Nie są stylowe. – Może miałby trochę wpływu na Kurta, gdyby wcześniej mu powiedział, co o tym myśli.
Blaine natychmiast pożałował swoich słów. Kurt zrobił się okropnie cichy. Blaine mentalnie grzebał w mózgu w poszukiwaniu czegoś, co mógłby powiedzieć. Powinien to cofnąć? Wytłumaczyć, że nawet, gdyby Kurt zrobił sobie tatuaż, nie zmieniłoby to jego uczu… nie zmieniłoby to faktu, że są najlepszymi przyjaciółmi.
- Lilię. – Kurt wreszcie się odezwał. Blaine oprzytomniał ze swojej szaleńczej gonitwy myśli.
- Potwórz. – poprosił. Kurt westchnął po drugiej stronie kabla.
- Nie dałbym sobie wytatuować mojego imienia czy motyla. Chciałem lilię. – powiedział cicho.
- Czemu?
- Tak się nazywała moja mama. – Kurt powiedział prosto. Znów zapadła cisza.
Więc zrobiłby coś ku pamięci swojej mamy. Ten gest był słodki i serdeczny, i bardzo pasujący do Kurta. Właściwie, to był całkiem…
- Stylowy. Przepraszam. To jest stylowe. - Blaine przeprosił. – Nie spodziewałbym się niczego mniej od Kurta Hummela.
Kurt uśmiechnął się.
- To wciąż nie rozwiązuje mojego problemu. – przypomniał. Blaine przypomniał sobie, czemu w ogóle wdali się w ten bałagan z tatuażami. Jęknął. Definitywnie nie czekał z niecierpliwością na koleją głupią rzecz, której Kurt spróbuje. Ale Kurt był zdeterminowanym dzieckiem.
Blaine westchnął. Jutro czeka go ciężki dzień.
Następnego dnia znaleźli się w tych samych pozycjach na łóżku Kurta (Chwileczkę… wiecie, co mam na myśli).
- A więc w jaką buntowniczą intrygę wdam się dzisiaj? – Kurt spojrzał na Blaine'a.
Chłopak przejrzał fioletową listę. Szukał czegoś, co nie będzie przesadą, ale wciąż efektywnego na tyle, żeby zadowolić Kurta i zapewnić mu szlaban.
- Czemu nie to? - Blaine wskazał na jedno z haseł opatrzonych serduszkiem. Kurt uśmiechnął się i skinął głową. Blaine spojrzał w dół na perfekcyjnie napisane słowo.
"Piercing".
Mnóstwo gejów ma przekłute ucho, a jeśli wyższy chłopak zdecyduje, że już nie chce tego kolczyka, zawsze może go wyjąć i pozwolić dziurce się zasklepić.
- Co powiesz? Jesteś gotowy na wycieczkę do Claire? - Blaine zapytał ciepło, uśmiechając się do przyjaciela.
- Nie. - Kurt powiedział po prostu. Blaine, zdezorientowany, spojrzał na niego.
- Co? Czemu? – zapytał, zaczynając panikować. Proszę, oby nie miał żadnych szalonych pomysłów…
- Nie dam sobie przekłuć ucha przez stare kobiety, one zawsze wyglądają jak dilerzy narkotyków na pół etatu. Poza tym to miejsce jest pełne czołgających się czterolatków, puszczają braci Jonas i zawsze jest tam paskudny plakat z Robertem Pattinsonem i tamtej brzydkiej dziewczyny, gapiących się na mnie. – Kurt przewrócił oczami.
- Nie udawaj, że nie wiesz, jak się ona nazywa. – Blaine odparł. Kurt zignorował go.
- Nie, jeśli to robimy, robimy to na mój sposób. – Twarz Kurta przybrała wygląd "suki". – Jedziemy do sklepu po gotowy zestaw. – powiedział, podnosząc torbę i podając przyjacielowi kluczyki. – A kiedy go kupimy, wracamy tutaj, - Kurt już miał wyjść z pokoju, gdy odwrócił się i spojrzał Blaine'owi w oczy. – I ty mi przekłujesz ucho.
I już wszystko wiemy, pomyślał Blaine, otwierając szeroko oczy.
Kurt Hummel nie był zdeterminowanym dzieciakiem. Był chory psychicznie.
- Proszę, wytłumacz mi jeszcze raz, czemu to właśnie ja muszę to zrobić? – Blaine zapytał z rozpaczą patrząc na zestaw do przekłuwania uszu. Chłopak próbował przemówić Kurtowi do rozumu, ale bezskutecznie.
- Blaine, jeśli mam zamiar pozwolić na to komukolwiek, musi to być ktoś, komu ufam. - Kurt przetarł ucho wacikiem nasączonym środkiem dezynfekującym. – Ufam ci. – uśmiechnął się i spojrzał na niego słodko. Niższy chłopak zawsze dawał się złapać na to spojrzenie i Kurt wiedział o tym doskonale.
Blaine był oszołomiony przez Kurta. Nigdy nie czuł tak silnych… emocji, do nikogo przedtem. I nigdy wcześniej nikt nie sprawił, że czuł tak wiele różnych równocześnie. Przez większość czasu Blaine nie chciał robić nic innego, jak trzymać dłoń Kurta, może przytulić go i sprawić, by się uśmiechnął. Ale były też momenty, w których chciał potrząsać chłopakiem aż ten nabierze rozsądku. Czy Kurt był niezrównoważony umysłowo? Blaine poważnie rozważał taką możliwość, podczas gdy dokładnie czytał załączoną do zestawu instrukcją użycia. Szczerze, kto sam szuka kłopotów? Jaki dzieciak zdrowy na umyśle próbuje dostać szlaban? Ale Blaine musiał przyznać, że Kurt wyglądał bardzo słodko, gdy zaczynał się czymś ekscytować, zwłaszcza, kiedy było to coś bardzo prostego lub zwyczajnego. Kurt, w całym swoim podnieceniu i niewinności tak bardzo przypominał dziecko. To było to, co Blaine najbardziej w nim podziwiał. A Kurt właśnie starał się zniszczyć tą niewinność przez swój tak zwany "bunt".
Blaine przygotował pistolet do przekłuwania uszu i spojrzał na przyjaciela, który właśnie siedział przed swoją toaletką.
- Gotowy? – zapytał. Kurt zawahał się, ale skinął głową. Blaine podszedł do podenerwowanego chłopaka. Kurt spojrzał na niego w lustrze i rzucił mu wymuszony uśmiech. Blaine próbował odwzajemnić się i pokrzepić go, podczas gdy zbliżał pistolet do ucha swojego najlepszego przyjaciela.
Kurt zacisnął powieki tak mocno, jakby się bał o własne życie. Zawsze bał się igieł, każda wizyta u lekarza wymagała porządnego wzięcia się w garść, by powstrzymać się od wybiegnięcia z gabinetu z krzykiem. Coś w Blaine'ie sprawiało, że czuł się odrobinę bezpieczniej. Chociaż nadal był niemal skamieniały z przerażenia i każda chwila wahania tylko wydłużała tą torturę. Może gdyby spojrzał jeszcze raz na przyjaciela, byłby bardziej zrelaksowany i mógł przez to przejść, i potem mogliby obejrzeć „Titanic" i wszystko będzie dobrze.
Kurt otworzył lekko jedno oko w momencie, gdy Blaine właśnie przymierzał się do jego ucha…
- CO ROBISZ? NIE ZAMYKAJ OCZU! –Kurt zaskrzeczał i zszokowany Blaine upuścił pistolet.
- Przepraszam! Nie mogłem patrzeć! – Jego drżące dłonie z powrotem objęły pistolet.
- Musisz patrzeć! Mogłeś mi przedziurawić szyję! Może jestem gejem, ale nie chcę mieć nic wspólnego z wampirami! – Kurtowi zaczęły popuszczać nerwy.
- Przepraszam! Nigdy tego wcześniej nie robiłem! – Blaine usprawiedliwiał się, jego głos brzmiał nietypowo wysoko. Kurt wziął kilka uspokajających oddechów.
- Ty…tylko tym razem miej otwarte oczy. Spróbuj jeszcze raz. – Kurt poprosił. Jednak zrobił też niewybaczalny błąd i przez moment zobaczył igłę. Zacisnął oczy jeszcze mocniej niż wcześniej. Mógł to zrobić. Poczuł pistolet. Mógł to zrobić. Mógł to…
- AAAAA! – rozległ się krzyk Kurta, w tak wysokiej oktawie, że nawet on sam był pod wrażeniem.
- CO? CO? – Blaine spanikował patrząc na przyjaciela.
- Wszystko okej? Nawet nic jeszcze nie zrobiłem, przysięgam! – uniósł dłonie, by udowodnić swoją niewinność. Kurt gwałtownie łapał powietrze, trzęsąc się bez opamiętania. Jego dłonie zaciskały się na źródle przerażającego krzyku. Odsunął je i spojrzał Blaine'owi w oczy.
- Powinienem był ci powiedzieć, że bardzo boję się igieł. – wydyszał. Blaine zamarł na moment.
- To po jaką cholerę to robimy? – zażądał odpowiedzi. To było chore. Kurt sam siebie zmuszał do przejścia przez piekło praktycznie po nic. W końcu Blaine się odezwał, bardzo nieśmiale i niepewnie.
- Ale… powiedziałeś mi… żebym się u-upewnił, żebyś… to zrobił. Więc musisz… okej? – położył dłoń na trzęsącym się ramieniu Kurta. Chłopak niemal niezauważalnie skinął głową.
Niepewnie Blaine ponownie przyłożył pistolet do ucha przyjaciela.
Kurt stracił głowę.
- NIE! Nie! Nie! Nie! Nie! Nie! Nie! Nie! Nie mogę! Nie mogę! Nie mogę! Nie mogę! Nie mogę! - Chłopak zerwał się z krzesła i uciekł na drugą stronę pokoju, ogarnięty lękiem. Blaine położył pistolet na toaletce i podszedł do przyjaciela, który siedział na podłodze niemal zwinięty w kłębek. Serce mu się ścisnęło boleśnie, gdy zobaczył łzy w oczach Kurta. Nie mógł oprzeć się wrażeniu, że jest za nie odpowiedzialny, będąc tym, który naciskał, by to zrobili. Teraz był jeden z tych momentów, kiedy Blaine nie chciał niczego innego, jak tylko przytulić mocno Kurta, aż wszystko znów będzie w porządku.
I w końcu to zrobił.
Blaine wziął swojego wciąż łkającego najlepszego przyjaciela w objęcia.
- Przepraszam! Nie mogę, po prostu nie mogę, Blaine! – płakał mu w ramię. Ciemnowłosy chłopak łagodnie zataczał małe kółka na jego plecach, próbując go uspokoić.
- Okej. Nie musisz. Wszystko jest okej. – Blaine powtarzał.
Kurt czuł się niesamowicie żałośnie z powodu swojej reakcji. Ale nie mógł nic na to poradzić. Mógł tylko mieć nadzieję, że Blaine go zrozumie. To był głupi pomysł od samego początku.
Gdy się uspokoił i wypił szklankę wody, obaj się zgodnie stwierdzili, że piercing odpada. O ile Blaine nie był absolutnie przeciwny temu pomysłowi, był dość wdzięczny za to rozwiązanie. Patrząc na sfrustrowanego Kurta, wpadł na inny pomysł.
- Mam pomysł. – zaoferował głosem pełnym nadziei.
- Blaine, przysięgam, jeśli to kolejny Spiderman… -
- Nie. No, prawie nie. – Blaine się poprawił. – Ale naprawdę wątpię, że twój tata będzie w stanie się tym razem zorientować.
Kurt spojrzał na niego żałośnie. Warto było spróbować wszystkiego.
Następnego dnia Kurt wkroczył do warsztatu, pełen pewności siebie i podekscytowany myślą o reakcji ojca.
Dzisiaj jest ten Dzień. Wiedział o tym. Dzisiaj dostanie szlaban. Nie ma mowy, żeby ojciec zorientował się, że coś jest nie tak. Nie wiedział nic o biżuterii! Kurt był absolutnie pewien, że gdyby nie jego interwencja, jego ojciec oświadczyłby się Carole używając lizaka w kształcie pierścionka. Szeroki uśmiech rozlał się na twarzy chłopaka. Znalazł ojca wymieniającego opony. Niecierpliwość niemal go zabijała.
- Cześć, tato. – przywitał się, nieudolnie próbując zamaskować podniecenie. Ojciec zerknął na niego, ale nie powiedział ani słowa. Kurt zdecydował się zapuścić przynętę. Dość dosłownie.
- Przyniosłem ci lunch.
- Dzięki, młody. – odpowiedział ojciec, wciąż nie odwracając wzroku od opony. Kurt przestąpił z nogi na nogę.
- To tuńczyk. – potrząsnął lekko torbą
- Super. – odpowiedział mało entuzjastycznie Burt.
- … z pełnoziarnistym chlebem żytnim… - zanucił chłopak. But Hummel westchnął i uniósł wzrok znad swojego zajęcia.
- Słuchaj, synu, ja naprawdę… - oko Burta złapało coś błyszczącego na uchu jego syna. Kurt musiał zebrać całą samokontrolę, by powstrzymać się od skakania z radości jak mały chłopczyk w sklepie Prady.
- To kolczyk? – mężczyzna wskazał na ucho swoim kluczem. Kurt entuzjastycznie pokiwał głową.
- Tak, masz rację! – zachichotał. – Podoba ci się? – podpuścił ojca. To było to. Zaraz się nasłucha! Tak, ojciec da mu miesięczny szlaban, a może nawet dwumiesięczny! Kurt zagryzł wargę, gdy Burt otworzył usta.
- Nie. – sięgnął i ściągnął ozdobę z ucha syna. Kurt sapnął w szoku, jego ręka automatycznie wystrzeliła w stronę miejsca, w którym jeszcze przed chwilą był „kolczyk". Burt rzucił chłopakowi mały uśmieszek i oddał mu z powrotem klipsa. Kurt odzyskał zdolność do mówienia.
- Jak ty w ogóle… - spoglądał z niedowierzaniem.
- Boisz się igieł, Kurt. – poinformował go ojciec, biorąc torebkę z lunchem. Kurt nie kupił tego. Ta reakcja była zbyt szybka i o ile Burt mógłby o tym pomyśleć, nie zerwałby klipsa, gdyby nie był absolutnie pewien. Nie miał najmniejszego pojęcia o biżuterii. Ktoś wiedział. Ktoś musiał…
- Finn mi powiedział. – Burt wzruszył ramionami. Oczy Kurta rozszerzyły się w niedowierzaniu… i gniewie. Ogromnym gniewie. Opuścił w pośpiechu warsztat.
Wskoczył do auta z tylko jedną myślą.
Finn Husdon był martwym dzieciakiem.
Cóż, przynajmniej Kurt miał tak w planie.
