Rozdział 2.

~ Hueco Mundo; okolice Las Noches ~

Minęło już kilka dni, od kiedy Aizen ze swoją prawą i lewą ręką, w postaci Gina i Tōsena, dostali się do Hueco Mundo. Grupa pustych, których zaciągnęli do pracy fizycznej, właśnie stawiała wielki pałac w miejscu, gdzie był tron uprzedniego władcy. Miejsce to zwało się Las Noches, a ów samozwańczy Król zwał się Baraggan Louisenbairn. A czemu ruszyła ta budowa? Aizenowi zwyczajnie nie uśmiechało się rządzić pod gołym i wiecznie ciemnym niebem.
- Wszystko zgodnie z planem, co? Kapitanie Aizen? - Usłyszał głos Gina, który z uśmiechem i zamkniętymi oczyma stał oparty o filar.
Tak, ten filar nie tak dawno był zwyczajną i szarą stertą sporych kamieni, ledwie utrzymujących się w formie kolumny. Teraz dość mozolnie, ale oby dokładnie, zmieniał się w wielki pałac, skąd bez problemu byli kapitanowie mogli dalej działać.
- Niemal idealnie po mojej myśli. - Na twarz odzianego w biel spiskowca wstąpił kpiący uśmiech, którego nie mógł i nie chciał tuszować.
Ichimaru spojrzał na niego, to znaczy: o ile można nazwać "spojrzeniem" akt przesunięcia zakrytych powieką źrenic. Westchnął, a w tym westchnieniu zdało się dosłyszeć teatralne rozmarzenie, na które czasem sobie pozwalał nawet i on. Gin był aktorem, grał swoją rolę, którą mu przeznaczono. To dlatego zwano go również Białym Wężem i Draniem O Twarzy Lisa. Chciał, niczym wymienione zwierzęta, by wyszło po jego myśli. Rzadko ukazywał emocje, acz wiecznie miał na ustach kpiący i źle wróżący uśmiech, który wprost uwielbiał.
- Nie powinniśmy lepiej dobierać podwładnych? - Ledwie zadał to pytanie, jak na głowę jednego z pustych zwalił się cały filar. - Rety... to musiało boleć. - Aż potarł długimi palami po srebrzystych włosach sięgających karku.
- Rozważę tę sugestię, Gin. - Aizen zerknął na niego kątem oka.
Wziął głęboki wdech, a potem zacisnął pięść, by nie trzasnąć niedorajdę w głowę zbyt mocno. Miał dość gorącą głowę, zwłaszcza na początku każdego kroku. Wszystko musiało być dopracowane perfekcyjnie, nie było miejsca na żadne błędy. Nie umknęło to uwadze rozmówcy.
- Spoko... luz. - Olewającym wszystko tonem uspokajał go jego towarzysz.
- Zostawiam to w twoich rękach. Nie zawiedź mnie. - Po tych słowach mężczyzna po prostu odszedł w dalsze zakątki Hueco Mundo.
- Jak sobie życzysz, kapitanie Aizen. - Gin odprowadził go spojrzeniem, a potem kilka razy zaklaskał w dłonie, poganiając tym robotników. - Nie mamy całej wieczności! Ruszać zastałe mięśnie zwieracza do pracy! - zawołał głośno, wymownie kładąc dłoń na rękojeści miecza.
Odbił się lekko od filaru, po czym postanowił zrobić sobie rundkę i sprawdzić gdzie i jak idą prace, jak miał nadzieję, będące już w fazie wykończeń i dopieszczania. Pokręcił kilka razy głową, bo nie mógł się nadziwić, jak leniwych pustych wybrał jego partner, by w pośpiechu budowali ich nową bazę operacyjną. Nawet szkielet budynku nie był postawiony w całości! Pozornym wręcz zaharowywaniem się, maskował jeszcze chaos jaki od dłuższego czasu gościł w jego głowie.
- Gdybyś tylko trzymała mnie chwilę dłużej... - rzucił tę myśl w nocne niebo, na którym chłodno świeciło mnóstwo samotnych w tym towarzystwie gwiazd.
- Gdzie Aizen-sama? - Usłyszał pytanie kolejnego z kompanów, ciemnoskórego Tōsena. - Muszę czym prędzej z nim porozmawiać..