Rozdział 3.
~ Karakura ~
- Renji! Zabierz stąd Rukię! - Ichigo krzyknął do przyjaciela, który właśnie przybył z odsieczą.
Shinigami o czerwonych włosach niemal natychmiast zerknął na niego, niczym na idiotę. Czy chciał, czy nie, porucznik oddziału szóstego zbliżał się do walczących kompanów, gruchocząc opornemu pustemu kości swoim Zabimaru, a potem sam uchylił się przed ciosem.
- Kretyn! Toż wiem o tym! - Mruknął pod nosem, gdy znalazł się tuż przy nich. - Dlaczego w ogóle pozwoliłeś jej walczyć?!
- Czy masz mnie za kretyna?! - zaperzył się Kurosaki. - To nie ja jej kazałem dobyć miecza! - z miną wyraźnie sfoszoną mierzył morderczym spojrzeniem równie rozdrażnionego kompana.
- Chłopaki! - Rukia krzyknęła, wskazując palcem coś, co było za plecami wojowników.
Dwaj shinigami niemal natychmiast spojrzeli na pustego, który w najlepsze zaczął demolować pobliskie budynki i pożerać ludzi mniej lub bardziej dosłownie żywcem. Panowie zerknęli po sobie, po czym zgodnie dobyli mieczy. Chwycili za nie pewnie, by przypadkiem nie wypadł po drodze. Pusty ryknął głośno, że nawet zatrzęsły się pobliskie mury, a walczących na kilka sekund zamurowało. Znów zachęcająco i wyzywająco spojrzał jeden na drugiego, jakby wyzywali się na pojedynek, kto pierwszy ucapi wroga. Nie zdążyli nawet doskoczyć do giganta, jak jego ciało znów stało się czystym reiatsu, które uciekło do atmosfery. Kiedy powietrze się oczyściło, shinigami mogli bez problemu zobaczyć odzianego w biel chłopaka o bladej skórze i czarnych włosach, który właśnie poprawiał okulary, wymownie środkowym palcem, i opuszczał drugą rękę.
- Ile jeszcze będę musiał odwalać za was brudną robotę? - Zapytał quincy, mierząc ich rozeźlonym spojrzeniem.
- Ishida! - Na widok łucznika, cała trójka zgodnie się zdziwiła.
- Wyglądacie, jakbyście zobaczyli ducha... - Na twarzy Uryū widać było zakłopotanie, które maskował równie widoczną chęcią do trzaśnięcia im po potylicach na pobudkę i orzeźwienie myśli.
- Dalibyśmy sobie radę sami. - Ichigo zerknął na niego jak na skończonego głupca.
- Jasne... - Genialny licealista znów poprawił okulary. - Nawet krzty wdzięczności za uratowanie wam tyłków. - Znów strzelił teatralnego i przeuroczego focha.
Kurosaki na to jedynie beznamiętnie wywrócił oczyma i westchnął cicho pod nosem, zerkając na znacznie osłabioną drobną Kuchiki. Szybko ocenił jej stan, ale nie znał się na medycznej magii. W ogóle nie znał się na magii i akceptował tylko metody siłowe lub słowne w ostateczności. Musi jakoś zatrzepotać rzęsami do Byakuyi, by go w tym poduczył. Może uczyni mu ten wątpliwy zaszczyt i choć godzinę na to poświęci?
- Zabierz ją do Soul Society, Renji. - Zerknął na przyjaciela prosząco. - Niech Unohana-san ją obejrzy, bo z pewnością jej oko będzie do tego najbardziej użyteczne. - Przetarł twarz dłonią, nie mogąc się pogodzić ze swoją własną bezużytecznością w tej sytuacji.
Abarai westchnął cicho, ale przytaknął na tę prośbę, po czym delikatnie uchwycił młodą Kuchiki na ręce. Szybkim i krótkim skinieniem głowy pożegnał się z towarzyszami broni, a potem z szybkością właściwą wyszkolonemu porucznikowi udał się w miejsce, gdzie na spokojnie mógł otworzyć bramę do Soul Society i przejść nią wraz z bladą i kruchą shinigami.
- Ichigo... - Ishida bacznie patrzył na zamyślonego Kurosakiego. - Chcesz coś powiedzieć?
