Rozdział 4.

~ Soul Society; barak I dywizji ~

- Spokój! - Ryknął Kapitan Dowódca Yamamoto.
Miał dość rozmów między pozostałymi kapitanami, gdy o nie nie prosił. Cenił sobie zdanie każdego ze swoich podkomendnych, ale równie mocno miły był mu spokój. Zważywszy na to, że staruszkowi trafił się miecz, który daje mu moc panowania nad ogniem, tym bardziej musiał zachować jasność umysłu, bo przecież broń jest odzwierciedleniem użytkownika. Trzeba było przyznać, iż jak na jedynie dwunastu ludzi w jednym pomieszczeniu (czyż w jednym z filmów właśnie dwunastu gniewnych nie było przypadkiem?), ich rozmowy były szalenie głośne. Nawet trzej porucznicy, którzy uczestniczyli w tych obradach na zastępstwo za swoich kapitanów, włączyli się do rozmowy, a co więcej: ich słowa były jeszcze głośniejsze, niż kogokolwiek innego. Nikt nawet nie spojrzał na Głównodowodzącego, gdy ryknął by się ogarnęli. Wszyscy mierzyli drugą osobę morderczym spojrzenie, które najwyraźniej widać było między Zarakim a Byakuyą. Ci chyba nigdy się nie lubili.
- Na litość... czy nie macie co robić jak się kłócić? - Westchnęła ponuro kapitan czwartego oddziału, łagodna Retsu Unohana, która jako jedyna milczała i nie mordowała nikogo wzrokiem.
Był to dość ciekawy kontrast, z prawdziwą naturą tej kobiety. Długie, czarne włosy splecione na piersi w warkocza skrywały bliznę na sercu, która to pamiątka mówi, że była najniebezpieczniejszą istotą w całym Soul Society. Nawet sam Yamamoto się jej bał, mimo że się nikomu do tego nie przyzna.
- Wybacz, Unohana-sama. - Kira skłonił się, a jego przeprosiny dotyczyły całego zgromadzenia, nie tylko jego samego i ewentualnie towarzyszy po randze.
Po tej jakże krótkiej wymianie zdań, spotkanie przebiegało już bez większych zakłóceń. Większość wniosków została przedyskutowana w atmosferze spokoju. Przedstawiciele oddziałów dezerterów milczeli, nie wtrącając się w te dysputy o ile nie zostali poproszeni o wyrażenie swojej opinii na omawiany temat. Czas mijał szalenie wolno, nawet na takim, z pozoru jedynie nudnym, zebraniu. Powietrze nagle stało się jakby ciężkie, przytłaczając mieszkańców jeszcze bardziej. Minuta po minucie, godzina po godzinie, od ucieczki trójki z zaufanych, może nie licząc Gina, któremu mało kto ufał, a napięte emocje dało się czuć w całym Soul Society.
- Wróćmy do tematu numer jeden. Kapitanowie oddziałów trzeciego, piątego i dziewiątego opuścili Soul Society, stając się tym samym poszukiwanymi. Wymienione oddziały pozostają bez kapitana. - Yamamoto spojrzał po porucznikach i znów po kapitanach. - Niestety, mimo chęci, ta trójka - tu dyskretnie zerknął na młodych poruczników, którzy aż spojrzeli na niego pytająco - nie posiadła jeszcze bankai...
- Chyba mało kto poza nami osiągnął bankai. - Mruknął leniwie Kyōraku.
- No i są wyjątki od tej reguły. - Byakuya mruknął pod nosem, mierząc rozeźlonym spojrzeniem kapitana jedenastego oddziału, który nawet imienia swojego miecza jeszcze nie poznał.
- Wymóg jest wymogiem. - Raz jeszcze ostudził jego zapędy Kapitan Dowódca.
Aby zostać kapitanem w Gotei 13 są trzy drogi. Pierwszą jest zabicie poprzedniego kapitana w obecności co najmniej dwustu osób z jego oddziału. Polecenie aktywnego kapitana, sześciu dokładniej, z aprobatą co najmniej trzech pozostałych. Albo test sprawnościowy, który wymagał uwolnienia miecza do stopnia zwanego bankai: trudnego do opanowania, którego nauka wymaga nierzadko stuleci, by w pełni posiąść jego siłę. W teorii więc, nawet osoby bez bankai mogą uzyskać status kapitana, ale rzadko to się dzieje, w przełożeniu tej zasady na praktykę.
Kapitan Dowódca zastanawiał się nad prawem, który poniekąd sam ustanowił przed prawie dwoma tysiącleciami, ale nim zdążył coś powiedzieć, nim zdążył zasugerować osoby, które mogłyby na miejsca uciekinierów wejść, do sali wpadł zziajany mężczyzna, bez wątpienia z oddziału czwartego, gdyż na ramieniu miał przepasaną typową dla tej dywizji torbę z lekami.
- Kapitan Unohana, kapitanie HItsugaya. - Zerknął po wymienionych. - Porucznik Matsumoto została znaleziona nieprzytomna...