II.
Tego dnia, była bardzo rozkojarzona i dziękowała Bogu, że nie mieli żadnej sprawy, bo trudno było się jej skupić. W nocy też nie było lepiej… Targały nią coraz większe wątpliwości i w sumie ucieszyła się, że poprosiła Dimitriusa o wolny dzień. Potrzebowała czasu…
Była dziewiąta, kiedy wychodziła z domu, przeświadczona, że to najlepsze wyjście, przynajmniej z racjonalnego punktu widzenia. Jak miała w samotności wychować dziecko, kiedy każdego dnia ryzykowała życie, ścigając bandytów, terrorystów i różnych psychopatów? Jakie życie mogła mu zapewnić wiedząc, że pewnego dnia może nie wrócić z akcji, a nie ma nikogo, kto by się nim, albo nią, zajął w razie jej śmierci? Gdyby chociaż dostała jakiś znak, że powinna zatrzymać w sobie tego maluszka, malutki znak… Jadąc na zabieg nie spodziewała się jednak aż takiego znaku. Nawet nie zauważyła ciężarówki, która na skrzyżowaniu wymusiła pierwszeństwo i z impetem wpadła na jej samochód. Potem była już tylko ciemność…
Obudziła się w szpitalu. Przynajmniej tak jej się wydawało, zważywszy na białe ściany i cały ten sprzęt, pikający spokojnie u jej boku. Nadal była otumaniona po wypadku i lekach, ale o jednym nie zapomniała…
- Dziecko…- szepnęła słabo.- Co z moim dzieckiem?- zapytała, instynktownie dotykając brzucha.
- Witamy wśród żywych, panno Williams.- usłyszała jakiś miękki głos.- Przez chwilę się martwiliśmy.
- Co z dzieckiem?- powtórzyła uparcie, kiedy napotkała spojrzenie lekarki stojącej obok jej łóżka.
- To był cud.- stwierdziła kobieta.- Przy takim silnym uderzeniu i dachowaniu, powinna pani poronić, a jednak dziecinka się nie poddała i jest bezpieczna. Wszystko będzie dobrze.- zapewniła kobieta i w oczach Tary pojawiły się łzy ulgi oraz szczęścia.
Dostała odpowiedź, na którą czekała. Opatrzność uchroniła ją przed największym błędem jej życia i była za to wdzięczna, jak nigdy.
- Chwała Bogu!- szepnęła tylko i zmęczona znów zapadła w sen.
Kiedy ponownie otworzyła oczy, napotkała zatroskane spojrzenia swoich przyjaciół. Sue, Lucy, Jack, Myles i D. stali naprzeciw jej łóżka, wpatrując się w Tippy.
- Hej…- uśmiechnęła się blado.- Co tu robicie?- zapytała już bardziej przytomnie.
- Metro P.D. dało nam znać, że nasz wóz uczestniczył w wypadku. Tak się dowiedzieliśmy.- zaczął Sparky.
- Nastraszyłaś nas niewąsko!- wtrąciła się Lucy.- Przez chwilę, było z tobą krucho!
- Wybaczcie, nie chciałam…- odparła szybko.- Nie zauważyłam tego drugiego.
- Nie przejmuj się!- zapewniła Sue.- Najważniejsze, że żyjesz, że oboje żyjecie…- dodała znacząco.- Nie mówiłaś, że jesteś w ciąży.
- Sama ledwo się dowiedziałam.- powiedziała zarumieniona.
- Czyli, że szczęśliwy tatuś też jeszcze nie wie!- zachichotał Myles.- Ja, zwykły wujek dowiedziałem się przed ojcem!
- Myles!- upomniała go Sue.
- Sorry.- szepnął pokornie.
- W porządku.- uśmiechnęła się Tippy.- Zresztą, to bez znaczenia. To tylko moje dziecko. Jego ojciec zniknął z naszego życia i nie ma sensu mu o niczym wspominać. To był epizod i tyle.- podsumowała cicho. Nie zamierzała nikomu mówić, że to dziecko Bobby'ego. Nikomu…
- Grunt, że oboje czujecie się dobrze.- odezwał się D.- Auto poszło do kasacji, ale co tam. To nie była twoja wina, tylko tego podchmielonego kierowcy ciężarówki, który, nawiasem mówiąc, siedzi. Najważniejsze dla nas jest twoje zdrowie. Jak tylko wyjdziesz i wrócisz do pracy, dostaniesz nowy wóz. Jakieś sugestie, co do koloru i marki?- zapytał wesoło.
- Czerwone ferrari?- uśmiechnęła się szelmowsko.
- Wątpię, czy Randy się zgodzi!- roześmiał się Gans.
- W takim razie zadowolę się mustangiem. Może być niebieski metalik…- odparła łaskawie.
- Zobaczę, co się da zrobić!- mrugnął D., a reszta się roześmiała.
Tippy, wzruszona, spojrzała na przyjaciół. Jak mogła pomyśleć, że jest sama, że sama będzie borykać się z wychowaniem dziecka, gdy miała swoją namiastkę rodziny, która najwyraźniej planowała jej pomagać, skoro niektórzy jej członkowie już tytułowali się wujkami.
- Wszystko będzie dobrze…- przyszło jej na myśl.- Poradzimy sobie, skarbie… Poradzimy.
TBC
