IV.

Czas mijał szybko, a ciąża Tary powoli stawała się widoczna, tym bardziej, że i mdłości atakowały ją za każdym razem, gdy z bliska poczuła kawę. To, dlatego stara Berta wylądowała w najdalszym kącie biura, a przyjaciele Tippy starali się trzymać swoje kubki z dala od jej nosa. Wdzięczna Tara rekompensowała im ich poświęcenie, codziennie przynosząc pączki lub pizzę, które zresztą sama pochłaniała w ogromnych ilościach i Sue w duszy chichotała, że maluch z pewnością odziedziczył apetyt po tatusiu.

Zgodnie z prośbą Tippy, nikomu nie powiedziała o ojcu dziecka (nawet Lucy, choć dociekliwa sekretarka próbowała „węszyć") i wspierała agentkę w chwilach zwątpienia, kiedy huśtawki nastrojów przybierały na sile.

- Wszystko będzie dobrze, Taro.- powtarzała łagodnie i dziewczyna się uspokajała.

Przez siedem miesięcy, nie było żadnych wiadomości o Bobbym, głęboko zakonspirowanym w jednej z największych organizacji, zajmujących się nielegalną sprzedażą broni i Tippy po cichu bardzo się martwiła. W końcu, był nie tylko ojcem jej dziecinki, ale też najlepszym przyjacielem.

- Brak wiadomości, to dobra wiadomość.- powtarzała sobie bez końca, ale niewiele to pomagało i stres zaczął dokuczać nie tylko jej, lecz również dziecku.

- Musisz się zrelaksować, Taro, inaczej zaszkodzisz swojemu synkowi.- zalecał lekarz.- Chyba nie chcesz rodzić przed terminem?- pytał, kiedy czytał ostatnie wyniki badań.

- Nie, panie doktorze. Nie chcę, ale sam pan wie, że moja praca nie ułatwia mi zadania.- odpowiedziała.

- Więc, może powinnaś iść już na macierzyński?- zasugerował dr Pratt.

- Rozważę to.- powiedziała cicho.- Teraz prowadzimy ważne dochodzenie, ale gdy zamkniemy śledztwo, pewnie tak zrobię. Moje nogi mnie dobijają, że o krzyżu nie wspomnę!- jęknęła.

- To normalne. Mały jest spory, jak na tę fazę ciąży. Rozwija się bardzo dobrze, choć jak mówiłem, stres może mu zaszkodzić.

- Ma to po ojcu.- powiedziała cicho.- To duży facet.- westchnęła mimo woli.

- Wyobrażam sobie!- roześmiał się lekarz.

Rozmawiali jeszcze chwilę. W tym czasie, Tara otrzymała nową receptę na prenatalne witaminy i wróciła do pracy. Było nie było, śledztwo nie mogło czekać, szczególnie, jeśli planowała szybki urlop…

Dwa tygodnie później, kolejny terrorysta trafił za kratki, a Tippy zakończyła papierkową robotę i z czystym sumieniem wzięła wolne do końca ciąży.

Nikomu w grupie nie było łatwo przyzwyczaić się do jej nieobecności w biurze, ale jako troskliwi wujkowie i ciocie, rozumieli decyzję dziewczyny. W końcu, dziecko było najważniejsze. Poza tym, przecież nie zniknęła na zawsze. Odwiedzali ją, kiedy tylko mogli, a kiedy nie było czasu, dzwonili, by upewnić się, jak sobie radzi.

- Oboje mamy się świetnie!- zapewniała, choć prawda była nieco inna.

Tippy starannie ukrywała przed przyjaciółmi fakt, że jej ciśnienie drastycznie pięło się w górę, co bardzo niepokoiło doktora Pratta.

- Byłbym spokojniejszy, gdybyś zgodziła się iść do szpitala, Taro.- mówił podczas kolejnego badania kontrolnego.- To nie wygląda dobrze…

- A ja bym wolała zostać w domu. Nie lubię szpitali. Denerwują mnie.- odparła.

- Nie nalegam, moja droga, ale myślę, że tak byłoby bezpieczniej. Skoro jednak się upierasz, przepiszę ci coś na ciśnienie, jednak tylko pod warunkiem, że będziesz się oszczędzać. Może wytrzymasz te półtora miesiąca.- westchnął zrezygnowany.- Gdyby jednak objawy się nasiliły, natychmiast lądujesz w szpitalu, ok.?

- Wszystko, czego pan zechce, doktorze!- ucieszyła się. Naprawdę uważała, że lepiej będzie jej w domu. Następny stres nie był jej potrzebny.

Do końca ósmego miesiąca robiła, co w jej mocy, by zapanować nad nadciśnieniem i nie dać po sobie poznać, że czuła się źle. Brak wiadomości od Bobby'ego też nie pomagał i w efekcie stało się to, czego obawiał się lekarz. Osłabiona Tara zemdlała pośrodku swojego salonu, a co gorsza, nie było przy niej nikogo, kto mógłby jej pomóc…

TBC