VII.
Jak przez mgłę pamiętał moment, gdy podpisywał zgodę na operację, a potem było tylko to nieznośne oczekiwanie. Przez cały ten czas, nie przestawał się modlić, wspierany przez Sue i całą resztę, bo nic innego mu nie pozostało. Kobieta jego życia i matka jego syna, walczyła o życie swoje i swojego dziecka, a on mógł tylko błagać Stwórcę, by pomógł jej wygrać tę walkę, by pomógł im obojgu, i aby we trójkę mieli szansę na szczęście.
- Proszę, Panie! Nie mogę ich stracić! Nie mogę!
Kiedy pojawiła się pielęgniarka, tak mocno zacisnął pięści, że aż pobielały mu kostki i natychmiast ruszył jej naprzeciw.
- Panie Manning. Ma pan syna.- obwieściła łagodnie, gdy stanęli twarzą w twarz.- Chłopiec początkowo miał problemy z oddychaniem, ale szybko doszedł do siebie i wszystko powinno być w jak najlepszym porządku. Teraz jest w inkubatorze…- mówiła.
- A co z Tarą?- zapytał niespokojnie. Fakt, ulżyło mu, że ich dziecko jest bezpieczne, ale Tara była teraz najważniejsza.- Jak ona się czuje?
Kiedy siostra James usłyszała pytanie, spoważniała i odparła powoli:
- Przykro mi, ale panna Williams podczas cesarki miała zapaść. Jej serce stanęło…- padło z jej ust i Crash poczuł zimny dreszcz przeszywający jego ciało, po czym pobladły ze strachu wyszeptał:
- Czy ona?...- nie mógł dokończyć. To jedno słowo nie chciało mu przejść przez gardło. Nawet nie chciał myśleć, że Tara…
- Żyje, ale zapadła w śpiączkę. Teraz są przy niej najlepsi lekarze. Dr Pratt twierdzi, że najbliższa doba będzie krytyczna.- odpowiedziała spokojnie.- Musimy czekać i ufać, że Tara da sobie radę. W końcu przeżyła poważny wypadek będąc w ciąży, a to oznacza, że to silna dziewczyna. Jeśli chce pan zobaczyć synka, jest w pokoju 505, na oddziale noworodków…- uśmiechnęła się pocieszająco i odwróciła się, by wrócić na OIOM.
- Wypadek?- jęknął.- Jaki wypadek?- spytał, patrząc na przyjaciół.
- Na początku drugiego miesiąca ciąży, samochód Tippy został staranowany przez pijanego kierowcę ciężarówki…- odezwał się Myles.- Tara cudem przeżyła, a jeszcze większym cudem było to, że utrzymała ciążę.- wyjaśnił.- Pielęgniarka ma rację. To silna dziewczyna. Wyjdzie z tego…- dodał z wiarą, a reszta potwierdziła zgodnie.
- Chryste!- wyszeptał załamany Bobby.- Co jeszcze przeszła, gdy ja bawiłem się w łapanie przestępców? Dlaczego mnie przy niej nie było, kiedy mnie potrzebowała?- pytał sam siebie, pełen poczucia winy.
- Crash…- wtrącił się Jack.- Nie wiedziałeś. To nie twoja wina. Poza tym, co mógłbyś zrobić? Nie mogłeś ryzykować życiem swoim i innych agentów. Nie miałeś wpływu na to, co tu się działo…- próbował go uspokajać.- Najważniejsze, że wróciłeś na czas i dzięki tobie mały i Tara mają szansę. Nie wiem, czy bez twojej pomocy, zdołalibyśmy na czas uzyskać zgodę sądu na operację, a wtedy oboje byliby już martwi. Opatrzność cię zesłała, Bobby.
- Twój synek jest bezpieczny.- usłyszał od Sue.- A z Bożą pomocą i Tara dojdzie do siebie. Musimy tylko wierzyć.- zachęcała, ściskając jego dłoń.
- Nie mogę jej stracić, Sue. Nie teraz…- wyszeptał przez łzy.- Ona nie może umrzeć nie wiedząc, jak bardzo ją kocham!
- Jeszcze zdążysz jej powiedzieć, Bobby.- zapewniała Lucy.
- Chcę ją zobaczyć.- powiedział z desperacją w głosie.
- Sam wiesz, że nie wpuszczą cię na OIOM. Musimy czekać, aż ją przeniosą.- stwierdziła rzeczowo Donna, wspierana przez D., który właśnie się pojawił i bezgłośnie pozdrowiwszy zebranych, stanął u boku żony. On również był zaskoczony powrotem Manninga, ale to nie był czas ani miejsce, by o tym mówić.- Tymczasem powinieneś zobaczyć synka. Z pewnością przyda mu się teraz wsparcie taty.
- A co, jeśli tam pójdę, a przyjdzie lekarz z wiadomościami o Tarze?- spytał drżącym głosem, rozdarty między dwoma ukochanymi osobami.
- Zawołamy cię!- powiedzieli unisono Myles i Lucy.
- Chodź Bobby…- powiedziała miękko Sue i oboje z Jackiem delikatnie pchnęli go w stronę oddziału noworodków.
Gansowie postanowili przynieść kawę. Zapowiadała się ciężka noc…
TBC
