VIII.

Dostrzegł go od razu. Jego synek, ich synek, leżał w inkubatorze w rogu sali, dobrze widoczny przez szklaną szybę, dzielącą odwiedzających od nowonarodzonych dzieci.

„DZIECKO WILLIAMS"- brzmiał napis na kartce przytwierdzonej do urządzenia i Bobby poczuł ból w sercu.

- Nie ma nawet imienia…- wyszeptał smutno.- Przez to wszystko nie wiem nawet, czy Tara mu jakieś wybrała. To takie dziwne i straszne zarazem…- mówił cicho.

- Sean…- odezwała się Sue.- Chciała, by miał na imię Sean, czyli z irlandzkiego „dar od Boga", bo właśnie tym dla niej było to dziecko. Darem od Stwórcy.

- Sean… Podoba mi się to imię. Pasuje do niego.- uśmiechnął się blado Crash, wpatrując się w malca.

- Któryś z panów jest tatusiem?- padło zza ich pleców. Kiedy się obrócili, stała tam pielęgniarka.

- Tak. Ten pan.- odparł Jack, wskazując przyjaciela.

- Chce pan potrzymać maluszka?- zapytała łagodnie kobieta.

- Chyba nie powinienem. Mój synek leży w inkubatorze…- wyszeptał niepewnie Bobby.

- Dziecko Williams?- uniosła brwi siostra.

- Jego mama chciała, by nosił imię Sean.- poprawił ją natychmiast Crash.

- Zaraz uzupełnię wpis.- stwierdziła pielęgniarka.- Tymczasem, może pan wejść do środka tylko musi pan założyć fartuch i rękawiczki. Tego wymagają przepisy. Dopiero wtedy będzie pan mógł dotknąć synka.- poinstruowała.

- Dziękuję.- odparł Crash.- Zrobię, co trzeba.- powiedział i już po chwili, ubrany w sterylny kitel, stał obok inkubatora, przez nieduży otwór dotykając maleńkiej rączki Seana.

- Witaj, maleńki…- powiedział z czułością, patrząc na owoc najpiękniejszego uczucia, jakie mu się przydarzyło.- Jestem twoim tatą.- wyszeptał wzruszony, z trudem powstrzymując łzy cisnące się do jego oczu.- Wiem, że tęsknisz za mamą, smyku. Ja też, ale mama jest silna i na pewno do nas wróci, a wtedy nigdy więcej się nie rozstaniemy.- mówił z przejęciem.- Już zawsze będziemy razem…

- Jest śliczny.- powiedziała cicho Sue, patrząc na Seana.- I taki delikatny. Dlaczego musiał urodzić się w takich okolicznościach?- zapytała, ocierając łzę z policzka.- Tara tak bardzo starała się utrzymać go w dobrym zdrowiu, a mimo to nie dane mu było przyjść na świat w normalnym terminie. Zamiast tego urodził się zbyt wcześnie, a jego mama walczy o życie!- mówiła drżącym głosem i po sekundzie poczuła ramiona Jacka, oplatające ją z czułością i troską.

- Wiem, Sue.- odparł, patrząc na nią.- Wiem, kochanie, ale nic nie możemy zrobić. Pozostaje nam czekać i się modlić.

Była w szoku. Po raz pierwszy Sparky otwarcie zwrócił się do niej per „kochanie" i wyglądało na to, że nie zamierzał tego cofnąć, ponieważ jego oczy wpatrywały się w nią z intensywnością i uczuciem, jakich już dawno u nikogo nie widziała.

- Jack?...- szepnęła.- Czy ty właśnie?...- nie śmiała dokończyć pytania.

Wiedział, do czego zmierzała. Uśmiechnął się smutno i delikatnie dotknął jej policzka.

- Yeah.- potwierdził krótko.- Szkoda tylko, że potrzeba było takiej tragedii, bym mógł cię nazwać tak, jak marzę o tym od lat, bym mógł nareszcie przyznać, jak bardzo cię kocham i potrzebuję, Sue. Wybacz mi proszę i jeśli możesz, daj mi szansę, bo nie chcę obudzić się pewnego dnia, i stwierdzić, że ciebie przy mnie nie ma, że zaprzepaściłem największe szczęście w życiu.- powiedział błagalnie, a z jej oczu popłynęła rzeka łez.

- Czy to złe…- zaczęła powoli-… że moja przyjaciółka leży na OIOM'ie, walcząc o życie i możliwość wychowania swojego dziecka, a ja czuję w sercu radość i szczęście, bo nareszcie spełnił się mój sen?- zapytała z poczuciem winy.

- Nie, kochanie. To nie jest złe. Życie jest zbyt kruche, by uciekać przed miłością i przed szczęściem. Wierzę, że Tara powiedziałby ci to samo. Poza tym, ona wytrzyma. Musi wytrzymać, bo inaczej ten malec wyrośnie na drugiego Crasha, a co za dużo, to nie zdrowo!- próbował żartować i Sue uśmiechnęła się blado.

- To prawda. Ona ma dla kogo walczyć, a teraz, kiedy wrócił Bobby, wszystko będzie dobrze. Musi być!- stwierdziła z wiarą.- Bóg ich nie rozdzieli. Nie, kiedy zesłał im tak cenny dar…

- No! I teraz mówisz jak Sue, którą znam i szaleńczo kocham!- uśmiechnął się z uczuciem.

- Ja ciebie też.- szepnęła i wtuliła się mocno w jego opiekuńcze ramiona. Tu było jej miejsce, przy Jacku, tak jak jego miejsce było przy niej…

TBC