IX.

To była długa noc. Po powrocie z oddziału noworodków, jakoś wybłagał pozwolenie na widzenie Tary i teraz siedział u jej boku, trzymając ją za rękę.

Była taka blada i krucha na tle tej całej aparatury i szpitalnej pościeli, taka delikatna. Dzięki Bogu, oddychała samodzielnie, choć w jej nosie tkwiła rurka z tlenem, ale lepsze to, niż intubacja…

- Tara, luv… Przepraszam!- szeptał, spoglądając na ukochaną kobietę.- Wybacz mi, skarbie moją głupotę i tchórzostwo. Wybacz, że nie powiedziałem ci, ile znaczysz dla mnie, jak cię potrzebuję, jak każdego dnia tęsknię za tobą i jak bardzo chcę być z tobą…- mówił cicho, głaskając jej chłodną dłoń.- Nasz synek jest śliczny i silny, jak ty. I ma piękne imię. Sean…- uśmiechnął się smutno.- Sue mówiła, że takie dla niego wybrałaś. Pasuje do niego, jak żadne inne, bo to naprawdę Boży dar.- dodał.- Wiesz? Nigdy nie chciałem, by nasz pierwszy raz był wynikiem popijawy. Oczami wyobraźni zawsze widziałem ten moment, gdy wreszcie wyznaję ci miłość, błagając o wzajemność, a potem ty mówisz, że czujesz to samo i wtedy się kochamy- powoli, czule długo i świadomie. Tymczasem wszystko poszło na opak i koniec końców, zostałaś sama, nosząc pod sercem nasze dziecko, a teraz leżysz tutaj, nieprzytomna, zamiast tulić do piersi Seana, zamiast słuchać, jak na kolanach proszę, byś pozwoliła mi być częścią waszego życia, byś pozwoliła was kochać…- płakał.- Proszę, kochanie! Obudź się! Wróć do mnie i naszego syna, wróć do nas, luv…- prosił, tuląc do policzka jej dłoń.

Nie wiedział, jak długo płakał, jak długo prosił Boga i ją samą, o szansę. Dla niego, czas przestał istnieć. Pogrążony w marazmie, nawet nie zauważał upływających godzin i przewijających się przez pokój lekarzy, stale monitorujących stan Tary. Jedyne, czego był świadomy, to regularne „pikanie" aparatury i jej palce splecione z jego palcami, aż wreszcie zmęczony łzami i oczekiwaniem, wbrew swojej woli, zapadł w sen na niewygodnym, sterylnym krześle, w którym spędził ostatnie godziny. Nienaturalnie pochylony, z głową na ramieniu spał, stale trzymając rękę ukochanej i to właśnie w takiej pozycji znalazł go dr Pratt, kiedy o piątej nad ranem powrócił na kontrolę.

Jack i cała reszta, już dawno pojechali do domów, ze względu na zakończenie godzin wizyt i choć tego nie chcieli, nie mieli wyjścia. Jedynym pocieszeniem dla nich był fakt, że Bobby nie zostawił jej samej, a pielęgniarka miała dać znać, gdyby coś się zmieniło. W końcu nie mogli zrobić nic, poza modlitwą…

Kiedy Sparky żegnał Sue pod jej kamienicą, po raz pierwszy miał odwagę, by zrobić to tak, jak tego pragnął od momentu, gdy się poznali- pocałował ją w usta. Lecz choć jego szczęście był wielkie, zasnuwała je mgła smutku, ponieważ on i jego ukochana, zeszli się w chwili wielkiego cierpienia dwójki ich najlepszych przyjaciół. Gdyby nie tragedia Bobby'ego i Tary, tej nocy z szerokim uśmiechem na ustach wykrzyczałby z dachu, że kocha i jest kochany. Gdyby nie ta tragedia…

Sue czuła podobnie. Nękało ją poczucie winy, że jest szczęśliwa u boku Jacka, podczas gdy Tippy walczy o życie, podczas gdy Crash cierpi męki niepewności, czuwając przy matce swojego nowonarodzonego synka. I choć czułe pocałunki Sparky'ego radowały jej serce, to część jej duszy smuciła się nieszczęściem, które dotknęło przyjaciół i przysięgła sobie, że zanim zapadnie w sen (jeśli w ogóle zdoła zasnąć), pomodli się za całą trójkę- za Tarę, Bobby'ego i Seana- tak żarliwie, jak nigdy przedtem. Jeśli ktokolwiek mógł im pomóc, to tylko Bóg…

TBC