X.
Coś się zmieniło. Początkowo nie był pewien, co, ale gdy tylko nieco oprzytomniał po drzemce na szpitalnym krześle i przeanalizował sytuację, domyślił się. Sprzęt nadal „pikał" tym samym rytmem, a Tara nadal była nieprzytomna, lecz w przeciwieństwie do jej stanu sprzed kilku godzin, temperatura jej ciała pięła się w górę, czego dowodem były ciepłe dłonie dziewczyny, a także kolory, które powoli wracały na jej blade policzki.
- Jej stan zaczął normalizować się kilka godzin temu…- usłyszał Bobby i po chwili stał twarzą w twarz z zadowolonym doktorem Prattem.
- Dlaczego nikt mnie nie obudził?- spytał cicho Crash.- Nie sądzi pan, doktorze, że chciałbym wiedzieć, co się dzieje?
- Spokojnie, Agencie Manning. Nie było sensu pana budzić. Oboje potrzebujecie wypoczynku, zresztą, chcieliśmy się upewnić, zanim ośmielimy się mieć nadzieję.- odparł rzeczowo lekarz.
- I?- niespokojnie zapytał agent.- Jest nadzieja?
- Sądzę, że Tara da sobie radę.- odpowiedział powoli Pratt.- Ciśnienie wraca do normy, ale więcej powiem, gdy się obudzi. Niewiadomo, jak organizm zareagował na ustanie akcji serca. Reanimacja była dość długa, a w tym czasie mogło dojść do niedotlenienia mózgu, a w efekcie do upośledzenia jego funkcji.- tłumaczył cierpliwie.
- Co pan ma na myśli?- zaniepokoił się Bobby.
- Cóż… Skutki niedotlenienia bywają różne począwszy od problemów z koncentracją, pamięcią, kojarzeniem faktów - swego rodzaju "ociężałość umysłową", aż po uporczywą senność, a nawet zaburzenia psychiatryczne.
- Sugeruje pan, że Tara może mieć amnezję, albo przestać być sobą?- spytał zaszokowany i przerażony.
- To możliwe, ale jak mówiłem, nie wyciągajmy pochopnych wniosków.- odparł uspokajająco lekarz.- Nie trzeba martwić się na zapas. Wszystkiego dowiemy się, kiedy Tara się wybudzi ze śpiączki. Tymczasem, należy zachować spokój i czekać. Panika nie służy nikomu, a napięcie szkodzi nie tylko panu, ale również jej. Proszę być dobrej myśli, Agencie Manning.- dodał łagodnie i poklepawszy Australijczyka po ramieniu, jeszcze raz sprawdził odczyty i opuścił salę.
- Tara, luv…- Crash cicho zwrócił się do ukochanej.- Wiem, że mnie słyszysz. Musisz walczyć, kochanie, dla naszego synka, dla nas. Nie wierzę, że mogłabyś zapomnieć o Seanie, nie o nim. Zbyt wiele przeszłaś, by wydać go na świat. Dlatego proszę, skarbie. Obudź się szybko i pokaż, że nic nie jest wstanie cię pokonać, ani zmienić. Nie moją luv…- wyszeptał błagalnie, gładząc jej policzek.- Nie moją luv!
Równo o dziewiątej rano, w klinice pojawiła się Sue, w towarzystwie Jacka, który przywiózł swoją dziewczynę, aby Bobby mógł się przebrać i zajrzeć do małego. Jako, że cała reszta musiała wracać do pracy, ustalono grafik odwiedzin tak, by odciążyć nieco Crasha, choć on nie zamierzał ruszać się ze szpitala na krok. Tym nie mniej, był rozdarty pomiędzy dwoma oddziałami i jeśli nie chciał zaniedbać synka, pomoc okazała się niezbędna.
Sparky zadbał o zmianę ubrania dla przyjaciela, a Sue przywiozła wyprawkę dziecka, by Sean miał swoje własne ubranka. Dzięki jej obecności, Bobby w miarę spokojnie pozostawił Tippy i poszedł po raz pierwszy nakarmić małego, wiedząc, że Sue przypilnuje jego ukochanej.
Płakał, gdy pielęgniarka pierwszy raz podała mu synka i poinstruowała, jak trzymać butelkę, by malec mógł spokojnie jeść. Na szczęście, był na tyle duży i dobrze rozwinięty, że nie miał kłopotów z ssaniem i przełykaniem, co było dobrym znakiem.
- Ma po panu wzrost i dołeczki!- powiedziała z uśmiechem siostra Marge- przełożona oddziału noworodków.
- Yeah. A po mamie, całą resztę.- odparł dumny tatuś.- Jest piękny, jak ona…- dodał, tuląc synka, a pielęgniarka tylko skinęła głową. Taka przecież była prawda.
Kiedy Sean był już najedzony i przewinięty, powrócił do inkubatora, a jego ojciec, na OIOM. Pierwsze, co dostrzegł, przekraczając próg intensywnej terapii, to Sue stojąca w holu i wpatrująca się w szybę oddzielającą ją od pokoju, a potem usłyszał ten dźwięk i sztab lekarzy biegnących do Tary. Coś się działo i modlił się, by nie myła to ta najgorsza rzecz…
TBC
