XIV.
- Zmierzam do tego… Chcę ci powiedzieć…- wbrew sobie poczuł, jak brakuje mu tchu, a słowa umykają z głowy, niczym woda przez sito. Wiedział jednak, że musi, że chce to zrobić i wziąwszy głęboki oddech, wypalił:- Kocham cię, Taro! Od dawna marzyłem, by wziąć cię w ramiona i wykrzyczeć ci moją miłość, pokazać ci ją na wszystkie możliwe sposoby, ale byłem zbyt tchórzliwy, by to zrobić. Nie po tym wszystkim, co powiedziałem ci wtedy w parku.- dodał spoglądając na nią z uczuciem, a jego serce zabiło radośnie, gdy w jej oczach ujrzał łzy, a na jej ustach delikatny uśmiech szczęścia.- Tak długo wmawiałem sobie, że nie jestem ciebie godzien, tak długo walczyłem z pokusą, ale tamtej nocy, przed moim wyjazdem, to było, jak znak!- mówił.- Wpadliśmy na siebie w tym barze i było świetnie, choć na nic nie liczyłem. To alkohol tak mnie ośmielił i z tego powodu jest mi wstyd, bo powinienem był wyznać, co czuję, błagać o szansę, a nie zaciągać cię do łóżka, kochać się z tobą bez zabezpieczenia, jak jakiś nieodpowiedzialny nastolatek, a potem zostawić cię na długie miesiące, nie myśląc o konsekwencjach! Powinienem być przy tobie, wspierać ciebie, opiekować się tobą i naszym dzieckiem, a nie zastanawiać się na kacu, a potem jeszcze przez całą misję, czy to był sen, czy nie!- powiedział pełen poczucia winy.- Nie wiem, czy zdołasz mi kiedyś wybaczyć!- dodał.- Ale chcę, byś wiedziała, że jestem tu, dla ciebie i dla Seana. Kocham was oboje i jeśli mi pozwolisz, wszystko wam wynagrodzę!- zapewnił z mocą, biorąc ją za ręce.
- Skończyłeś?- zapytała miękko, gdy wreszcie zamilkł.- Czy teraz ja mogę coś powiedzieć?
- Tak, luv. Wszystko, co zechcesz!- odparł szybko.
- To dobrze.- uśmiechnęła się.- Długo czekałam, żeby to wreszcie usłyszeć. W zasadzie nie sądziłam, że to się kiedykolwiek stanie…- przyznała powoli, a gdy otworzył usta by coś powiedzieć, gestem dała mu znak, że teraz jej kolej i Bobby się powstrzymał.- Nie planowałam tamtej nocy, Crash. Byłam pewna, że nie czujesz do mnie nic, poza przyjaźnią, ale wtedy, w barze, gdy tyle wypiliśmy, odkryłam, że mimo braku głębszych uczuć, jednak choć trochę cię pociągam i nie umiałam sobie odmówić tej małej chwili słabości w twoich ramionach. Nie myślałam, nie zastanawiałam się, co będzie dalej. Raz jeden chciałam doświadczyć tego, co czuła Darcy i te inne kobiety, z którymi wcześniej byłeś. Chciałam poczuć się piękna. Gdy rankiem obudziłam się w twojej sypialni wiedziałam, że to zmieni między nami wszystko, byłam pewna, że pożałujesz, jeśli w ogóle będziesz cokolwiek pamiętał, więc uciekłam zanim otworzyłeś oczy. Zabrałam wtedy ze sobą wspomnienie najpiękniejszej nocy w życiu i postanowiłam, że musi mi ono wystarczyć. To, dlatego nie przyjechałam na lotnisko, żeby pożegnać cię z resztą grupy. Nie potrafiłam spojrzeć ci w oczy. Jakiś czas potem, dowiedziałam się o ciąży i spanikowałam. Bałam się pytań o ojca dziecka, bałam się, że jeśli coś mi się stanie, to małe zostanie samo, bo przecież ciebie nie było, a nie mam innej rodziny. Byłam tak przerażona, że niemal się poddałam i omal nie zabiłam Seana…- wyznała powoli, a jego brwi uniosły się w niemym zdumieniu.- Tak, Bobby. Rozważałam aborcję. Możesz mnie za to znienawidzić…- dodała.- … ale musiałam ci to powiedzieć.
- Nie zrobiłaś jednak tego.- zauważył.
- Nie, nie zrobiłam.- Błagałam Boga o jakiś znak, o pomoc, o radę. Wahałam się jeszcze, bo mimo wszystko, to było nasze dziecko…- ciągnęła powoli.- Wtedy wydarzył się ten wypadek. Ciężarówka staranowała mój wóz, a ja wylądowałam w szpitalu. I choć powinnam była stracić dziecko, bo uderzenie było potężne, a potem jeszcze dachowałam, mały się nie poddał. Lekarze stwierdzili, że to był cud i tamtego dnia zrozumiałam, że to dar od Boga, że chociaż nie mogłam mieć ciebie, twojej miłości, to dostałam choć twoją malutką cząstkę i postanowiłam zatrzymać dziecko.- mówiła.- Nikomu nie mówiłam, kto jest ojcem, bo w końcu, co miałam powiedzieć, że to efekt nocnej popijawy?
- Ale Sue się domyśliła, prawda?- zapytał cicho.
- Tak.- przyznała.- Bo to w końcu Sue. Zapytała mnie wprost, a ja nie potrafiłam skłamać. Potwierdziłam jej podejrzenia, ale błagałam, by zachowała to w sekrecie przed wszystkimi, nawet przed tobą, jeśli byś wrócił. Nie chciałam litości. Nie od ciebie. Oponowała, ale się zgodziła. Chyba żadna z nas nie podejrzewała, że to tak się skończy…- wyznała, opuszczając wzrok na pościel. Nie miała odwagi spojrzeć na niego.- Zrozumiem, jeśli teraz wyjdziesz i nie odezwiesz się do mnie nigdy więcej…- dodała szeptem.
- Dlaczego miałbym to zrobić, luv?- uśmiechnął się.
- Ponieważ chciałam zabić twoje dziecko, bo okłamywałam wszystkich, bo nie zamierzałam ci mówić o Seanie…- odpowiedziała przez łzy.
- Taro…- zaczął powoli.- To, co się stało, to już przeszłość. Oboje popełniliśmy błędy, bo jesteśmy tylko ludźmi. Los jednak dał nam szansę. Niebo nie tylko zesłało nam pięknego synka, którego, nota bene, ślicznie nazwałaś…- uśmiechnął się czule.- … ale też możliwość, byśmy we dwoje stworzyli mu rodzinę, jakiej potrzebuje. Kocham cię, luv. Chyba zawsze cię kochałem i nieważne, co było kiedyś. Chcę być z tobą i Seanem, jeśli tylko mnie zechcecie.
- Naprawdę?- szepnęła wzruszona.
- Naprawdę, kochanie.
- Ja też cię kocham, Bobby.- wyznała, rzucając się w jego ramiona.- Ja też!
Potem słowa stały się zbędnym balastem, a usta znalazły inny sposób komunikacji…
TBC
