EPILOG

Tara wyszła ze szpitala dwa tygodnie później, a ku uciesze jej i Bobby'ego, również Seanowi pozwolono opuścić inkubator i jechać z rodzicami do domu.

Crash wprowadził się do Tippy w kilka dni po tym, jak wyznał jej miłość i z zapałem właściwym dla młodego ojca, szybko uporał się z pokoikiem dziecinnym, który zaczęła urządzać jego ukochana, zanim wylądowała w klinice. Dosłownie zasypał go zabawkami i wszelkimi innymi „przydatnymi" akcesoriami, bo przysiągł sobie, że jego synek będzie miał wszystko, czego tylko zapragnie.

Tippy była bardziej powściągliwa tym względzie, argumentując, że Sean mógłby wyrosnąć na rozpieszczonego chłopca, ale Bobby i tak wiedział swoje.

Spoglądając na śpiącego malca, oboje ze łzami w oczach myśleli, jak niewiele brakowało, by nigdy nie przyszedł na świat i dziękowali Bogu za jego miłosierdzie. Równie wzruszeni, wspominali pierwsze „prawdziwe" karmienie synka, kiedy to pielęgniarka podała go Tarze, a mały samodzielnie zaczął ssać jej pełną mleka pierś. Crash płakał jak dziecko. Ona też…

Dokładnie tydzień później, Bobby poszedł do szefa, by wybłagać pozwolenie na ślub z ukochaną i możliwość pozostania w dotychczasowej jednostce. Jak mu się to udało, nie wiedział. Jednak cieszył się jak głupi, gdy otrzymał zezwolenie i jeszcze tego samego dnia kupił pierścionek zaręczynowy. Nie był to może największy diament na świecie, a w zasadzie był to nieduży kamyk, jednak Crash kupił go z miłością i tylko to tak naprawdę miało znaczenie. Oświadczył się podczas kolacji i został przyjęty, nie wiedział tylko, że nie on jeden właśnie świętuje swoje zaręczyny…

Sparky doszedł do wniosku, że nie ma ochoty czekać dłużej i również zadał ukochanej „TO" pytanie. Zrobił to podczas randki w parku, z dala od pisków Lucy, która dosłownie szalała, widząc ulubioną parkę razem (bo przecież zawsze wiedziała, że są sobie przeznaczeni, czyż nie?). Sue nigdy nie była szczęśliwsza i chyba nie trzeba mówić, jaka była jej odpowiedź.

Obie pary zdecydowały się na podwójny, cichy i skromny ślub w małym kościele, do którego chodzili wszyscy członkowie ekipy.

Ceremonia odbyła się miesiąc później. O ile jednak państwo Manning zostali w domu, bo Sean nie mógł jeszcze podróżować, to pani Hudson dostała od męża piękny prezent, w postaci miesiąca miodowego we Florencji, gdzie spędzili boskie dwa tygodnie i przy okazji poczęli nowe życie, które przyszło na świat dziewięć miesięcy później. Chłopczyk był prześliczny, ale to nie dziwota, skoro po mamie odziedziczył dołeczki, a po tacie ciemne włoski i te niesamowite oczy. Otrzymał imię Benjamin, czyli „syn południa", gdzie został poczęty.

W niecały rok później, Tara znów została mamą. Tym razem urodziła śliczną dziewczynkę, którą nazwali Amy i która, jak się potem okazało, skradła serce młodego Bena Hudsona, podobnie zresztą, jak jego siostra, Lilly Anne Hudson, która rozkochała w sobie Seana, ale to już historie z innej beczki…

KONIEC