Dwunaste: nie zaprzeczaj

– Jak wyglądam? – spytała, nieznacznie poprawiając sobie spódnicę.

– Jak zawsze – mruknął, pochylając się ku niej lekko. Kiedy spojrzała na niego wilkiem, dokończył: – Wyśmienicie, Granger. Chodzący seks.

Otworzyła tylko usta, ale nie zdążyła odpowiedzieć. Oto stanęła przed nimi rosyjska delegacja, która zjawiła się w brytyjskim Ministerstwie za jej usilną prośbą. Musieli porozmawiać o kilku zbiegłych do Anglii więźniach z Nowosybirska, jak i angielskich aurorach do spraw zadań specjalnych, którzy zniknęli jednocześnie w rejonie rosyjskiego więzienia. Oczywiście zwykła wymiana szpiegów była tylko pretekstem do znacznie grubszych interesów. Potrzebowali wznowić dostawy tych cholernych sosen porowatych i potrzebowali zrobić to po rozsądnych cenach, nie dostając w efekcie krańcowo nieprzydatnych warstw wierzchnich drzew, jak to było przed paroma laty, kiedy jeden ze specjalistów zapomniał, że gada z Rosjanami. Przecież chcieli sosen porowatych, nikt nie wspomniał, że mają to być te z żywicą krzepliwą. (Co było skrajnie oczywiste, ale to byli przecież Rosjanie, a magiczna umowa nie było domyślna. Były tylko słowa, których ona ponad wszystko pilnowała.)

Rosjanie mieli niestety najlepsze sosny porowate na świecie.

– Witamy w Londynie i brytyjskim Ministerstwie Magii. Mam nadzieję, że połączymy przyjemne z pożytecznym...

– Oczywiście, pani Minister. Jesteśmy zaszczyceni pani zaproszeniem. Mamy wódkę, mamy dużo wódki, mamy dobre humory, jak na razie… – wypowiedziała znudzonym głosem Irina Narwilatowa. Hermiona nie znosiła sposobu bycia tej kobiety. Uścisnęły sobie dłonie.

Wysoki, barczysty mężczyzna, który stał za jej plecami, Fiodor Dubiediew, o ile pamięć jej nie myliła, spoglądał na nią ciekawsko i łapczywie. Dalej przystanęli dwaj bliźniacy o typowo wystających kościach policzkowych, którzy również chyba nieco zbyt wiele uwagi poświęcali jej kształtom. Niesamowicie to było subtelne…

– Świetnie! – Zaklasnęła w dłonie, jednocześnie spoglądając wielkimi oczyma na Malfoya. Odpowiedział tylko przelotnym uniesieniem brwi. Zaraz stał przy Narwilatowej i wziąwszy ją pod rękę, prowadził do sali obrad. No cóż, trochę dyplomatycznej obłudy nie mogło zaszkodzić, zwłaszcza że zaraz mieli przejść do rzeczy. Hermiona, kręcąc odruchowo tyłkiem, żywo ruszyła do przodu.

Negocjacje były długie i dość trudne. Mimo że mówili jedynym językiem, to wcale nie mówili jednym językiem. Za nic nie mogli dojść do ostatecznego porozumienia i Hermionie zdawało się, że wyczuwa pewien dystans ze strony Rosjan. Nie mogąc zakończyć negocjacji dziś, postanowiła przekonać ich, by zostali do jutra. Była więcej niż zdziwiona, kiedy zgodzili się niemal od razu. Potem przypomniała sobie, że to był przecież kolejny dzień, kiedy mogą inwigilować sobie jej Ministerstwo lub przynajmniej myśleć, że to robią.

Z sali obrad wyszła nieco zakręcona. Wcześniej zażyła specjalny eliksir, który miał złagodzić objawy spożycia mocnego alkoholu (obok szeregu innych odtrutek i antidotów), ale niestety – jej działania zapobiegawcze okazały się zbyt słabe.

Draco Malfoy, obecnie członek Rady Wizengamotu, który od ośmiu lat zaskakująco dobrze sprawował się jako doradca do spraw kontaktów z innymi ministerstwami magii, rozsądnie podążył za nią.

– Nie było tak źle, prawda?

– Szczerze powiedziawszy, było całkiem nieźle. Tyle że… Malfoy, mógłbyś mi przynieść coś na…

– Nie – odparł szybko. – Mam zamiar zwołać reporterów i dać im obfotografować cię w tym stanie.

– Mhmm. – Usiadła na brzegu biurka i zamrugała parę razy. – Która godzina? …Matko, za dwadzieścia minut mam spotkanie.

– Tak, wiem, podsłuchałem. Spotykasz się dziś z Potterami, prawda?

– Nawet nic mi nie mów… Naprawdę nie mógłbyś dla mnie tego zrobić? – spytała fatalnie słodkim głosem. Aż sama się skrzywiła.

Malfoy postanowił zbyć to milczeniem. Usiadł w jednym z foteli, oparł stopę na kolanie, rozłożył ręce.

– Ja nie wiem, dlaczego ty się tak przy nich upierasz. Może nie są tego warci. Może to już nie ta bajka, co?

Zamrugała i zmrużyła oczy, chcąc sobie wyostrzyć wizję. Bezskutecznie. Jego osoba wciąż nieco jej umykała.

– Tak, ja wiem, że ty mógłbyś tak uważać. Tymczasem nie zawracaj sobie tym głowy. I skoro nie chcesz pomóc mi w moim nieszczęściu, lepiej idź pilnować innego – Boota. Chyba że… – udawała, że się zastanawia – miałbyś ochotę dopilnować tu nieco innych spraw.

Alkohol zawsze na nią źle działał.

Oderwała się od swojego biurka i postąpiła ku niemu parę kroków. Założył ręce na siebie i uśmiechnął się lekko, może trochę niepewnie.

– Spotykasz się z Potterami za kilkanaście minut. – Kiedy zbliżyła się i potknęła się, zwinnie ją pochwycił i doprowadził do pionu. Wciąż się uśmiechając, przełożył jej kosmyk włosów i… cofnął gwałtownie, kiedy przymknęła oczy. Hermiona chciała mimo to coś zrobić, ale błyskawicznie chwycił jej dłoń. Nie rozumiała. Nic przecież nie stało mu na przeszkodzie. Zdziwiła się, widząc, że nagle wydaje się dziwnie strapiony. Potrafiła dostrzec to, nawet w tym stanie. Westchnął.

– Uważaj na siebie z tymi Potterami – mruknął i ruszył do wyjścia.

– Draconie Malfoyu, wróć się tu i wytłumacz. Natychmiast.

Przystanął już w wejściu i postąpił jeszcze parę kroków w jej stronę, tym razem zachowując bezpieczną odległość.

– Granger, myślę, że naprawdę nie muszę ci niczego tłumaczyć – powiedział, wzruszając ramionami. – Sama się nad tym zastanów. Dlaczego nie tyle nie chciałbym, co bym nie mógł?

Nie raz się zastanawiała się. Czy Draco wiedział, że on powrócił? Był Malfoyem. Do kogo, jak nie do niego, mógłby zwrócić się Czarny Pan? Obserwowała go więc uważnie przez te lata, ale nic nigdy nie wzbudziło jej podejrzeń.

– Nie, Malfoy, bądź łaskaw wyjaśnić – odparła sucho.

– Jesteś pieprzonym Ministrem Magii. Trzęsiesz tym krajem od dwunastu lat, niektórzy ludzie zwyczajnie się ciebie boją, wiesz? Krążą nawet legendy o twoich nietypowych upodobaniach seksualnych, które są – rzecz jasna – ścisłym tabu i powtarzają to sobie szeptem pod biurkami. Oczywiście nie chodzi mi o te bzdury. Mam na myśli to, że nie przypominasz tej dziewczyny, która kiedyś walczyła o prawa domowych skrzatów. Daleko ci do niej. Teraz jesteś kimś, o kim z dreszczykiem emocji szepcze się po kątach. Możliwe, że ciebie te lata zmieniły najbardziej z nas wszystkich. Nie chciałbym się przekonać, ile z tych bzdur ma faktycznie pokrycie w rzeczywistości. Nie, jeśli… – przerwał sobie. Chyba postanowił nie kończyć.

Hermiona pokręciła energicznie głową, zupełnie się z nim nie zgadzając. W jego słowach było jakieś drugie dno, coś, czego nie mogła uchwycić tylko ze względu na swój stan. Chciała czegoś więcej zamiast tej śmiesznej gadki i to własne wyrażała jej mina.

– Wybacz, Granger. Zdania nie zmienię. Za bardzo cenię sobie swoją pracę. – Powiódł wzrokiem wzdłuż jej postaci. – Choć nie zaprzeczę, że oferta jest kusząca.

Oczywiście, że była. Granger może nie była pięknością, ale z pewnością dbała o siebie o wiele bardziej niż za swoich szkolnych czasów. Nie przypominała tej nastolatki z króliczymi zębami i z ptasim gniazdem zamiast włosów. Pieniądze na pewno nie zaszkodziły jej urodzie.

Malfoy uśmiechnął się do niej przepraszająco, choć nieco niespokojnie, i ot tak zaraz zamknął za sobą drzwi.

Kim on był, by myśleć, że może mówić jej takie rzeczy? By jej odmawiać? No dobra, był Malfoyem. Bez jego pieniędzy przy niektórych projektach czy instytucjach mogłaby iść się pociąć, ale…

Zacisnęła zęby i wróciła do swojego biurka. Usiadła za nim i schowała twarz w dłoniach.

Co właściwie było jej problemem?

Przecież wszystko układało się wprost świetnie. Dalej była Ministrem Magii i można by rzec, że faktycznie trzęsła tym krajem. Nie bez powodu nazywano ją przecież Żelazną Damą. Poza tym tak jak chciała rozwiodła się z Ronem, który szczęśliwie wciąż był zastępcą Aurora Głównego – Harry'ego Pottera. A za chwilę miała pogodzić się z nimi wszystkimi, z przyjaciółmi, których niemal straciła przez swoją pracę i nieraz trudne i niezbyt popularne decyzje, które zmuszona była podejmować. Dla większego dobra.

Nie znosiła tego, że jej wymarzona praca tak drastycznie przełożyła się na jej życie osobiste. Tylko co ona miała zrobić, jeśli jej przyjaciele nie potrafili oddzielić tego, co robiła służbowo, od tego, co robiła ona jako Hermiona? Rozumiała, że to jest bardzo, bardzo trudne, ale ona miała zamiar się jeszcze trochę wraz z nimi potrudzić. Wbrew Malfoyowi uważała, że są tego warci. Przeżyła z nimi zbyt wiele dobrego, by teraz ot tak pozwolić tej wieloletniej przyjaźni rozpaść się przez jakieś pieprzone przetasowania w Ministerstwie.

I zasadniczo czuła się zupełnie tak, jakby go nigdy nie było, jakby nie wskrzesiła żadnego Czarnego Pana. Jak gdyby nie miała tej świadomości, że bez niego jest wybrakowaną, żyjącą bez celu kobietą. Jakby nie tęskniła, cholernie nie tęskniła za tym dotykiem i ramionami, w których…

Koniec. Potrząsnęła głową i zaczęła się zbierać, nieco niezdarnie ogarniać bałagan panujący na jej biurku. Dochodziła dwudziesta druga.

Tyle że jakoś tak się dziwnie działo, że od trzech lat nie mogła za nic zwabić nikogo do swojego łóżka. A była atrakcyjną kobietą, miała tę świadomość, kiedy patrzyła w lustro. Może aż za bardzo? A może ten rozwód nie był zbyt dobrym pomysłem? Nie miała pojęcia, że gdy jest się Ministrem Magii i w dodatku kobietą, to tak trudno o seks. Mężczyźni obawiali się jej, tego, kim była i co mogła. Nawet pieprzony Malfoy bał się konsekwencji.

Jedynym jej wyjściem był któryś tam z rzędu pożegnalny seks z jej byłym mężem. Ale to było żenujące i naprawdę nie chciała już tego robić. Tak, koniec z tym całym absurdem.

Wypadła z kominka Potterów, wciąż mocno chwiejąc się na nogach.

– Witajcie! Cześć, cześć! Ale naprawdę potrzebuję czegoś na wytrzeźwienie. Rosjanie!

Zatoczyła się i opadła na fotel. Nie zwróciła uwagi na to, że nie usłyszała nic w odpowiedzi. Po jakiejś minucie czyjaś ręka – podniosła wzrok – ręka Ginny, podsunęła jej pod nos coś, co pachniało dokładnie jak to, czego potrzebowała.

Jednym haustem wychyliła zawartość szklanki.

– Matko – powiedziała i zaśmiała się nieco nerwowo. – Nigdy nie przyzwyczaję się do picia pod politycznym przymusem. – Widząc ich sceptyczne miny, szybko spoważniała i zestrofowała lekko. Założyła włosy za ucho i uśmiechnęła dużo bardziej trzeźwo. – Przepraszam, że tak… Nie wiedziałam, że Malfoy nie zechce mi… – Postanowiła przerwać swój wywód. Wzdychając, podniosła się. – Przepraszam – powtórzyła. – Cieszę się, że zechcieliście ze mną spotkać. Naprawdę.

– Czego się napijesz… poza tym? – spytała Ginewra, powoli kierując się w stronę kuchni.

– Herbaty, poproszę – odparła gładko. Poprawiła sobie włosy i zerknęła wreszcie ku dwóm stojącym naprzeciw niej mężczyznom. Pierwszy zbudził się Harry.

– Tak, witaj... emmm… Hermiono. Zapraszam, zapraszam – powiedział, wskazując jej ręką, by szła przodem. Uśmiechając się i głośno postukując szpilkami, popędziła do salonu.

Jakąś godzinę i parę niezręcznych cisz później Hermiona wreszcie dobrnęła do tej niewygodnej części ich spotkania.

– Słuchajcie, byliśmy przyjaciółmi przez tyle lat i teraz tak odwróciliśmy się od siebie…

– Mieliśmy ku temu powody. Sama mówiłaś, że ludzie się zmieniają, to także odnosi się do ciebie.

– Dzień wypominania mi, że nie jestem tym samym nerdem, co kiedyś – mruknęła pod nosem, pociągając kolejny łyk, już nie herbaty, a piwa imbirowego. Na kaca.

– Co proszę?

Pokręciła głową i nabrała głęboko powietrza. Położyła obie dłonie na stole.

– Ron, Harry, Ginny! Jesteście najwspanialszymi ludźmi, jakich miałam szansę poznać. Nie macie pojęcia, jak brakowało mi was przez ten czas. Dobrze wiecie, że te decyzje urzędowe, które podejmowałam, podejmowałam jako Minister, a nie wasza przyjaciółka…

– A co ze mną, Granger? Mnie też ci brakowało?

W tej samej sekundzie cała czwórka obróciła głowy ku piątej osobie, która odezwała się w pokoju. Siedział na wolnym dotąd fotelu, z nogą nonszalancko założoną na nogę i niewielkim uśmiechem na twarzy. Jego rozbawiony wzrok utkwiony był w niej. Miał dłuższe włosy niż pamiętała, teraz schludnie, wręcz pedantycznie ułożone.

Zrobiło jej się słabo. Była w trakcie rozwiązywania niemal wszystkich swoich problemów, wyprowadzania spraw na proste z ludźmi, na których szczególnie jej zależało... I musiał zjawić się on. Oczywiście, że musiał. Nie mógł wybrać sobie gorszego miejsca, gorszego dnia, gorszej godziny i gorszej sytuacji.

Przez całe trzy lata myślała o tym, jak bardzo chce go zobaczyć, a teraz był i cholera, miała ochotę zapaść się pod ziemię. To nie mogło skończyć się niczym dobrym.

Harry już stał na nogach, z różdżką wyciągniętą przed siebie. Zaraz za nim zerwał się Ron. Ginewra siedziała jak siedziała, z miną jakby zobaczyła ducha.

– Harry, odłóż różdżkę – powiedziała szybko Hermiona. – To głupi żart.

– Teraz jestem głupim żartem? – spytał i zaklikał karcąco językiem, powoli unosząc się z miejsca.

– Hermiona, kim jest ten człowiek i co robi w moim domu?

– To jest… – zaczęła niepewnie.

– Thomas, choć możesz mówić mi Tom. Hermiona zapewne zapomniała wspomnieć, że przybędę.

Hermiona zrobiła minę wyrażającą niedowierzanie. Wszyscy zwrócili ku niej swoje spojrzenia – to Rona było chyba najbardziej intensywne. Matko święta, co ona miała teraz zrobić? Nie mogła pozwolić mu wkręcić się w tę grę, bo było więcej niż pewne, że nawet nie potrafi wymyślić skutków tego wszystkiego. Nie robił nic bez powodu. Po prostu wiedziała, że to się źle skończy.

Więc przez chwilę tylko stała i wpatrywała w niego. Coś w niej płakało, coś wrzeszczało: ratunku. Szybko przybrała swój najlepszy, przepraszający uśmiech. Jako wytrawna pani polityk miała cały zapas ratunkowych min na podorędziu. Trzeba było sobie radzić w różnych sytuacjach, także wtedy, gdy się wiedziało, że żadne słowa nie mają szans na powodzenie. Najpierw więc odpowiednia mina…

– Przepraszam za niego, on już tak ma i…

– Lubi zjawiać się niezapowiedziany – dokończył za nią. Zbliżył się do gospodarzy, najpierw oczywiście do Ginny, którą szarmancko ucałował w dłoń. Ginewra wciąż wyglądała tak, jakby ją duch opuścił, czego oczywiście nie spostrzegł ani Harry, ani Ron. Potem uścisnął dłoń Pottera, który wzdrygnął się nieznacznie, na samym końcu Rona, który miał za to minę, jakby mu ktoś wsadził coś w tyłek, jeszcze głębiej niż zwykle.

– Wybaczcie to całe jego najście…

– Jak przedostałeś się przez moje... – zaczął równocześnie z Hermioną Harry, ale Riddle tylko machnął ręką.

– Musiałem zobaczyć się ze swoją kobietą.

Hermiona ugryzła się w język, bo znów to zrobił. Przerwał jej. JEJ. Riddle stanął za nią i objął ją w pasie. Drgnęła lekko, kiedy poczuła na sobie jego dłonie.

– Hermiono?

– Naprawdę was przepraszam, skoro tu mnie zaskoczył, to znaczy, że…

– Ależ nie, kochanie, nie tym razem. Umieram z ciekawości, tyle o was słyszałam…

– Mógłbyś przestać wszystkim przerywać? – spytała półgłosem.

– Nie.

– To zabawne, bo my o tobie nie słyszeliśmy ani słowa – warknął Ron. Z trudem nad sobą panował.

Ginny była całkiem blada. Milczała, pewnie nie chcąc robić z siebie idiotki, wrzeszcząc na całe gardło to, co miała ochotę wrzasnąć. Potter, ten idiota, odkąd przestał być jego horkruksem, stracił pewnie wraz z nim resztki inteligencji.

– Hermiono, gdybym nie był sobą, mógłbym się jeszcze obrazić. Nie powiedziałaś im ani słowa. – Zaśmiał się, co było zupełnie niezrozumiałe dla reszty. – Pozwolicie, że do was dołączę. Siadajcie – powiedział, a oni sami nie wiedzieli, dlaczego grzecznie go posłuchali.

Hermiona chciała wrócić na swoje miejsce, ale on pociągnął ją sobie na kolana. Miała wrażenie, że świat się kończy i że jest jednocześnie dużo bardziej czerwona niż powinna, niż kiedykolwiek była w całej swojej piętnastoletniej karierze urzędniczej.

Ktoś chrząknął. Ginny jak była biała, tak była i Hermiona nie miała wątpliwości, kogo przypomina jej ten mężczyzna. Harry był zbyt nieogarnięty, by tę twarz mógł skojarzyć z twarzą, którą widział ze dwa razy w myśloodsiewni ponad dwadzieścia lat temu. Przecież musiałby ją jeszcze postarzyć... A Ron? Ron wyglądał tak, jakby poważnie się wstrzymywał przed zrobieniem czegoś, co wiedziała, mogłoby się dla niego źle skończyć.

– Więc, gdzie się poznaliście?

– I jak długo to trwa?

– Poznaliśmy się… – zaczęła Hermiona, właściwie bez nadziei, że skończy zdanie i słusznie.

– Poznaliśmy się w jej sypialni, trzy lata i dwa miesiące temu – odparł zgodnie z prawdą. – Wybacz, kochanie, nie mógłbym skłamać.

– Co ona ma przez to na myśli?

– On tylko żartuje.

– To jakaś paranoja, kim jest ten sukinsyn? – wydusił z siebie Ron.

Zmartwiała w jego objęciu. Spojrzała z trwogą na Rona. Voldemort był szczerze ubawiony. Nie zareagował, o dziwo.

– Więc? Tak chcesz się z nami godzić? – doszło ją kolejne arcysubtelne pytanie.

Hermiona wzięła kilka głębszych oddechów i przymknęła oczy. Co było błędem, bo dotarło do niej jak przyjemnie jej na czyichś kolanach. Otworzyła błyskawicznie oczy i podniosła palec do góry.

– Ja zaraz wam wszystko wyjaśnię, tylko zamienię sobie z nim słówko na boku, dobrze? PRZEPRASZAM – warknęła, rozpaczliwie chwytając Riddle'a za rękę i ciągnąc na bok.

Kiedy znaleźli się w pokoju obok, rzuciła Muffliato i zupełnie bezmyślnie się na niego wydarła.

– Co to ma znaczyć? Zostawiłeś mnie na trzy lata, a teraz zjawiasz się, tu, TU!

– Przymknij się – jego dłoń błyskawicznie znalazła się na jej gardle. Z twarzy zniknął uśmiech, a wraz z nim wszelkie rozbawienie. – Nie jesteś tu w sytuacji, w której możesz coś ze mną negocjować. Postanowiłem się zabawić ich i twoim kosztem i nie zmienisz tego. A teraz, jeśli nie zaczniesz robić tego, co mówię, będziesz miała tu małą rzeźnię, skarbie. Dzieci śpią na górze? Ile mają ich Potterowie? Trójkę? Nie zapomnę o nich. Oboje przecież wiemy, jaki okropny los spotyka sieroty. Nie mógłbym pozwolić na takie nieszczęście.

Zrobiło jej się potwornie słabo i miała ochotę legnąć gdzieś i podochodzić do siebie, ale wiedziała, że nie czas na słabość.

– Czego chcesz? – wypowiedziała cicho. Puścił jej gardło.

– Ciebie – wymruczał. Hermiona spojrzała na niego ostro, choć czuła jak serce zaczyna jej bić coraz mocniej, ciężej. – Zemsty też. – Zacisnął mocniej dłonie na jej talii. Drgnęła, bo nagle przez jej ciało przeszła zupełnie niepotrzebna w jej odczuciu fala gorąca. I wcale nie zaczynała się rumienić. Bo jeśli tak, to on na pewno tego nie diagnozował jako złości. Raczej bladła, kiedy naprawdę się złościła. – Nie? – spytał niewinnie, unosząc brwi. – Nie mścić się? Dlaczego miałbym tego nie robić, kiedy to takie proste? Jeden rodzinna kolacyjka i…

– Nie kończ – wyszeptała na wpół błagalnym tonem. Strach o bliskich jej ludzi dosłownie odbierał jej rozum. W swoje spojrzenie wlała więc tyle bezwarunkowej prośby, ile się dało. Było tam „zrobię wszystko, o co mnie poprosisz, tylko nikogo nie krzywdź". Odpowiedział jej swoim „zrobisz wszystko, o co cię poproszę, tak czy siak". Hermiona miała na to swoje „po moim trupie, chyba że wolisz mnie zimną".

– Jeśli przysięgniesz być grzeczną tego wieczoru… – Pożądanie wyraźnie zaświeciło w jego oczach, więc się zgodziła. Na to mogła, a może i musiała się zgodzić w zaistniałej sytuacji.

– Przysięgam, Tom. Tylko nie rób nikomu krzywdy – powiedziała, brzmiąc dziwnie. Przyjrzała mu się niewyraźnie. Nawet nie chciała wiedzieć, co jej umknęło.

Wypuścił ją.

– Chodźmy się zatem pożegnać z miłym państwem.

Zatrzymała się w drzwiach.

– Chwila. Ty niczego nie przysiągłeś!

Prychnął cicho.

– Przysięgam więc…

– …nie czynić krzywdy żadnej ze znajdujących się w tym domu osób.

– Przysięgam nie czynić krzywdy żadnej ze znajdujących się w tym domu osób – powiedział od niechcenia, przewracając oczyma.

Uśmiechnęła się.

– Mnie teraz też nie skrzywdzisz.

Mogło jej się zdawać, bo chyba nie mógł wyglądać na obrażonego, nawet przez tę sekundę czy dwie. Jakby nie rozumiał, jak jej może coś takie w ogóle przejść przez myśl. Mogła coś do niego idiotycznie czuć, ale przecież wciąż go nie znała. Był obcym, a tym samym nieprzewidywalnym człowiekiem.

– Możemy więc stąd iść, tak?

– Chyba że masz im do powiedzenia coś jeszcze.

– Nie, nie sądzę – odparła, kręcąc głową. Chwyciła za klamkę i wkroczyła do salonu, w którym czekali na nich zniecierpliwieni Ginny, Ron i Harry.

– Wybaczcie mi… nam – powiedziała, zbliżając się do nich i rozkładając bezradnie ręce. – Ale faktycznie miał powód, żeby się tu zjawić, i niestety muszę się pożegnać. Wybaczcie mi, naprawdę.

– No dobrze… – zaczął niepewnie burczeć Harry, ale Ron przerwał mu swoim kategorycznych spojrzeniem i prychnięciem wyrażającym całkowitą dezaprobatę, wręcz oburzenie.

Zanim ta żenująca scena pożegnania czy cholera wiedziała czego mogła się zbytnio przedłużyć, Riddle przyciągnął ją do siebie i oboje zwyczajnie zniknęli, nie tłumacząc nikomu nic więcej.

Pozostali w przytulnym salonie czarodzieje walczyli ze stuporem i chaosem poznawczym.

– Kim do cholery był ten palant? – obwieścił swe zmieszanie Harry, brzmiąc nagle nieco histerycznie.

– Nie wiem, ale pasują do siebie świetnie. Palant i ta zadufana w sobie suka.

Wreszcie usłyszeli dziwne chrząknięcie. Ginny otrząsnęła się wreszcie z pierwszego szoku.

– To był Lord Voldemort, wy pieprzeni idioci. Lord. Pieprzony. Voldemort – wydukała. – Biegnę zobaczyć co z dziećmi! – Zerwała się od stołu, zmiatając z niego przy okazji połowę zastawy.

– O kurwa – zdołał wyrzucić się siebie Ronald Weasley i pobiegł za siostrą.

Harry natomiast przez dłuższy czas nie był w stanie z siebie wykrztusić nic, nie wspominając już o tym, żeby podążyć za swoją żoną i zobaczyć czy wszystko w porządku z dzieciakami. Drgała mu lewa powieka, a zwijające się nieprzyjemnie wnętrzności stanowiły zapowiedź zbliżającej się nieubłaganie sraczki.

– Ale ja go zabiłem – powiedział po jakimś czasie, wciąż tępo wpatrując się w przestrzeń przed sobą.

Żadnemu z nich nie przyszło do głowy, że Hermiona Granger mogła znaleźć się w śmiertelnym niebezpieczeństwie.

~o~o~o~

Okładała go pięściami. Cierpliwie znosił te jej śmieszne razy. Niech się zmęczy, myślał, będzie łatwiej ją podejść. I czy ta wiedźma pamiętała w ogóle, zastanawiał się, że jest wiedźmą? W dodatku jedną z potężniejszych? Bawiła go sama idea używania fizycznej przemocy. Nie wiedział, co o tym myśleć, kiedy w dodatku doświadczał jej w takim wydaniu.

No ale i to mogło mu się znudzić, gdy nie przestawała tak odważnie – bo któżby śmiał – okładać go pięściami i obrzucać przekleństwami. Wzniósł jedną z najsilniejszych swoich tarcz, która wpierw odrzuciła ją na parę metrów, a potem skutecznie odcięła ją od niego niewidzialną i nieprzenikalną barierą.

– Czekam, aż się uspokoisz – oznajmił.

Hermiona jeszcze przez jakiś czas krążyła nerwowo w tę i we w tę, ze złością miotając w jego stronę gniewnymi spojrzeniami. Faktycznie, trochę zajęło jej, by uspokoić myśli i swoją wzburzoną magię. Kiedy wreszcie zobaczył, że przysiada i opiera twarz na dłoniach, zniósł tarczę. Długo kazała mu czekać, no ale on jej też.

– Tęskniłaś więc?

Tu posypał się kolejny stek przekleństw, tym razem wypowiedzianych już z nieco mniejszym przekonaniem.

Powoli podniosła się i zaraz podskoczyła w miejscu, kiedy poczuła okrążające ją ramiona. Nie szarpała się już, z braku siły przede wszystkim. Po tym całym dniu... Zamiast wrócić więc do swojego wcześniejszego zajęcia, rozszlochała się, zanurzając nos w jego koszuli. Przylgnęła do niego, trochę jak za pierwszy razem, jakby był jedyną rzeczą na świecie, której mogłaby się jeszcze uczepić. I dla niego to było przyjemne uczucie – mieć tę kobietę, najpewniej jedną z najpotężniejszych i najbardziej wpływowych czarownic na Ziemi, kwilącą bezradnie w jego objęciu.

Tak. Uśmiech nie schodził mu z twarzy. Właściwie mogła sobie popłakać.

Ale to nie ze zmęczenia płakała, nie ze złości, nie ze strachu. Hermionie zwyczajnie trudno jej było tak długo spierać się z sobą w jednej zasadniczej kwestii.

Przecież tęskniła. Zupełnie niedorzecznie i teraz miała szansę poczuć jak bardzo. Trzy lata pamiętania o jego dotyku i kiedy znów czuła go na sobie, miała ochotę zaśmiać się swoim wspomnieniom w twarz. To, co zapamiętała, nijak miało się do tego, co przeżywała teraz. Przyjemne ciarki przechodziły przez jej ciało od miejsc, w których stykała się ich skóra. Póki nic nie mówił i tylko ją trzymał, powoli, powoli ogarniał ją też jakiś niespotykany, wewnętrzny spokój.

I mimo że może wciąż była w niej odrobina ochoty, by strzelić mu w twarz, czekała na to, co miało niewątpliwie nastać. Pamiętała dobrze, co jeszcze przed chwilą zobaczyła w jego oczach. Łaknęła go i dlatego potrafiła na poczekaniu wymyśleć sobie jakieś sensownie brzmiące w jej odczuciu usprawiedliwienia. Coś jak: do diabła z tym wszystkim, mnie też przecież należy się coś od życia.

Uniosła wreszcie wzrok, by spotkać się z jego chłodnym spojrzeniem. Nie mógłby przecież dopuścić do tego, by pomyślała sobie zbyt wiele.

– Właśnie widzę, jak nie tęskniłaś.

Wyzwolił ją z objęcia. Hermiona podniosła ręce w geście poddania się i padła na pobliską sofę.

Miała z nim walczyć? Gdyby zechciał, zabiłby ją. Widziała jego siłę uderzenia podczas końcowej bitwy. Był jak żywioł, który zmieścił się w jednym czarodzieju. W tych dłoniach siedziało tyle mocy, że na samą myśl aż jeżyła jej się skóra na karku.

– Co teraz?

– A na co masz ochotę?

– Wrócić do domu? Żebyś dał mi święty spokój? Bym nigdy więcej nie musiała cię… oglądać… – dokończyła bez przekonania. Czuła się tak niesamowicie bezradna. Nie wiedziała, skąd to się w niej wzięło. Zawsze przecież wiedziała, co należy czynić, a teraz nie miała zielonego pojęcia. Przyjrzała się rozpaczliwie fakturze tapety na ścianach. Przyszło jej na myśl, że jest niedorzeczna – strasznie niedorzeczna tapeta. I nagle jakoś chciało jej się śmiać. Spojrzała w lewo, kątem oka. Właśnie wymijał ją, by zasiąść na drugim końcu kanapy. Siadł i wyjął coś zza połów szat. Drugim kątem oka patrzyła teraz, jak jego długopalczaste dłonie – pamiętała dobrze, co jej robiły – rozchylają niewielkie złote pudełeczko. Zapalił. Uniosła brwi. No świetnie, sprowadziła sobie z zaświatów palacza. Będzie musiała całować się z popielniczką.

Potrząsnęła głową, nagle dziwiąc się biegowi własnych myśli. Nawet nad nimi nie panowała. Bo przecież znów podziwiała jego urodę, oceniała zarys szczęki…

Może to było zwyczajnie zbyt wiele jak na jeden wieczór. Odwróciła twarz i zamknęła oczy. Przejechała dłonią przez potargane włosy.

– Miałam ciężki dzień, Riddle – mruknęła. – I jeszcze ty postanowiłeś dołożyć coś od siebie.

– Wiesz, że mnie to nie wzrusza – odparł zza dymu, mrużąc oczy.

– O, nie mam złudzeń – odpowiedziała, leniwie wiodąc wzrokiem po stole, na którym stały jakieś szklanki z resztkami płynów. Strzelił palcami po skrzata i gdy ten się zjawił, opieprzył go za bałagan. Stworzenie zaczęła uwijać się prędko, ze złożonymi po sobie uszami. Nie zwróciła na to zbyt dużej uwagi, zbyt zajęta swoimi myślami.

– No chodź tu, Granger – powiedział wreszcie. – Przecież wiesz, do czego to zmierza.

Spojrzała na niego i nagle przypomniało jej się, by choć trochę się nie zgadzać, by przynajmniej zadrzeć nos. Otworzyła usta, ale uciszył ją, unosząc ostrzegawczo palec.

– Zastanów się, zanim coś powiesz. Mogła mi już skończyć się cierpliwość.

Zamknęła usta. Wzięła głęboki wdech i wydech. A potem bez słowa podniosła się z kanapy i przeszła te trzy kroki w jego stronę. Patrzył na nią z pragnieniem, które również musiało się trochę podziewać przez te lata. Pociągnął ją za szaty i wylądowała mu okrakiem na kolanach. Prychnął. Wiedziała, jak wylądować.

I całowali się, bo dociągnął ją do siebie. Zaraz trudno było o oddech. Jego dłonie podciągające jej spódnicę, gładzące jej uda… Papieros wciśnięty między palce. Gorąco, było jej gorąco i coraz bardziej… mokro.

W takim oto pięknym momencie do komnaty wpadł nie kto inny jak Draco Malfoy. Wpadł i zamarł. Lord Voldemort całował się z jakąś kobietą. Kiedy ta kobieta oderwała się od jego pana i zobaczył jej twarz, omal nie zemdlał jak panienka. A na pewno spektakularnie się zapowietrzył.

Nie wiedział, na kogo i gdzie ma patrzeć. Co robić? Co ona tu robiła? Z NIM? Całowała go? Tak dobrowolnie? On ją? Przecież mu się nie przewidziało!

Nigdy nie odważył się zapytać Czarnego Pana, dlaczego rozkazał mu pilnować Granger. Dlaczego nakazał rozsiewać na jej temat te śmieszne plotki, zdawać mu relacje z tego, co robi i z kim się spotyka. Myślał, że powód jest oczywisty, a widać nie był tak oczywisty. Tyle że to była Granger, na Salazara! Nie mógł pojąć, co ręce Lorda robiły tam, gdzie…

No, przez głowę Dracona Malfoya przelatywało w tej chwili zbyt wiele, zbyt krzykliwych myśli.

Umknęło mu to, jak oboje zmienili pozycje. Stali przed nim z pełnymi oczekiwania twarzami.

– Panie… – zaczął niepewnie, patrząc na Czarnego Pana, ale nie skończył, bo ktoś postanowił go zagłuszyć.

– Draco! Zabiję cię, do kurwy nędzy, ty zdradliwy chujku!

W jednej chwili wyszło z niej całe jej mugolskie pochodzenie. Lata temu pozbyła się przecież tego akcentu. Zawirowało mu w głowie. To było trochę tak, jakby Lord Voldemort zaczął nagle na głos się zastanawiać, co na te jego spiski i morderstwa powiedziałaby pani Cole. Znał przecież tę historię i nie, miał szczerą nadzieję, że Lord Voldemort nie patrzył na niego w ten sposób, ponieważ właśnie usłyszał jego myśli. Draco głośno zaklął w duchu i spuścił wzrok.

Riddle tylko uniósł brwi.

– Rozumiem, że już wszyscy czekają, Draco?

Mężczyzna tylko skinął głową.

– Granger, idziemy na kolację. A z nim to później sobie wszystko wyjaśnisz.

Spojrzała na Czarnego Pana ni mniej ni więcej, a jak na idiotę.

– Obiecałaś coś.

Ach, no tak. Grzeczna Hermiona. Mruknęła więc coś pod nosem i poszła. Nie była przecież w nastroju na zapieranie się o framugi. Choć trochę żal jej było tej akcji, która zaczęła się rozkręcać. Mimo wszystko wciąż była pod wpływem żądzy.

Weszli do obszernej jadalni. Kiedy zebrani już goście zorientowali się, kto dziś towarzyszy Czarnemu Panu, zamilkli i może nieco zbyt energicznie poderwali z krzeseł. Hermiona natomiast zapowietrzyła się mniej więcej tak, jak Draco parę minut wcześniej.

– Witajcie i siadajcie – powiedział Czarny Pan i jak gdyby nigdy nic zajął swoje miejsce u szczytu stołu, usadzając Hermionę po swojej lewicy. Było przyszykowane dla niej specjalne miejsce, a to znaczyło, że on sobie to wszystko dokładnie zaplanował, że musiał być jakiś dalszy ciąg tej zabawy.

Śmierciożercy, z których kojarzyła, poza tym zdradzieckim chujkiem Malfoyem, tylko paru, przyglądali jej się z wyraźnym szokiem wypisanym na twarzach. Niepewnie rozglądali się po sobie, szukając może jakichś odpowiedzi w minach kolegów.

Chyba najbardziej nie mogli pojąć tego, co się dzieje, Rosjanie, z którymi miała dziś wątpliwą przyjemność. Nawet nie zdziwiła się specjalnie, widząc ich tutaj. Nie mogła się powstrzymać i mimo wszystko, korzystając z sytuacji, posłała Narwilatowej jeden, nie do końca uprzejmy uśmieszek. Ta odwróciła pospiesznie wzrok, który wbiła mściwie w swój jeszcze niezapełniony jedzeniem talerz. A oni myśleli, że to u nich czy w Polsce nie jest normalnie! Kiedy pracowała jeszcze w Departamencie Prawa Czarodziejów słyszała czy czytała tę pocieszną historyjkę o dżinie, którego Polacy zawinęli z Bliskiego Wschodu. Ktoś śmiał go poprosić o to, by w ich kraju zrobiło się normalnie. Dżin, słysząc prośbę, zrobił dość spektakularną minę i uciekł do dzbana, odmawiając tym samym współpracy na najbliższe sto lat. Uśmiechnęła się szerzej, nieświadoma zupełnie tego, jak groźnie wygląda.

Podano potrawy, których podejrzany zapach powinien przyprawiać ją o mdłości, a faktycznie przyprawił ją o nieco inny skurcz żołądka. Była głodna, ponieważ Potterowie nie wykazali się swoją gościnnością. Pewnie liczyli na to, że szybciej im to pójdzie.

Przez jej głowę przelatywało mnóstwo myśli i pytań. Od jak najbardziej błahych – czy miała konsumować i udawać, że wszystko jest w porządku z jej obecnością tutaj – po dużo poważniejsze – co on do cholery zamierzał? Postanowiła jeść i nie wyglądać na niewolnika. Puszyła się nawet z lekka, chcąc wyglądać na osobę czującą się pewnie i komfortowo. Oczywiście, skutecznie jej to utrudniał. Od czasu do czasu gładził ją pod stołem po udzie, ona natomiast dzielnie zrzucała z siebie jego dłoń. Myślała, że oczy wyjdą jej z orbit, kiedy w pewnym momencie, w odwecie, sięgnął tam, gdzie naprawdę nie powinien. Chyba tylko wyuczonemu braku wścibskości zebranych przy stole ludzi mogła zawdzięczać to, że nikt się nie zorientował.

Lord Voldemort w końcu przestał jeść i wszyscy grzecznie poszli za jego przykładem. Nikt nie śmiał skusić się na ani jeden kawałek soczystej pieczeni z ptaka dodo więcej. Zwrócili ku niemu pełne starannie wystudiowanej, nabożnej czci twarze. Westchnęła.

– Drodzy przyjaciele, nigdy nie powiedziałem wam, komu tak naprawdę zawdzięczacie mój powrót.

Z przerażeniem odkryła, że ujmuje jej dłoń.

– Wielu z was może zdziwić fakt, że zawdzięczamy to nikomu innemu, jak naszej pani Minister.

Szarmancko ucałował grzbiet jej dłoni. Przez chwilę ich spojrzenia znów się spotkały. Przeszły ją jakieś dreszcze, których oczywiście nie chciała interpretować.

Trudno powiedzieć, co wyrażały twarze jego śmierciożerców. Wielu z nich w ogóle nie kojarzyła. Tylko niewielu ostało się z dawnych czasów. Było to jednak zdumienie, niedowierzanie, a nawet przerażenie, jakby mimo tego, że służyli Czarnemu Panu i robili to, co robili, nagle uznali, że świat chyba musiał stanąć na głowie. Mieli zawdzięczać cokolwiek Hermionie Granger?

– Jednakże to nie jest jedyna wiadomość, która mam zamiar wam przekazać. – Hermiona wstrzymała oddech. – Przed wami stoi nie tylko Pani Minister, ale i moja przyszła żona.

Nie wytrzymała. Z gardła wyrwało jej się coś, co można by uznać za śmiech.

– Bardzo śmieszne, Riddle. Po moim trupie – mruknęła pod nosem, wciąż szczerząc się idiotycznie, jakby tylko to już jej pozostało.

– Twoja obietnica – syknął jej do ucha i to szybko zamieniło jej nerwowy odruch w najszczerszą przecież radość. Za nią i podłym uśmiechem Voldemorta poszła zaraz cała reszta. Rozległy się niepewne wiwaty.

Każdy oczywiście zrozumiał to sobie, jak chciał. Tak czy owak, idea była pyszna.