Trzynaste: nie umieraj

Nie miała pojęcia, co dokładnie roiło się w jego głowie. Czy myślał, że wystarczy zabrać ją na śmierciożerczy obiadek i ogłosić wszem wobec, że zostaje jego żoną? Naprawdę tak myślał?

Jak bardzo musiał jej nie doceniać.

Ponownie chwycił jej dłoń. Uśmiechając się do niego szczenięco, powiedziała słodkim głosikiem:

Straże.

Nie powiedziała tego ot tak, powiedziała to z pewnym przekonaniem, wyzwalając przy tym dużą część swojej magicznej energii. I nagle miała całą jego uwagę, choć jeszcze przez chwilę nic się nie działo. Przypatrywał jej się podejrzliwie i z gasnącym błyskawicznie zadowoleniem. Czuł już, choć wciąż nie rozumiał.

Potem… potem coś wstrząsnęło posiadłością i zapanował kompletny chaos. Wszystko zaczęło się walić. Hermiona wyrwała ramię z jego uścisku i cofnęła się. Nie zdążył jej pochwycić z powrotem. Wyrosła przed nią magiczna bariera, bardzo podobna do tej, którą sam się od niej wcześniej oddzielił. Za nią pojawili się osobiście wyszkoleni przez nią aurorzy, jej straż przyboczna, pełniąca dyżury, pozostająca do jej dyspozycji dwadzieścia cztery godziny na dobę. Zanim zdążyli zorientować się w sytuacji i osłonić się sami, ich także otoczyła tarczą ochronną. Nic nie mogłoby jej przekroczyć. Sterty gruzu układały się wokół nich i na razie byli bezpieczni. Rzuciła też zaklęcie wzmacniające posadzkę, na której stali, upewniając się w ten sposób, że nie zapadnie się im grunt pod stopami.

Krzyczała do nich, wydając instrukcje.

– Mamy tu do czynienia z najgorszym przeciwnikiem, jakiego możecie sobie wyobrazić. Nikogo nie oszczędzać, nie wahać się używać tego, co najgorsze, łącznie z Niewybaczalnymi!

Miała szczęście, bo trafiła na swoich najlepszych ludzi. Nie raz ratowali ją z opresji, kiedy znajdowała się może nie w takiej sytuacji, jak ta, ale na pewno w podobnych, kiedy z oczywistych względów nie dałaby sobie rady sama.

Po drugiej stronie działo się mniej więcej to samo. Voldemort musiał wznieść tę samą tarczę, która przybrała kształt bańki. Po jego stronie było znacznie mniej osób niż podczas obiadu. Część towarzystwa widocznie deportowała się w nieznane, kiedy tylko opadły jego zabezpieczenia aportacyjne. To ona je zniosła, sekundę przed tym, jak wezwała swoich ludzi. Wyczuwała, czy może to zrobić od pierwszej chwili, kiedy się tu znalazła. Tyle że wahała się, cały czas się wahała. Teraz wiedziała, że trzeba było zwiewać.

Obie bańki ochronne zaczęły powoli opadać. Gdzieś wysoko nad nimi było niebieskie niebo, a w oddali drzewa i szkockie góry, wciąż jednak nie było widać zbyt wiele poza pyłem. Zniszczyła mu domeczek. Była pewna, że bez przemocy się nie obędzie, ale może nie chciała, by było inaczej.

Było coraz bardziej zmęczona. Czuła napór każdej odbijającej się od bariery bryły, ciężar całej walącej się irytująco długo posiadłości. Utrzymanie tarczy kosztowało ją sporo wysiłku, a przecież czekała ją jeszcze walka. Wiedziała, że kiedy wszystko wreszcie się zawali, bariera zniknie i rozpocznie się masakra.

Widziała go momentami, furię wypisaną na jego twarzy. Czuła ten żywioł po drugiej stronie i szczerze powiedziawszy, bała się. Trudno żeby nie. Nie była pewna, czy może z nim wygrać, czy ma szansę. Ale była zbyt dumna i uparta, by pozwolić mu tak po prostu siebie zagarnąć.

Wreszcie to się stało. Bariery zniknęły niemal w tym samym momencie. Nabrała głęboko powietrza i ciemność, spowodowaną kłębiącymi się wokół tumanami pyłu, zaczęły przecinać strużki zaklęć czy częściej – paskudnych klątw. Mknęły, jedna za drugą, coraz gęściej, coraz intensywniej, i jej wizja wypełniła się tysiącem kolorowych barw. Gdyby nie znajdowała się w sytuacji zagrożenia życia, mogłaby się jeszcze zachwycić.

Słyszała jego głos, jak krzyczał coś do swoich ludzi, zarządzając dyscyplinę. Ona czyniła to samo w przerwie klątw, których zdecydowaną większość rzucała jednak niewerbalnie. Było ciężko, bo w dużej mierze walczyli ze sobą po omacku. Ale nieważne, byle trafić, byle w tych tumanach pyłu serdecznie komuś podziękować za swoje własne, nawarstwiające się obrażenia, choć winnych – wiadomo – było dwoje.

Ona i on wyróżniali się nieco z tego chaosu, waląc w siebie nie tylko dużo mocniejszymi klątwami. Ten kurz i gruz jakoś się ich nie trzymał. Kto mógł, starał się ustawić się na skrzydłach, by uniknąć tego gęstego od strzelającej, najczarniejszej magii epicentrum.

Było też całkiem sporo wrzasku, wypowiadanie klątw łączyło się z krzykiem trafionych. Świstało i burczało. Trudno powiedzieć, co burczało, chyba zawalony dom. Przeciągały się i podziewały połamane zaklęcia rzucone na niejedno pomieszczenie, po którym nie było teraz śladu, na niejeden przedmiot, który naporu takich sił, mimo wszystko, znieść nie mógł. Całe starannie ułożone i rozplanowane przez niego domiszcze legło w gruzach. Na samą myśl o zrujnowanej bibliotece, pełnej starożytnych woluminów, o straconych niezwykle cennych i pracochłonnych eliksirach z laboratorium, Lord Voldemort miał ochotę zabić tę kobietę i może właśnie dlatego, z początku, trochę podświadomie czy odruchowo, wypalił w nią Avadą. Nie zareagowała zbyt wyrozumiale, odpowiadając mu czymś podobnym, choć o przedłużonym działaniu. Umierałby w długich, bolesnych męczarniach, a potem, gdy już by umarł i zaczął gnić, wciąż czułby wszystko – każdego wypełniającego i nadgryzającego jego ciało robaka.

Widać więc, że szybko zaczęli sobie źle życzyć…

Z drugiej jednak strony, na Salazara, zrobiła to z rozmachem, miała parę, musiał jej to przyznać. Nie przypuszczał, że aż tak. Kto by pomyślał. Prześledził jej akta z Hogwartu i nie wynikało z nich, by poza niezaprzeczalną inteligencją szczególnie hojnie została obdarzona darem magicznym. Umieściłby ją w gronie ponadprzeciętnych, ale jeszcze w normie. Tu miał do czynienia z równym sobie żywiołem. Czy to wzburzone emocje tak zwiększały jej zdolności? To, co się działo, niewyobrażalnie wzbudziło więc zarówno jego wściekłość, jak i apetyt. Właściwie jedyne, czego pragnął, to dostać ją w swoje ręce i zrobić jej, no… chciał jej zrobić prawdopodobnie tak wiele rzeczy, że jego chora wyobraźnia zwyczajne nie nadążała. Przynajmniej nie w tej chwili.

Cała ta zawierucha powoli opadała i zaczynali dostrzegać się w kurzawie, a prócz siebie ogrom zniszczeń, liczność trupów. Hermiona międzyczasie rozglądała się nerwowo, wykorzystując te wolne ułamki sekund, by spróbować zorientować się, komu się nie udało. I to po obu stronach. Sprawy nie wyglądały najlepiej, choć z ulgą dostrzegła brak Rosjan i ich fioletowych szat wśród ciał. Musieli się deportować, kiedy tylko padły wszelkie zabezpieczenia. Tylko tego by brakowało – czarodziejskiej wojny z Rosją. Zadrżała na samą myśl, trzęsąc się już z przerażenia i niebezpiecznie szybko narastającego wyczerpania. Z coraz większym trudem rzucała kontrzaklęcia.

Tom, przestań, do cholery, prosiła go w myślach, choć sama nie miała zamiaru się poddawać. Nie mogłaby. Doprowadzanie się do krańcowego wyczerpania, nadużywanie zaufania swojego ciała i magii było łatwiejsze od poddania się.

W końcu zostali sami, wiedzieli tylko siebie i czuli ten ogrom wyzwalanej przez nich energii. Nie marzyła o tym, by stanąć naprzeciw niego. Trzeba by być szaleńcem, pomyślałaby innym razem, ale teraz… Zapomniała o zmęczeniu, o czymkolwiek, nawet o zaklęciach zapomniała. To była całkowicie intuicyjna magia, która przewalała się między nimi z impetem. Powietrze wokół iskrzyło, słychać było gromy i dalekie echa uderzeń w górach, kiedy ona blokowała jego ataki. Grzmiało i trzęsła się ziemia. Jedne zaklęcie za drugim, tarcza za klątwą, unik, klątwa, unik. Zatraciła się w tym, zapomniała nawet, co robi i może mogłoby to trwać do czasu aż zemdlałaby z wycieńczenia, gdyby jednak nie okazał się lepszy. Coś ją musnęło i wybiło z transu. Załapała rzeczywistość, sytuację, ocknęła się. Ten pył, niedociągnięty ruch różdżką… Miał ją, zdekoncentrowała się i szybko przypłaciła to klątwą, którą wchłonęła całkowicie, z trudem odparłszy trzy, które ją poprzedziły. Upadając, uniknęła piątej i sama potraktowała go czymś, czego się nie spodziewał. Miała jedną szansę i wykorzystała ją.

Wreszcie widzieli siebie dokładnie. Wokół były tylko gruzy jego domostwa i ciała, ciała w różnym, czasem naprawdę przerażającym stanie. Hermiona czuła, że sama jest ranna, choć nie była w stanie powiedzieć jak bardzo. Nie teraz, gdy adrenalina hucznie krążyła w jej żyłach. Chciała się podnieść, ale nie do końca była w stanie. Co ją trafiło? Nie zdążyła jeszcze tego ogarnąć. Miała zamęt w głowie. Zamęt, który zamienił się w ostre i bolesne chłonięcie rzeczywistości, kiedy zawisła nad nią jego twarz.

Riddle dobrnął na jej wysokość i podparł łokciem na nieco bardziej wystającym kamieniu, fragmencie kasetonu z któregoś salonu. Przez chwilę zastanawiał się, skąd wziął się tu kaseton z prawego skrzydła domu, a potem porzucił tę sprawę, jako zbyt oczywistą.

– Jesteś niesamowita – powiedział, pochylając się ku niej lekko.

– A ty jesteś chory. Oni wszyscy nie żyją przez twoją głupią zachciankę, by zrobić przedstawienie – wydyszała łamiącym się głosem. Kąciki jego ust drgnęły. – To nie jest śmieszne. Leżymy wśród trupów. – Rozejrzała się, nie widząc. Po policzkach popłynęło jej z przekonaniem parę łez. Draco… Miała szczerą nadzieję, że deportował się w porę. Nie wyobrażała sobie stracić go. Był jej przyjacielem. Mimo wszystko.

Voldemort złapał ją boleśnie za nadgarstek, chcąc przywołać jej rozproszoną uwagę.

– Ja jestem chory? Ja urządziłem rzeźnię, ponieważ mam problemy z zaakceptowaniem prostego faktu?

– Jakiego niby faktu? – warknęła, rzucając w niego okrwawioną przez siebie cegłą. Nieprzejęty złapał cegłę wolną ręką i odrzucił spokojnie na bok. Nie oderwał przy tym wzroku od znajdującej się pod nim wiedźmy.

– Pragniesz mnie, jestem mężczyzną twojego życia. Sama moja egzystencja i obecność o tym świadczą – odparł, chyba naprawdę wierząc w swoje słowa.

Wybałuszyła oczy i rozdziawiła dość typowo usta. Szykowała jakąś tyradę.

– Nie chcę cię – wydusiła się z siebie. – Wiesz, co innego znać swoją ścieżkę, co innego podążać nią.

Jego śmiech był śmiechem szaleńca, najbardziej atrakcyjnego szaleńca na świecie.

Wypluła na bok trochę kurzu, by wreszcie dać mu się pocałować. Bardzo namiętnie. No, może zbyt namiętnie, uznał, kiedy prawie odgryzła mu język. W odpowiedzi uszczypnął ją w jakiś odsłonięty kawałek ciała. Mocno. Syknęła i znów chciała coś powiedzieć, ale on uśmiechając się podle, poderwał się na nogi, razem z nią, i deportował ich oboje.

Pojawili się w pogrążonej w półmroku komnacie, w której panował spory zaduch. Dawno tu nie był. Jednak żadne z nich nie mogłoby się teraz tym przejmować czymś takim. Gdy tylko odzyskała grunt pod stopami, zaczęła uderzać w niego pięściami na oślep. Tyle że to było, jakby uderzała w kamienny posąg. Pewnie bardziej bolało ją niż jego.

– Puść mnie! – wydyszała wściekle.

– To zabawne, jak szybko zrozumiałaś swoją sytuację – odparł niewzruszony i machnął jej przed oczyma różdżką, którą gwizdnął jej w międzyczasie. Wybałuszyła oczy i rozdziawiła usta. Kiedy ją zwinął? Niczego nie poczuła!

Wykorzystał jej zdziwienie, by znów przycisnąć ją do siebie. Wierzgającą nogami i klnącą Hermionę zaciągnął do łazienki i razem z sobą wsadził pod prysznic. Ciepła woda zaczęła obmywać ich ciała z pyłu i krwi. Poczuł, że Hermiona godzi na taką interwencję i uspokaja nieco pod ta wodą. Wciąż była mocno spięta, ale pozwoliła mu się tak trzymać. Milczała, choć czuł, że to była tylko cisza przed burzą.

– Byłaś niegrzeczną dziewczynką, co, Granger?

– Dla ciebie pani Minister – syknęła.

Uśmiechnął się. Jedną ręką trzymał ją w talii, drugą powoli wydobywał z ubrań, z których i tak zostały praktycznie same strzępy. Palcami przeczesywał też jej potargane, pełne różnych odłamków włosy. Widział, że bardzo stara się walczyć ze swoimi reakcjami, jakie wywoływał w niej jego dotyk. Szło jej nawet całkiem nieźle.

– Jestem szlamą – mruknęła po paru chwilach, i to chyba bardziej jej miało pomóc, niż jego w czymkolwiek uświadomić.

– Nie jesteś.

Teraz jego palce przebierały jej włosy zupełnie inaczej. Wiedział, że prostymi gestami potrafi doprowadzać kobiety do szału, choć ta wiedźma wciąż nie reagowała na jego poczynania tak, jakby chciał. Chyba była zbyt skupiona na czymś innym.

– Oczywiście, że tak – mruknęła ze złością. – Wiem, kim są moim rodzice, kim są dziadkowie. Wszyscy to mugole.

Zmarszczyła brwi, kiedy obrócił ją i zobaczyła, jak się uśmiecha.

– W takim razie: jak sobie chcesz. Ja osobiście wierzę, że nie ma czegoś takiego jak mugol. – powiedział, pochylając się ku niej, z szelmowskim uśmiechem przyklejonym do twarzy.

– Słucham?

Zachwiała się nieco z oburzenia i mocniej ją do siebie przycisnął. Była półnaga, rozgrzana i działała na niego, nie mógł zaprzeczyć. Kiedy to wszystko z nich spłynie…

– Wszyscy są czarodziejami, czy raczej – większość jest charłakami. Większość ludzi na tym świecie rodzi się z tak niewielką ilością magii, że jest ona niemal niemożliwa do wyczucia, nie mówiąc już o korzystaniu z niej w jakikolwiek sposób – wyjaśnił z zadowoleniem.

Nie odzywała się, ani nie poruszała przez chwilę. Aż tak ją to oburzyło, że nie wiedziała, co powiedzieć? Jej wzrok i uwaga uciekły gdzieś.

– Riddle? – Zabrzmiała nagle zupełnie inaczej.

– Tak, pani Minister?

Odpowiedziała mu cisza. Co więcej, poczuł, że czarownica zupełnie bezwładnie osuwa się w jego ramionach. Przeklął siarczyście, nagle spostrzegając nie tyle ranę, co podłużne i całkiem charakterystyczne oparzenie, które wykwitło na jej boku. Chwytając ją pod kolana, szybko zaniósł do sypialni i ułożył ostrożnie na łóżku.

Spojrzał jej w twarz. Wbrew jego chwilowemu przekonaniu jeszcze nie straciła przytomności, choć zdecydowanie odpływała. Nie mógł pochwycić jej wzroku, nie pomagały chlaśnięcia w policzek.

– Hermiono – syknął – powiedz mi, że to był pierwszy raz, kiedy trafiło cię Isoulio. Niewiele osób w ogóle wie o istnieniu tej klątwy, a jeszcze mniej kiedykolwiek nią obrywa. Powiedz mi, że to był pierwszy raz.

Nie odpowiedziała, ale nagle dostrzegł strach w jej oczach. Doszło do niej to, co powiedział, wymamrotała coś niezrozumiale i ich spojrzenia spotkały się jeszcze na moment. Chwilę później trzymał w swoim objęciu nie tylko nieprzytomną, ale i umierającą wiedźmę. Proces był nieodwracalny. Jeśli kiedyś przeżyła trafienie Isoulio, teraz nie było już dla niej żadnego ratunku. Rzucona przez niego klątwa rozchodziła się po jej ciele z łatwością. Miała w końcu przetarte szlaki. Riddle trzymał w dłoni gotową do użycia różdżkę, ale potrafił i mógł tylko wpatrywać się w nią z całkowitą pustką w głowie.

Szybko rzucił na nią zaklęcie, które w pewnym sensie zamroziło ją na jakiś czas w stanie, w którym się znalazła. Mogłoby mu to dać kilka godzin, by potem, kiedy zaklęcie puści, zostało mu najwyżej parę minut. Wciąż nie odrywając od niej wzroku, uderzył pięścią w blat stojącego obok łóżka stolika. To nie mogło się dziać. Co za durna, uparta kobieta! Gdyby zareagował natychmiast, może dałoby się jeszcze coś zrobić. Musiała przecież wiedzieć, co ją trafiło! Patrzył na nią jeszcze przez chwilę, zanim wściekle odwrócił wzrok. Jego wzburzona magia szalała wokół niego bardziej niż podczas bitwy.

I nie wiedział co zrobić chyba pierwszy raz w życiu. Kiedy umierał czy ginął mu jakiś cenny sługa, nie przejmował się zbytnio. Nie było przecież ludzi niezastąpionych, ale ta wiedźma… Nie był pewien.

Zaklęcie prysło sześć godzin później. Kiedy umierała, siedział na łóżku i trzymał ją w swoich ramionach. Ślepo patrzył przed siebie. To, co się działo, było złe i niewłaściwe. Z wyraźnym niepokojem spostrzegł, jak nieprzyjemnych doznań dostarczył mu moment jej śmierci. Szczerze mówiąc, poczuł się gorzej niż przy tworzeniu któregokolwiek ze swoich horkruksów. Jego wnętrze przeniknął ból, którego nie mógłby pojąć czy zdefiniować. To musiało wiązać się z tym, co mu dała, wskrzeszając go. Wiedział, że oboje na skutek tamtego rytuału znaleźli się pod swoim dziwacznym wpływem. Ona podejmowała się jako Minister działań, których sam by się nie powstydził, a on… trudno powiedzieć. Czuł się inaczej. Pragnął jej, choć nigdy nikogo wcześniej nie pragnął. I teraz pierwszy raz w życiu nie potrafił cieszyć się ze zwycięstwa nad swoim przeciwnikiem. W wygranej chodzi przecież i o to, by móc patrzeć zwycięsko w twarz pokonanego, a jeśli to niemożliwe, bo ten nie żyje, uczynić z jego zwłok swoje trofeum. Tu nic takiego nie mogło znaleźć swojego zastosowania.

Wciąż siedział ze stygnącą Hermioną w swoich ramionach, starając się myśleć chłodno i logicznie. Szukał dobrych stron tej sytuacji, tego, że znów mógł zacząć wszystko od nowa, bez oglądania się na nią. Tłumaczył sobie, że to nawet świetnie. Nie musiał się liczyć z tak silną Minister, mógł robić, co chciał.

Tyle że on nie chciał jej puszczać, nie chciał, by była zimna, obojętna, by nie wydawała z siebie tych pisków i odgłosów oburzenia.

Jego uwaga odbiegła gdzieś na bok. Zbliżał się świt. Wypuścił swoją wiedźmę z ramion i podszedł do okien, by otworzyć je na oścież i wpuścić do środka trochę świeżego powietrza. Dopiero teraz doszło do niego jego zmęczenie. Oparł się o okienną framugę i zamknął oczy. Wdech i wydech. Nie, naprawdę nigdy się tak nie czuł. Bezradnie, niemalże.

Aż otworzył gwałtownie oczy, które zabłysły jak dwie latarnie wysyłające w ciemność sygnał.

Zdecydował. Odda ją ogniu.

Musiał spalić jej ciało, sprawić, by nie zostało z niej nic poza popiołem. Musiała zniknąć całkowicie. Żadna drobina nie mogłaby przypadkiem trafić na tę drugą. Umarła, więc teraz nie mogła już istnieć, ani trochę.

Na środku pustkowia, gdzie do tej pory wiatr nigdy nie napotykał na żywą przeszkodę, zbudował stos. Taki stos, na który zasługiwała najwspanialsza czarownica, jaką spotkał. Niewielu ludzi, by go o to podejrzewało, najpewniej nikt, ale był zdolny do hołdów.

Stał więc spokojny i zdeterminowany, jak zawsze. Wiedział, co robi, wiedział też dlaczego. Tylko kiedy stos zapłonął i usłyszał to skwierczenie – trudno powiedzieć czy wilgotnego drewna, czy jej ciała – ciasno zaciskał dłonie w kieszeniach. Dlaczego dokładnie? Nie był pewien.

~o~o~o~

Oczy. Miała oczy. I głowę, i nogi. Wszystko miała. To było dziwne uczucie. Mieć. Żyć.

Chwila, czy komuś właśnie udało się ją wskrzesić?

– Witaj z powrotem, Granger – doszedł ją głos, jeszcze nie rozpoznany.

Otworzyła oczy i nie od razu ujrzała cokolwiek. Musiał jeszcze zrobić, co trzeba, to, co ona kiedyś robiła. I tak, chwilę później zapiekły ją oczy. Krople.

Czyjaś dłoń prześlizgnęła się po jej policzku i szyi. Obraz wyostrzył się i w tej samej chwili poklepał ją cucąco po policzku.

– Wpierw musiałem zmierzyć się z Roweną, a potem z Morganą i tej naprawdę nie było łatwo się pozbyć. Jesteś trzecim trafem, jak mówią – do trzech…

– Co? – warknęła, nagle w pełni świadoma jego słów, siebie, wszystkiego. Poderwała się na nogi i dopadła do niego, choć wyjaśnień wciąż żądając tylko siłą spojrzenia.

Prychnął, by w końcu nawet zaśmiać się na widok jej nieustającego oburzenia.

– Tak myślałem i… Ostrożnie!

Pochwycił ją, kiedy jej nogi zrobiły się jak z waty i zaczęła tracić równowagę. Z pół obrotu wpadła mu w ramiona. Widział, że czuje się dotknięta. I to bardzo.

Przyglądali się sobie intensywnie i kiedy uśmiech Riddle'a coraz bardziej się pogłębiał, frustracja Hermiony rosła. Nie chciałby jednak, żeby mu się przepaliła, wciąż była bardzo delikatna, jej obecność nieco niepewna. Może nie powinien tak ryzykować.

– Jesteś pierwsza i jedna możliwa, Granger – powiedział uspokajająco. – Przyznam, że twoja chwilowa krzywda i furia bardzo mnie cieszą. To znaczy, że wskrzesiłem właściwą kobietę.

Miała dziwną minę, kiedy dotarło do niej, że na dzień dobry sobie z niej zakpił. Zobaczył, jak coś z niej schodzi, a jedną krzywdę zastępuje inna, ale ta zawsze była gdzieś obecna na jej twarzy. Tę krzywdę chciał oglądać.

Podłożył rękę pod jej kolana i uniósł ją. Przez chwilę przyglądała mu się w zadziwieniu.

– Ty, naprawdę…

Znów wstrząsnęło nią jego rozżarzone spojrzenie i zbyt ostry uśmiech. Patrzyła teraz prosto pod słońce i dlatego odwróciła wzrok. Była strasznie zmęczona i rozchwiana. Przez chwilę był w niej strach, bo była całkowicie bezbronna i nic nie mogłoby jej przed nim uratować, ale to był nonsens. Przecież znała znaczenie jego czynu.

Poza tym był ciepły i przyjemny. Mimowolnie przylgnęła do jego piersi. Twarz wtuliła nieco ponad jego mostkiem.

– Tom – wymsknęło jej się mimo wszystko, kiedy wciąż ją trzymał, a ona nie mając pomysł na nic lepszego, zwyczajnie jeszcze bardziej miękła w jego objęciu. Chłonęła jego zimne ciepło, a może ciepły chłód. Nie była pewna, w co się dokładnie przyoblekała, ale to szło od niego i sprawiało jej przyjemność.

Machnął różdżką, która wypadła mu z rękawa i jej ciało dodatkowo otuliła przyjemna, zielona szata. Musiał opuścić Hermionę na fotel. Był nieco bez sił, o czym nie mogłaby wiedzieć. Wydzieranie jej śmierci kosztowało go mnóstwo wysiłku. Sam rytuał, bez względu na to, ile magii wymagał, wycieńczył go. Tu chodziło nie tylko o moc, a o wolę, o siłę pragnienia. Kiedy był już w trakcie, kiedy ją wywoływał, kiedy próbował odszukać, wiedząc, kogo dokładnie szuka, pojął, jak bardzo ona musiała potrzebować akurat jego, jak silne musiało być wtedy jej pragnienie. To mu pomogło, ale omal nie wystarczyło. Zbaczał na manowce, prowadził wewnętrzną walkę także z innymi swoimi pragnieniami. Żartem było wspomnienie o trzech próbach, ale kto wie, jakby to się skończyło, gdyby był choć trochę mniej skoncentrowany na tym, czego… kogo dokładnie chce. Kto wie, jak mogłoby się to skończyć, gdy nie to, co z siebie w końcu ostatkiem sił wykrzesał.

Teraz cofnął się o parę kroków, by dać sobie lepszy widok. Usatysfakcjonowany odwrócił się na pięcie, mruknął coś jak „zaraz wracam" i zniknął z komnaty.

Tyle z romantycznego wskrzeszenia.

W międzyczasie dopiero co nakręcone serce Hermiony wybijało jakiś nierówny, opętańczy rytm. Była wstrząśnięta. Jak to się stało, myślała. Jak, do cholery? Skąd się wzięło ciepło w tych oczach? Zbyt dobrze pamiętała zabijającego bez opamiętania potwora, by móc teraz, ot tak i mimo wszystko uwierzyć w szczerość jego czynów.

Hermiona potrząsnęła głową, zaraz besztając się za swoją naiwność i widzenie rzeczy tam, gdzie ich nie było. Kpił sobie z niej. Pokazywał jej tylko to, co chciała zobaczyć. Chciał ją dla siebie, ale nie po to, by ją kochać, ale by ją posiadać. Nawet jego nie było na nią stać.

Tylko jeśli nie jego, to kogo?

Nawet się nie podniosła z miejsca, w którym ją zostawił. Wciąż nie czuła się zbyt pewnie. Miała wrażenie, jakby nie wszystko powskakiwało w niej na dobre miejsce. Czuła się nieco chybotliwie, tak w sobie. A Riddle zniknął gdzieś, zostawiając ją samą z tym paskudnym uczuciem. Powinien już wrócić.

Ale dlaczego się w ogóle trudził? Musiał przecież użyć dokładnie tego samego rytuału. Pytanie, czy również użył krwi, czy nie dokonał jakichś alternacji. Może wskrzesił ją tylko, by raz się zabawić. Co więcej, może miał to czynić nie raz, może miała stać się jego zabawką do wskrzeszania, myślała z przerażeniem. Tak, jego było na to stać. Miał dość mocy, by pozwalać sobie na takie fanaberie. Nie miała przecież żadnych wątpliwości, że ma do czynienia z szaleńcem. Mógł mieć taki kaprys, by robić to cyklicznie i tak zakłócać jej święty spoczynek. Którego nie pamiętała. Tam było chyba dużo ciemności, a poza tym – nic, zupełne nic. Zmarszczyła brwi, próbując przypomnieć sobie coś z zaświatów.

– Zapewniam cię, Hermiono, że wracasz na stałe – odparł dość chłodno.

Stał w drzwiach. W dłoni trzymał parę flaszeczek z eliksirami. Musiał nie tyle odczytać, a wyczuć jej myśli. Ta ich więź. Nigdy nie udało jej się tego rozgryźć.

Podszedł do stolika, przy którym siedziała. Do stojącej na nim szklanki nalał przeróżnych płynów, które zaczęły mieszać się, sycząc cicho. Ze szklanki wypełnionej tą podejrzaną miksturą unosił się fioletowy dymek.

Zmarszczyła brwi i spojrzała na niego jednoznacznie. Ona tego nie wypije.

– Albo wypijesz to samodzielnie, albo to w ciebie wmuszę.

Spojrzała na mętną, wielokolorową zawartość szklanki bez aprobaty. Nie chciała tego pić i to nie tylko ze względu na swoje podejrzenia. Nie była pewna, czy chce pić cokolwiek, czy jej ciało w ogóle przyjmie coś takiego.

– Gdybym chciał cię skrzywdzić…

– Dobrze – mruknęła, niechętnie sięgając po szklankę. Wolała samodzielnie. Uciekła nogami z podłogi i podciągnęła je pod siebie. Powąchała stworzony przez niego na poczekaniu eliksir, który niestety okazał się mieć całkiem przyjemny zapach. Nawet nie mogła się skrzywić. Riddle patrzył na nią oczekująco, z irytacją niemalże, więc jednym haustem wychynęła szklanicę.

Zawirowało jej w głowie, coś zaczęło pędzić ku niej i zderzać się z nią. Miała ochotę krzyczeć, ale nie odezwała się słowem. Właściwie ścisnęło ją w gardle. Kołowało nią, kołysało, chciało chyba wywrócić na drugą stronę. Próbowała coś mu wywrzeszczeć, jednocześnie nie bardzo mogąc wydać z siebie jakikolwiek dźwięk czy choć poruszyć się zgodnie z własnym życzeniem, gdy nagle wszystko się uspokoiło. Uspokoiło się i wróciło do normy, do najwłaściwszej normy.

Dotarło do niej, że czuje swoją magię. Wcześniej nawet nie zauważyła, że jej nie czuje. Jakimś cudem. Właściwie to był potężny wstrząs. Wszystko zawirowało i kiedy jako tako doszła do siebie, znów była w jego ramionach.

Niósł ją przez korytarze. Przed oczyma mijały jej światła kandelabrów. Tuliły ją do snu. Nie chciała, by ją tak niósł, ale co mogła poradzić?

Potem była w pierwszym w swoim życiu łóżku. Wszystko było stare, ale takie nowe. Wiedziała, że kiedyś spała w niejednym łóżku, ale teraz nie mogła się nadziwić. To całe zadziwienie, to chyba było proste odczuwanie. Nie było odczuwania, kto wie, jak długo. Tam nic nie było. Naprawdę, przebrała sobie palcami przed twarzą i to było niesamowite, że mogła zrobić coś takiego, że brała wdech i wydech, że wciąż miała smak tamtego eliksiru w ustach, a pościel była taka przyjemna. Jak on musiał się czuć, kiedy go wtedy wskrzesiła i nie tylko wróciły mu zmysły, ale i rozkosz, tak od razu. Jak wielka to musiała być wtedy przyjemność!

Poczuła, że siada obok niej na łóżku. Jego dłoń sięgnęła do jej twarzy i założył przesłaniające jej twarz kosmyki za ucho.

– Teraz powinnaś spać – powiedział.

– Chyba tak. Na pewno.

Niczym innym już się nie interesując, zamknęła oczy. Zasnęła pewnie szybciej niż kiedykolwiek w swoim wcześniejszym życiu. Jednak wbrew pozorom nie spała twardo, jak niemowlę. Spała i śniła niespokojnie. W jej głowie kotłowały się wspomnienia. Dziwne obrazy, jakby z przeszłego życia, przemykały jej się przed oczami, domagając jakiejś reakcji.

Czuła jego zapach. Intensywny, męski zapach. Musiał być obok. Tuż obok. Nie wiadomo, w jakim celu. Dlaczego? Nagły strach wyciągnął ją z pół snu i otworzył jej oczy.

Tak, faktycznie był obok. W przeciwieństwie do niej spał jak zabity, ufając wskrzeszonej przez siebie kobiecie całym swoim życiem. Życiem potwora i mordercy, no przecież. Jego oddech był równy i głęboki. Sięgnęła dłonią do tej bardzo pięknej, symetrycznej twarzy, której z tak zeszpeconą duszą z pewnością nie powinien posiadać. Diabelskie sztuczki, pomyślała, albo po prostu ślizgońskie. Obrysowała palcem zarys jego szczęki. Ta twarz przypominała jej o wielu rzeczach. Jedno wspomnienie wracało drugie. To nie tak, że zapomniała, ale musiała o tych wszystkich rzeczach pomyśleć jeszcze raz. I kiedy wszystko wróciło do niej, to nie był przyjemny powrót. Nie mógłby jej tak przywrócić bez wspomnień? Jakieś nieskładne myśli galopowały przez jej głowę, szepcząc do niej ogromem możliwości.

Jej dwie małe dłonie powoli oplotły się więc wokół jego szyi, ale nie by zacieśnić się wokół niej w morderczym uścisku. Nie była już w stanie wierzyć w tego potwora. W narwanego przywódcę, pewnie tak, ale nie w potwora. Patrzyła jak najbardziej na mężczyznę, do którego, mimo wszystko… tak, chyba coś tam czuła. Ojej, ojej, jakoś tego było za dużo. Szukając schronienia przed tym wszystkim, co na nią spływało, przysunęła się i ogarnęła go ramionami.

– Kocham cię – wyszeptała na pół świadomie. Była prawie bez tchu. Przytuliła się mocniej, ale i to nie pomagało. Zmarszczyła brwi, po czym spojrzała w dół, na jego ręce i niewiele się zastanawiając, sama się jego rękoma oplotła. Tak było lepiej, bezpieczniej. Z całą pewnością. Uśmiechała się anielsko, na powrót pogrążając się w tym razem dużo lepszym śnie, kiedy twarz leżącego obok czarodzieja wykrzywił iście szatański uśmieszek. Przecież kochała go od chwili, w której ujrzała go. Nie wiedziała? I choć on nie mógł odpowiedzieć jej tym samym, mógł ją jakoś zrozumieć, odwdzięczyć się jej za swoje życie. Adekwatnie, pomyślał, sięgając okrążającym wiedźmę ramieniem trochę niżej… O tam.

– Riddle!

Tak, wskrzesił właściwą kobietę. Zdecydowanie. I nie miał wątpliwości, że ta kobieta w podzięce „wskrzesi" go jeszcze nie raz.