Powrót detektywa, część 2.
Będzie teraz dużo gadania, ale w następnej części coś się już zacznie dziać. Mam nadzieję, że zostanie mi wybaczone ;)
Disclaimer: Nie mam nic wspólnego z BBC i Arthurem Conan Doylem. Postaci i miejsca pożyczone. Zostaną oddane właścicielom w stanie nienaruszonym.
- Nie myślałem, że zachowasz się jak nastolatka – było pierwsze, co usłyszałem, kiedy doszedłem do siebie chwilę później. Leżałem na leżance zabiegowej w moim gabinecie, z rozluźnionym krawatem i rozpiętym górnym guzikiem koszuli. Nogi miałem uniesione na moim własnym plecaku. Odwróciłem głowę w stronę źródła głosu.
Siedział tam, tak dobrze mi znany, a tak inny. Ściągnął bluzę od dresu, miał na sobie t-shirt i spodnie. Siedział na krześle przy leżance z łokciami opartymi na kolanach i splecionymi palcami, patrzył na mnie badawczo, ale z uśmiechem na twarzy. Był bledszy niż kiedyś, choć inny kolor włosów (rudy? Jak on wpadł na pomysł, żeby przefarbować się na rudo?) i krótki, starannie utrzymany zarost nieco maskował z lekka niezdrowy odcień jego skóry. Ale ostre rysy jego twarzy i charakterystyczne, jasne oczy pozostały takie same. Nie mogłem się już powstrzymać od okrzyku:
- Sherlock! To naprawdę ty?
Skinął głową, uśmiechając się szerzej.
- Tak, to naprawdę ja. I wybacz takie zamieszanie, ale nie mogłem się dłużej ukrywać. Chwilowo jestem zwierzyną łowną, ale mam nadzieję, że z twoją pomocą uda mi się odwrócić role.
Ostatnie zdanie postanowiłem odłożyć do późniejszego wyjaśnienia. Usiadłem na leżance.
- Nie mogę uwierzyć, że żyjesz. Byłem pewny, że zginęliście tam obaj z Moriartym!
Przewijałem w myślach wspomnienia z oględzin miejsca ostatniej walki Sherlocka z geniuszem zbrodni. Na ścieżce widziałem ślady stóp dwóch osób, prowadzące wyłącznie w górę, nikt tamtędy nie wracał; widziałem alarmująco rozległe plamy krwi, która potem, przez badania DNA, została zidentyfikowana jako należąca do mojego przyjaciela. Widziałem przecież zwłoki Moriarty'ego, jak je w końcu wydobyto ze skalnej szczeliny, ich przerażający stan. Słyszałem strzały, na litość boską! Widziałem, że stamtąd można było się wydostać albo wracając ścieżką, albo spadając w przepaść!
Sherlock jednak pokiwał głową przecząco. Odchylił kołnierz koszulki i moim oczom ukazała się stara – trzyletnia? - już blizna po ranie postrzałowej nad prawym obojczykiem. Taka rana zazwyczaj bardzo krwawi, potrafi też bezpośrednio zagrozić życiu ofiary ze względu na przebiegające tamtędy duże naczynia krwionośne i nerwy. Mój przyjaciel wyglądał jednak na bardzo... żywego i podekscytowanego. Przynajmniej wyjaśniło się, skąd wzięła się krew na skałach.
- Udało mi się przedostać dalej w góry – wyjaśnił. - Jednak ostatnie trzy lata to temat na bardzo długą opowieść w bardziej ustronnym miejscu. Szkoda, że mieszkasz z Sarą. W mieszkaniu na Baker Street na razie nie możemy się pokazać. Chociaż... - przerwał, myśląc o czymś intensywnie. - Wystarczająco go już wykorzystałem, nie sądzę, by się obraził na kolejne nadużycie przeze mnie jego wpływów. - Uśmiechnął się. - Nie możemy jednak wyjść razem. Spotkajmy się tam za pół godziny – rzekł, podając mi świeżo zapisany blankiet skierowania z adresem na odwrocie.
- A obiecujesz, że wszystko mi wyjaśnisz? - wymamrotałem, nadal ledwo zdolny do trzeźwego myślenia.
- Jasne. A czy nie dotrzymałem kiedyś obietnicy? - odparł. Na twarzy miał wypisaną prawdziwą, szczerą radość z naszego spotkania.
- Nie zliczę przypadków, kiedy obiecałeś kupić mleko – mruknąłem. Roześmiał się, narzucając na siebie bluzę.
Jakże dziwne było oglądać go w takim stroju! Nadal pamiętałem jego zamiłowanie do eleganckich, czarnych spodni (wyjąwszy dni, w których spodnie od garnituru zastępował prostymi, czarnymi dżinsami) i marynarek na białych koszulach. Tamto ubranie, zimą połączone z długim płaszczem, szalikiem i skórzanymi rękawiczkami, tworzyło wokół niego aurę pewności siebie i profesjonalizmu. W dresie, sportowych butach, z torbą na ramieniu, okularami przeciwsłonecznymi i rudą głową wyglądał jak student. Domyślałem się, że o to właśnie chodziło, z drugiej strony między innymi za tą władczą aurą tęskniłem przez ostatnie trzy lata.
Sherlock nałożył kaptur bluzy na głowę i okulary na nos, zgarbił się i swoim typowym, sprężystym krokiem wyszedł z gabinetu. Spojrzałem na adres. Gdybym wyszedł teraz, piechotą dotarłbym na miejsce w dwadzieścia minut. Nie chciałem jednak zwrócić na siebie uwagi. Znając Sherlocka i biorąc pod uwagę wcześniej zignorowane oświadczenie o zwierzynie łownej, on znalazłby się na miejscu wcześniej, żeby sprawdzić, czy teren jest bezpieczny. Nie musiałem się zatem spieszyć, dobrze by było jednak spróbować zgubić ewentualny ogon... Co byłoby łatwiejsze, gdybym przemieszczał się zarówno pieszo, jak i komunikacją miejską. Na taksówki żałowałem pieniędzy.
Bez zbędnego pośpiechu zatem uzupełniłem dokumentację i spokojnie wyszedłem z pracy. Przy wyjściu spotkałem Sarę. Nasz związek nie był żadną tajemnicą dla pracowników, więc rozmowa niedaleko wyjścia nie wzbudzała żadnych podejrzeń.
- Nie czekaj na mnie, prawdopodobnie wrócę późno – powiedziałem, podchodząc do niej.
- W porządku – odparła. Przyjrzała mi się. - Coś się stało?
- Nie, dlaczego pytasz? - zdziwiłem się.
- Masz dziwny wyraz twarzy.
Zaprzeczyłem ruchem głowy. W końcu jednak stwierdziłem, że mogę jej sprzedać jakąś drobną wskazówkę.
- Mój stary przyjaciel się ze mną skontaktował, widzimy się dziś po południu. Wiesz, męskie rozmowy.
- Jasne – odparła, najwyraźniej usatysfakcjonowana. W sumie powiedziałem prawdę. - Dobrej zabawy – zakończyła i poszła w swoją stronę.
Nadal miałem dwadzieścia minut na dotarcie do celu. Nogi, metro i autobusy zaprowadziły mnie na ciche osiedle zadbanych kamieniczek. Byłem już u wylotu odpowiedniej ulicy, kiedy mój telefon wydał z siebie sygnał wiadomości. Numer zastrzeżony.
Przejdź od tyłu.
Żadnego podpisu. Pewnie na zwyczajowe „SH" pod treścią wiadomości musiałbym zaczekać do wyjaśnienia całej afery. W tym momencie zdałem sobie sprawę z kilku rzeczy: Sherlockowi przez ostatnie trzy lata ktoś musiał intensywnie pomagać; zagrożenie musiało być poważne, skoro mój przyjaciel nadal był bardzo ostrożny; poza tym, zdecydowanie spędzałem z nim za dużo czasu.
Znalazłem przejście na tyły interesującej mnie kamienicy. Drzwi – kuchenne, jak się domyślałem – były zamknięte, ale po szybkim rzucie okiem stwierdziłem, że przylegające do wejścia okno jest delikatnie uchylone. Powoli i bezgłośnie otworzyłem je szerzej, w miarę sprawnie wspiąłem się na parapet i wszedłem do środka. Zamknąłem okno za sobą – byłem pewny, że nawet jeśli Sherlock nie był jeszcze wewnątrz mieszkania, da mi znać albo znajdzie inne wejście.
Rozejrzałem się po pomieszczeniu. Rzeczywiście była to kuchnia. Spodziewałem się oznak opuszczenia, ale myliłem się: w tanich, ale zadbanych szafkach ze szklanymi drzwiczkami stała zastawa stołowa, szklanki, kubki, garnki, patelnie; lodówka i piekarnik były jednak wyłączone. Było jeszcze w miarę jasno, więc nie zapalałem światła. Miałem dziwne wrażenie, że to mieszkanie – o ile reszta była w podobnym stanie – miało służyć za zapasowe schronienie w razie jakiejś potrzeby, ale nie było zamieszkałe stale. Przypomniałem sobie komentarz Sherlocka tuż przed jego podaniem adresu miejsca spotkania i domyśliłem się, że Mycroft Holmes miał z tym miejscem coś wspólnego. Kolejnym wnioskiem było to, iż zapewne to właśnie starszy brat Sherlocka pomógł mu przetrwać okres po walce w szwajcarskich górach. W gruncie rzeczy miał on pozwalające na to środki. Telefon z zastrzeżonym numerem podchodziłby pod drobiazg.
- Możemy tu spokojnie rozmawiać – usłyszałem nagle znajomy głos. - Pewnie już się domyśliłeś, kto, przynajmniej pośrednio, opiekuje się tym miejscem.
Stał w drzwiach do kuchni, oparty o framugę, ubrany w bardziej znajome mi, skórzane buty, czarne dżinsy i fioletową koszulę. Nadal był rudy, ale pozbył się bródki. Zauważyłem też, że był tak samo chudy, jak kiedyś.
- Nie myślałem, że moja nieobecność tak wyostrzy wasze zdolności dedukcji. Ty już wszystko wiesz, Lestrade, według gazet, też zaczął sobie lepiej radzić...
- Mógłbyś się zamknąć choć na chwilę? - powiedziałem w końcu, podchodząc bliżej. Wiedziałem, że Sherlock nie był zwolennikiem fizycznego kontaktu, nawet uściski dłoni wymieniał z niechęcią, ale zwyczajnie nie miałem zamiaru się powstrzymać. Mocno i ciepło uściskałem swojego odzyskanego przyjaciela.
Wydał z siebie jakiś nieokreślony pomruk, ale oddał gest.
- Wielokrotnie myślałem, żeby dać ci znać, że żyję – rzekł cicho. - Ale człowiek, który na mnie poluje, nie jest dużo głupszy od Moriarty'ego. Bałem się, że przechwyciłby wiadomość i zdołałby mnie namierzyć. Nie chciałem też narażać cię na żadne niebezpieczeństwo. Dopóki byłeś przekonany, że nie żyję, byłeś bezpieczny. Ale dziś to się musi zakończyć.
- O co w tym wszystkim chodzi? - spytałem, wypuszczając go z objęć.
- Przejdźmy głębiej, wszystko ci wyjaśnię.
Zajęliśmy fotele stojące w nieco zakurzonym, ale poza tym zadbanym salonie. Okna były zasłonięte okiennicami, w pomieszczeniu było ciemno, ale Sherlock ruchem dłoni zakazał mi zapalać jakiekolwiek światło. Nie zdziwiłem się ani nie protestowałem. O ile kiedyś emanował pewnością siebie, tak teraz jakby miał na czole przybitą pieczęć „NIEBEZPIECZEŃSTWO!". Cały czas czułem aurę zagrożenia i bardzo żałowałem, że nie wziąłem ze sobą żadnej broni.
- W walce w górach uczestniczyły w sumie trzy osoby: ja, Moriarty i jeden z jego najbardziej zaufanych ludzi, pułkownik Moran – zaczął Sherlock, zapalając papierosa, ku mojemu ogromnemu zaskoczeniu. - To ten ostatni zostawił mi pamiątkę w postaci tego oto kawałka metalu – rzekł, wyciągając z kieszeni i podając mi zniekształcony pocisk. Mimo półmroku w pomieszczeniu zdołałem rozpoznać klasyczny nabój pistoletowy. - Strzelał do mnie już podczas walki. Sądząc po kącie, z jakiego oddano strzał, pozycja Morana nie pozwalała mu jednoznacznie dostrzec, czy ja również ostatecznie spadłem w przepaść, na pewno jednak dostrzegł, jak skończył jego szef. Domyślałem się, że po śmierci Moriarty'ego wśród jego ludzi zacznie się walka o władzę, ale nikt nie miał prawa wiedzieć, że przeżyłem. Dlatego też, mimo rany, postanowiłem ukryć się i rozprawić z wysokimi oficerami w organizacji Moriarty'ego na swój sposób.
- Kim jest Moran? - spytałem, wiedząc, że będzie to miało znaczenie później.
- Pułkownik Aleksy Moran, dawny strzelec wyborowy w armii rosyjskiej – rzekł Sherlock, odchylając się do tyłu. - Odszedł z honorami, zaczął podróżować po świecie. Ślady jego obecności udało mi się odkryć w Indiach, Iranie, krajach skandynawskich. W Wielkiej Brytanii pojawił się cztery i pół roku temu. Zapewne był jednym ze snajperów podczas naszego pierwszego spotkania z Moriartym, na basenie. Oczywiście część z tego to są informacje nieoficjalne. Oficjalnie to owszem, były oficer rosyjski, który mimo podejmowanych przez nasz wywiad wojskowy licznych prób przekonania go do zdradzenia paru tajemnic, pozostał dzielnym rosyjskim patriotą, lubiącym grać w karty i relaksować się w luksusowym ośrodku zdrowia, połączonym z klubem dżentelmenów i sanatorium na przedmieściach Londynu.
Sherlock przerwał na chwilę, patrzył na mnie wyczekująco. Nic mi jednak nie przyszło do głowy. Nie wiedziałem, o co mu może chodzić.
Po kilku sekundach Sherlock westchnął i mówił dalej:
- Zgodnie z doniesieniami gazet, po śmierci Moriarty'ego niektórzy jego ludzie opuścili Europę w popłochu, zgodnie kierując się do Środkowej i Południowej Ameryki. Potencjalni, nowi liderzy jego organizacji, z Moranem włącznie, zostali w Anglii. W doniesieniach o odnalezieniu ciała Moriarty'ego zamieszczono również notkę, że na dnie szczeliny skalnej leżał sam. Znając Morana, mogłem założyć, iż domyślił się on, że nadal żyję. Tym samym Londyn i Wielka Brytania stały się dla mnie terenami zbyt niebezpiecznymi, by na razie próbować wrócić.
- Co robiłeś bezpośrednio po walce w górach? - przerwałem mu, mając wrażenie, że najbardziej interesującej mnie rzeczy nigdy się nie dowiem.
- Uciekłem stamtąd po wąskiej półce skalnej, biegnącej nieco poniżej krawędzi przepaści – wyjaśnił, zaciągając się papierosem. - Udało mi się znaleźć osobę, która mnie opatrzyła i bez zadawania zbędnych pytań zapewniła środki na wyjazd ze Szwajcarii. Postanowiłem jechać do Wiednia. Po drodze skontaktowałem się z Mycroftem, który zgodził się z moim planem na działanie z ukrycia, dążąc powoli do wyeliminowania Morana, ale dopiero wtedy, kiedy grunt będzie bezpieczniejszy. Mycroft, z jego dostępem do akt wywiadu wojskowego, dobrze wiedział, jak bardzo niebezpiecznym człowiekiem jest pułkownik. Oczywiście nie podobało mu się, że mój plan działania pozostawiał mnie praktycznie bez obstawy. Wiecznie martwiący się, starszy brat – ostatnie zdanie Sherlock wygłosił z dobrze znanym mi sarkazmem, zwiększając efekt niedbałym gestem ręki dzierżącej wciąż tlącego się papierosa. - Tylko sobie znanymi kanałami zapewnił mi wsparcie na moim polowaniu. Zjeździłem trochę świata. - Uśmiechnął się. - Meksyk, Brazylia, chwilka w Kanadzie, trochę Maroka i Egiptu... Podłożenie dowodów tu, prowokacja tam, jednoznaczne zdjęcia siam... Plus walki wewnętrzne w organizacji Moriarty'ego i niniejszym mamy samego Morana na scenie. Niestety wiąże się to też z tym, że ponownie przypomniał sobie o mnie. Wprawdzie czasami uwagę odwracają mu ludzie, przeszkadzający mu w zarabianiu łatwej kasy na przemycie narkotyków...
- Jak ja lubię, jak sprzedajesz mi swoje rewelacje w ten sposób – burknąłem. To było za dużo informacji, za szybko podanych. Już sam pomysł, że mój przyjaciel robił za samotnego mściciela, wydawał mi się absurdalny. Choć z tego, co mówił, nie eliminował ludzi Moriarty'ego bezpośrednio, mimo wszystko całe zadanie wydawało mi się szalone i niebezpieczne.
- Johnie, mówiłem ci już, że myślisz sprawniej. Nie powiem ci nic więcej. Zbierz fakty. Przypomnij sobie, gdzie zobaczyłeś mnie po raz pierwszy po moim powrocie do Anglii. Połącz to z tym, co mówiłem ci o Moranie.
- Sherlock, nie jestem tobą... - zacząłem, zmęczony.
- Zrób to dla mnie – przerwał z uśmiechem.
Mimo półmroku i obłoczku dymu z papierosa – podobno rzucił palenie! - widziałem wesoły błysk w jego oczach. Owszem, w tej chwili obaj byliśmy w niebezpieczeństwie, ale mój przyjaciel znajdował w tym powód do radości. Życie nie było nudne, coś się działo, wrócił na znajomy teren, do tego miał groźnego i wymagającego przeciwnika oraz sojusznika, na którego mógł liczyć.
Ściskałem w dłoni podany sobie pocisk, który go ranił trzy lata temu. Pocisk z pistoletu. Na miejscu walki w górach nie było wystarczającej przestrzeni dla strzelca, musiał się zatem znajdować w dość dużej odległości...
Wygoniłem te myśli ze swojej głowy. Nie chodziło o walkę trzy lata temu. Musiałem wrócić do czasów obecnych.
„Gdzie zobaczyłeś mnie po raz pierwszy?" Przed domem Roberta Adaira. „Lubi grać w karty i relaksować się w luksusowym ośrodku zdrowia, połączonym z klubem dżentelmenów i sanatorium na przedmieściach Londynu". Plus Robert Adair... Lekarz w prestiżowym ośrodku zdrowia! Lubiący grać w karty! Zginął od kuli z pistoletu, wystrzelonej z dużej odległości! Handel narkotykami...
Usłyszałem nagle cichy śmiech mojego przyjaciela.
- Nie jest źle, Johnie, naprawdę nie jest źle – stwierdził. - Zapewne domyśliłeś się już, o co chodzi. Robert Adair i Aleksy Moran grali razem w karty. Zaprzyjaźnili się. Moran jednak wykorzystał Adaira. Pan doktor odkrył, że Moran ma ścisły związek ze znikaniem dostaw morfiny. Zapewne przyznał się do swojej wiedzy pułkownikowi. Był jednak wystarczająco inteligentny, by odkrycie przekazać również policji. Tym samym Moran, do którego dotarła również poniekąd niepokojąca wieść o moim powrocie, czuje się coraz bardziej osaczony i podejmuje różne próby, żeby się pozbyć przynajmniej części swojego ciężaru. Dwa dni temu wyeliminował Adaira z tej samej broni, z której strzelał w Szwajcarii, i teraz koncentruje się na mnie. Stąd też moje środki ostrożności i stanowczy plan zakończenia całej sprawy dziś. Nawet zacząłem przygotowania...
Przerwał nagle, uniesieniem dłoni nakazując mi zachowanie ciszy. Zdusił papierosa o blat stolika, stojącego przy jego fotelu. Razem wsłuchiwaliśmy się w odgłosy dobiegające z innych części mieszkania. Ja nie zauważyłem nic niepokojącego, ale Sherlock nagle poderwał się ze swojego fotela, podbiegł do mnie, chwycił mnie za rękę i niemal brutalnie, z siłą, o jaką bym go nie podejrzewał, pociągnął mnie w stronę drzwi wejściowych. Za nami rozległ się stłumiony trzask. Poczułem gorący podmuch powietrza na swojej twarzy, w ścianie za moją głową powstała mała, okrągła wyrwa. Sherlock w biegu wyważył drzwi, razem wypadliśmy na ulicę. Mój przyjaciel pchnął mnie w dół ulicy.
- Uciekaj! Spotkamy się na Baker Street! - krzyknął, po czym w końcu puścił moją rękę i odbiegł w drugą stronę. Kolejne trzaski za nami – pistolet z tłumikiem, jak się domyślałem – podziałały na mnie jak smagnięcie batem. Biegłem we wskazanym kierunku tak szybko, jak mogłem. Dopiero po dobrych kilku minutach biegu zdałem sobie sprawę, że nikt mnie nie ściga, a strzały ustały.
Schowałem się pod przydrożnym drzewem, usiłując odzyskać zdolność do spokojnego oddechu. Nadal było w miarę widno, choć wyraźnie zapadała już noc. Próbowałem ogarnąć to wszystko, co mi się przytrafiło w ciągu ostatniej doby. Nie wiedziałem też konkretnie, w jakim dokładnie punkcie Baker Street mielibyśmy się spotkać.
O ile Sherlock nadal żył i i zdołał uciec zabójcy...
Jakby w odpowiedzi rozbrzmiał cichy sygnał mojego telefonu: wyciszyłem dzwonki, kiedy dochodziłem do miejsca spotkania z Sherlockiem. Wyciągnąłem aparat z kieszeni kurtki i odczytałem SMSa.
Pierwszy „wyciek gazu". Drugie piętro. Za dwie godziny.
Odczułem niebywałą ulgę. Mimo braku podpisu domyśliłem się, kto był autorem – wiadomość znowu przyszła z zastrzeżonego numeru. Co oznaczało, że Sherlock również zdołał uciec.
- No. Teraz wszystko jasne – mruknąłem. Początek naszego pierwszego, bezpośredniego starcia z Moriartym. Zdecydowanie wolałbym zapomnieć o tamtych wydarzeniach, ale nie dano mi tej możliwości. Musiałbym zapytać Sherlocka, jak usuwa ze swojego „twardego dysku" niepotrzebne mu dane. Od tamtego czasu dom, w którym doszło do pierwszej z ostatecznie trzech eksplozji, został wyremontowany. Podejrzewałem jednak, że mieszkania pozostały puste.
Kolejne drgnięcie mojego telefonu.
Weź pistolet. Twoje zdolności w strzelaniu przez okno mogą się przydać.
Uśmiechnąłem się na ten widok. To też potwierdzało jednoznacznie tożsamość autora wiadomości.
Tym razem postanowiłem być również ostrożny i stawić się w wyznaczonym miejscu nieco wcześniej. Rozejrzałem się dyskretnie dookoła i nie widząc niczego podejrzanego, wyszedłem ze swojej kiepskiej kryjówki i dość szybkim krokiem ruszyłem w stronę głównej drogi. Po drodze zastanawiałem się, dlaczego Sherlock wykrzyczał polecenie o spotkaniu na Baker Street, skoro chwilę później...
Czy Sherlock czuje to samo, kiedy nagle przyjdzie mu do głowy jakiś pomysł czy rozwiązanie zagadki? To było jak przypływ dziwnej, bardzo pozytywnej energii wprost to mojego mózgu! Już słyszałem w myślach jego „Głupiec! Przecież to oczywiste!". Krzyk zapewne miał...
Kolejny SMS.
Wiem, prostacka metoda, ale jest zdesperowany. Na pewno przyjdzie, nawet, jeśli się spodziewa pułapki.
Z westchnięciem typu „jak ja za tym tęskniłem" obrałem kierunek na mieszkanie Sary. W jednym z kartonów nadal powinienem mieć swojego starego Browninga L9A1.
c.d.n.
