Powrót detektywa, część 3
Między gwiazdkami znajduje się bezpośredni cytat z opowiadania ACD „Pusty dom", w przekładzie Marty Domagalskiej, z wydania „Księga wszystkich dokonań Sherlocka Holmesa", wyd. REA, Warszawa 2010.
Disclaimer: Postaci i miejsca pożyczone. Zostaną zwrócone właścicielom w stanie nienaruszonym.
Byłem już w drodze na miejsce kolejnego spotkania, z Browningiem stanowiącym bardzo pocieszający ciężar w kieszeni mojej kurtki, kiedy dotarł do mnie kolejny SMS od Sherlocka:
Jak już dotrzesz na miejsce, nie ruszaj się stamtąd do momentu, w którym naprawdę będzie to konieczne. Zdaję się na Twój osąd.
Drugie zdanie mocno mnie zdziwiło. Chociaż dawniej Sherlock od czasu do czasu prosił mnie o opinię bądź załatwienie dla niego jakichś spraw zawodowych, krótkie oświadczenie wyraźnie wskazywało, że miał do mnie zaufanie. Domyślałem się też, że właściwie byliśmy zdani tylko na siebie. Nie sądziłem, że Sherlock zdołałby załatwić jakiekolwiek wsparcie. Wiedziałem, że mimo wszystko niechętnie korzystał z pomocy Mycrofta, a wtajemniczanie Lestrade'a wiązałoby się z długim tłumaczeniem, co, jak i dlaczego, nawet mimo świadomości, że ostatecznie inspektor by pomógł. Sherlock mógł być pewny, że po latach mieszkania z nim przyjąłbym zastaną rzeczywistość taką, jaka jest, zaakceptowałbym ją i robił swoje bez narzekania i wymagania wyjaśnień tu i teraz.
Na razie postanowiłem przestać myśleć o wszystkim poza bieżącą sytuacją, chociaż nadal czułem radość z powodu takiego dowodu zaufania ze strony mojego przyjaciela. Byłem pewny, że nikt mnie nie śledzi. Ulice, mimo coraz późniejszej pory, nadal były pełne ludzi. Domyślałem się, że tak samo będzie na Baker Street. Mimo braku dalszych wskazówek od Sherlocka, do mieszkania znajdującego się naprzeciwko naszego starego lokum postanowiłem dostać się od tyłu. Najbliższą okolicę znałem bardzo dobrze i bez trudu udało mi się znaleźć odpowiednie przejście. Zachowując się możliwie pewnie, wspiąłem się na właściwe schody przeciwpożarowe i po kilku minutach znalazłem się w mieszkaniu na drugim piętrze.
W środku było pusto i ciemno, z wyjątkiem światła pochodzącego od ulicznych latarni, przebijającego się przez brudne okna. Mieszkanie, oczywiście, zostało wykończone nieco ponad trzy lata temu. Ściany były pomalowane na biało, pod sufitami zwieszały się gołe żarówki, podłoga z drewnianych paneli zachowywała się cicho. Całe mieszkanie było ciche.
Zająłem miejsce obserwacyjne przy oknie, wychodzącym na ulicę. Minuty mijały powoli, przeciągając się w nieskończoność.
Jakieś piętnaście minut przed wyznaczonym czasem spotkania przed naszym byłym lokum coś zaczęło się dziać. Najpierw, ku mojemu zdumieniu, ujrzałem mężczyznę, który budową ciała i ubraniem idealnie odpowiadał Sherlockowi. Wszedł on do mieszkania, kilka sekund później na pierwszym piętrze, w salonie, zapaliło się światło. Nie widziałem jednak żadnych postaci. Po kilku minutach na zasłonach pojawił się rozpoznawalny cień – mój przyjaciel najwyraźniej usiadł przy stole niedaleko okna, pochylał się nad czymś, być może czytał.
Rzuciłem okiem na ulicę. Niedaleko zatrzymał się ciemny samochód typu sedan. Wysiadł z niego jakiś mężczyzna, poszedł do sklepiku naprzeciwko naszego mieszkania, po kilku minutach wyszedł, wsiadł do samochodu i tam pozostał.
Nagle wyraźnie poczułem za sobą czyjąś obecność. Wiedziałem, że jestem dobrze widoczny na tle okna, więc moje instynktowne znieruchomienie nie miało najmniejszego sensu. Przybysz wszedł do pokoju, w którym się znajdowałem. Nagle usłyszałem znajomy głos:
- To teraz czas zasadzić się na zwierzynę.
Głos Sherlocka, cichy, ale wesoły i pełen podekscytowania.
- Sherlock! - szepnąłem z oburzeniem. - Nie próbuj doprowadzić mnie do zawału!
- Ależ skąd – odparł, podchodząc do mnie. - Nie darowałbym sobie, gdybyś z tak błahego powodu dostał zawału.
Stanął obok mnie. Nagle poczułem na swoim ramieniu dotyk znajomej, ciepłej, chudej dłoni. Wydałem z siebie ciche westchnięcie.
- Tęskniłem za tym – mruknąłem. Dłoń odsunęła się od mojego ramienia. Rzuciłem okiem na wciąż rozświetlone okno naszego starego salonu. Ku mojemu zaskoczeniu, nadal tkwił tam cień mojego przyjaciela.
- Prawie oberwałem wałkiem po głowie, kiedy poszedłem do pani Hudson po drobną pomoc przy naszej intrydze – rzekł Sherlock, po raz kolejny dziś jakby czytając mi w myślach. - Nasza dzielna właścicielka dostała zadanie uwiarygodnienia mojej obecności w mieszkaniu poprzez przesuwanie od czasu do czasu mojego gipsowego popiersia. Szkoda, że po wydarzeniach dzisiejszego wieczoru prawdopodobnie nie będzie się ono do niczego nadawało. Byłaby dobra podstawa do pomnika, nie sądzisz?
- Nie, Sherlock, nie sądzę – odparłem, po raz pierwszy nie czując irytacji przez jego typowe uwielbienie siebie. Co chwilę wydawało mi się, że śnię, ale te stare dziwactwa Sherlocka sprowadzały mnie na ziemię, uświadamiały, że najbliższa mi osoba na świecie rzeczywiście żyje i jest tuż przy mnie.
- Zabiłbym za papierosa – mruknął nagle mój przyjaciel.
- Myślałem, że rzuciłeś!
- Odczep się! Nawet nie wiesz, jak jest ciężko w Meksyku, Brazylii czy Maroku dostać plastry nikotynowe!
Roześmiałbym się, gdyby Sherlock nagle nie odciągnął mnie w najciemniejszy kąt pomieszczenia. Gestem nakazał mi wyciągnięcie pistoletu, zaś sam sięgnął pod ścianę i po chwili miał w ręku średniej długości, okrągły, gładki kij. Wyglądał jak pałka policyjna. Staraliśmy się oddychać maksymalnie cicho. Sherlock klepnął mnie w ramię i samym ruchem warg wyjaśnił: „Moran". Serce mi przyspieszyło, ale z drugiej strony czułem dziwny spokój i opanowanie. Takie samo, jak przed pójściem na bitwę.
Do pokoju wszedł mężczyzna. Kroki stawiał pewnie, jakby wiedział dokładnie, co ma zamiar zrobić i nie spodziewał się żadnych przeszkód. Zdałem sobie sprawę, że prawdopodobnie w ogóle nie wie o naszej obecności w tym samym pokoju.
W bezwzględnej ciszy, schowani w ciemnościach, obserwowaliśmy nieznajomego. Stał w zasięgu światła z ulicy, mogłem mu się więc dobrze przyjrzeć. Był to wysoki, szczupły, porządnie i czysto ubrany, dobrze zbudowany mężczyzna przed pięćdziesiątką. * Trzymał w ręku coś, co wziąłem za laskę, ale gdy odłożył ten przedmiot na podłogę, usłyszałem metaliczny dźwięk. Z kieszeni płaszcza przybysz wyciągnął jakiś duży przedmiot i wykonał czynność, która zakończyła się głośnym ostrym szczęknięciem, tak, jakby sprężyna lub zapadka trafiły na swoje miejsce. Wciąż klęcząc na podłodze, pochylił się do przodu i z całej siły naparł ciałem na jakąś dźwignię: usłyszeliśmy najpierw długie zgrzytnięcie, a następnie kolejny głośny dźwięk. Mężczyzna się wyprostował; zobaczyłem, że trzyma w ręku strzelbę z kolbą o nietypowym kształcie. Odwiódł zamek do tyłu, włożył coś do środka i zaryglował go; następnie, kuląc się, oparł koniec lufy o parapet otwartego okna. * Wyraźnie celował w cień mojego przyjaciela w oknie mieszkania po drugiej stronie ulicy. Czułem, jak siedzący za mną Sherlock nagle zesztywniał i napiął wszystkie mięśnie.
Nagle rozległ się cichy trzask i odległy odgłos tłuczonego szkła. W tym momencie mój przyjaciel skoczył na strzelca jak pantera, pałką wybił dziwną broń z rąk zamachowca i rzucając się na niego bezpośrednio, przewrócił na podłogę. Moran szybko otrząsnął się z zaskoczenia. Rozgorzała zaciekła walka. Nie znałem wcześniej umiejętności Sherlocka, jeśli chodziło o bezpośrednie starcie, więc byłem zaskoczony, z jaką sprawnością i zwinnością posługuje się kijem jak bronią. Moran jednym ruchem odłączył lufę od swojej strzelby i również wykorzystał ten kawałek metalu do walki. Nie byłem w stanie w jakikolwiek sposób pomóc mojemu przyjacielowi, choć wydawało się, że radził sobie bardzo dobrze. Był szybki i zwinny, potrafił przewidzieć niemal każdy ruch swojego przeciwnika i nie dopuszczał go do siebie na odległość bliższą, jak wyciągnięcie ręki. Budowa ciała mojego przyjaciela sprzyjała walce z dystansu. Sherlock o tym wiedział i dawał mimowolny, niezwykły pokaz swojej sprawności.
Sytuacja zaczęła się komplikować, kiedy Moran bardzo silnym ciosem lufy złamał pałkę Sherlocka. Mój przyjaciel fragmentem pozostałym w dłoni rzucił w głowę przeciwnika i z pełnym wściekłości okrzykiem „Ty sukin...!" sczepił się w nim w niedźwiedzim uścisku. Obaj wylądowali na podłodze. Sherlock po chwili tarzania się w kurzu i zadaniu kilku ciosów łokciem w twarz przeciwnika wylądował pod Moranem, który zacisnął swoje dłonie na jego gardle. Próbowałem włączyć się do walki, ale pułkownik potraktował mnie silnym kopnięciem w nogi, przez co sam wylądowałem na podłodze. Sherlock wykorzystał jednak tę okazję do zdarcia z siebie dłoni przeciwnika i krzyknął:
- John! Strzelaj w sufit!
W ogóle nie myślałem o sensie takiego postępowania, po prostu zrobiłem, co mi kazano i odsunąłem się od walczących. Sherlock znalazł się na górze i zaczął z szokującym zapamiętaniem okładać pięściami twarz Morana. Nigdy nie widziałem na jego twarzy takiej wściekłości i nienawiści.
Nagle do pomieszczenia wpadło tak potrzebne nam wsparcie w postaci Lestrade'a i dwóch konstabli. Inspektor odciągnął mojego przyjaciela od pułkownika, konstable natomiast zakuli Morana w kajdanki i postawili na nogi.
Było po wszystkim.
Moran mimo śladów ciosów na twarzy był spokojny i zimny jak lód, wpatrywał się z czystą nienawiścią w mojego dyszącego ze zmęczenia, ale bardzo zadowolonego z siebie przyjaciela. Sherlock, również poturbowany i z rozciętą wargą, zatoczył się, ale bez mojej pomocy utrzymał się na nogach.
- Lestrade, oto zabójca Roberta Adaira, niedoszły sprawca mojej własnej śmierci i ostatni z wysokich „oficerów" w organizacji przestępczej Jamesa Moriarty'ego – oświadczył z dumą. Uznał, że będą potrzebne dalsze wyjaśnienia, więc kontynuował: - Badania balistyczne z całą pewnością potwierdzą, że kula znaleziona w ścianie pokoju Adaira i pociski z miejsca mojej domniemanej śmierci pasują do tej broni.
Lestrade milczał, dzieląc swoją uwagę między schwytanego strzelca i Sherlocka.
- Jeśli chodzi o motyw zabójstwa, który pozostawał niejasny: stało się tak, ponieważ szanujące się towarzystwa unikają skandalu. Obecny tu pułkownik Moran był zamieszany w kradzież morfiny z kliniki, w której pracował Robert Adair, i zapewne kilka innych szwindli narkotykowych. Jednak ten ostatni swoje zgłoszenie na policję w tej materii uczynił anonimowo, więc nikt nie znał ewentualnych przyczyn sporu między nim a Moranem. W dniu zabójstwa Moran nie był obecny podczas ostatniej, karcianej partii, jaką Robert Adair odegrał w swoim życiu. Tym samym bardzo brytyjska troska o dobre imię nieco utrudniła wam sprawę, ale mam nadzieję, że wszystko da się wyprostować. - Mój przyjaciel, wciąż dysząc, uśmiechnął się zakrwawionymi zębami do pokonanego przeciwnika, w którego oczach żądza zemsty świeciła coraz bardziej. Był to straszny widok.
Miałem wrażenie, że słyszałem cichutkie szczęknięcia metalu.
- Co do pana, pułkowniku, schlebia mi pańska determinacja w próbach pozbycia się mnie, z drugiej strony fakt, że dał się pan nabrać na taką klasyczną sztuczkę nie za dobrze świadczy o słuszności pańskiej wzorowej opinii podczas służby w wojsku – mówił Sherlock z nieskrywaną dumą ze swoich zdolności. - Było przecież z góry jasne, że to prowokacja, mająca wykurzyć pana z ukrycia. Wiedziałem, że jest pan zdesperowany, ale na pańskim miejscu mimo wszystko próbowałbym się mnie pozbyć w jakichś bardziej tajemniczych okolicznościach. Niemal czuję się zawiedziony.
To najwyraźniej było za dużo dla pokonanego pułkownika. Z dzikim rykiem rzucił się na mojego przyjaciela, przewracając go na podłogę. Jakimś cudem wydostał się z kajdanek, ujrzeliśmy błysk metalu.
Rozległ się strzał.
Lestrade ściągnął nieruchome ciało Morana z mojego przyjaciela. Sherlock leżał na plecach półprzytomny, dyszał ciężko, nie próbował się podnieść.
- O mój Boże... - szepnął inspektor. Z ręki wypadł mi wciąż dymiący pistolet. Ukląkłem przy Sherlocku, szybko sprawdziłem jego stan. Silnie krwawił. Z boku sterczała mu rękojeść noża.
- Nie, nie ruszaj tego – rzuciłem ostro do Lestrade'a, który wykonał podejrzany ruch w stronę noża.
- Wezwijcie karetkę! - ryknął Lestrade na swoich podwładnych, jeden z nich natychmiast chwycił na radio i nadał odpowiednie polecenie. Rozpiąłem zakrwawioną koszulę Sherlocka, zrzuciłem z siebie kurtkę, zerwałem rękaw swojej koszuli, przycisnąłem materiał tej ostatniej do rany. Lestrade próbował wydobyć jakąś reakcję z mojego półprzytomnego przyjaciela. Zaskoczyło mnie, z jakim uczuciem ściskał jego ramię i wołał, żeby próbował otworzyć oczy.
- Sherlock, do ciężkiej cholery, co ci strzeliło do głowy! - krzyczał Lestrade, delikatnie klepiąc rannego po policzku. - Nie mogłeś choć raz powstrzymać swojego pieprzonego ego przed drwinami z niebezpiecznego przeciwnika? Teraz nam tego nie rób! Już pocieszyłem Andersona, że znowu będzie się z tobą użerał. Sherlock! Otwórz oczy!
- Zimno mi... Mam dość... - rozległ się cichy głos mojego przyjaciela. Lestrade ściągnął swoją kurtkę i delikatnie podłożył ją pod głowę Sherlocka.
- Pewnie, że masz dość, nawet tacy jak ty czasami są zmęczeni – mówił bez przerwy inspektor, który nie był w stanie ukryć paniki w swoim głosie. Szczerze doceniałem jego wysiłki w utrzymaniu mojego przyjaciela w stanie przynajmniej półprzytomnym. Nadal bez słowa próbowałem zatamować krwawienie, modliłem się o szybkie przybycie pomocy i obserwowałem inspektora i coraz słabszego Sherlocka. Rana krwawiła obficie.
- Całe dnie bez jedzenia i snu, ze skrytym zabójcą za plecami, pewnie, że masz dość. Myślisz, że cię nie znam? Albo nie pamiętam, jak to wcześniej było? Nie, nie, nie, możesz być zmęczony, ale zostań z nami. Sherlock? Sherlock!
c.d.n.
Tak, wiem, klasyczny cliffhanger, który wcale nie podnosi ciśnienia i nie powoduje gorączkowego wyczekiwania na dalszy ciąg. ;)
