- Alec to nie tylko mój przyjaciel. Jesteśmy parabatai - wyjaśnia Jace. Wiem, że to nieładnie podsłuchiwać. Tak mówi mama. To dziwne, zwłaszcza, że sama należała do pseudo-nazistowkiej organizacji.

Przylegam do ściany mocniej i nasłuchuję.

- Co to znaczy? - pyta Clary i słyszę, jak się porusza.

- Darzymy się uczuciem silniejszym niż braterskie.

Silniejszym niż braterskie, ach, Jace, gdybyś tylko wiedział.

Ale nie może się dowiedzieć. Nie ma takiej możliwości.

- A Isabelle? - znów jakiś gwałtowny ruch. Wstrzymuję oddech.

- Jest świetną Nocną Łowczynią - odpowiada Jace słychać kroki.

- Lepszą niż Alec?

Na dźwięk swojego imienia wzdrygam się.

Nie wychodźcie teraz, proszę, modlę się w duchu.

- Church!

Marszczę brwi. Co tam robi...

- No, kocie, zaprowadź nas do Hodge'a!

Kroki przyśpieszają, ale korytarz jest, długi, więc oddycham spokojnie. Wiem, że Hodge siedzi w bibliotece, a do niej idzie się prosto.

- Jest lepszy?

Głos Clary jest cichy, ale słyszę ją dokładnie.

- Kto?

- Alec. Jest lepszym Nocnym Łowcą od Isabelle?

Spodziewam się pochwały, czegoś w stylu "tak, oczywiście, tyle razy mnie osłaniał, tyle razy przeze mnie oberwał, jest niesamowity" albo chociaż "są sobie równi". Lekko się uśmiecham na myśl o tym, co o mnie powie, więc gdy słyszę jego głos, gdy z ociąganiem mówi to co mówi, czuję, jakby tysiąc ostrych sztyletów wbiło mi się w plecy.

- Niezupełnie. Nigdy jeszcze nie zabił żadnego demona.

Słyszę, jak pęka mi serce. Trzask jest tak głośny, że chyba go słyszą.

Nie Jace. Jace by tego nie powiedział. Przecież jesteśmy parabatai. On nigdy...

- Jak to?

Ale ja już ignoruję ich głosy i skupiam się na głośnym biciu mojego serca. Czuję wypieki na twarzy, gdy staję na nogi. Z mroczkami przed oczami i kłującym bólem w czaszce uciekam.

Według Jace'a to jest najwyraźniej to, co umiem najlepiej.