W tej części fabuła zgodna z kanonem opisana własnymi słowami.


Akt I
Część druga

31 października 1981
Wysoki czarnowłosy mężczyzna szedł długim korytarzem, by zatrzymać się przed pomnikiem chimery. Stwór rzucił na niego okiem i powiedział łagodnie:
- Podaj hasło.
Mężczyzna pokręcił nerwowo głową i odrzekł:
- Lukrecjowe pałeczki. - Posąg nie poruszył się. - Niech to szlag! Lukrecjowe cukierki. Lukrecjowa fantazja, lukrecjowa ambrozja. Lukrecjowe dropsy. Do diabła! Lukrecjowe różdżki?
Na te słowa chimera odsunęła się i jego oczom ukazały się okrężne schody. Bez zbędnej zwłoki ruszył i pokonując po dwa, trzy stopnie na raz stanął przed drzwiami prowadzącymi do gabinetu dyrektora. Nie zważając na godzinę, zapukał energicznie do drzwi.
- Dumbeldore otwieraj! Natychmiast otwórz mi drz... - urwał, bo drzwi uchyliły się i stanął w nich starzec odziany we wrzosowy szlafrok.
- Doprawdy Severusie, o tej porze... - zacmokał i utkwił w nim spojrzenie.
- Lily nie żyje! Czarny Pan przybył dziś w nocy i zabił ją, ją i Pottera! - Na twarzy Snape'a malował się głęboki ból, którego nie umiał ukryć w tej chwili. - Wytłumacz mi jak to się stało, że ona nie żyje! Przyznałem ci, że popełniłem błąd zdradzając Czarnemu Panu przepowiednię i obiecałeś mi, że ją ochronisz, a ona dzisiaj umarła. - Snape zaniósł się cichym łkaniem. Dumbledore wykorzystał fakt, że przestał mówić i z grobową minią wyczarował patronusa - mieniącego się feniksa, który natychmiast wyleciał przez górne okno pokoju.
- Severusie, proszę usiądź. - Poczekał aż mężczyzna zajmie miejsce. - Ja wszystko ci wyjaśnię. Potterowie nie ustanowili mnie swoim Strażnikiem Tajemnicy. Ani mnie, ani Syriusza Blacka.
- Więc kogo? - zapytał nieprzytomnie mężczyzna.
- Wybrali Petera Pettigrew.
- Słucham?! - Teraz Severus otworzył oczy szeroko ze zdziwienia, jakby nie mógł uwierzyć w jego słowa. - Więc to on ich wydał? Ten mały plugawy...
- Domyślam się teraz, że Peter czekał tylko na moment, gdy zaklęcie zwiąże go z tajemnicą Potterów by udać się prosto do Voldemorta.
- Nie obchodzi mnie to! Twoja ochrona zawiodła.
- Severusie, oni powierzyli swoje życie nieodpowiedniemu człowiekowi, nic już na to nie poradzę.
- Jak możesz tak mówić? Jak śmiesz?! Ja... ja kocham Lily. Ona była całym moim życiem. Nawet gdy wyszła za tego Pottera. Ja nadal ją kocham, rozumiesz? Obiecałeś mi, że nic jej się nie stanie, że ją ochronisz przed Czarnym Panem. Odebrano mi tej nocy ostatnią iskrę nadziei - ostatnie zdanie Mistrz Eliksirów wykrzyczał i natychmiast opadł na krzesło. Dyrektor przyjrzał mu się i zobaczył człowieka zmęczonego życiem, z którego uleciały resztki sił. Severus Snape wyglądał w tym momencie, jakby sam za chwilę miał odejść z tego świata.
- A jej syn, Harry? - Albus zwrócił się ponownie ku mężczyźnie.
- On przeżył - odpowiedział zdawkowo Snape.
- Severusie! Powinieneś mi powiedzieć o tym od razu. - Popatrzył na niego gniewnie, ale zmienił wyraz twarzy, gdy spojrzał na niego. - Oczywiście rozumiem Twój żal, ale chłopiec potrzebuje opieki.
Wstał zza biurka i podszedł do kominka. Nabrał garść proszku Fiuu, wrzucił w kominek i nachylił się wkładając głowę w płomienie. Nie minęły dwie minuty i był z powrotem w gabinecie.
- Posłałem Hagrida - wyjaśnił, mimo że Severus nie zapytał. - Udał się właśnie do Doliny Godryka, aby zabrać stamtąd chłopca. To oznacza, że Voldemort...
- Nie żyje - dokończył za niego Snape. Widać, że było z nim już trochę lepiej, ale nadal był śmiertelnie blady. Dumbledore wyczarował kolejnego patronusa, który zniknął w ciemności jeszcze szybciej niż poprzedni.
- Ale on wróci. Kiedyś wróci i chłopak będzie wtedy w wielkim niebezpieczeństwie. Musimy się o niego zatroszczyć. - W tej chwili do gabinetu wleciał patronus przypominający rysia i zajął uwagę Dumbledore'a, który odbierał przekazaną wiadomość. - Ach tak, tak - ponownie zacmokał.

Snape zdawał się ignorować jego słowa. Wpatrywał się w feniksa, stojącego na swojej żerdzi, który czyścił dziobem swoje pióra. Po chwili zamknął powieki i zatracił się w swoich myślach. Przed oczami przelatywały mu wspomnienia: on i Lily na placu zabawy przy Spinner's End, Lily bujająca się na huśtawce, on i Lily w pociągu do Hogwartu, uśmiechająca się szeroko Lily, Lily na zajęciach eliksirów siedząca z nim w ławce, Lily, Lily... Poczuł bolesne ukłucie w sercu, wiedząc doskonale, że gorycz, która je teraz wypełnia, już nigdy nie zniknie. Lily, miłość jego życia odeszła na zawsze. Już nigdy nie zobaczy jej uśmiechu, jej pięknych, najpiękniejszych dla niego zielonych oczu i falujących kasztanowych włosów. Wydawało mu się, że ktoś mu wyrwał serce z piersi. Tak bardzo dziś żałował dnia, kiedy pozwolił sobie wyryć na przedramieniu Mroczny Znak. Przeklinał chwilę, w której zapragnął zostać Śmierciożercą. "Byłem takim głupcem", pomyślał, a po jego twarzy pociekły kolejne gorzkie łzy. Czuł bezsilność, wielką, obezwładniającą bezsilność, gdyż wiedział, że nic nie przywróci jej życia.
- Severusie - słowa starca wydarły go z letargu - wiem, że ją kochałeś. Dlatego potrzebna mi jest teraz twoja pomoc. Posłuchaj mnie uważnie. Zaręczę za ciebie przed Wizengamotem i zostaniesz oczyszczony z zarzutów śmierciożerstwa. Musisz mi za to przyrzec, że będziesz chronił Harry'ego. Będziesz go chronił zawsze. Ofiara Lily nie może pójść na marne.
Snape pomimo otępienia wiedział, że dyrektor proponuje mu magiczny kontrakt. Oczywiście zamierzał się zgodzić, kochał Lily, ale wiedział jedno i zamierzał to powiedzieć głośno.
- Nikt nie może się dowiedzieć. Nikt. Nikt nie może wiedzieć, że ją kocham i że chronię syna Jamesa Pottera.
- Więc mam ukryć przed światem to, co będzie w tobie najlepsze? - upewnił się Dumbledore.
- Nikt.
- Dobrze. - Podali sobie ręce. - Idź do swoich komnat i zażyj odpoczynku Severusie. Dobranoc.
Mężczyzna kiwnął tylko głową i odwrócił się ku drzwiom, ale zatoczył się na stolik. Albus podszedł do niego i chwycił go pod rękę. Rzucił garść proszku Fiuu w kominek, mruknął "gabinet w lochach" i wszedł w płomienie, prowadząc nauczyciela. Będąc w jego komnacie pozostawił go na łóżku i odszedł. Dyrektorowi wydawało się, że natychmiast zasnął, ale kiedy wyszedł, Snape wyciągnął drżącą ręką z szafki nocnej ruchome zdjęcie. Na fotografii pojawiła się kobieta trzymająca w rękach małego, zaledwie kilkumiesięcznego chłopca. Uśmiechała się do niego i całowała dziecko w czółko. Pod zdjęciem widniał podpis:
Lily & Harry, 30.01.1981
"Chłopiec ma jej oczy" uświadomił sobie i załkał w poduszkę.
- Lily wybacz mi, że cię zawiodłem - powtarzał to zdanie jak mantrę zanim zasnął.