Ostatnia część pierwszego aktu opowiadania.
Akt I
Część trzecia
31 października 1989
Uczta halloweenowa miała się rozpocząć już za kilka chwil. Wielka Sala prezentowała się fantastycznie w blasku tysięcy żółtych świec. Na stołach domów stały wielkie dymiące dynie prezentujące rozmaite - przezabawne lub straszące miny i Severus dałby sobie rękę uciąć, że Filiusa po raz kolejny poniosła fantazja. "Doprawdy... I pomyśleć, że wszystko tylko po to, żeby zaimponować pierwszorocznym", pomyślał zdegustowany. Doskonale pamiętał swój pierwszy rok w Hogwarcie i tak się złożyło, że Flitwick był pierwszym nauczycielem, którego poznał, gdyż prowadził ich pierwsze zajęcia. Siedział wtedy w ławce z Lily. Odepchnął tą myśl jak najszybciej, bo natychmiast przypomniał sobie jak zaledwie dwa miesiące później właśnie w czasie Nocy Duchów miał niebywałą nieprzyjemność obserwowania swojej przyjaciółki wesoło paplającej z Jamesem Potterem przy stole Gryffindoru. Bariery Domów nie był w stanie przeskoczyć. Potrząsnął głową i spojrzał na Harry'ego, który siedział obok niego i z zaciekawieniem przyglądał się małej dyni, z której otworów wylatywała czerwona para. Chłopiec próbował ją złapać i Snape był pewien, że za chwilę strąci swój puchar z sokiem dyniowym, więc intensywniej utkwił w nim swój wzrok pełen dezaprobaty. Harry natychmiast to wyczuł i przestał się bawić. Przy nowym opiekunie, jakim był profesor Snape, bardzo szybko nauczył się, że o ile będzie grzeczny i będzie słuchał poleceń to nie spotka go nic złego. Nikt nie zamknie go w komórce pod schodami ani nie zabroni mu jedzenia. Mistrz Eliksirów był szczerze zdumiony, kiedy wysłuchał tego, jak mugole traktowali małego w domu na Privet Drive i z wrażenia zbił swój ulubiony puchar. Oczywiście wiedział, że mugole nie mają za grosz szacunku do czarodziei, ale nie sądził, że Petunia okaże się być zupełnie bez serca wobec swojego siostrzeńca.
Dumbledore powstał i na sali zapadła cisza. Wszystkie głowy zwróciły się ku niemu i uczniowie w skupieniu oczekiwali wzniosłych słów, ale Severus wiedział, że Albus nie przepuści okazji do pożartowania.
- Moi drodzy, więksi i mali, mili i cali. Dopóki możecie, to wsuwajcie. Smacznego! - zawołał i wystrzelił różdżką pomarańczowe iskry, które rozleciały się po Wielkiej Sali wywołując pisk i najmniejszych. Harry o mało nie spadł z krzesła.
- Potter, natychmiast usiądź - wycedził Snape i zauważył, że niestety jego słowa nie umknęły Minerwie. Nauczycielka zmarszczyła brwi i skierowała swoje spojrzenie na Harry'ego, który sięgał właśnie po gofry z dyniową konfiturą.
- Severusie, jestem pewna, że Harry jest po prostu oszołomiony tym co się dzieje w Hogwarcie. Jest tutaj zaledwie miesiąc.
- Dziękuję Minerwo, jestem świadom tego jak długo opiekuję się chłopcem, ale pozwól, że to ja zadecyduję o metodach wychowania.
- Nie bądź taki poważny. Przecież wiesz, że każdemu z nas bliskie jest dobro Harry'ego. Och naprawdę, jest taki podobny do Jamesa... - urwała widząc złość na twarzy Snape'a. No tak, przypominanie mu, że dziecko, którym się opiekuje jest podobne do jego największego wroga nie było zbyt rozsądne. McGonagall obróciła się w stronę Dumbledore'a i zaczęła rozprawiać na temat zniszczeń, które dzisiejszego poranka wyrządził w jej klasie Irytek.
Severus zwrócił się ponownie ku chłopcu i po raz kolejny przeklął w duchu dzień, w którym zgodził się na przygarnięcie Pottera. Dzieciak miał aktualnie na twarzy dyniowe smugi sięgające czoła. Snape nie wierzył, że taki efekt da się osiągnąć po prostu jedząc. Rozejrzał się niepewnie, sięgnął po swoją serwetę (ta należąca do Harry'ego była pełna okruchów) i szybko wytarł mu buzię. Harry cicho podziękował i zamaszystym ruchem sięgnął po swój puchar. To była zaledwie sekunda i jego zawartość znalazła się na szacie jego opiekuna. Przy stole prezydialnym zapanowała cisza i wszyscy nauczyciele utkwili wzrok w nauczycielu eliksirów, ale ten jednym machnięciem różdżki doprowadził szatę oraz stół wokół Pottera do porządku i wrócił w milczeniu do swojego ananasowego puddingu. Chyba nikt nie uwierzył w spokój Snape'a, ale Minerwa i Filius, którzy siedzieli najbliżej nadal przecierali oczy ze zdziwienia jeszcze przez kilka minut. Tak dziwnej Nocy Duchów nie przeżyli od dawna. Mistrz Eliksirów nie odzywał się już więcej i nie do końca wiedzieli, czy to kwestia tego, że Harry nie sprawiał już żadnych kłopotów, czy po prostu ktoś go podmienił. Nie wiedzieli jednak, że Snape w głębi duszy był wściekły. Jego wściekłość można było zmierzyć, a ta miara wynosiła tyle ile najgłębszy tunel w podziemiach Gringotta. Nie rozumiał, jak dziecko może absorbować sobą tyle uwagi. Jak może sprawiać tyle kłopotów. To fakt, że przez ten miesiąc nauczył się jakoś z nim funkcjonować w swoich lochach nie oznaczał, że już nic go nie zdziwi. Pierwsze dni były bez wątpienia najgorsze, bo chłopak o wszystko go pytał. Kiedy dowiedział się, że będzie spędzał dni pod opieką skrzata domowego, a później rzeczony skrzat - Norby - deportował się przed nim, ze strachu o mało co się nie zesikał. Ten widok wydawał się bardzo zabawny Snape'owi, dopóki nie zrozumiał, że to jego własny dywan by na tym ucierpiał. Z cierpliwością tłumaczył Potterowi, że skrzat będzie go pilnował, aby nic mu się nie stało i w razie potrzeby zamówi dla niego posiłek. Okazało się, że szok dziecka szybko zmienił się w wielką radość i kiedy nauczyciel wracał po zajęciach miał wrażenie, że Norby słaniał się na nogach. Dopóki jednak nie odnotowywał strat w swoich pomieszczeniach był z takiego rozwiązania zadowolony. Młody czarodziej wykazał także oznaki dojrzewania magicznego. Zdarzały mu się sytuacje, w których nadymał ze zdenerwowania przypadkowe przedmioty, ale Snape nie miał okazji być tego świadkiem - przy nim Harry był niezwykle opanowany. Norby był jednak zobowiązany do złożenia raportu z każdego dnia spędzonego z chłopcem, przy czym miał pojawiać się w komnatach Snape'a dopiero po zaśnięciu chłopca. Młody Potter miał dopiero 9 lat i jego opiekun zdawał sobie sprawę, że do tej pory jego magia była tłumiona przez środowisko, w którym dorastał. Co oznaczało nie mniej, nie więcej niż to, że magia chłopca dopiero raczkuje.
Tego wieczoru po powrocie do lochów Harry zdawał się być bardziej zdenerwowany niż zwykle. Z lękiem zerkał na Snape'a, jakby obawiał się, że jego opiekun będzie chciał go ukarać za wypadek z pucharem. Severus westchnął. Zwykle miał do czynienia z dziećmi, które mimo że dokazywały równie często co Potter, to jednak nigdy nie zdawały sobie sprawy z możliwych konsekwencji. Tym różnił się jego podopieczny i Mistrz Eliksirów chyba jeszcze się do tego nie przyzwyczaił. Za kilka dni miał stawić się w Departamencie Magicznych Adopcji, aby dopełnić wszystkich formalności. O ile nie miał już nic przeciwko przygarnięciu chłopca (przynajmniej wewnętrznie) to wciąż rozmyślał, czy chłopiec powinien nosić jego nazwisko. Przy czym, czy tego chciał czy nie, najbardziej za przekazaniem młodemu Potterowi swojego nazwiska przemawiał fakt, że wtedy syn Lily nosiłby jego nazwisko. Syn Lily stałby się jego synem. To powodowało w nim iskrę triumfu nad znienawidzonym Jamesem. "Widzisz głupcze, stanę się ojcem twojego syna", rozmyślał rozkoszując się Ognistą Whisky. Z drugiej jednak strony, gdy wymawiał nową godność syna - Harry James Snape - to czuł, że coś nie gra. Zmieszał się, gdy uświadomił sobie, że pomyślał o Harrym jako o swoim synu.
"Harry Severus Snape... Tak brzmi wyjątkowo dumnie", pomyślał i usnął w swoim ulubionym fotelu.
