Ostatni element Momentów. Dziękuję wszystkim, którzy towarzyszyli Severusowi do tej pory.
Kurtyna w górę!


Akt III
część trzecia

24 grudnia 1989
Tego niedzielnego ranka Severus wstał nieco szybciej niż Harry. Spodziewał się, że chłopiec i tak zerwie się z samego rana z łóżka nie mogąc się doczekać wieczornej wieczerzy. Jednak jako przykładny ojciec musiał zadbać, aby pod choinką znalazło się coś wyjątkowego. Nie musiał, po prostu chciał. Snape otworzył swoją wielką, starą szafę i z najwyższej półki ściągnął duży wiklinowy kosz. Pod pokrywą znajdowało się spore podłużne zawiniątko. Severus wyciągnął je i delikatnie rozłożył na łóżku. W środku znajdowały się trzy nieduże, około sześciocalowe lalki. Właściwie nie były to lalki, a pajace ubrane w czarodziejskie szaty. Jeden z nich był ubrany na zielono, drugi na fioletowo, a trzeci miał błękitną suknię. Severus machnął różdżką i wyszeptał inkantację. Lalki uniosły się, zakręciły fikołki w powietrzu i wylądowały na łóżku jak gdyby nigdy nic. Snape machnął jeszcze raz i znikąd pojawiło się okrągłe zielone pudełko, a pacynki same do niego weszły i zamknęły za sobą pokrywę. Severus wyglądał na zadowolonego. Odstawił pudełko na biurko, a kosz schował na swoje miejsce. W szafie miał ukrytą jeszcze torbę pełną słodyczy z Miodowego Królestwa. Nie chciał rozpieszczać Harry'ego, ale na co dzień nie pozwalał mu jeść zbyt wiele cukierków, więc czuł się usprawiedliwiony. A może doszedł do wniosku, że jednak rozpieszczanie Harrry'ego powinno stać się jego ulubionym zajęciem.
Za sprawą skrzatów domowych kwatery Snape'a stały się bardziej przytulne. On sam nigdy nie zwracał na to uwagi i wręcz zakazywał skrzatom dekorować lochy, ale w tym roku uznał, że odrobina jemioły i bombek nie zaszkodzi. Skrzaty miały jednak nieco inne pojęcie na temat odrobiony ozdób i jego główny pokój zamienił się kilka dni temu w jarmarczny stragan, a na środku pokoju stanęła wysoka, bogato ozdobiona choinka. Już miał się wściec, kiedy to zobaczył, ale wtem Harry wparował do pokoju i z radości zwariował. Wtedy Severus odpuścił. Przypomniał sobie wszystkie swoje smutne wigilie, bez choinek, bez prezentów i bez miłości. Nie chciał tego samego dla syna Lily. Dla swojego syna. Mężczyzna wszedł do salonu i ułożył prezenty pod drzewkiem. Następie skierował swoje kroki do kuchni i ustawił czajniczek na palenisku. Miał ochotę napić się gorącej, domowej kawy i uszczypnąć jeszcze trochę poranka... I wtedy usłyszał dziki pisk dochodzący z salonu. Nie zdziwił się, gdy zobaczył Harry'ego klęczącego na dywanie. Na widok ojca Harry otrzepał się i wstał, ale nadal nerwowo zerkał na pudełko wystające spod choinki.
- Tato, czy to dla mnie? - zapytał patrząc z nadzieją na ojca.
- Oczywiście, że dla ciebie Harry. Ale wolałbym, żeby przebrał się w szaty zanim otworzysz pakunek. Pamiętaj, że dzisiaj idziemy na wigilię. - Harry pokiwał głową przyznając mu rację, ale nadal miał smutną minę. "A niech to twoje metody wychowawcze, Severusie" pomyślał Snape. "Sam będziesz sobie winny, gdy on wejdzie ci na głowę".
- Dobrze, otwórz już prezent. - Na te słowa twarz chłopca pojaśniała i natychmiast skierował się z powrotem do drzewka. Severus uśmiechnął się. Czasami wystarczyło tak niewiele. Chłopiec otworzył wieko pudełka i wstrzymał oddech. Snape miał ochotę mu przypomnieć, żeby oddychał, ale wypuścił z siebie powietrze, gdy tylko pajacyki się podniosły i zaczęły wokół niego tańczyć. Zaczął się śmiać i przesuwać je, a one dostosowywały się do jego ruchów i słów. Snape był świadom, że pewnie nigdy nie zaznał tyle radości i po raz kolejny nawiedziło go uczucie, że powinien zrobić coś więcej dla chłopca. Usiadł na fotelu i obserwował, jak jego syn kieruje magicznymi laleczkami.

Kilka godzin później Harry stał wyprostowany prezentując się w bożonarodzeniowej szacie. Była wykonana z najlepszego materiału, a kołnierzyk i mankiety były intensywnie szmaragdowe. W podobnym tonie pobłyskiwały guziki. Severus wzruszył się widokiem syna, który wyglądał jak mały elegant. Jeszcze raz przeczesał mu włosy i oznajmił, że są gotowi. Powoli szli do Wielkiej Sali, a Harry wykorzystał ten czas, aby zadać mnóstwo pytań, na które Snape cierpliwie odpowiadał. Gdy dotarli na miejsce z ulgą stwierdził, że nie byli pierwsi, ale nie byli też ostatni. Zajęli miejsca po lewej stronie Dumbeldore'a, który siedział u szczytu stołu. Na czas każdej wigilii Flitwick miał w zwyczaju transmutować cztery stoły w jeden, przy którym zbierali się wszyscy obecni w zamku. Severus miał w pamięci lata, kiedy w szkole na ferie zimowe zostawało więcej uczniów. W tym roku przy stole siedzieli tylko Kenneth Towler, Penelopa Clearwater i Nimfadora Tonks. Widok tej ostatniej był dość osobliwy, gdyż zamiast swoich krótkich wściekle czerwonych włosów miała dziś smętne brązowe kosmyki. Tonks nie była zbyt rozgarniętą uczennicą i stopiła już wiele kociołków na jego zajęciach, chociaż Severus liczył na większe zrozumienie swojego przedmiotu ze względu na jej umiejętności metamorfomagiczne. Z tego co pamiętał ten młody Gryfon Towler został uhonorowany przez bliźniaków Weasleyów bulbadoksem. Chłopak miał nietęgą minę i Snape domyślał się, że czyraki nadal mu dokuczają. Znając życie Poppy, która właśnie usiadła obok Minerwy po drugiej stronie stołu, zabroniła mu wyjazdu do domu. Pomona i Filius wesoło gawędzili wymieniając się nowinkami z najnowszego tygodnika "Zdolnego Magika". Przy stole nadal pozostawały jeszcze cztery puste krzesła. Snape spojrzał wymownie na Dumbledore'a, ale ten wskazał mu na drzwi wejściowe, w których stanął właśnie profesor Kettleburn. Stary Silwanus szedł powoli utykając i zajął miejsce obok Filiusa, który co prawda przywitał się z nim grzecznie, ale nie zwrócił na niego większej uwagi. Nauczyciel opieki nad magicznymi stworzeniami nie cieszył się zbytnią sympatią, ale podobnie jak inni nie założył własnej rodziny, więc święta spędzał w Hogwarcie.
- No cóż, chyba możemy zacząć już kolację.
- Albusie, a Aurora i Septima?
- Nie jestem pewien, czy się pojawią, ale znały godzinę rozpoczęcia kolacji. Nie chcę nikogo powstrzymywać od jedzenia. Aurora wspominała z resztą, że być może poleci prosto do domu. Dziś ma być jakaś wyjątkowa faza księżyca. Jeśli chodzi o Septimę... - urwał, gdyż profesor Vector stanęła właśnie w drzwiach.
- Moi kochani, przyszłam się tylko pożegnać. Trzymajcie się gorąco - ucałowała Minerwę i Pomonę. Bardziej oficjalnie pożegnała resztę nauczycieli i uczniów.
- No to chyba naprawdę możemy już zacząć - uśmiechnął się Dumbledore, a na stole pojawiły się smakowite potrawy. Wszyscy zabrali się za jedzenie. Na stole było pełno christmas cracker*. Albus podawał każdemu po kolei duży cukierek i czekał na otwarcie. W środku znajdowały się musy świstusy i pudełka z czekoladowymi żabami. Filius zaczarował aniołki na choinkach, aby śpiewały wesoło kolędy. Atmosfera była radosna i nawet Severus się zrelaksował. Obserwował uśmiechającego się syna i zastanawiał się dokąd mogliby pojechać w czasie tej przerwy świątecznej. Jego myśli, a także przyjemny gwar przerwało otwarcie drzwi. Kenneth z wrażenia wypluł na spodnie cały pudding, który miał w ustach. W drzwiach stała Sybilla Trelwaney. Albus odchrząknął i wstał.
- Sybillo, cieszę się, że uraczyłaś nas swoją obecnością. Proszę usiądź obok mnie. - Minerwa westchnęła głęboko, gdyż miejsce wskazane przez dyrektora znajdowało się jednocześnie obok niej. Nie przepadała za koleżanką z wieży astronomicznej.
- Ach tak, dziękuję Albusie, dziękuję - kroczyła powoli. Z odpowiadającym sobie dramatyzmem zatrzymała się koło Penelopy i wyszeptała:
- Czy twoi rodzice są w podróży?
- Ta-ak - dziewczyna zająknęła się i spojrzała z przerażeniem na nauczycielkę.
- Och tak, och, och - i nie powiedziała nic więcej, odeszła od niej sucho kaszląc. Dziewczyna miała naprawdę przerażoną minę. Flitwick zwrócił się ku niej i zaproponował, żeby razem wyszli wysłać sowę do jej rodziców. Przytaknęła z wdzięcznością. Filius umiał opiekować się swoimi uczniami. Niestety atmosfera przy stole zgęstniała i nawet żarty Dumbeldore'a nie mogły jej uratować. Tylko Trelawney wydawała się niczego nie zauważać. Stół wigilijny powoli pustoszał i kiedy zostali przy nim tylko Albus, Minerwa, Sybilla i Snape z Harrym Mistrz Eliksirów uznał, że czas wracać do swoich komnat. Podziękował za spędzony czas, Harry ucałował profesor McGonagall, która się szeroko uśmiechnęła i wyszli w znakomitych nastrojach. Dyrektor i jego zastępczyni cierpliwie czekali aż Sybilla skończy posiłek. Jadła właśnie trzecią dokładkę sałatki śliwkowej, kiedy upuściła widelec. Minerwa wydała zduszony okrzyk, a Dumbledore wpatrywał się w nią bez mrugania. Miała zamglony wzrok i dziwnie się zgięła na krześle. Cisza, która ich oplatała była nie do zniesienia. Nagle otworzyła usta.
- Zdrajca Czarnego Pana zginie...


31 grudnia 1989
Narcyza Malfoy chodziła niespokojnie po salonie. Jej mąż siedział w fotelu i przeglądał starą zniszczoną księgę. Kobieta wyglądała przez okno i nerwowo gniotła chusteczkę w dłoni. Na zegarze dochodziła godzina dwudziesta trzecia. Lucjusz podniósł głowę i zwrócił się ku kobiecie:
- Narcyzo, już czas.
Kobieta pokiwała niepewnie głową, jakby chciała odtrącić jednocześnie nieprzyjemne myśli. Zabrała ze stołu swoją różdżkę i wyszła z salonu. Za drzwiami usłyszał ciche łkanie i westchnął. "Muszę to zrobić", pomyślał i machnął różdżką. Jego codzienna szata zmieniła się w strój śmierciożercy. Był gotowy na przyjęcie sojuszników. Minęła jeszcze minuta i wokół stołu z trzaskiem zaczęli pojawiać się śmierciożercy. Minęło tyle lat a uszczuplone i tak grono jeszcze bardziej się wykruszyło. Niektórych strach też było już zaprosić. Teraz mógł policzyć ich na palcach. Macnair, Goyle, Carrow i Yaxley.
- Możemy zaczynać Lucjuszu - powiedział Amycus i jakby na znak wyciągnęli różdżki. Malfoy pstryknął palcami i czarna sowa, której nikt wcześniej nie zauważył wyleciała z salonu.
- Już tylko kilka minut... - zaśmiał się złowrogo.

Severus i Harry opanowali salon. Zaciekle budowali stadion qudditcha, żeby Harry mógł sterować pacynkami i organizować im mecze. Stawiali właśnie ostatnią wieżę, gdy do komnaty wleciała mała czarna sówka burząc ich budowlę. Burząc ich spokój. Burząc ich życie. Zrzuciła list prosto na ręce Severusa. Nie miał nawet czasu się zastanowić. Poczuł szarpnięcie w okolicy pępka. Usłyszał płacz dziecka, płacz Harry'ego. Wszystko zawirowało. Nie mógł zebrać myśli. Nie wiedział, gdzie jest jego różdżka. Nagle uderzył stopami o grunt. Nie widział napastników. Zobaczył tylko zielone światło.


* wystrzałowe cukierki z niespodzianką