Witajcie! Oto nowy chapter!

nayakri przepraszam za niezrozumiałe zwroty. Zresztą Was wszystkich. Mam nadzieję, że tym razem tekst będzie bardziej przejrzysty, a jeśli nie to napisz mi ponownie, to zrobię z tym jeszcze coś innego ;D Dziękuję za recenzję.

Mam nadzieję, że rozdział trzeci wyjaśni co nieco i bardziej wprowadzi Was w charaktery bohaterów. Żywię również nadzieję, że spodoba się Wam. Liczę na recenzję i oceną i krytyką! Miłej lektury!

Charlotte~~


Znalazłem go. Wreszcie, po tylu latach znalazłem go. Patrzyłem na jego rozpromienioną twarz oblaną zimnymi promieniami księżyca. Widziałem jak rozpoznaje mnie i radośnie wymawia moje imię. Nigdy nie byłem tak odurzony i szczerze mówiąc chciałem trwać tak wiecznie. Niestety wiedziałem, że syrenie uroki tyle nie działają.
Mimo wszystko, teraz pięć godzin po znalezieniu go, urok dalej nie mijał. Nie wiedziałem jak to możliwe. Widziałem jego drobną postać wpatrzoną w wschód słońca na najniższym pokładzie statku. Przypatrzyłem mu się. Nie zmienił się w ogóle, a z drugiej strony zmienił się całkowicie. Ciała nie miał wychudzonego, ale szczupłe i dobrze umięśnione. Jego twarz była bardziej pociągła i męska. Widać było na niej ślady zarostu. Usta dalej były kusząca różowe i pełne, a nos zgrabny i lekko zadarty. Włosy miał trochę dłuższe i poprzetykane jaśniejszymi kosmykami, jakby wiele czasu spędzał na słońcu, na powierzchni. Świadczyła o tym również opalona skóra. I oczy. Ah, piękne oczy, które śnią mi się po nocach częściej niż on sam. Bardziej niebieskiej rzeczy nie mógłbym znaleźć nawet wyruszając w podróż dookoła świata.
Westchnął, a ja oderwałem od niego swój wzrok i złajałem się mentalnie. Mam co chciałem, teraz trzeba posłuchać rad wszystkich i pomyśleć o ożenku, bo Naruto na pewno nie będzie chciał ze mną zostać na trochę dłużej, jako gość króla. Pokręciłem głową, podszedłem do niego i usiadłem.

- Piękny widok.- spróbowałem nawiązać rozmowę.

- Tak.- odpowiedział marzycielskim głosem.- To mój dom.

Na to stwierdzenie poczułem nieprzyjemny ucisk w klatce piersiowej. A to co? Czyżbym był chory? Spojrzałem na niego i nagle uśmiechnął się i wskazał palcem miejsce w oddali.

- Widzisz to miejsce za tymi dwoma skałami? Tam wpływa się do pałacu.

- Macie pałac?

- Yhm!- potrząsnął energicznie głową i zaczął gestykulować.- Wielki! Cały zbudowany ze złota i pereł. Każdą komnatę przyozdabiają tysiące szafirów i rubinów, bo to ulubione kamienie króla. Przypominają mu o zmarłej żonie i jedynym synu.

- Kim jest wasz król?

- Wielki mędrzec i wojownik. Dzierży złoty trójząb, by kontrolować morza i oceany świata. Ma zaledwie cztery tysiące lat, więc jest stosunkowo młodym władcą. Nazywa się Namikaze Minato.

- Czy ty powiedziałeś cztery tysiące?- zapytałem zszokowany.

- Tak, a co?- spojrzał na mnie dziwnie, ale chyba zrozumiał, bo po krótkiej chwili z jego ust wydało się- Aaaaaa! No racja! Przecież u was czas płynie zupełnie inaczej. My jesteśmy długowieczni. W przeliczeniu na wasze lata król ma około czterdziestu lat.

- A ile ty masz lat?- zapytałem z autentycznym zaciekawieniem.

- Dwadzieścia. Zawsze dziwiłem się dlaczego jesteście mniej wytrzymali od nas, mimo że macie słońce, warzywa, owoce i wszystkie cuda świata w zasięgu ręki.

- To w chwili naszego spotkania miałeś…

- Dziesięć lat.- uśmiechnął się.

- Nie miałem pojęcia, że aż tak długo żyjecie.

- Ohoho!- rozległ się za nami znajomy głos. Zabiję go za przerywanie mi chwili z Naruto, w końcu gdy go znalazłem.- Kimże ty jesteś, czarodzieju, skoro nasz pan i władca przyznaję się przed tobą do niewiedzy!

- Witaj, jestem Uzumaki Naruto.- przywitał się przyjaźnie i podał temu kretynowi swoją smukłą, opaloną dłoń. Nagle zmrużył oczy, a nos zmarszczył mu się uroczo… znaczy jak u dziecka! Nie w innym sensie… Kami-sama o czym ja myślę, chyba kolejna oferta małżeństwa od Orochimaru pomieszała mi zmysły.- Pan i władca?

- Ano! Sasiek ci nie powiedział?- zapytał zdziwiony.

- Nie, nic nie mówił.- dalej miał zmrużone swoje błękity.- A co miał powiedzieć? I w ogóle kim ty jesteś?

- Ach! Gdzież to moje maniery się podziały? A wiem! Pewnie zostały z moją śliczną rudą kochanką w moim domu, w Konosze!- wykrzyczał, patrząc przy tym oskarżycielsko na mnie.

Niech patrzy jak chce, ale nie pozwolę być niegrzecznym dla Naruto, dlatego wstałem i już chciałem mu przyłożyć, gdy nagle blondyn zamachnął swoim długim, błękitnym ogonem prosto w jego twarz, przewalając kretyna na pokład własnej łajby. Wstał, otarł nadgarstkiem krew z przegryzionej wargi i uśmiechnął się diabelsko. W oczach Naruto widziałem niegasnący ogień i ciągłą chęć do kłótni.

- Masz temperamencik.- stwierdził z szerokim wyszczerzem.- Jestem Sui.

- Jakby mnie to obchodziło! Idź stąd zanim skopię ci dupsko! Wiesz jak boli chlast z ogona w inne miejsce?!- wykrzyczał, gotowy do walki. Stwierdziłem, że to najlepszy czas by się wtrącić.

- Odejdź Sui. Rozliczymy się później.

- Ale to on…

- Natychmiast!- lekko podniosłem głos, a on najeżony odszedł. Za to zyskałem delikatny uśmiech od blondyna. Wyglądał nieziemsko. Jest takie słowo? Nie, ale muszę je wprowadzić do słownika, bo pasuje doskonale. Siedział na brzegu burty, ze spuszczonym w stronę wody ogonem. Dłonie opierał o drewnianą podłogę statku i miał przekrzywioną głowę. Wietr rozwiewał jego złote włosy, a skóra lśniła w blasku wschodzącego słońca. Do tego miał ten śliczny, delikatny uśmiech…

- Więc jesteś kimś w rodzaju króla?- zapytał, a ja prawie nie usłyszałem zajęty podziwianiem go. Gdy zorientowałem się co robię, głośno odchrząknąłem i wyprostowałem.

- Od „więc" nie zaczyna się zdania, młotku!- upomniałem, a on walnął mnie po głowie, za co mu oddałem. Roześmiał się.- Tak, zostałem koronowany zaraz po tej katastrofie.

- Czyli jednak twoja rodzina zginęła?- zapytał smutno.

- Nie cała. Ciężarna matka przeżyła.- powiedziałem trochę zbyt ostro. Każde wspomnienie związane z ciążą matki i moją siostrą wywołuje u mnie takie odczucia.- Niestety, mój ojciec i brat zginęli.

- Przykro mi Sasuke,.- spuścił wzrok, ale zaraz uśmiech wrócił na jego wargi.- Na szczęście zdążyłem cię uratować!

- Tak, to było wspaniałe spotkanie.- przyznałem mu rację. Nagle usłyszałem w oddali głośny skrzek. Popatrzyłem na Naruto, ale ten wydawał się być tylko zirytowany. Przyznam, że byłem lekko zdziwiony. Po chwili dźwięk się powtórzył, tylko tym razem głośniej, potem znowu. Już chciałem o niego zapytać blondyna, ale nagle z jego ust wypłynęła bardzo podoba melodia.

- Muszę już wracać.- stwierdzić ze smutkiem.

- Co? Dlaczego?- nie chciałem się z nim rozstawać. Nie chciałem zastanawiać się gdzie mogę go spotkać ponownie i czy w ogóle do tego dojdzie…

- Słyszałeś.- powiedział z goryczą.- Moja niańka dana przez ojca. Właśnie wzywa mnie do domu. Nim ojciec się zbudzi.

- Twój ojciec musi być jakąś ważną personą tam u was.- bardziej stwierdziłem niż zapytałem. Nagle zobaczyłem zmieszanie na jego twarzy.

- Tak. Tak jakby.- potwierdził wymijająco.- Naprawdę muszę już iść, chociaż mam nadzieję, że przyjmiesz mnie przyjaźnie jak przypłynę cię odwiedzić.

- Masz taki zamiar?

- Skoro już wiem gdzie mieszkasz, to spróbuję ci uprzykrzyć życie!- wyszczerzył się, a ja lekko się uśmiechnąłem.

- Tak, niewątpliwie będę cierpiał.

- Właśnie o to chodzi!- zawołał i natychmiast pod nami ukazał się delfin, o bardzo wkurzonym wyglądzie.

To nie była Nami. Ten miał szramę na nosie. Naruto jęknął i wymamrotał przekleństwo. Nagle znów zaczął wydawać te same dźwięki co wcześniej. Tak samo jak delfin. Chyba się kłócili. W końcu blondyn przewrócił oczami i zwrócił się w moim kierunku.

- Sasuke, to Iruka, brat Nami.

- Iruka?- zapytałem lekko rozbawiony.- Banalne.- za to stwierdzenie dostałem od zdenerwowanego delfina wodą z tryskawki prosto w twarz, co bardzo rozśmieszyło Naruto, więc nie wkurzyło mnie w ogóle. Nie, jeśli wywołuje uśmiech na jego twarzy.

- Może i tak, ale go kocham. To on się mną zajmuje.- powiedział, starając ukryć smutek i pogłaskał delfina po nosie.- Naprawdę muszę wracać…

- Ta wizyta to obietnica?- wyciągnąłem dwa palce, by złożyć ją oficjalnie. Była to metoda z mojego dzieciństwa i kojarzyła mi się z bratem.

- Przyrzekam. Czekaj na mnie.- potwierdził złączając swoje palce z moimi. Dał mi ostatni smutny uśmiech i wskoczył do wody. Gdy wstałem i otrzepałem ubranie, zauważyłem że cała załoga patrzy na mnie z otwartymi ustami. Dobra, usiadłem na ziemi i uśmiechnąłem się! Co z tego?! Przybrałem normalny wyraz twarzy i usiadłem na ławce przy burcie.

- Odbijamy! Kurs na Konohę!- zawołałem i pozwoliłem, by wiatr rozwiewał mi włosy. Po raz pierwszy od dziesięciu lat czułem się kompletny.


- NARUTO, JESZCZE RAZ SIĘ PYTAM CO ROBIŁEŚ W TOWARZYSTWIE TEGO CZŁOWIEKA!? – pytał, a raczej darł się na mnie Iruka, już po raz dziesięciotysięczny zadając to pytanie.

- To mój przyjaciel.- odpowiedziałem, tak samo jak poprzednie dziewięć tysięcy dziewięćdziesiąt dziewięć razy. Zwiększyłem prędkość, ale mnie za chwilę dogonił i westchnął.

- Ale to człowiek, Naruto. Wiesz, jacy oni są…- powiedział z troską. Zatrzymałem się gwałtownie i ująłem w dłonie jego płetwy.

- On jest inny. Proszę, Iruka, wiesz, że jestem ostrożny.

- To jest król. Królowie są pazerni i chciwi. Nie chcę by jakiś król zyskał pieniądze i rozgłos tylko dlatego, że byłeś na tyle nierozsądny, by dać się złapać. Poza tym wiesz jak nasz król reaguje na ich rasę od śmierci królowej.

- Tata nie musi wiedzieć!- przeraziłem się.- Jak mu powiesz to nigdy ci nie wybaczę, słyszysz?!

- Spokojnie, nic mu nie powiem. Na razie.- stwierdził i wyrwał z moich rąk swoje płetwy, za które go jeszcze przed chwilą szarpałem. Lekko się skrzywił.

Skinąłem głową i wznowiliśmy drogę do pałacu. Teraz najtrudniejsza część. Jak się prześlizgnąć, by dostać się do komnaty niezauważonym? Na szczęście znam ten zamek od podszewki. Już od wczesnego dzieciństwa wymykam się różnymi ukrytymi tunelami, o których nawet mój ojciec nie ma pojęcia. Użyliśmy jednego z nich i byliśmy przed salą tronową. Na szczęście ojciec jeszcze śpi, więc nie było straży. Ukrywaliśmy się po kątach na korytarzach po drodze do mojej komnaty, by nie zostać zauważonymi. Ojciec zabrania mi wychodzenia samemu po śmierci mamy. Mimo, iż strzegę klucza do Krakena, a w sobie mam jedno z bóstw ziemian- Kuramę, kitsune, który jest trochę niezadowolony z wodnego środowiska, ale dobrze nam się układa. W końcu się z nim dogadałem.
Dotarliśmy do mojej komnaty, pod drzwiami której się rozstaliśmy. Ciężko opadłem na łóżko. Iruka to mój opiekun, przyjaciel i nauczyciel i kocham go ale on nie rozumie pewnych spraw. Może dlatego, że mu nigdy nie mówiłem… Prawda jest taka, że od samego początku wiedziałem, że Sasuke będzie mnie szukał. Nie wiedziałem tylko co nim kieruje. Przez pierwsze dwa lata myślałem, że chce mnie złapać jako zabawkę dla siebie, coś nowego. Poza tym tata mówił mi, że ludzie to potwory, dlatego nie wierzyłem w jego złudny uśmiech. Dopiero po pięciu latach zrozumiałem, że jego intencje są szczere i chciałem się z nim spotkać. Niestety, razem z Jiraiyą wyruszyłem na trzyletni trening na drugi koniec świata, a kolejne dwa lata trenowałem sam z Kuramą. Gdy wróciłem nie wiedziałem czy Sasuke dalej pływa. Jak miłe było moje zaskoczenie, że nie poddał się. Pierwszą i drugą wyprawę przeczekałem, bo nie wiedziałem co mu powiedzieć i jak w ogóle zacząć, mimo że miałem już pewność, że jest dobry. W końcu dziesięć lat to dużo dla człowieka. Dla mnie minęło jak dziesięć dni.
Dzisiejsze spotkanie było przypadkiem. Zdecydowałem, że dam sobie spokój z Sasuke, bo to i tak nie ma sensu. Taka przyjaźń. Dlatego więc popłynąłem z Iruką pobawić się. W końcu on stwierdził, że mam poczekać, bo chce mi coś pokazać. Usiadłem na kamieniu i oglądałem gwiazdy, gdy nagle usłyszałem dźwięk wioseł bijący o taflę wody. Nie odwracałem się. Stwierdziłem, ze czekając na powrót Iruki mogę równie dobrze ochronić pałac, ponieważ to miejsce było bardzo blisko niego, a gdy chciałem moja pieśń mogła hipnotyzować. Dlatego zacząłem śpiewać. Śpiewałem czysto i głośno, by najpierw zwabić ich do mnie. Dopiero później chciałem nałożyć hipnozę. W końcu wyjawili się zza skały a światło księżyca oświetlało ich twarze. To był on z podwładnym. Widziałem jak oczy Sasuke otwierają się szeroko, tak samo jak moje.
Nigdy nie widziałem kogoś tak przystojnego. Miał szeroką, męską twarz z kilkudniowym, czarnym zarostem kontrastującym z kremową skórą. Miał na sobie dziwny kombinezon, ale mogłem stwierdzić, że ciało ma nieźle umięśnione. Później przekonałem się że ma równie wspaniały charakter. Stanowczy, inteligentny i zabawny…
Cieszę się, że nalegał na następne spotkanie. Nie wątpliwie złożę mu wizytę, ale najpierw muszę pozbyć się jednego ważnego aspektu i dlatego pilnie muszę porozmawiać z ojcem. Tylko on może mi pomóc. Położyłem głowę na poduszkę i niemal natychmiast zasnąłem.
Obudziłem się wczesnym rankiem następnego dnia. Wczesnym jak na mnie, bo jeszcze nie było przy mnie Iruki, który darłby się na mnie z tego powodu. Kuso, jestem księciem to chce spać jak książę! To znaczy długo i wygodnie. Z kolei zdaniem Iruki przesypiam życie, z czym zgadza się mój tata nie wiadomo czemu.
No nic. Wstałem z łóżka i przeciągnąłem się. Popłynąłem do toalety gdzie porządnie wyszorowałem ogon i zęby. Przed lustrem postarałem się trochę opanować włosy, ale z powodu wody wszędzie dookoła nie było żadnej możliwości dokonania tego. Wsadziłem w nie swój książęcy diadem. Oczywiście nie taki jak mają księżniczki, ale bardziej męski. Z niewiadomego powodu działa on na ojca zbawiennie i zawsze dostaję to czego chcę. W sensie z tych większych rzeczy bo na co dzień i tak dostaję co poproszę. Wróciłem do sypialni i usiadłem przed toaletką. No co?! Przecież taki piękny i lśniący ogon sam się nie utrzyma, prawda? Zacząłem go woskować, stroszyć, złuszczać i olejkować. Po pół godzinie był wart swojego tytułu „Najpiękniejszego ogona siedmiu mórz". Założyłem jeszcze na biodra, u podstawy ogona, sznur pereł, który niegdyś został podarowany mojej mamie przez tatę. Piękne, rzadkie perły z ruin starożytnej Atlantydy, gdzie tylko król ma dostęp. A właściwie miał, bo teraz trwają tam prace remontowe i Atlantyda ma odzyskać dawną świetność.
Z lekkim niepokojem w sercu płynąłem przez długie korytarze mijając służbę i strażników kłaniających mi się. Nie lubiłem tego. W końcu stanąłem przed drzwiami Sali tronowej, które otworzyłem energicznie po chwili namysłu. Natychmiast popłynąłem w górę olbrzymiego tronu, by być twarzą w twarz z tatą. Jego srogie oblicze, tak podobne do mojego, patrzyło zimno w moje oczy. Stał się taki po śmierci mamy. Już nic nie było takie same. Od tego momentu nie spuszcza ze mnie wzroku.

- Co się stało, synu?- zapytał z lekkim niepokojem w głosie.

-Nic, ojcze.- odpowiedziałem szybko.- Chciałem cię prosić tylko o jedną przysługę.

- Nie uspokoiłeś mnie mój książę, ale dobrze, wysłucham twojej prośby.- chyba nic się nigdzie na świecie nie stało tego ranka, albo nocy, zależy jak patrzysz na strefy czasowe, bo był w dobrym humorze. Postanowiłem zacząć delikatnie.

- Tato, poznałem człowieka.- hmm… to chyba nie było delikatnie sądząc po jego minie i roztrzaskanym na drobny mak szklanym kopułowym sufitem trafionym kulą ognia z jego trójzębu. Dodatkowo mogłem usłyszeć szybki oddech i zgrzytanie zębami. Już nie mówiąc o czerwonej twarzy i zmrużonych niebezpiecznie oczach. Kurwa. Mam przesrane.

- Jak śmiesz wypowiadać to słowo w moim domu!? Jak śmiesz kalać swoje usta słowem tak brudnym, tak skażonym!? Jak możesz nie czuć obrzydzenia do tej rasy?!- krzyczał, rzucając dookoła kule błyskawic. Serio, potrafi być straszny!- Nie wstyd ci przed matką?! Jak możesz przychodzić na grób Kushiny skalany tym odorem?!

- Nie chciałem cię zawieść tato. Ani mamy. Wybacz.- powiedziałem cicho. Miałem nadzieję, że trochę go to uspokoi. A gdzie tam!

- Wstyd? Teraz ci wstyd! Teraz mówisz że jest ci wstyd i nie chciałeś nas zawieść! Jak możesz nazywać się synem Kushiny, jeśli po tym co zrobili jej ludzie ty zadajesz się z jednym z nich?! Przynosisz mi wstyd i hańbę! Nie jesteś godny nazywania się moim synem, Księciem Mórz i Oceanów… Nie jesteś godny noszenia jej pereł…- zakończył cicho, stopniowo od nowa pogrążając się w rozpaczy. Codziennie od szesnastu lat przeżywa jej śmierć. Od nowa, od nowa i od nowa… Przykro mi z tego powodu i ja też tęsknię za mamą, ale ona żyje u mnie w sercu. Za to u taty i w sercu i w mózgu.

- Sasuke jest inny…- wyszeptałem. Ojciec spojrzał na mnie zrezygnowanym wzrokiem ze zmęczonej twarzy. Wyglądał jakby się postarzał o dziesięć tysięcy lat!

- Odejdź Naruto. Odejdź i już nigdy nie poruszajmy tego tematu.- szepnął. Właściwie to nawet nie był szept. Ledwo usłyszałem jego słowa. Posłusznie wypłynąłem z komnaty, pozwalając przeżywać mu 10.10. 1562 roku w rozpaczy.