Jestem! Trochę to zajęło, ale gotowe! Obiecuję, że więcej nie zrobię takiej długiej przerwy ;D Zapraszam do czytania i zachęcam do komentowania!
nayakri jak znajdziesz błędy to śmiało pisz jestem otwarta na sugestie ;D Minato jeszcze nie wie, ale się dowie i mam nawet pomysł jak ;D
Charlotte~~
Ocknąłem się dopiero, gdy słońce chyliło się ku zachodowi. Głowa na moim karku, zresztą jak reszta ciała nigdy nie była aż taka ciężka. Nie mogłem zrozumieć jak ludzie mogą utrzymać się prosto na dwóch nogach, w pionie, mając ciało ciężkie jak waleń. Spróbowałem podnieść głowę, ale tak jak myślałem, nie powiodło się to. Z trudem przekręciłem się na brzuch i spojrzałem na zaczynający się pojawiać Księżyc. Zamknąłem oczy i zacząłem się modlić. Syreny pochodzą od Księżyca. A przynajmniej tak napisane jest w starodawnych księgach. Modliłem się o siłę, by podnieść to ciało i wytrwałość, by dać radę wydostać się z tej wyspy na której się aktualnie znajdowałem.
Po dziesięciu minutach poczułem, że moje ciało wypełniają nowe siły. Powoli podniosłem się na łokciach, a potem, zachęcony sukcesem, na kolana. Zacząłem szybko oddychać. Mimo wszystko, te ruchy kosztowały mnie prawie cały zapas, który dostałem od Księżyca. Niepewnie napiąłem lewą nogę, a prawą wysunąłem w przód. Po chwili zrobiłem podobnie z lewą i stanąłem. Chwiałem się na boki, ale stałem. Teraz czekała mnie najtrudniejsza część – chodzenie. Ale z drugiej strony to nie może być aż takie trudne. Przecież ludzie robią to cały czas. Poza tym widziałem Sasuke, gdy chodził. Niemożliwe, by było trudne! W końcu jak może taki drań, to ja tym bardziej dam radę!
Jakże się myliłem! Prawie do świtu ćwiczyłem chodzenie, by przejść kawałek prostej drogi bez przewracania się. Ale cóż, słyszałem, że nawet ludzki narybek na początku uczy się chodzić. Gdy słońce wzeszło, nadal nie byłem gotowy do wskoczenia do wody. Wciąż pamiętałem jak moje nogi nie mogły sobie poradzić z naporem wody. Nie były odpowiednie. Usiadłem zrezygnowany na piasku, zastanawiając się, jak uda mi się dostać na ląd, do Sasuke. Nagle zobaczyłem w oddali wieloryba. Pomyślałem, że można spróbować się z nim porozumieć. W końcu oddałem ogon i moce, a nie część mózgu odpowiedzialną za języki obce.
Tak szybko jak mogłem, podszedłem do brzegu, zanurzyłem głowę w oceanie i zawołałem mojego grubego, morskiego kolegę. Na szczęście posłuchał mojego wezwania i po niedługim czasie siedziałem na jego grzbiecie płynąc do Konohy.
Zeskoczyłem z mojego nowego przyjaciela, dziękując mu za przejażdżkę i utrzymywanie mnie i grzbietu ponad wodą. Rozejrzałem się po plaży i zrozumiałem, że jestem na tej samej plaży co lata temu, tylko bardziej zaśmieconej. Głównie były to szczątki jakiegoś statku. Zauważyłem w oddali lustro, więc podszedłem do niego obejrzeć moje nogi. Były cudowne. Zgrabne, mało owłosione i, najważniejsze, nie miały łusek! Spojrzałem wyżej i zauważyłem, że jestem nagi. Musiałem czymś się okryć, ale nie wiedziałem czym. Na moje szczęście, oprócz lustra i drewna z rozbitego statku, został też żagiel. Porwałem go na kawałki i zrobiłem prowizoryczne okrycie, które ludzie nazywają spódnicą. Bardzo zadowolony z siebie ruszyłem w stronę bramy, którą dostrzegłem. Powoli wsunąłem się do środka i oniemiały rozejrzałem się dookoła. To miejsce było zachwycające! Prawie jak moje ogrody w pałacu, tylko bardziej zielone, kolorowe i zniewalające! I ten zapach! Ciężki, mdły, ale cudownie słodki zapach tych kolorowych wodorostów, wystających z ziemi. Spróbowałem jeden zerwać, ale ukuł mnie swoimi jadowitymi kolcami. Mam nadzieję, że nie była to śmiercionośna trucizna. Spojrzałem na mój zraniony palec i włożyłem go do ust, krzywiąc się lekko. Za wielkim zdrewniałym wodorostem ze zwisającymi z niego innymi, mniejszymi, dostrzegłem kamienną drogę. W moim pałacu takie drogi prowadzą do wejścia, więc zapałałem nowym entuzjazmem! Przyspieszyłem i stanąłem przed wielkimi schodami. Po dłuższej chwili udało mi się je pokonać, ale pojawił się nowy problem. Przed wielkimi, złoconymi, drewnianymi drzwiami stały straże. Strażnicy nie różnili się zbytnio od tych w Uzu, ale wątpię, że wpuściliby mnie do środka gdybym przedstawił się jako książę, syn króla podwodnego królestwa. Poza tym Sasuke nic nie wie o moim tytule oraz pochodzeniu i wolałbym, by tak zostało. Podszedłem do nich spokojnie i poprosiłem o wpuszczenie mnie, jednak oni spojrzeli na mnie z obrzydzeniem, pojmali mnie i zakuli w kajdany.
- Wypuście mnie!- Zacząłem się wyrywać.- Znam Sasuke! Chcę się z nim spotkać!- Krzyknąłem, ale za chwilę zostałem uciszony przez ciężką pięść, lądującą na mojej twarzy. Czułem krew w ustach i mroczki przed oczami.
- Jak śmiesz wymawiać jego imię, włóczęgo?!- Zagrzmiał pełen oburzenia głos jednego ze strażników.
- Nie masz prawa nawet czyścić butów królowej matki, nie mówiąc już o samym królu!- Dodał wściekle drugi.
- On mnie zna!- Upierałem się, za co jeszcze raz zostałem uderzony.
- Śmieciu!- Krzyknął pierwszy, podczas ataku.
- Wystarczy Horacy! Zabierzemy go do generałów!
- Tak, może od razu wywalą go na zbity pysk!
Zaciągnęli mnie do wnętrza zamku i prowadzili przez labirynt korytarzy. Zdziwiłem się, że mimo iż to pałac, jest tak mało zdobiony. W Uzu sufit każdego z korytarzy był pokryty złotem lub platyną. Może mają inny gust? Wzruszyłem mentalnie ramionami. Zostałem wepchnięty przez wielkie dwuskrzydłowe drzwi do komnaty z ogromnym stołem na środku i ludźmi otaczającymi go. Na stole leżała jakaś mapa, na niej stały figurki, a Shikamaru, człowiek którego poznałem przez Sasuke, przesuwał te figurki w różne strony jakimś patykiem. Nawet gdy usłyszał, że ktoś wszedł, nie podniósł głowy i dalej tłumaczył coś ludziom dookoła. Do nas podszedł jeden z generałów, przynajmniej tak mi się wydaje po pozdrowieniu strażników skierowanym do niego. Żołnierz spojrzał na mnie nieprzychylnie i poprosił o wyjaśnienie sprawy.
- … i właśnie tak wygląda sprawa, sir!
- Rozumiem.- Generał potarł w zamyśleniu brodę.- Wydaje mi się, że noc w lochach nauczy tego dzieciaka szacunku. Potem wypuścicie go za murami pałacu.
- Nie, proszę!- Zacząłem, ale strażnicy zaczęli mnie siłą wyciągać z pomieszczenia. W końcu, w akcie desperacji krzyknąłem.- Shikamaru! Shikamaru, powiedz, że wiesz kim jestem!
W sali zapadła cisza. Strateg w końcu podniósł głowę i gdy mnie zobaczył, w szoku szeroko otworzył oczy. Wiedziałem już, że jestem uratowany. Może jednak nie będę wyrzucony! Obok niego dostrzegłem Suigetsu, który patrzył na mnie w czystym przerażeniu. Szepnął coś do Shikamaru no co ten skinął twierdząco głową i wybiegł w pośpiechu.
- Półgłówki! Co wyście z nim zrobili?!- Wydarł się na nich, podbiegł do mnie i przyjrzał mojej twarzy.
- Shikamaru-sama! Nazywał króla po imieniu i próbował wedrzeć się do pałacu! Nawet śmiał twierdzić, że zna jego wysokość!
- Może dlatego, że zna!- Znowu krzyknął, ale szybko się opanował.- To jego bliski przyjaciel. Módlcie się, by król był w dobrym humorze inaczej obaj zapłacicie głową. A teraz odejdźcie zanim was wsadzę do lochu!
- Hai!- Odpowiedzieli i uciekli w popłochu. Spojrzałem na szatyna z wdzięcznością.
- Dziękuję. Wyrzuciliby mnie z pałacu, gdyby nie ty.
- Nie ma za co. Jesteś gościem króla. Należy ci się szacunek.
- Mimo wszystko dzięki!- Wyszczerzyłem się do niego.- Mogę się spotkać z Sasuke?
- Oczywiście, za chwilę cię zaprowadzę.- Powiedział i odwrócił się ponownie do ludzi przy stole, słuchających nas z zaciekawieniem.- Na dzisiaj koniec planowania. Przemyślcie strategie, które opracowałem i wybierzcie najlepszą. Wracajcie do obowiązków.
Żołnierze z niechęcią wymalowaną na twarzach opuszczali pokój, ale wyglądało na to, że nie chcieli się sprzeciwiać Narze. Najwyraźniej był wyżej od nich i odpowiadał od razu do króla. Zwrócił się do mnie i przyjrzał mi się. Skrzywił się lekko i oznajmił, że przed spotkaniem Sasuke muszę się przebrać. Po dziesięciu minutach byłem gotowy.
- Zabiorę cię teraz do prywatnego salonu króla, gdzie się z nim spotkasz.
- Oczywiście!- Krzyknąłem w podekscytowaniu. Nie mogłem się doczekać, że go zobaczę!- Nie chcesz wiedzieć jak zdobyłem nogi?
- Wszystko wyjaśni się na spotkaniu. Chodźmy.
- Nie sądzę, że audiencje dzisiaj także są potrzebne, Kakashi. W końcu wczoraj wysłuchiwałem wniosków, aż do wieczora.
- To było za mało czasu, panie! Przyjmowałeś wczoraj w większości arystokratów, a zwykła ludność także ma problemy!
- Tak się złożyło, że akurat najbogatsi byli w kolejce pierwsi. Nie moja wina Kakashi. Przejdźmy się po ogrodach, chcę wybrać kwiaty do przyozdobienia komnaty matki.
- Tak, królowa je kocha.
- Owszem, oprócz Nami i mnie są jej jedyną radością od śmierci króla.- Powiedziałem obojętnie. Mimo wszystko martwiła mnie jej apatia i aspołeczność. Miałem nadzieję, że coś się zmieni tyle lat po katastrofie, ale jest tak, jakby była ona wczoraj. Niestety, nie mogę wymagać od niej by zapomniała o ukochanym mężu.
- Wszyscy poddani ją kochają i wspierają. Zresztą tak samo jak ciebie i księżniczkę.
- Wiem. Są dobre nastroje w królestwie, chwała Woli Ognia. Mizashi-san!- Zawołałem do ogrodnika, którego dostrzegłem kątem oka. Zatrzymał się natychmiast.
- Panie.- Pokłonił się, a ja skinąłem głową.
- Chciałbym, byś przygotował kwiaty do sypialni królowej.
- Wedle rozkazu. Jakich mam użyć tym razem?
- Białe tulipany, niebieskie róże, niezapominajki i konwalie.
- Będzie trudno z tymi ostatnimi. Nie ich sezon.
- Nie ma w szklarniach?
- Mogę sprawdzić, ale nie robiłbym sobie dużych nadziei na twoim miejscu, królu.
- Sprawdź, jeśli faktycznie nie będzie użyj innych, ale także białych.
- Oczywiście, wasza wysokość.- Ukłonił się ponownie i odszedł.
- Wracamy do zamku? Myślę, że omawianie strategii przeciwko Otogakure nie będzie trwało jeszcze długo.
- Jestem tego samego zdania.- Stwierdziłem i poszliśmy w stronę wejścia do pałacu. Weszliśmy po marmurowych schodach i stanęliśmy przed złoconymi drzwiami. Zmarszczyłem brwi i odwróciłem się do Kakashiego, by zobaczyć tak samo zdziwiony i zdezorientowany wyraz jego twarzy jak mój.- O co chodzi? Dlaczego nie ma strażników?
- Nie mam pojęcia, mój panie. Jeszcze nie pora na ich przerwę.
- Masz sprawdzić co się dzieje zaraz po naszym spotkaniu z Shikamaru.
- Oczywiście.
Weszliśmy w główny korytarz prowadzący do sali tronowej i skręciliśmy w prawo. Nagle zatrzymałem się w miejscu słysząc irytujący głos, zwiastujący bliską migrenę.
- Oooooi! Saaaaaaasukeeeee! Czeeeeeekaj!- Wrzasnął z końca korytarza i przybiegł do mnie. Stanął zdyszany z mniej niż zawsze głupkowatym wyrazem twarzy, z czego wywnioskowałem, że stało się coś poważnego. Dałem mu złapać oddech i zażądałem wyjaśnień.
- Noooooo więc…- Zaczął przeciągać, a mi żyłka na szyi zaczęła niebezpiecznie pulsować.
- Gadaj wreszcie!
- No bo jest taka sytuacja, że spotkanie zostało przerwane.
- Dlaczego i przez kogo?- spytałem lodowatym tonem. Kimkolwiek był intruz, nie ujdzie mu to płazem. Nie przerywa się ważnego spotkania dowódców armii, bez ważnego powodu.
- No właśnie, widzisz, eeeee…- Zaczął się plątać, a ja próbowałem pozostać spokojny.- Przez Naruto…
- Naruto!- Wykrzyknąłem, zapominając o złym nastroju sprzed sekundy. Jednak przyszedł! Ale nagle zdałem sobie sprawę, że przecież nie mógł przyjść.- Wyjaśnij!
- No bo widzisz, teraz on ma teraz nogi…
- Nogi…- powtórzyłem zdumiony. Uświadomiłem sobie, że teraz nie będzie przeszkód by pokazać mu wszystkie piękne rzeczy, które mogą istnieć tylko na lądzie. Uśmiechnąłem się lekko i pośpieszyłem do salonu, gdzie miałem się spotkać z Shikamaru. Zakładałem, że tam na mnie czekają. Nie zwracałem na wołającego mnie panicznie Suia. W głowie miałem tylko blondyna. Znaczy do czasu, kiedy ten kretyn zagrodził mi drzwi do salonu.
- Przepuść mnie!
- Nie! Sasuke musisz coś wiedzieć zanim tam wejdziesz!
- Dowiem się, gdy wejdę!
- Musisz wiedzieć teraz!- Krzyknął, a w jego oczach było widać desperację. Ewentualnie mogę, go wysłuchać, ale lepiej żeby było to wystarczająco ważne by opóźniać moje spotkanie z Naruto!
- Streszczaj się.
- Musisz wiedzieć, że Naruto się tutaj pojawił ubrany w jakąś szmatę, najpewniej znalezioną na brzegu.
- To logiczne, w końcu dopiero co wyszedł z morza.
- Taaaak. Ty to wiesz, Kakashi to wie, Shikamaru i ja też to wiemy. Niestety nie strażnicy dla których był zwykłym włóczęgą, mówiącym o „Sasuke" i twierdzącym, że go zna.
- Taak?- Niebezpiecznie zmrużyłem oczy, czując w tym jakiś kruczek. Niezbyt przyjemny.
- No widzisz, nie potraktowali go zbyt miło. Najpierw go zakuli w kajdany, a potem przeciągnęli przez pół zamku na spotkanie. Tam prawie wrzucili go do lochu i wygnali z pałacu.
- Coś jeszcze?- Zapytałem spokojnie, chociaż czułem w sobie wzrastający gniew. Miałem ochotę kogoś zabić. A najlepiej dwóch strażników. Brutalnie i boleśnie.
- No, tak jakby…- Powiedział cicho.
- Mów!- Syknąłem przez zaciśnięte zęby.
- No jeszcze zanim go zakuli, to go trochę, tak jakby pobili.- Powiedział szybko i zniknął z zasięgu mojego wzroku, czy pięści, zanim zdążyłem przyswoić sobie informacje.
Naruto pobity? Mój gość, Naruto, pobity? Znajduję się w jakimś alternatywnej rzeczywistości? Zanim zdążyłem pomyśleć co robię, prawie wyważyłem drzwi do salonu, gdzie ujrzałem Naruto siedzącego na kanapie. Naruto w pięknych szatach wyglądającego jak anioł. Naruto z sinym okiem i rozciętą wargą. Podbiegłem do niego i dotknąłem zasinionego, pięknego, błękitnego jak zawsze oka. Spojrzałem na niego w przerażeniu i delikatnie pogłaskałem opuchliznę. Wtedy złapałem go za dłoń i usiadłem obok niego.
- Przepraszam, Naruto.- Powiedziałem cicho, patrząc mu ciągle w oczy. Nawet nie zauważyłem oburzonego sapnięcia Kakashiego czy chichotu Suia.- Proszę, wybacz mi takie traktowanie. Obiecuję, że strażnicy zapłacą za to najwyższą cenę.
- Nie przepraszaj, Sasuke.- Uśmiechnął się do mnie.- To nie twoja wina. W końcu nie było cię tam.
- I tak czuję się winny.
- Nie musisz, jest wszystko dobrze.
- Nie jest, ale mam nadzieję, że do końca twojego pobytu wyleczysz zranienia.- Powiedziałem z troską, już mając w głowie cały plan opieki nad Naruto. Przecież to nie dziwne, że dbam o przyjaciela, prawda? Tym bardziej, jeśli tym przyjacielem jest blondyn.
- Nawet szybciej! Moje rany leczą się trzy razy szybciej niż normalne!
- Cieszę się.- Uśmiechnąłem się lekko, uspokojony.- Chodź, pokażę ci pałac i królestwo.
