2. Piątek – Koniec Świata
Osobówka zderzyła się z tirem. Kilkanaście samochodów stało w korku, czekając na oczyszczenie jednego z największych skrzyżowań w Petersburgu. Co jakiś czas rozbrzmiewało wściekłe trąbienie klaksonów. Lilia siedziała na tylnym siedzeniu, zaś Yakov z Jurijem – z przodu. Odziany w złoty sygnet palec Feltsmana nie przerywał gniewnego stukania w skórzane obicie kierownicy. Palce Plisetskiego miały wyraźny problem ze wstukaniem numeru na ekranie dotykowym nowiuteńkiej komórki.
„Pancerna Komórka" – właśnie tak nazwał ją sprzedawca. Twierdził, że to sprzęt absolutnie niezniszczalny, „tak, proszę pana, nawet w rękach osoby, która regularnie ciska nim o podłogę". Zresztą, gdyby okazało się, że jest inaczej, po trzech dniach zawsze można było oddać. Jurij nie omieszkał wykorzystać swoich trzech testowych dni, ciskając cudownym telefonem w co tylko mógł – między innymi w ścianę, słup drogowy, tyłek Nikiforova, taflę lodowiska, telewizor, wannę i pralkę. Lilia chciała wierzyć, że robił to, by upewnić się, że go nie oszukano… Jednak w głębi serca wiedziała, że czynił to z tego samego powodu, co zwykle (zostania wkurwionym przez kogoś lub coś). Cóż, dobre chociaż to, że komórka przetrwała, a Lista Powodów do Wkurwu Yakova zmalała o podpunkt wymieniania Plisetskiemu ekranu co pięć minut.
- Noż kurwa, długo jeszcze?! – Feltsman zatrąbił na stojącego z przodu tira, jakby w nadziei, że ten przedrze się przez zablokowane skrzyżowanie niczym radziecki czołg.
- Musisz być cierpliwy! – z prawej zaśpiewał zmysłowy głos. – To klucz do sukcesu!
Jurij z Yakovem szarpnęli głowami w stronę źródła dźwięku.
- Nie, kurwa, to niemożliwe! – zawyli jednocześnie. – Dlaczego musieliśmy stanąć właśnie tutaj?!
Gwoli ścisłości, ich sąsiadem był duży sklep z elektroniką. Na wystawie stało kilkanaście pokaźnych telewizorów i ktoś wpadł na genialny pomysł, by w każdym z nich puścić reklamę z Viktorem Nikiforovem. Jedną i tę samą reklamę. Cały czas.
Z nieschodzącym z twarzy uśmiechem w kształcie serca, srebrnowłosa legenda łyżwiarstwa promowała Totolotka.
- Nie myśl o tych, którzy są przed tobą! – Viktor uniósł palec wskazujący. – Myśl o tym, że zaszedłeś daleko!
Yakov zagotował się ze złości. Wyglądał, jakby był o krok od wyrwania kierownicy.
- No ja pierdolę! – Jurij obdarzył telewizory kolejnym wkurzonym łypnięciem. – Jakby mi nie wystarczyło, że muszę oglądać jego pierdoloną gębę codziennie na lodowisku…
- Jeszcze wieszają go, kurwa, nad sklepem! – zgrzytając zębami wycedził Feltsman.
Rzeczywiście. Kilku facetów stało na rusztowaniu i próbowało przykleić do budynku gigantyczny plakat z Nikiforovem – tym razem półgołym, z pianą na głowie, reklamującym jakąś ekskluzywną markę szamponu.
Innymi słowy – cierpliwość Yakova i Jurija wisiała na włosku. Gdyby w pobliżu kręciła się jakaś pogodynka, to zapowiedziałaby wysokie prawdopodobieństwo gównoburzy. Miałaby rację.
Chociaż przez chwilę wydawało się, że jednak zaświeci słońce.
Usunięto część poobijanych samochodów i wszystko wskazywało na to, że korkowa gehenna wkrótce się skończy. Zaś Plisetsky zupełnie nieoczekiwanie wydał radosne westchnienie – jakby wydarzyło się coś, co mogło zamienić jego spitolony dzień w diabelnie udany i radosny dzień. Lilia odruchowo zerknęła nastolatkowi przez ramię.
Na ekraniku komórki widniała wiadomość od Otabka:
Cześć, Jura! Znalazłem bardzo tanie bilety lotnicze do Petersburga. Miałbyś coś przeciwko, gdyby wpadł do ciebie w sierpniu? Możemy wypożyczyć motor i gdzieś razem pojechać. Będę czekał na info. Jak najszybciej daj mi znać!
Policzki Jurija uroczo poróżowiały. Chłopak wyciągnął drżący palec, by odpisać… ale wtedy wydarzyło się TO!
Pewien motocyklista zgrabnie przemykał między samochodami, nic sobie nie robiąc z zazdrosnych spojrzeń kierowców. Przejeżdżał akurat obok pojazdu, który stał tuż za Yakovem, gdy…
- I nie zapomnijcie o nagrodzie pocieszenia! – z kilkunastu ekranów zawołał Viktor Nikiforov. – Nowiuteńki Harley Davidson! Cudeńko na dwóch kółkach! Ach, ta klasa… ta prędkość! Czeka na wszystkich szczęśliwców, którzy trafią pięć cyfer…
Motocykliście aż pociekła ślinka. Nieszczęśnik zagapił się na hipnotyczny uśmiech srebrnowłosej legendy łyżwiarstwa, doprowadzając do najgorszego łańcucha zdarzeń, jaki można było w tej sytuacji wymyślić.
Wszystko wydarzyło się w niecałe dziesięć sekund.
Motor przygrzmocił w zderzak Feltsmanowej Toyoty tak mocno, że pasażerów poderwało do przodu. Pancerna Komórka wypadła właścicielowi z ręki, pomknęła jak pocisk, w widowiskowy sposób przebiła przednią szybę samochodu i poturlała się pod koła tira. Oczywiście tir wybrał akurat ten moment, żeby ruszyć – bez trudu zmiażdżył Pancerną Komórkę swoim kilkutonowym cielskiem. Tymczasem feralny motocyklista pofrunął kilka metrów do przodu i uderzył w pręty rusztowania, a stojący na nim ludzie upuścili najpierw puszkę z klejem, a potem plakat z Nikiforovem. Oba spadły prosto na maskę samochodu Yakova.
- Łał! – ucieszył się Viktor z reklamy. – To dopiero było coś!
Ano, było.
Ukochane auto Feltsmana z rozbitym zderzakiem i rozwaloną szybą.
Niezniszczalna komórka Plisetskyego zniszczona przez tira i tym samym zupełnie niezdatna do wysłania Otabkowi odpowiedzi.
Wreszcie wisienka na gównotorcie w postaci Nikiforova, „tej, kurwa, gnidy odpowiedzialnej za wszystkie chujostwa tego świata", pokazującej klatę i szczerzącej durną mordę z maski samochodu i komentującej całe zajście zza szyby sklepu elektronicznego.
Lilia miała kilka momentów w swoim życiu, które określała mianem „traumatycznych" – to właśnie było jedno z nich. Wiele się spodziewała po swoim uczniu oraz byłym mężu, ale nawet w najgorszych koszmarach nie wyobrażała sobie, że dostarczą jej aż tylu powodów do wstydu! Na litość boską! Ktoś mógłby zostać wychowanym przez dresiarzy, chodzić do więzienia zamiast do szkoły i skończyć studia w burdelu, a wciąż nie zabłysnąłby takim słownictwem jak Yakov z Jurijem w tamtym konkretnym momencie…
- TY CHOLERNY MAŁY ZASRAŃCU, TY PIERDOLONY NOSICIELU GÓWNA Z DUPĄ ZAMIAST GŁOWY, NIECH NO CIĘ TYLKO, KURWA, DOPADNĘ, A BĘDZIESZ POPIERDALAŁ PO MIEŚCIE TRANSPORTEM DLA CHUJOPODOBNYCH!
- TY OBSRANY GÓWNEM DAWCO OGRANÓW, POPIERDALAJĄCY NA PIZDOMOTORZE, JA CI, KURWA, TAK WYJEBIE, ŻE BĘDZIESZ JAK PEDAŁ PO MIESIĄCU ORGII Z KOLCZUGĄ W DUPIE ZAMIAST CHUJA!
I tak dalej i tak dalej, a do tego jeszcze rzucanie różnymi przedmiotami, i rękoczyny, i wydzwanianie do mafii, i obietnice niechybnej śmierci, i Lilia miała ochotę gdzieś się ukryć, ale nie miała pojęcia gdzie, i ludzie się gapili, i Yakov w pewnym momencie chyba zgubił sztuczną szczękę, ale podniósł ją i klął dalej, i Juraczka chyba niechcący wyrwał kawałek chodnika, ale to raczej nie było niechcący, i dobrze, że ludzie go powstrzymali, bo chyba by kogoś zabił, i w powietrzu wciąż latały kurwy, zresztą nie tylko kurwy, i o matko, o Boże, jeżeli Koniec Świata miał tak wyglądać, to chyba lepsze byłoby jednorazowe pierdolnięcie atomówki!
Tak, to była masakra.
XXX
Po powrocie do domu, Lilia zdecydowała, że miarka się przebrała! Tak dalej być nie mogło! W tym domu będą musiały zajść bardzo poważne zmiany, bo inaczej… cóż, lepiej dla Yakova i Jurija żeby „inaczej" nie nastąpiło.
Winowajcy zostali wezwani do salonu i posadzeni na kanapie. Groźnie wyglądająca Pani Domu stanęła nad nimi ze skrzyżowanymi rękami i spojrzeniem, które mogłoby zamrozić piekło.
- Musimy poważnie porozmawiać – zagrzmiała.
Feltsman i Plisetsky wpatrywali się w nią z zaniepokojonymi minami. W końcu Jurij przełknął ślinę.
- O ja pierdolę – wydukał przerażonym głosem. – Umierasz?!
Yakov poruszył się niespokojnie. Lilia jedynie uniosła brew.
- Nie, Juriju Michajłowiczu, w najbliższym czasie nie wybieram się na tamten świat. Moje ciało jest zupełnie zdrowe. Tylko moje wewnętrzne Ja cierpi z powodu karygodnego zachowania pewnych osób.
- O kurwa, ale chyba nie wyjedziesz tak jak Mila i Georgi?! – zaniepokoił się Jurij.
- Tylko, kurwa, nie to! – jęknął Yakov.
- Nie ma takich okoliczności, w których szerzące się chamstwo i brak kultury mogłyby mnie zmusić do opuszczenia miasta – dawna Prima Balerina wyniośle uniosła podbródek.
Jej towarzysze odetchnęli z ulgą.
- No to o co, kurwa, chodzi?
Baranowska zacisnęła zęby.
- „O co chodzi"? – powtórzyła gniewnie. – „O co CHODZI"?! Macie czelność używać takiego słownictwa i jeszcze pytać, o co mi chodzi?
Jurij przewrócił oczami.
- A nie można by tak, kurwa, po ludzku? – zapytał ze szczyptą irytacji.
- Nie czytamy, kurwa, w myślach – zawtórował mu Yakov.
Uszy Lilii mogłyby odpaść od takiego natłoku przekleństw. Mogłyby – gdyby nie były na stałe przytwierdzone do reszty ciała. Baranowska wciąż nie mogła uwierzyć, że pozwoliła swoim mężczyznom tak się rozbestwić – jeszcze tydzień temu pilnowali, by nie rzucić w jej obecności nawet niewinnej „cholerki". A teraz?! Kurwa za kurwą! Jak to się stało? Co się zmieniło?!
Aha, Japończyk wyjechał.
- Jesteście elitą Sportowej Rosji, a zachowujecie się jak jaskiniowcy, którzy trzy tysiące lat temu sunęli po skandynawskich jeziorach z kośćmi zwierząt przytwierdzonymi do butów! – wysyczała Lilia. – Wysławiacie się z gracją średniowiecznego motłochu! Gdy w grę wchodzą kultura osobista i dostojeństwo, stoicie w rankingu niżej od biegających z kałachami tępych żołdaków… niżej od Prezydenta i jego piesków na posyłki… niżej od młodzianów z kolorowymi włosami, którzy biegają po osiedlach i malują na murach nędzne karykatury sztuki… niżej od kloszardów… niżej od Amerykanów, a nawet… oooo, tak, Yakov, nawet niżej od Wronkova!
Feltsman prawie spadł z kanapy.
- N-nie wiem, o co chodzi, ale bardzo bym prosił, by nie porównywać mnie do Wronkova!
Z ust Baranowskiej wyszedł szyderczy śmiech.
- Aha! Teraz to brzmimy elegancko! Nieprawdaż, Yakovie Stanisławowiczu? Padło magiczne słowo „Wronkov", więc używamy zwrotu „bardzo bym prosił", zamiast obrażać obecność kobiety zwielokrotnieniem wyrazów na „k"?!
- Czy ktoś, do pierdolonej cholery, mógłby mi wytłumaczyć, o co chodzi? – z dłonią przyciśniętą do skroni zażądał Jurij. – Bo zgubiłem się gdzieś pomiędzy kałachami i Prezydentem…
Zwrot „do pierdolonej cholery" podziałał na Lilię jak czerwona płachta na byka.
- Jak widać częste użycie wulgaryzmów powoduje śmierć neuronów! – warknęła. – Bo tępota jest chyba jedynym wyjaśnieniem, dlaczego jeszcze nie zrozumieliście, o co chodzi. Nie pozostaje mi nic innego, niż tylko powiedzieć wprost. Od tego dnia w tym domu będzie obowiązywał bezwzględny zakaz przeklinania!
- Że co, kurwa, będzie obowiązywało? – Plisetsky wybałuszył oczy.
- To, co słyszałeś, Juriju Michajłowiczu! Od dzisiaj ty i Yakov nie przeklinacie.
Zapadła głucha cisza. Jurij z Yakovem mieli miny, jakby poinformowano ich, że lecą na księżyc. Spojrzeli na siebie, potem na Lilię, znowu na siebie, jeszcze raz na Lilię… i chyba wciąż nie załapali.
- W jakim sensie? – zapytał w końcu Feltsman.
- W dosłownym, Yakovie Stanisławowiczu.
- Czyli w jakim?
- TAKIM, że od tego dnia nie będziesz używał słowa na „k".
- To znaczy, którego dokładnie słowa mam nie wypowiadać?
- Noż KUUUURWA, nooo...! – Jurij wzniósł ręce ku niebu. – Na tym etapie to nawet JA zajarzyłem!
Cóż, dobrze, że chociaż on – wzdychając, pomyślała Lilia. – Szkoda tylko, że informując nas o tym, UŻYŁ rzeczonego słowa.
- Yakov, ty weź, kurwa, połknij jakieś tabletki na starzenie się – fuknął Plisetsky. – Przecież to oczywiste, że skurwisłowem jest „Katsudon"!
Po zderzeniu z neologizmem „skurwisłowo" mentalność Lilii prawie puściła pawia z wrażenia. Natomiast Yakov ocknął się jak Newton po zostaniu zdzielonym przez jabłko.
- O ja pierdolę, Juraczka, masz rację! W ogóle nie wspominajmy o tym przeklętym Japończyku! Przecież to niepotrzebny powód do stresu…
- No właśnie, kurwa! Tylko się niepotrzebnie wkurwimy! Doskonały pomysł, Lilia!
- Właśnie, Lileczka, zajebisty pomysł! Musimy jakoś przetrwać ten trudny okres, dopóki kochaś tego… ugh… dopóki Wiadomo Kto nie wróci z Japonii! Wprowadzenie słowa-tabu, to świetny pomysł, który…IIIIK!
Śmierć spojrzała Feltsmanowi i Plisetskyemu w oczy pod postacią groźnych żółto-zielonych ślepi. Baranowska ujęła twarze swoich ofiar, wbijając w ich policzki końcówki wypielęgnowanych paznokci. Następnie potraktowała ich spojrzeniem, które NARESZCIE sprawiło, że zaczęli wyglądać tak jak POWINNI – czyli jak zesrani ze strachu skazańcy.
- Yakova jeszcze jestem w stanie zrozumieć, bo to prostak z zabitej dechami wiochy – zaśpiewała złowieszczo. – Ale ty Juriju Michajłowiczu, urodziłeś się w Moskwie i nic nie usprawiedliwia faktu, że masz słownictwo rolnika z prowincji. Zresztą, to nieważne, gdyż zamierzam wyplenić przekleństwa z was OBU. Od teraz będziecie wykonywać wszystkie moje polecenia albo…
„Ręcznie was wykastruję".
„Podetnę wam żyły jednym z wysokich obcasów".
„Zawlokę was do teatru Bolshoi i rzucę na pożarcie moim baletnicom!"
Nie miało znaczenia, który scenariusz wyobrazili sobie Jurij z Yakovem. Grunt, że do nich dotarło.
- Rozumiecie już, co macie robić? – warknęła Lilia.
Energicznie pokiwali głowami. Jako że mieli spłaszczone policzki, wyglądało to dość groteskowo.
Baranowska wreszcie puściła twarze ofiar.
- No więc? CO dokładnie macie robić?
- Wykonywać twoje polecenia! – z pasją oznajmił Yakov.
- Nie przeklinać! – dodał Jurij.
Cóż… lepiej późno niż wcale.
- Doskonale… - Lilia odchrząknęła. – A teraz mam wam do powiedzenia coś bardzo ważnego. Dziewiątego lipca idę na kolację z koleżankami ze szkoły baletowej. Dziewczynom bardzo zależy, żebyście i wy uczestniczyli w tym spotkaniu…
- Pierdolę. Nie idę – wyrwało się Jurijowi.
Zorientował się o swoim błędzie, gdy tylko go popełnił. Zszokowany, zatkał dłonią usta.
- Coś ty powiedział, Juriju Michajłowiczu? – tonem pod tytułem „mam ci zrobić krzywdę?" zapytała Lilia.
- Ja… tego… no… chciałem powiedzieć, że „nie idę na to spotkanie w tym obciachowym sweterku od Łysola i Prosiaka".
- Owszem, Juriju Michajłowiczu, pójdziesz na to spotkanie w tym konkretnym sweterku. Pragnę ci przypomnieć, że po tym, jak porzuciłeś garnitur na łóżku na pastwę pazurów swojego kota, to jedyna niewołająca o pomstę sztuka odzieży, jaką posiadasz.
Plisetsky wyglądał, jakby miał zaraz zemdleć – co bynajmniej nie skłoniło Lilii do wyhodowania najmniejszych wyrzutów sumienia.
- Jak się zapewne domyślacie, moje koleżanki to damy z wysokimi wymaganiami i nienaganną kulturą osobistą. To dla mnie ważne, byście w ich obecności zachowywali się bez zarzutu.
- A więc mamy nie używać pewnych słów? – Yakov podrapał się po głowie. – Mogłabyś sprecyzować, jakich?
- Cieszę się, że o to spytałeś, Yakovie Stanisławowiczu. No więc, chciałabym, żebyście przede wszystkim wstrzymali się przed używaniem ohydnych zwrotów i przekleństw, którymi uraczyliście dzisiaj niewinnych mieszkańców Petersburga.
- Niewinnych, kurwa, mieszkańców?! – nastroszył się Jurij.
- Jak ten złamas był, kurwa, niewinny, to ja jestem…
Pięść Lilii przygrzmociła w stolik, prawie przyprawiając parę choleryków o zawał.
- Przewiny kierowcy motocykla nie mają tutaj nic do rzeczy! – pod wpływem spojrzenia rozwścieczonej kobiety, Feltsman z Plisetskym odchylili się do tyłu, dociskając plecy do oparcia kanapy. – To wasze zachowanie sprawiło, że czułam się upokorzona jak nigdy w życiu! Odkąd skandal, w którym grałam jedną z głównych ról, się zakończył, robię wszystko, by nie myśleć o słowach, których użyliście… o dziwnych zwrotach, których nawymyślaliście! Próbuję o nich nie pamiętać, ale odmawiają opuszczenia mojej głowy jak pasożyty… UGH! Te wasze… wasze wulgarne… ugh… wasze „kurwy"… wasze przeklęte mutacje słowne, które wzięły się nie wiadomo skąd! Część z nich nawet nie była po rosyjsku! Yakov, wytłumacz mi, z łaski swojej, co to znaczy „chujogenny"?
Jurij parsknął śmiechem.
- Ja pierdolę – posłał Felsmanowi rozbawione spojrzenie. – Serio powiedziałeś coś takiego?
- JURIJU MICHAJŁOWICZU!
- No dobra, kurwa… Jezu, przepraszam!
- No więc? – Lilia zwróciła się do byłego męża.
Yakov zastanowił się chwilę.
- Więc… tego… chujogenny czyli… „gromadzący w sobie pokłady chujowych genów, które odzwierciedlają się w chujowym zachowaniu".
- Szczyt karygodności – warknęła Baranowska. – Hańba! Jaki przykład dajesz młodym pokoleniom?!
- Co prawda, to prawda, Yakov – Jurij pokiwał głową. – Dojebałeś.
- TY, Juriju Michajłowiczu, jesteś akurat OSTATNIĄ osobą, która ma prawo głosu w tej sprawie - głos Lilii rozniósł się po pomieszczeniu jak grzmot – biorąc pod uwagę, że sam dałeś JESZCZE GORSZY pokaz od Yakova. Lista zwrotów, których użyłeś jest długa, a każdy z nich uwłacza językowi rosyjskiemu bardziej niż ostatnia wypowiedź Ministra Spraw Zagranicznych. Czy mógłbyś wyjaśnić mi, co, na Marię i Jezusa, kryje się pod stwierdzeniem „wyjebać komuś w zapizdne"?
- Że JAAAK?! – tym razem to Feltsman wyglądał, jakby miał za chwilę zbierać oczy z podłogi. – Ty coś takiego powiedziałeś, Jura?!
- Ano, powiedziałem – z dłońmi splecionymi na karku, Plisetsky wzruszył ramionami. – I nie wiem, czego tu nie rozumieć. „Wyjebać"… no, tu wiadomo o co chodzi. A „zapizdne" to jest… ten… tego… no, tamto miejsce za pizdą, czyli za genitaliami, czyli ogólnie genitalia i okolice. To daje lepszy efekt niż zwykłe stwierdzenie „zajebać kogoś w jaja".
- Genialne – wyszeptał Yakov.
- Wręcz przeciwnie – wycedziła Lilia. – W tym stwierdzeniu nie ma niczego inteligentnego. Podobnie jak w zwrocie „zapierdolić pałoryja"… cóż to niby miało znaczyć, Juriju Michajłowiczu?!
- „Zapierdolić" to wiadomo. A „pałoryj" to koleś, który ma pałę zamiast ryja.
- A „kurwoterapia doodbytowa"?
- No to chyba wiadomo – nastolatek przewrócił oczami. – Kopniak w tyłek.
- „Chujochwyt upierdalający"?
- Złapać kogoś za chuja w taki sposób, żeby go upierdolić. Jezu… co wy, pierniki, wyobraźni nie macie?
No, Yakov to na pewno miał wyobraźnię! Od kilku minut wpatrywał się w wychowanka z uwielbieniem i kiepsko skrywaną (nie skrywaną wcale?) trenerską (ojcowską?) dumą. Na litość boską, jeszcze chwila, a będzie lampił się w tego dzieciaka, tak jak Katsuki lampił się w Nikiforova, z buźką wyznawcy wgapionego w bożyszcze…
- Już pomińmy te plugawe neologizmy, Juriju Michajłowiczu, i fakt, że wyzywałeś niewinnych ludzi od „skurwizłamasów" i „pałojebów" – Lilia wzdrygnęła się. – Jednak zwrot „kurwać jeb" to coś, czego nawet młodzież ze slumsów nie byłaby w stanie rozszyfrować.
- No ja pierdolę, to już przejęzyczyć się nie można?! – Plisetsky gniewnie zamachał rękami. – Chciałem powiedzieć „urwać łeb" i język mi się zaplątał!
- Juraczka, jesteś genialny… - Yakov chyba nie zdawał sobie sprawy, że powiedział to na głos. – Mistrzu, ucz mnie!
- DOSYĆ! – Lilia po raz kolejny uderzyła pięścią w stół.
Nie mogła w to uwierzyć – jak oni śmieli? Jak mogli zmusić ją, by do tego stopnia straciła nad sobą panowanie! Nie czuła w sobie takiej złości od… od… prawdę mówiąc nawet nie mogła sobie przypomnieć, kiedy ostatnio czuła taką złość!
- Zrobię wszystko, by kultura i dobre wychowanie na powrót zagościły w tym domu – wymamrotała, zgrzytając zębami. – Dlatego… YAKOVIE STANISŁAWOWICZU! Cóż ty, na litość boską wyprawiasz?!
- No… zapisuję sobie wymysły Juraczki – Feltsman podniósł wzrok znad notesu. – No co, kurwa, nie wolno?
- A jak myślisz? – wycedziła Lilia.
- Właśnie, Yakov, nie marnuj papieru! – rzucił Jurij. – Chcesz, by wszystkie cholerne drzewa poumierały? Wyślę ci potem wszystko na pocztę. Niech tylko, kurwa, odzyskam telefon… AAAAAAA!
Ilu potrzeba, by zamienić dawną Primę Balerinę w żądną krwi dzikuskę? Tylko dwóch klnących facetów.
Doprowadzona na skraj Baranowska położyła nogę na oparciu kanapy. Zabytkowy mebel przechylił się, a Yakov z Jurijem fiknęli koziołka do tyłu. Kiedy mamrocząc pod nosem słowa (rzecz jasna niecenzuralne) skręcali się na podłodze, opadł na nich złowieszczy cień. Zamarli w miejscu, po czym z potem ściekającym ze skroni i wypisanym w oczach przerażeniem, spojrzeli na górującą nań Lilię.
- Od dzisiaj koniec z „kurwami" – zagrzmiała kobieta.
Feltsman nerwowo przełknął ślinę.
- A-ale „kurwa" to wcale nie jest brzydkie słowo! – próbował tłumaczyć. – Tak naprawdę w naszych czasach pełni rolę przecinka i… OCZYWIŚCIE, c-cokolwiek powiesz, kochanie! K-koniec z „kurwami"!
- Doskonale – na twarzy Baranowskiej zagościł sadystyczny uśmieszek. – Od dzisiaj nie chcę słyszeć z waszych ust nawet zwykłej „cholery".
- Kiedy „cholera" to taka choroba i… - zaczął Plisetsky.
- Chcesz mi coś powiedzieć, smarkaczu?
- TAK, PROSZĘ PANI! Chciałem powiedzieć „tak, proszę pani".
- Wybornie. A teraz zapraszam do kuchni! Żeby was zmotywować, przyniosłam do domu drobny rekwizyt.
Na stole czekał gigantyczny słoik.
- Od dzisiaj za każde brzydkie słowo, które wymówicie, będziecie wrzucać tutaj jeden pieniądz.
- Że CO, kurwa?! – zajęczał Feltsman.
- Oho? Widzę, że Yakov chce zacząć. No już, Yakov, wyciągaj pieniądze!
- A-ale ja mam tylko banknoty…
- TO WRZUCAJ BANKNOT!
Siedemdziesięcioletni trener z żalem pożegnał się z tysiąc-rublowym papierkiem.
- Uprzedzając twoje pytanie „co się stanie, jeśli zabraknie mi pieniędzy" - Lilia zaczęła ze słodkim uśmiechem – to informuję cię, że następne w kolejności będą karty kredytowe…
- Kurwa, bez jaj! – zawył Jurij.
Baranowska wymownie zatrzęsła słoikiem. Ze smętną miną, nastolatek sięgnął do kieszeni i dorzucił do pojemnika pięćset rubli.
- Będziecie wrzucać to, co akurat macie przy sobie – zaśpiewała kobieta. – Najpierw pieniądze, potem karty kredytowe, a potem inne rzeczy… na przykład złoto.
Z wypisaną na twarzy paniką, Yakov przykrył dłonią swój złoty sygnet. W odpowiedzi ujrzał w oczach byłej żony złośliwą satysfakcję.
- I nie kręćcie nosami, bo pieniądze na pewno się nie zmarnują. Wszystko zostanie przekazane Fundacji Miłośników Zwierząt. Jestem pewna, że bezdomne koty bardzo ucieszą się z twojego wsparcia, Juriju Michajłowiczu.
Zaś Lilia ucieszy się z tego, że jej mężczyźni nareszcie oduczą się przeklinania. Bo przecież musieli się oduczyć, czyż nie? Nie mieli innego wyjścia. W końcu strategia ze słoikiem nie miała żadnych słabych punktów!
Prawie.
