6. Wtorek – Terapia behawioralna
- GDZIE nas, kurwa, zapisałaś?!
Lilia zwęziła oczy i poczęstowała siedzących naprzeciwko panów spojrzeniem zarezerwowanym dla odpadów komunalnych.
- Na terapię, Yakovie Stanisławowiczu – oznajmiła, stukając łyżeczką w skorupkę jajka. – Ty i Jurij pójdziecie na terapię, by oduczyć się przeklinania.
- Po moim pierdolonym trupie! – waląc pięścią w stół ryknął Lodowy Tygrys Rosji. – Takie coś jest dobre dla Amerykanów i Kanadyjczyków, ale na pewno, kurwa, nie dla mnie! Nie pójdę do żadnego z tych pizdogłowych skurwysynów, co grzebią ludziom w mózgach! Zrobią ze mnie sypiącą żalami paniusię, albo, co gorsza, JJ-a!
- Masz się natychmiast opanować, Juriju Michajłowiczu! – Baranowska pokręciła głową. – Cóż… muszę przyznać, że i ja nie pochwalam amerykańsko-kanadyjskiego zwyczaju chodzenia do terapeuty z każdą głupotą, lecz w tej sytuacji nie widzę innego wyjścia. Zresztą, ten człowiek ma doskonałe kwalifikacje. Jest najdroższym i najlepszym terapeutą w Petersburgu. Jeśli mi nie wierzycie, zapytajcie Georgija Popovicha. On też do niego chodzi.
Świadomość, że mieli pójść do tego samego terapeuty, co Georgi Śpiący Królewicz Jęczydusza Popovich bynajmniej ich nie uspokoiła. Wręcz przeciwnie - wprawiła ich w stan histerycznego oburzenia. Jurij miał minę, jakby kazano mu założyć majtki Jean-Jacquesa. Natomiast Yakov pieklił się, jakby musiał co najmniej wskoczyć do wanny z Wronkovem!
- NIE pozwolę, by kojarzono mnie z fujarą, która codziennie ma jakieś emo-odpały! – Jurij wydarł się na cały dom. – Nie ma, KURWA, mowy!
- Nie jestem Wronkovem – gniewnie oświadczył Yakov. – Nie muszę łazić do jakiegoś skurwysyna i zwierzać mu się z tego, że bije mnie własna żona!
Lilia pochyliła się nad stołem.
- Jeszcze – podkreśliła, patrząc byłemu małżonkowi prosto w oczy.
Feltsman zatrząsł się ze strachu.
Jeszcze tego samego dnia poszli do wspomnianego terapeuty.
- No już, skończcie z tymi lekceważącymi posturami – Baranowska zganiła rozwalonych w poczekalni towarzyszy. – To doświadczenie na pewno dobrze wam zrobi!
- Ta, kurwa… - z skrzyżowanymi rękami mruknął Yakov.
- Zajebiście nam zrobi! – Jurij naciągnął sobie kaptur na głowę.
- Teraz tak mówisz, Juriju Michajłowiczu, ale jestem pewna, że nie będziesz żałował. Nareszcie poczujesz, jak to jest, gdy można normalnie wyrzucić z siebie całą złość, zamiast zamykać ją w kilkunastu wulgaryzmach. Powiedz panu terapeucie, co cię trapi. To jego praca. Ma obowiązek cię wysłuchać. Kiedy opowiesz o swoich problemach, od razu odechce ci się przeklinania.
Z miną pod tytułem „śmiem w to wątpić" Plisetsky wszedł do gabinetu. Feltsman ruszył jego śladem.
Kiedy po godzinie wyszli na korytarz, Lilia była pewna, że eksperyment zakończył się sukcesem! Jej chłopcy wyglądali tak spokojnie… tak lekko! Jakby rzeczywiście zrzucili z siebie ogromny ciężar! Przyprowadzenie ich tutaj rzeczywiście było wspaniałym pomysłem!
Tak właśnie myślała – do czasu wieczornego telefonu od terapeuty, który zaskoczył ją, gdy malowała paznokcie.
- Pani Branowska, ja nie dam rady.
Flakonik z czerwonym lakierem przewrócił się, zalewając prześcieradło.
Kurwa! – Lilia zaklęła w myślach.
Przerażona zerwała się z łóżka! Dopiero po chwili przypomniała sobie, że: po pierwsze, od wczoraj Yakov spał w pokoju Jurija; a po drugie, nawet gdyby tutaj był, to nie posiadał żadnego dziwnego urządzenia do czytania w myślach.
Nie wolno mi używać takich słów! – Baranowska zganiła samą siebie. – Nawet we własnej głowie! Och Boże, co pomyślałaby matka…
- P-proszę pani?
Obrzuciwszy zaplamione prześcieradło zniesmaczonym spojrzeniem, Caryca Rosyjskiego Baletu szczelniej otuliła się szlafrokiem. To wszystko wina tego niekompetentnego imbecyla!
- Mam nadzieję, że się przesłyszałam – wycedziła do słuchawki. – Chyba tylko mi się zdawało, że usłyszałam, jak mówił pan, że nie poradzi sobie z Jurijem i Yakovem. Za astronomiczne wynagrodzenie, które pan otrzymał, powinien pan zrobić z nich wzory wszelkich cnót!
- O-odam pani pieniądze, tylko niech ich pani wiecej nie przyprowadza! – facet zaskomlał piskliwym głosem.
Lilię na moment zatkało.
- Niech pan się tak łatwo nie poddaje! Może… nie wiem… niech pan spróbuje innej metody, albo coś w tym stylu?
- N-nie… z-zmiana metody nic nie da. Tym dwóm to już nic nie pomoże!
- Ale z czym dokładnie miał pan problem? Nie chcieli panu nic powiedzieć?
- Ugh, wręcz przeciwnie. Tak naprawdę to mówili cały czas... praktycznie nie dopuszczali mnie do głosu! Odkąd po przywitaniu się i wymienieniu uprzejmości zapytałem, czy coś ich trapi, tak się rozgadali, że nie miałem odwagi im przerwać. Zaczęli narzekać na jakiegoś Viktora, że to egoista i dupek, że nie można na niego liczyć, że on to by tylko pudle i prosiaki hodował, że jest zboczony, że niszczy im psychikę, że jest niesłowny, że ma sklerozę jak osiemdziesięciolatek, że im się nie wywiązał z tego i tamtego… znaczy, ja to pani opowiadam po ludzku, ale zapewniam panią, że oni mi tego normalnie nie opowiadali! Żalili się z tego w tak wulgarny sposób, że włosy stawały dęba…
- PRZECIEŻ DOKŁADNIE Z TEGO POWODU ICH DO PANA POSŁAŁAM! – Lilia zaczęła tracić cierpliwość. – Miał ich pan tego oduczyć! Uprzedzałam, że dużo przeklinają…
- Oooo, NIE!
Terapeuta sprawiał wrażenie osoby będącej o krok od utraty zmysłów.
- O, nie, miła pani – wydyszał, drżącym od emocji głosem. – Ja panią, kurwa, zapewniam, że ci pani chłopcy specjalnej troski NIE przeklinają! O dresie z trzema wyrokami mogłbym powiedzieć, że przeklina… o komandosie, który wrócił z Wietnamu, mógłbym powiedzieć, że przeklina… o seryjnym mordercy, z którym miałem sesje w pierdlu, mógłbym powiedzieć, że przeklina… ale to, co ja dzisiaj słyszałem? O, nieeeee, to NIE było przeklinanie! To, proszę pani, był słowny atak terrorystyczny… werbalny zamach na moją psychikę! Tylko raz… tylko raz zdołałem dojść do głosu! Chciałem zmienić temat, więc zapytałem tego małego o jego życie miłośne… ma pani pojęcie, czym mi się zaczął odgrażać?! Najpierw zwyzwał mnie od wścibskich kurwonanistów, co wtryniają fiutonochale w dupy innych ludzi, by mieć o czym fantazjować zwalając pałę… potem zagroził, że zafunduje mi kurwoterapię doodbytową i zrobi mi taką pizdonalizę, że wszystkie moje trzy ego pogubią jaja, a wtedy to nawet Freud mi nie pomoże! Oczywiście było tego znacznie więcej, ale wolę do tego nie wracać, bo musiałbym wziąć kolejny środek na uspokojenie, a bardzo bym NIE chciał z powodu tych pani pieszczoszków zamieniać się w lekomana!
Policzki Lilii poróżowiały ze wstydu.
- T-to… to co ja mam robić? Gdzie ja mam z nimi pójść?
- Szczerze? DO EGZORCYSTY!
Po ryku, który prawie rozerwał rozmówczyni bębenki, terapeuta zakończył połączenie. Baranowska zastanowiła się nad znaczeniem jego ostatnich słów. Może coś w nich było? Może to rzeczywiście sprawa dla Stwórcy?
