.
Rozdział 13
Słowa niedopowiedziane
.
Jesteśmy jak polujące na siebie zwierzęta — myślał Harry, obserwując spod rzęs Snape'a kręcącego się w pobliżu Slughorna, jakby wyszukiwał haków, do których mógł dokopać się Harry, jakby starał się przechytrzyć chytrego, jakby to była wojna o to, czyje będzie na wierzchu — dwa drapieżniki dwóch odmiennych gatunków - nigdy nie wiadomo, który któremu pierwszy skoczy do gardła.
Snape potrafił rozpoznać w nim tą specyficzną żądzę informacji, widział w nim ponadprzeciętne zainteresowanie i sztuczną uprzejmość okraszoną licznymi prezentami, które w rzeczywistości nie miały znaczenia - były jedynie pułapką zapakowaną w sreberko, zastawionymi sidłami, przykrytymi podgniłymi liśćmi dla niepoznaki.
Czarne oczy obserwowały jego promienne uśmiechy, kulturalne ukłony i podchwytliwe pytania. Uszy szpiega wychwytywały tematy, przysłuchiwały się pojedynczym zdaniom i łączyły je w kontekst.
Snape potrafił docenić przebiegłość.
A Harry uczepiał się każdej nici, którą sędziwy profesor Eliksirów nieumyślnie włożył mu w ręce i wykorzystywał je do ostatka, spijał z nich jak insekt, żerował jak pasożyt. Odkąd wywęszył nieoczekiwany sentyment, jaki Horacy Slughorn zdawał się żywić do jego matki, wbijał w ten temat pazury, wyżymając go tak długo i tak zachłannie, aż ociekał krwią, wywołując głębokie, fioletowe cienie pod podkrążonymi oczami starego profesora.
Snape obserwował. „Niszczysz go" — powiedział mu raz, ściszając głos, spoglądając na niego zza kurtyny włosów poprzez szerokie cienie korytarza na szóstym piętrze, ale nie poczynił najmniejszych kroków, aby go zatrzymać. I na dobrą sprawę, Harry nie potrafił oprzeć się wrażeniu, że Snape, mówiąc to, brzmiał tak, jakby go pochwalał.
Harry próbował objąć rozumem schematy działań tego człowieka - Snape trzymający go na końcu swojej różdżki, tylko dlatego, że wiedział, że na końcu różdżki Harry'ego mogą znajdować się informacje nieocenione pod względem dalszego przebiegu wojny, u zarania którego się znajdowali - ale miał nieodparte wrażenie, że im lepiej poznaje Snape'a, im bliżej jego tajemnic się znajduje, im więcej sekretów z nim dzieli, tym - wbrew zasadom logiki i zdrowemu rozsądkowi - bardziej skomplikowane staje się zrozumienie go w stu procentach.
— Rok temu powiedziałeś mi — mruknął pewnego sobotniego wieczora, kiedy wprosił się do gabinetu Snape'a, bezpardonowo przywłaszczając sobie kanapę, ignorując zajadłe komentarze gospodarza („nie prowadzę przytułku, Potter" i „to nie szezlong, żebyś miał prawo się tak rozwalać", i „czy ja ci wyglądam na niańkę, ty durny dzieciaku?") — że strona, po której stoisz, zależy od tego, po której stronie znajduję się ja. Tyle że sądzę, że to o wiele bardziej zawiła kwestia, niż mogłoby się wydawać na pierwszy rzut oka. I że sytuacja wygląda zgoła inaczej, niż mi to przedstawiasz.
Spojrzenie, jakim w odpowiedzi obdarzył go Snape, było miękkie, niemal ufne, jakby kładł po sobie uszy - Harry widział już wcześniej ten wyraz na jego twarzy; wówczas kierowany on był w stronę czerwonych, bezdennych oczu, w stronę bladej jak kość, spłaszczonej twarzy. Było to spojrzenie domowego pupila, który prosi o ugłaskanie. Jego twarz przekształcała się jak formowana dłońmi glina, zaciekłość rozmywała się jak akwarela w wodzie, a na jej miejsce wstępowała ogłada. Zupełnie jakby Harry wypowiedział jakąś serię magicznych słów, które były w stanie roztopić lód mieszkający w czarnych oczach, zupełnie jakby trzymał w rękawie wszystkie asy pozwalające mu złagodzić jego pogmatwany charakter.
Harry rozumiał, że jest to spojrzenie, którego powinien się obawiać - obawa jednak przyszła później, patrząc z perspektywy czasu: o wiele za późno, stępiona zbyt wielką pewnością siebie - arogancją, jak nazwałby to zapewne jego wszechwiedzący profesor.
— Och, Potter — westchnął ściszonym głosem Snape; jego słowa były głębokie i łagodne jak czeluści jeziora. — Jak więc twoim zdaniem przedstawia się moje położenie?
Harry podłożył sobie poduszkę pod głowę i wygodniej umościł się na kanapie, częstując Snape'a rozbawionym uśmiechem.
— Znam cię Snape — zachichotał jak hiena Harry — nie zdołasz się przede mną ukryć. Widzę cię wyraźnie jak na dłoni — wyszczerzył zęby, błyskając spojrzeniem w stronę tej ziemistej, zwróconej ku niemu twarzy. — Po pierwszym upadku Voldemorta pozwoliłeś naszemu kochanemu Dumbledore'owi otoczyć cię skrzydłami, bo była to pozycja bardzo dla ciebie dogodna, prawda? — zapytał, choć wcale nie oczekiwał odpowiedzi. Miał bardzo dużo czasu, aby to wszystko sobie przemyśleć, żeby rozłożyć - powoli, fragment po fragmencie, oglądając pod światło poszczególne elementy układanki - cały obraz Severusa Snape'a i na powrót poskładać go w jedną, kompletną całość. — Bardzo sprzyjającą okolicznością było dla ciebie podsłuchanie tej nieszczęsnej przepowiedni.
Snape drgnął nieznacznie na te słowa, spojrzenie pociemniało, jakby scalało się w twardą masę, jakby zmieniało konsystencję. Zmarszczki znaczące jego ziemistą twarz pogłębiły się, upodabniając się w wątłym świetle lochów do bruzd, do ran ciętych.
— Owszem, sprzyjającą — uśmiechnął się Harry, nieświadomy, jaką burzę wywołuje, całą siłą woli powstrzymując się od zatarcia rąk — bo oparłeś na niej całą swoją linię obrony, Snape. Gdybyś nie miał w rękawie tego asa, tej przepowiedni, tych kilku podsłuchanych słów, Dumbledore nie rozłożyłby przed tobą ramion, w które tak chętnie wpadłeś. Poręczenie Dumbledore'a było twoim ratunkiem, było twoim punktem zaczepnym, liną, której chwyciłeś się, gdy zacząłeś tonąć.
Profesor nie odrywał od niego wzroku, kalkulującego, oceniającego, rachującego równanie pod równą, poziomą kreską. Jego rzęsy rzucały podłużne cienie przecinające jego kości policzkowe. Harry podciągnął się do góry i skrzyżował po turecku nogi, opierając się plecami o wielkie poduchy. Przechylił głowę, jakby rzucał wyzwanie.
— Nie jesteś skruszonym barankiem, Snape — przeciągle mrugnął na niego spojrzeniem — jesteś niebezpieczną, jadowitą istotą, która równie dobrze może stulić ogon, jak i ukąsić w obronie własnej. Nigdy nie wiadomo, którą ścieżkę uznasz za korzystniejszą.
— Ach tak — uniósł brew Snape, przyglądając mu się tak, jakby Harry był nową, dotąd nieznaną, toksyczną rośliną, której nie potrafi nadać trafnej nazwy. — A więc sądzisz, że całe moje oddanie leży u stóp Czarnego Pana, dobrze zrozumiałem?
Uczucie było tak silne i tak nagłe, że Harry chwycił się za brzuch, kiedy konwulsyjny śmiech złapał go w swoje sidła. Łzy strugami pociekły po jego twarzy, gdy Harry, ledwo mogąc złapać oddech, zgiął się w pół, wstrząsany salwami zduszonego rechotu.
— Merlinie drogi! Nic takiego nie powiedziałem — pokręcił głową Harry, wyduszając słowa przez napięte mięśnie twarzy. Uniósł brodę, napotykając nieokreślone, intensywne spojrzenie czarnych oczu, obserwujące naręcze łez kapiących na jego roześmiane usta. — Całe oddanie, Snape? Nie bądź śmieszny. Nie dawałbyś mi wyboru, który nieustannie od ciebie dostaję, gdybyś był tak bezwarunkowo wierny temu człowiekowi.
Harry wdychał wilgotny zapach lochów, niemal zaczepnie skacząc spojrzeniem po ziemistej twarzy profesora, która zmieniała wyrazy, jakby Snape nie był przekonany, w którą formę powinien się przyoblekać. Jakby ten jeden raz na milion nie potrafił ocenić, którą maską ze swojej licznej kolekcji powinien przyodziać twarz. I Harry wiedział, wiedział doskonale, że mówi rzeczy, które nie są bezpieczne, że gdyby jego słowa trafiły do nieodpowiednich uszu, byłyby w stanie zasiać ziarno niezgody, które mogłoby przynieść zatrute plony niosące śmierć każdemu, kto ich zasmakował - ale nie dbał o to: nie dbał o to, bo przez chwilę satysfakcja była potężniejsza niż rozsądek.
— Więc — zapytał powoli Snape; jego powieki wachlowały powietrze jak skrzydła motyla — co właściwie, Potter, zrodziło się znowu w tej twojej nieokiełznanej głowie, co?
— Jesteś zanadto inteligentny — mruknął cicho Harry, czując, że uwaga Snape'a przykleja się do niego jak rzep do psiego ogona — dla nich wszystkich. Choć może powinienem raczej powiedzieć: zanadto przebiegły? Wierzysz we własne wartości i to właśnie je wyznajesz. Po części pokrywają się one z przekonaniami Czarnego Pana, częściowo są one podobne do zasad przyjętych przez Albusa Dumbledore'a, ale tak naprawdę nie podlegają żadnemu z tych wzorców. To dlatego każdy z nich nieodmiennie wierzy w twoje poparcie własnej sprawy - ponieważ w każdym twoim kłamstwie znajduje się ziarno prawdy, które pozwalasz im dostrzec. Powiedziałeś mi, z tak wielkim przekonaniem, że prawie w to uwierzyłem, że jesteś po mojej stronie, ale to także nie do końca prawda, Snape. Sam sobie jesteś stroną. Jesteś jokerem w talii, zastępującym każdą możliwą kartę.
— Być może — powiedział Snape, zbliżając się do niego - powoli, jak drapieżnik, miękkimi krokami; czarne oczy patrzyły na niego z góry, a Harry zadarł brodę, podciągając kolana pod brodę, aby oddać jego spojrzenie — stoję dokładnie po tej samej, po której ustawiasz się ty? Być może — przechylił głowę — sugeruję się tobą we własnych wyborach? Być może — uśmiechnął się kącikiem ust - dziko, demonicznie, pięknie — stoję za twoimi plecami - zawsze w pobliżu, zawsze gotów unieść różdżkę w twojej obronie. Myślisz, że o czym to świadczy, dzieciaku? Sądzisz, że gdzie to mnie plasuje?
Harry pokręcił głową, uśmiechając się małym, krzywym uśmiechem, dostrzegając kształty ukryte w cieniu, majaczące na granicy pola widzenia.
— Możesz mnie chronić, możesz mnie uczyć, możesz mnie nawet całować po rękach, ale to nie znaczy, że trzymasz moją stronę, Severusie Snape.
Profesor zaczerpnął bezgłośnie oddech, jakby oczyszczał się z nadmiaru emocji; jego klatka piersiowa unosiła się powoli, w miarę, gdy powietrze wypełniało jego płuca, kawałek po kawałku, metr sześcienny po metrze sześciennym. A potem, tak samo bezgłośnie, pozwolił powietrzu ulecieć.
— Ty niebezpieczna bestio — wyszeptał Snape, przyklękając przed kanapą; a potem, zanim Harry zdążył odpowiednio zareagować, nieoczekiwanie przystawił mu różdżkę do czoła. Czarne oczy spojrzały prosto w zielone; Harry - na krótką chwilę, bezwarunkowo, wyrwany ze strefy komfortu - wstrzymał powietrze. — Czasami — odezwał się cicho Snape; twardy koniec długiej różdżki rysował bezkształtne znaki na jego czole, jakby była ona kredką prowadzoną niewprawną dłonią dziecka — mam gorącą ochotę zniekształcić twoje wspomnienia, przeorać pamięć, wyłuskać z niego fakty dotyczące mojej osoby i zabrać ci je, zanim zaczną się zakorzeniać i wypuszczać plony.
Jego serce obijało się o mostek jak głupie, a Harry próbował uspokoić je powolnymi, głębokimi oddechami, ale nie był w stanie. Snape przyglądał się, jak wciąga powietrze przez nos, wydmuchując ustami i znów wciąga, i znów wydmuchuje, w kółko jak zapętlona ścieżka dźwiękowa, a Harry był boleśnie świadom tej pilnej uwagi przyspawanej do niego jak drzazga, która wpiła się pod paznokieć.
— Więc dlaczego tego nie robisz? — złapał go za słowa Harry, bo choć oddech mu przyspieszył, bo choć tętno wzrosło, bo choć dreszcz przebiegł mu wzdłuż kręgosłupa, nic nie było w stanie zniszczyć zaciekłości, która tym mocniej dawała o sobie znać, w im większym niebezpieczeństwie się znajdował - jakby była mechanizmem obronnym. Jakby instynktownie zachowywał się w sposób diametralnie przeciwny od tego, który wydawałby się najbardziej racjonalny w zaistniałej sytuacji. Jakby - zamiast odsłonić gardło - szarpał się pod ostrymi szczękami, mimo świadomości, że nie poprawi w ten sposób swojego położenia, że z szarpanych ran poleje się krew.
Całym sobą wypierał poczucie zagrożenia - robił to podświadomie, intuicyjnie. Jak wtedy, gdy skierował miotłę prosto w stronę gniazda smoka. Jak wtedy, gdy stanął wyprostowany przed Voldemortem na tym pamiętnym, cichym, zimnym cmentarzu. Jak wtedy, gdy wiedząc, że gdzieś w pobliżu stawia czoła zaklęciom jego nieokiełznany, nieobliczalny ojciec chrzestny, rzucił się w szaleńczy wir walki, chociaż wszystkie racjonalne reakcje wysyłały mu gorące sygnały mówiące, że powinien uciekać.
Snape patrzył na niego - wciąż patrzył, na koniec swojej różdżki przesuwający się niespiesznie na kształt błyskawicy, sunący po bliźnie jak po nitce od kłębka, na zielone oczy rzucające mu nieme wyzwanie, na żyłę pulsującą w zagłębieniu gardła - przyglądał się badawczo, jakby otrzymywał od Harry'ego reakcje, których nie do końca oczekiwał, ale które potrafił zrozumieć, jakby widział w nim jakieś fakty, które wkładał do konkretnego segregatora, ale których nigdy wcześniej nie zaklasyfikowałby w ten sam sposób.
— Dlaczego tego nie robisz, Snape? — powtórzył zaciekle Harry, choć w skroni mu pulsowało, choć palce mu drętwiały, choć wargi mu wyschły, całą siłą woli skupiając się na zajadłości, ignorując gorąco rozlewające się w jego gardle jak przerażenie. Jego usta wygięły się w krzywym uśmiechu, jakby jego wolą szarpały nieznane mu siły, jakby był marionetką ciągniętą za sznurki. — Powiem ci, dlaczego tego nie robisz — wypluł Harry, choć brakowało mu tchu; zaczerpnął chwiejnie powietrze. — Ponieważ podoba ci się moja ocena twojej osoby. Ponieważ mam cię za kogoś ponadprzeciętnie inteligentnego, a ty o tym wiesz. Ponieważ boisz się naruszyć ten głęboki szacunek, który do ciebie żywię, nie chcesz go stracić. Ponieważ usuwając informacje z mojej głowy, poucinasz nici, którymi sam się do ciebie przywiązałem. Ponieważ strach cię oblatuje na myśl, że wizerunek twojej osoby spadnie w moich oczach - a spadnie, jeśli pozwolisz na to, żeby mój umysł spłatał mi tego niebezpiecznego figla.
Różdżka sunęła teraz powoli wzdłuż jego policzka, zanim - stabilna, zdecydowana - osiedliła się pod jego podbródkiem.
— I co ja mam z tobą zrobić, ty niemożliwy dzieciaku, kiedy rzucasz we mnie takim ładunkiem wybuchowym? — Jego głos - tak cichy - zapierał Harry'emu dech w piersiach.
Zaczerpnął powoli tchu, zanim ułożył sobie odpowiedź w głowie.
— Czy nie udowodniłem ci już wielokrotnie, Snape, że twoje sekrety są ze mną bezpieczne?
Oddech Snape'a przyspieszył, nieznacznie, niemal niedostrzegalnie, ale Harry był za blisko, żeby umknęło to jego uwadze - powoli podniósł się z kanapy (różdżka Snape'a podążyła za nim jak cień, przyspawana do jego podbródka, czarna szata zafalowała, gdy Snape, jakby był chmurą gradową, płynnie, bezszelestnie wstał z podłogi, idąc w jego ślady, jakby musiał być górą, jakby musiał udowodnić swoją wyższość), uniósł wysoko głowę (różdżka Snape'a wbiła się mocniej w miękkie ciało) i spojrzał prosto w czarne oczy. Mógł ujrzeć w nich przebłyski czegoś na kształt niepokoju, czegoś na kształt szacunku, czegoś na kształt niepewności - wszystko to osiadło w tych ciemnych oczach jak szron i kumulowało się z całą intensywnością na jego twarzy; był w stanie poczuć te emocje, wisiały między nimi jak materialny ciężar, duszące, ściskające klatkę piersiową, w każdej chwili mogące stać się zapalnikiem, który wywoła wybuch.
Harry się uśmiechnął.
— Boi się pan — ocenił, ważąc słowa na języku, nie zważając na to, że różdżka Snape'a drgnęła spazmatycznie pod jego podbródkiem — ponieważ gdyby moje myśli wydostały się poza ten gabinet, znalazłby się pan w ogromnym niebezpieczeństwie, profesorze Snape. Boi się pan, ponieważ nie ufa pan mojej zdolności zatrzymania informacji dla siebie.
— Twoja umiejętność zatrzymywania informacji — wypluł Snape, zgrzytając zębami — jest na poziomie zerowym, Potter.
— Mówi pan o mojej Oklumencji — zarzucił mu, nieco urażony, Harry.
— Mniejsza o to.
— To ważne — nie zgodził się Harry. — To jak różnica między nielojalnością a głupotą. Ponieważ ufa pan moim intencjom, profesorze. Nie pokłada pan jednak wiary w moją zdolność zamknięcia umysłu przed cudzym wpływem.
Kiedy Snape przygryzł wargę, Harry nie musiał dłużej pytać, bo już wiedział.
— A teraz — przechylił głowę — pragmatyczna cząstka pańskiego umysłu każe panu mnie zobliviatować. Kłóci się z nią jednak pańska próżność, profesorze Snape, bo prawda wygląda tak, że nie chce pan mnie widzieć innym. Ponieważ mówię dokładnie to, co chciałby pan usłyszeć - a to świadczy poniekąd o niczym innym, jak o tym, że pańskie sugestie, pańskie nieznaczne szturchnięcia, pańskie liczne wykłady i przemyślane manewry ukształtowały moją osobowość.
Harry przyglądał się, jak zęby poluźniają ucisk na dolną wargę, przyglądał się, jak język zbiera krew, która wzbiera w drobnym pęknięciu, jak czarne oczy skaczą po jego twarzy, gdy Snape szuka słów, którymi mógłby złagodzić sytuację.
— Już mi to raz mówiłeś — odezwał się wreszcie i brzmiał, jakby zamierzał powiedzieć coś całkiem innego, ale rozsądek spił mu słowa z ust, zanim przedarły się do otoczenia — że jesteś moim dziełem.
Słowa Snape'a podziałały na niego w przedziwny sposób. Powieki zmrużyły się i zaraz potem rozchyliły jak korony kwiatów, gdy nagłe ciepło rozlało się po jego brzuchu, niosąc z sobą nieoczekiwaną przyjemność - i ostrą jak brzytwa myśl, która w tej samej chwili wyklarowała się w jego głowie.
— Powtórz to — zażądał, niewiele myśląc, nie zważając na ostre jak brzytwa polecenie stojące za jego słowami.
— Słucham? — nie zrozumiał Snape.
— Proszę, powtórz to, co przed chwilą powiedziałeś. Muszę coś sprawdzić.
Snape skrzywił się na niego, jakby Harry obwieścił mu, że zamierza sprofanować święty ołtarz.
— Co znowu zamierzasz sprawdzać, Potter? — fuknął na niego, jakby Harry go obraził.
— Proszę, proszę, tylko raz. Wydaje mi się… ale na pewno nie. A jeśli jednak…?
— Gadasz od rzeczy. — Głos Snape'a ociekał chłodną uprzejmością i Harry'emu przemknęło przez myśl, że lada moment Snape odwróci się do niego plecami. Jednak Snape tego nie zrobił. Po raz kolejny zaskoczył jego oczekiwania, kiedy o nic więcej nie pytając, choć nie omieszkał oznajmić swojego zbulwersowania cichym prychnięciem, chwycił go bez pardonu za brodę i zbliżył usta do jego ucha. Różdżka przesunęła się, zjeżdżając powoli wzdłuż szyi, moszcząc się na obojczyku. Ton jego głosu pogłębił się, stał się gęsty jak melasa - był zarazem słodki jak cukierek i ostry jak pieprz. — Mimo to domyślam się, co chciałbyś usłyszeć: że należysz do mnie.
Harry zachłysnął się powietrzem, gdy dreszcze przemknęły w górę i w dół jego kręgosłupa. Delikatny ogień, płonący pod jego skórą, podsycił się jak za sprawą zaklęcia.
— Reaguję na ciebie — otworzył szerzej oczy, zdając sobie sprawę z tego, co się dzieje; jego serce zamarło na krótką jak oddech chwilę, a usta ścierpły. Przełknął ciężko, głośno, za głośno, przykładając rękę do czoła. — A ty o tym wiesz.
— Wiem? — przekrzywił głowę Snape, jakby się z nim przekomarzał; Harry mógł dosłyszeć nutę rozbawienia stojącą za jego słowami.
— Owszem — nie pozwolił się zirytować — ponieważ znasz to uczucie. Ponieważ w ten sam sposób oddziałuje na ciebie Voldemort.
Brwi Snape'a uniosły się w dwa, równe łuki. Różdżka, po chwili wahania, odsunęła się od jego szyi.
— Skąd pomysł, Potter — odezwał się powoli, cedząc słowa na sylaby, namyślając się, jakby ważył słowa na języku — że w jakikolwiek sposób reaguję na Czarnego Pana.
Harry nie musiał się namyślać, bo wiedział:
— Oddziałuje na ciebie swoją magią, magią, którą ty mógłbyś oddychać, magią, którą podziwiasz, za którą mógłbyś zabić. Pragniesz jego magii. Zachwycasz się nim, bo nią dysponuje. Adorujesz go za to. Wielbisz go za to. Nienawidzisz go za to, Snape.
Profesor patrzył na niego długo i przez chwilę wyglądał, jakby chciał zaprzeczyć, ale chyba to przemyślał, bo zamiast tego posłał mu uśmiech mrożący szpik w kościach.
— A co z tobą, ty niebezpieczny, nieobliczalny dzieciaku? — zapytał cicho, przyglądając mu się. — Masz w garści informacje, które byłby w stanie mnie zniszczyć. Wiesz o mnie straszne rzeczy, znasz moją najskrytszą przeszłość, doszperałeś się do wspomnień i związanych z nimi uczuć, którymi mógłbyś mnie szantażować, gdybyś tylko chciał. Byłbyś w stanie mnie zdyskredytować - informacje, które posiadasz, mógłbyś rozdysponować w taki sposób, aby trzymać mnie w szczelnych ryzach, aby zmusić mnie do czynów, na które nie miałbym najmniejszej ochoty. A jednak tego nie robisz. Nie robisz tego, bo jak sam przyznajesz, mógłbyś paść na kolana i wielbić mnie.
Harry był bliski udławienia się własnym językiem. Przeszywające spojrzenie czarnych oczu leżących na jego twarzy jak cień wcale nie pomagały mu zaczerpnąć tchu.
— Sugerujesz — oblizał suche wargi Harry — że to analogiczna zależność? Że jesteś dla mnie kimś takim, jakim dla ciebie jest Czarny Pan? — przechylił głowę, oddychając ciężko; język zdawał się mu lepić do podniebienia. — Podziwianym autorytetem, który bardzo szybko z oparcia może przeistoczyć się w zagrożenie?
Snape się uśmiechnął; a Harry nie mógł powstrzymać wzdrygnięcia, gdy ujrzał ten demoniczny, skuty deskami tajemnicy wyraz na jego twarzy.
— Zagrożenie zawsze jest możliwe do uniknięcia, Potter — powiedział cicho, bardzo cicho, wyciągając dłoń do jego twarzy; jego palce były miękkie - zostawiały gorące ścieżki na jego skórze. — Wiedz, że na ogień zawsze odpowiem ogniem. Ugryzę, jeśli zostanę ugryziony. — Harry nie zatrzymał wzdrygnięcia, gdy gładki jak pióro dotyk przesunął się po jego kości policzkowej. — Ty jednak zaskarbiłeś sobie mój szacunek. I dotąd go nie straciłeś - trzymasz go, bardzo mocno, na każdym kroku udowadniając, że na niego zasługujesz. Być może nie mylisz się bardzo, Potter, twierdząc, że najbardziej wierny jestem własnym ideałom, ale moje ideały są obecnie związane z tobą, ty niemożliwy dzieciaku.
— Snape… — zawahał się Harry; miał sucho w gardle. Uniósł głowę, zanurzając zielone oczy w czarnych. — Co byś zrobił, gdybym zdecydował, że moje miejsce jest po stronie Dumbledore'a? — zapytał cicho, bojąc się własnych słów - ale musiał, musiał wiedzieć. — Jak byś zareagował, jak byś postąpił?
Czarne oczy przeskoczyły spojrzeniem pomiędzy jego własnymi, dłoń powoli odsunęła się od jego twarzy; Snape nachylił się nad nim, jakby osadzał w nim całą uwagę, jakby chciał trafić do jakiejś cząstki żyjącej głęboko, głęboko w jego umyśle.
— Poświęciłbym całe swoje życie — wyszeptał — dla ciebie.
Ucisk w gardle sprawił, że Harry przestał oddychać.
-VVV-
To wcale nie było coś, czego Harry pragnął, wręcz przeciwnie, nienawidził tego tą gorącą, niesprawiedliwą nienawiścią, którą nienawidzi się rzeczy, którym się wiele zawdzięcza.
Reakcją na to wyznanie nie było zobowiązanie, raczej coś niezdrowego, kłującego i mierzwiącego zmysły, coś irytującego w swojej nieokreśloności. Ponieważ poświęcenie od najmłodszych lat zakodowało się jego w świadomości jako coś okrutnego, niosącego za sobą ból i stratę, istniejącego w pamięci jako wielki czyn, heroiczny czyn i dlatego też nie do końca racjonalny, będący wynikiem chwili, emocji, wzrostu adrenaliny w żyłach. I przeważnie, niemożliwego do cofnięcia.
Poświęcenie wiązało się z udręką, z krzywdą, która pozostawia po sobie odcisk, ślad niemożliwy do spłukania.
— Nie bądź nieracjonalny — powiedział więc Snape'owi, chociaż wiedział, że nie powinien.
Śmiech, który uciekł z gardła Snape'a, był nieoczekiwanie szczery. Przeciągnął dłonią po lejących mu się na twarz, czarnych włosach, kręcąc głową.
— Nie musisz się tego bać, Potter — odparł niepospolicie miękko, wypompowując tym samym powietrze z jego płuc. — To coś, na co nie masz już wpływu. To coś, czemu nie możesz zaradzić.
Harry zaczął skubać suche skórki przy paznokciach.
— Ponieważ, jak zawsze, wszystko obija się o decyzje, tak? — ściszył głos.
— A ta została podjęta już dawno temu — skinął głową Snape.
— Zmieniły się tylko motywy — zauważył Harry, rzucając mu spod rzęs przeciągłe spojrzenie.
Snape westchnął i - raczej bezwiednie - podrapał się po skroni.
— Czasami — mruknął pod nosem, kręcąc głową — zastanawiam się, Potter, ile o mnie tak naprawdę wiesz, a ile to tylko twoje domysły, dla których nie znalazłeś jeszcze poparcia.
Coś w słowach Snape'a wydało mu się niebotycznie zabawne, przywołując zakrapiany nerwowością śmiech na jego usta.
— Jeszcze — pokręcił głową. — Co za ciekawe słowo.
Snape westchnął i machnął na niego ręką, jakby odganiał się od muchy.
— Idź już, Potter — przyłożył palce do czoła i potarł chudą brew, i wyglądał przy tym jak poważnie wytrącony z pantałyku. — Nie jestem w stanie myśleć, będąc z tobą w jednym pokoju.
— A więc pozycje się wyrównały — prześmiewczo klasnął w dłonie Harry. — Chociaż nie — zastanowił się nad własnymi słowami, marszcząc brwi, patrząc na nieme zmęczenie, z jakim Snape przyglądał się jego ironicznie wykrzywionej twarzy. — Nie, ponieważ ja nie uważam za możliwe myśleć logicznie, będąc z panem w jednym zamku. Pańska przeciwwaga jest wobec tego nieco słaba, nie uważa pan?
— Potter, proszę cię — westchnął ciężko Snape — nie mam dzisiaj siły na zabawę w gry słowne.
— Prosi mnie pan? — zignorował jego słowa Harry, przekrzywiając głowę, unosząc zaczepnie brwi.
— Harry.
Uniósł ręce w geście kapitulacji.
— No dobrze, już dobrze, znikam, już mnie tu nie ma.
Wyminął Snape'a w drodze do drzwi, czując czarnooki, intensywny wzrok odprowadzający go do wyjścia, wycelowany pomiędzy jego łopatki jak broń.
-VVV-
Harry szczerze wątpił, aby istniał jakikolwiek inny człowiek, dla którego Snape byłby gotów poświęcić tak wiele. Co więcej: podejrzewał, że niewiele było osób, do których Snape miałby tak wiele cierpliwości. Snape nie był człowiekiem gotowym do uczynienia niewypowiedzianie wiele całkowicie bezinteresownie dla całkowicie obcych osób. Cena zawsze była wyznaczona - odwieczne prawo Ślizgonów, którego nie uznawał Harry: oko za oko. Nie znał litości, nie miał jej dla ludzi i nie widział potrzeby, dla której miałby się narażać dla czyjegoś dobra. Nie podłożyłby dobrowolnie głowy pod topór w zastępstwie za kogoś innego.
Harry się w tym zakresie wyróżniał. Był ewenementem, który wybijał się spośród ogółu. Jedyną osobą, dla której Snape szczerze ugnie kolana, jedyną osobą, w której obronie bez namysłu rozłoży ramiona.
Ale czy równało się to z trzymaniem jego strony?
Otóż Harry podejrzewał, że nie. Ponieważ istniała niewidoczna, trzecia strona medalu.
Snape był wolnym strzelcem. Był jednostką zarabiającą na własny rachunek - a Harry, podchodząc do fragmentu pola minowego, na którym ustawił się Snape, znalazł się w punkcie, z którego miał wgląd w to, czego nikt nie był świadomy, w to, czego nikt nie dostrzegał: w trzeci, niezależny front.
-VVV-
Grunt leży w zachowywaniu informacji na dogodny moment, jak powiedział mu Snape, popijając parującą herbatę. Nie należy kąsać, gdy tylko wypatrzy się łakomy okruch, należy odczekać, przyjrzeć mu się z bliska, obejrzeć pod lupą, aż sklei się z innymi okruchami, napęcznieje, obrośnie w tłuszcz.
— Twoim nominałem są fakty, jakimi dysponujesz — powiedział mu Snape, przechylając głowę, a na jego ustach wykwitł uśmiech przesiąknięty szyderstwem — ale o tym doskonale zdajesz sobie sprawę, prawda, dzieciaku?
Drogą do zdobycia informacji nie zawsze jest bezpośredniość. Czasami nie wystarczy szczerość i maślane oczy. Czasami potrzeba nakazuje sięgnięcie po cięższy kaliber: pic na wodę.
Niekiedy należytą zapłatą za informację jest nic innego jak inna informacja.
— Podziel się nią, Potter — mówił mu Snape — subtelnie, jakby mimochodem. Twoje słowa to broń, którą musisz nauczyć się odbezpieczać. Twoim celem jest wzbudzenie emocji, rozregulowanie ich. Slughorn to Ślizgon, Potter, co oznacza nie mniej, nie więcej, a tyle, że będzie czuł się zobligowany odpowiedzeniem przysługą na przysługę. Wiadomością na wiadomość. Sekretem na sekret.
Slughorn to Ślizgon, Snape powtórzył to po raz kolejny, widzi więcej, mówi mniej. Dostrzega, że wokół niego krążysz, zdaje się wiedzieć, czego od niego chcesz. Widzi twoją manipulację: bo ty, Potter, starasz się go zastraszyć, oto co robisz, kiedy sugerujesz mu zachowanie się w określony sposób, „bo inaczej". Myślałeś, że nie wiem? Bo inaczej zginęła na próżno, tak to brzmiało, nieprawdaż? Bo inaczej pozostanie pusta, szklana kula, już na zawsze. To miało spore szanse zadziałać, jeśli chcesz znać moją opinię, Potter. Nie zadziałało, bo zastraszanie nie jest idealnym sposobem dobicia się do informacji, których zastraszany się boi. Dolałeś oliwy do ognia. Wykorzystałeś pułapkę, która miała defekt - dlatego twoja mysz się wymknęła. Nie zastraszaj zastraszonego, Potter, bo możesz odnieść przeciwne skutki do zamierzonych.
— Musisz uśpić jego czujność — powiedział mu Snape, uśmiechając się miękko, a Harry poczuł, jak drżą mu kolana — aby w rezultacie ukąsić. Zbierz elementy układanki, Potter, przypatrz się im dobrze, a kiedy już nauczysz się je rozpoznawać, złóż przed nim obraz sytuacji, którą próbujesz wydobyć z jego umysłu. Nie wiem, czego szukasz i na dobrą sprawę wcale nie chcę tego wiedzieć, ale w momencie, w którym dokopiesz się prawdy, rozpoznasz ją w jego twarzy, gdy oznajmisz mu, jaki twoim zdaniem był przebieg sytuacji, którą nasz drogi Horacy tak usilnie stara się przed tobą ukryć.
— A co jeżeli potrzebuję więcej niż tylko prawdy? — zmarszczył czoło Harry. — Co, jeżeli potrzebuję stojącego za nią dowodu? Wspomnienia?
Snape patrzył na niego długo, nie odpowiadając - jego oczy błądziły po zmarszczonej w zamyśleniu twarzy, przesuwały się po bliźnie na czole.
— Czego ty w nim szukasz, Potter? — ściszył głos i brzmiał, jakby bał się odpowiedzi.
— Cudzej tajemnicy — zdradził o wiele więcej, niż powinien, spuszczając wzrok. — Która, całkiem nieprzypadkowo, jest jego największym wyrzutem sumienia.
-VVV-
— Co mi wyjdzie, jeśli dodam sproszkowanego korzenia asfodelusa do nalewki z piołunu? — zapytał go raz, pod wieczór, Snape, mieszając chochlą w szerokim kotle w swoim prywatnym laboratorium, podczas gdy Harry, rozłożony na kocu, który bezprecedensowo zabrał z kanapy w salonie, przed strzelającym ciepłym ogniem kominkiem, czytał jakąś starą, mugolską książkę, zabraną z biblioteczki Snape'a, której tytuł wytarł się tak bardzo, że był zaledwie cieniem na pożółkłej okładce.
— Coś strasznie gorzkiego — odparł Harry, nie podnosząc wzroku znad obsianej drobnym makiem liter strony, a Snape sarknął i spojrzał na niego przeciągle przez gęste opary unoszące się ze stojącego na średnim ogniu kociołka.
— Niemożliwe z ciebie, dzieciaku, stworzenie.
Harry wzruszył ramionami i uniósł na Snape'a brwi znad rozłożonych stronic książki.
— A jaka jest poprawna odpowiedź? — chciał wiedzieć i w pierwszej chwili nie do końca zrozumiał, dlaczego Snape uciekł spojrzeniem.
Profesor - raczej bezwiednie - rozluźnił kołnierzyk szaty i nie bez roztargnienia potarł szyję. Wykrzywił wargi.
— Coś strasznie gorzkiego — przyznał i brzmiał przy tym, jakby zgadzał się z nim z pewną dozą niechęci.
Harry otaksował go uważnym spojrzeniem, wyczuwając sensację wiszącą w powietrzu jak lepka mgła, z pytaniami mnożącymi się w głowie z prędkością spadającej gwiazdy, ale o nic nie zapytał.
-VVV-
Grunt leży w zachowywaniu informacji na dogodny moment, powiedział mu przecież Snape, a Harry wziął sobie jego słowa do serca.
