PART III
If you were dead or still alive
I don't care, I don't care*
Zanim zdążył pomyśleć, zanim do głosu doszedł rozsądek, dał się ponieść instynktowi i pragnieniu, które dopiero teraz zrozumiał. Mimo panującego mroku wszystko rozbłysło tysiącem gwiazd, oślepiających swoim bladym światłem. Na kilka chwil stracił wzrok, słuch, węch... Liczył się tylko dotyk. Usta mężczyzny były wilgotne, słonawe i takie miękkie... Rozsunął wargi pozwalając Arrancarowi na coraz głębsze, coraz bardziej namiętne pocałunki. Jego dłonie bezwiednie uniosły się do góry i palce wplotły się w miękkie włosy. Jak to możliwe, że tak twardy wojownik, osoba o tak ostrym charakterze, mógł w dotyku być taki miękki? Poczuł palce Espady na własnym karku, lekką pieszczotę przyprawiającą o absurdalne drżenie. Grimmjow wsunął dłonie w rude włosy Ichigo, przyciągając go do siebie jeszcze bliżej, całując łapczywie, bez momentu przerwy na oddech i chłopak stracił resztki panowania nad sobą, oplatając ramionami szyję Grimmjowa i przyciskając się do niego z desperacją godną walki o życie. Ciepło ciała Espady zdawało się przenikać przez materiał kimona, ogrzewając i jego. Razem z ciepłem wnikało w niego przekonanie, że tak właśnie powinno być, że do tej pory musiał strasznie marznąć i już na zawsze powinien pozostać blisko źródła tego zbawiennego ciepła. Grimmjow oderwał się od ust chłopaka i spojrzał na niego z czułym rozbawieniem, które Ichigo dostrzegał poprzez mleczną mgłę, spowijającą cały jego wszechświat.
- Grimmjow – wyszeptał ochrypłym głosem, szukając na powrót jego ust. Pragnienie szumiało mu w uszach, nie pozwalając zebrać myśli. Usłyszał cichy śmiech i poczuł usta na swoim policzku, uchu, szyi. Zakręciło mu się w głowie i jęknął nie panując nad emocjami. Grimmjow całował, pieścił i gryzł skórę na jego ramionach, rozsuwając brzegi kimona. Ichigo poczuł, że miękną mu kolana i osunął się na ziemię, ciągnąc za sobą Arrancara.
* * *
Ocknął się ze stanu podobnego do snu, który bardziej przypominał przebywanie w ciepłym i miękkim niebycie. Otworzył oczy, ale wciąż miał wrażenie, że znajduje się gdzieś poza światem, poza sobą i znaną sobie rzeczywistością. Nie mógł zebrać myśli, ale nie wysilał się zbytnio, żeby to zmienić. Czuł tylko spokój. Czuł ciepło bijące od drugiego ciała, tuż obok niego. Tak już mogłoby zostać. Na tę krótką chwilę był doskonale szczęśliwy i nie chciał się nad tym głębiej zastanawiać. Wszystko poza policzkiem przytulonym do jego barku, ramieniem przerzuconym przez jego pierś, ciepłym oddechem, który czuł na szyi – wszystko poza tym w tej chwili się nie liczyło. Świat poza tym korytarzem, poza nimi dwoma leżącymi na twardej posadzce w pomiętych ubraniach w mroku korytarza był zimny i strasznie daleki. Nie chciał tam wracać.
Nie wiedział, ile spał. To musiały być jedynie sekundy, krótkie odpłynięcie w inny wymiar po tym, co się między nimi wydarzyło. A może minęły całe wieki? Bark, do którego jego towarzysz przytulał twarz zdążył zdrętwieć, prawdopodobnie od wciskającej się w ciało kości przyrośniętej do twarzy Arrancara. Nie chciał jednak zmienić pozycji, żeby go nie obudzić. O ile Grimmjow w ogóle spał. Lekko dotknął twarzy mężczyzny, delikatnie powiódł palcem po kości policzkowej, zjechał nim po szyi i potarł ramię. Poza szramą na brzuchu i wieloma innymi bliznami, skóra Espady była delikatna. Opuszkami palców szukał tych nienaznaczonych walką miejsc. Nawet krótkie chwile namiętności zdawały się być dla Grimmjowa walką i Ichigo skrzywił się nieznacznie na myśl, ile zadrapań i ukąszeń znajdowało się w tej chwili na jego własnym ciele. Zaraz jednak grymas na jego twarzy zamienił się w uśmiech, pełny czułej irytacji. Szósty Espada z pewnością był niezwykły. Brutalność mieszała się u niego z wrażliwością, chęć dominacji szła w parze z delikatnością. Gdyby zostali tu już na zawsze, mogliby w nieskończoność odkrywać jeden drugiego i siebie nawzajem, zbliżać się do własnych granic, łamać zasady i pogrążać się w tym pełnym ciepła niebycie, w którym obaj teraz tkwili. Nigdy by mu się to nie znudziło. Chciał tu zostać.
Jego palce natrafiły na dziurę w brzuchu Arrancara. Miał ochotę przełożyć przez nią dłoń, żeby upewnić się, jak bardzo jest prawdziwa. Powstrzymał się. „Dzięki tobie nie czuję się pusty." Grimmjow był w końcu Arrancarem, podobno nie miał duszy. Ichigo zawsze wierzył, że jego dusza nie opuszcza go ani na chwilę, a jednak potrafił zamieniać się w hollowa, coraz prościej mu to przychodziło. Czy to znaczyło, że się gubił, że pewnego razu zatraci się przekraczając tę granicę i nie będzie potrafił już wrócić na właściwą stronę? Gdzieś pod skórą, w okolicy serca, czaiła się próżnia, pewnego dnia mogąca zamienić się w ziejącą pustką dziurę. Czuł ją, już od dłuższego czasu, choć starał się negować jej istnienie. A wtedy, podczas tych kilku chwil, z palcami wplątanymi we włosy Espady, wsłuchując się w przyspieszone oddechy... Wtedy cała samotność, strach przed pustką, która zaczynała wypełniać jego serce, zniknął. Dusza stała się pełna, jak gdyby znalazł się jej brakujący kawałek.
Wciąż znajdowali się w połowie korytarza. Na końcu czekał świat pełen światła, który zazdrośnie wyciągał po niego ręce. Tam znowu będzie trzeba walczyć. Przyjaciele czekali na ratunek... Chciał, nie, on musiał im pomóc. Ona tam też była, musiała być. Nie mogła tak po prostu zginąć. Coś w głębi serca, w głębi znękanej duszy, upewniało go w tym przekonaniu. Wciąż istniała. Rukia. Jedna jedyna. Wiedział, że gdyby Grimmjow dał mu chwilę do namysłu, gdyby dopuścił do głosu rozsądek – cała ta scena w ogóle nie miałaby miejsca. Powinien się teraz wstydzić. Powinien żałować. Powinien odepchnąć Espadę, poprawić zmięte ubranie i pobiec w stronę światła. Dlaczego więc był taki szczęśliwy? Dlaczego to właśnie Grimmjow był w stanie zapełnić rozrastającą się pustkę w jego duszy? Wyrzuty sumienia czaiły się tylko, by zaatakować. Zdradził swoje uczucia do Rukii. Zdradził swoich przyjaciół wiążąc się na te kilka chwil z ich wspólnym wrogiem. Leżał i chłonął ciepło bijące od Grimmjowa, zamiast biec im na ratunek. Odpychał te myśli, pozwalając sobie na jeszcze kilka sekund szczęścia.
Nie chciał wracać.
* * *
Wciąż leżał na wznak i obserwował drobinki kurzu wznoszące się i opadające w bladej strudze światła tuż przy suficie korytarza, kiedy poczuł ruch na własnym ramieniu i Grimmjow obudził się, ziewając po kociemu.
- Naprawdę – stwierdził Ichigo z rozbawieniem. – Powinieneś być kotem.
- Opowiadałem ci przecież, jak to było – Grimmjow wzruszył ramionami. Usiadł i przeciągnął się, wyciągając ramiona wysoką w górę. Spojrzał z ukosa na Ichigo i jego usta rozciągnęły się w złośliwym uśmieszku, w którym jednak błąkała się pewna czułość. – I jak się miewa moja ulubiona dziewica?
Ichigo natychmiast spurpurowiał.
- Jesteś nienormalny i zboczony – zdenerwował się, ale Grimmjow zaraz wybuchnął śmiechem.
Kiedy podczas pieszczot Ichigo wiedziony nagłym impulsem odepchnął coraz bardziej natarczywe dłonie Espady, Grimmjow spojrzał na niego z wyrzutem. Chłopak uśmiechnął się przepraszająco.
- Nie teraz – szepnął przygryzając wargę i zdając sobie sprawę, że nigdy nie będzie drugiej szansy, innej możliwości. Wtedy jednak obaj chcieli się oszukiwać, że to wszystko to dopiero początek, że może być inaczej niż w kurzu korytarza i że warto poczekać. I choć na ułamek sekundy Grimmjow wyglądał na zranionego, po chwili ogarnęła ich kolejna fala namiętności.
- No wybacz, widać było – śmiał się teraz złośliwie.
- Niby po czym? – naburmuszył się Ichigo, ale zaraz machnął ręką, widząc, że Espada naprawdę ma ochotę zacząć wymieniać. – Odezwał się, pan wielce doświadczony.
- Żebyś wiedział – Grimmjow uśmiechnął się zmysłowo. Na powrót wtulił się w chłopaka. – My się w Hueco Mundo naprawdę nudzimy. Trzeba czymś czas wypełniać.
- Czyli rzeczywiście jesteś zboczony – zdecydował Ichigo, czując jak oddech Grimmjowa łaskocze go w szyję, a kość na jego policzku żłobi mu dziurę w obojczyku. – Wcale nie miałem takiego wrażenia, więc już się nie wywyższaj...
Bo nie dałeś mi pójść na całość – Grimmjow podniósł głowę i patrzył w oczy Ichigo, wciąż z bezczelnym uśmiechem na ustach. Ichigo miał ochotę trzepnąć go w ten pełen zadowolenia z siebie łeb, ale samemu też chciało mu się śmiać. Bliskość twarzy Arrancara działała na niego piorunująco, pożądanie znów zaczęło zalewać jego ciało.
- Ale nadrobimy i to – dodał Grimmjow i polizał wargi chłopaka. Niemalże onieśmielony ogromem swego pragnienia, Ichigo po raz kolejny wsunął palce we włosy Espady, przyciągając jego głowę i całując, do utraty tchu i świadomości. Miał wrażenie, że niedługo jego wargi spłyną krwią, ale nie dbał o to.
Oderwali się od siebie i Grimmjow pocałował chłopaka w nos.
- Zresztą – podjął wątek Espada. – Może i Arrancarzy umilają sobie czas seksem, ale Shinigami i tak są bardziej... zboczeni, jak ty to mówisz. U nas przynajmniej nikt swoich łóżkowych preferencji nie tatuuje na twarzy!
Ichigo uniósł brew szukając w pamięci kogoś, kto mógłby pasować do podanego opisu, aż wreszcie wybuchnął śmiechem.
- Nigdy tak o tym nie pomyślałem – stwierdził.
- A mówi się, że takim niewiniątkom wszystko się z jednym kojarzy – mruknął Grimmjow złośliwie, zaczynając po raz kolejny całować Ichigo po szyi. Pieszczoty Espady wprawiały Ichigo w drżenie, ale kiedy mężczyzna po raz kolejny ugryzł go mocno w brzuch, chłopak odepchnął go z pewnym zniecierpliwieniem.
- Daj mi spokój, cały jestem podrapany i pogryziony – bardziej udawał gniew niż czuł go naprawdę. – Chciałeś mnie zjeść czy co?
- Niegłupi pomysł – Grimmjow puścił do niego oko. Położył się jednak posłusznie obok, przerzucając ramię przez pierś chłopaka i znów wtulając policzek w jego bark. Czuł się absolutnie szczęśliwy leżąc w tej pozycji. Zamilkli na dłuższą chwilę.
Czy na wojnie szczęście jest dozwolone?
Zostać na zawsze w tym miejscu, pozwolić światu biec dalej, bez nich i poza nimi. Czuć, jak jego pierś unosi się i opada oddychając, wciskać kość w dołek przy jego obojczyku, aż z ust wyrwie mu się jęk, wargami dotykać nagrzanej skóry. Tego Grimmjow pragnął w tej chwili siłą całego swojego istnienia. I wiedział, że nigdy nie będzie tego miał. Zostały mu ostatnie minuty, sekundy. Świat, który Ichigo zdecydował się bronić, już wkrótce upomni się o niego. Nie zważając na pragnienia i szczęście swojego wybawcy, znów wciągnie go w nieustanne walki, intrygi i związki z osobami, z którymi nie powinien się wiązać. Nie chciał na to pozwolić. Nie mógł.
Grimmjow Jaegerjaquez, Szósty Espada, nie potrafił przegrywać.
Ichigo ocknął się z zamyślenia i spojrzał w oczy Grimmjowa. Jego brązowe, pełne ciepła oczy zdawały się czytać w myślach Arrancara.
- Mam wrażenie, że jesteśmy sami we wszechświecie – szepnął. To był banał, ale tak właśnie czuł. Grimmjow natychmiast zrozumiał, co Ichigo miał na myśli. „Ale nie jesteśmy".
- Jesteśmy – odparł Grimmjow pewnie, choć wiedział, że to tylko kwestia minut. Sekund...
- Powinniśmy wstać i pójść dalej – szepnął Ichigo, z całych sił starając się zapamiętać sposób, w jaki Grimmjow głaskał bezwiednie jego ramię. Ktoś musiał to wreszcie powiedzieć.
- Nie – sprzeciwił się Grimmjow. – Nie musimy. Nie musisz tam wracać...
- Muszę – westchnął Ichigo. – Chcę.
- Oni nie przyszli tu dla ciebie – zaczął wolno Espada. – Wiesz o tym? Przyszli tu dla niej, więc niech sami się uratują i pójdą po nią...
- To moi przyjaciele, Grimmjow. Naprawdę.
- Nie masz przyjaciół – stwierdził Arrancar ze złością podnosząc się na łokciu. Miał wrażenie, jakby coś z niego opadało, na powrót zaczął czuć, jak twarda i zimna jest podłoga, na której leżeli. – Jesteś po prostu zbyt naiwny, żeby to dostrzec!
Ichigo przymknął oczy, żeby Espada nie zobaczył bólu, jaki się w nich odbił. Ciało mężczyzny nie dotykało już jego własnego ciała i Ichigo czuł, że odsunęło się od niego już na zawsze. Wiedział, że to się stanie, ale tak bardzo chciał to zatrzymać. Chciał uwierzyć, że mogą być razem, tak zwyczajnie i po prostu, dokładnie tak, jak teraz.
Zawsze był pewien swoich uczuć do Rukii. Wiedział, że są prawdziwe i choć nie potrafił ich jej okazać, rozumiał je. Nie rozumiał tego, co czuje do Grimmjowa, nie spostrzegł, kiedy ta więź się pojawiła, dopiero tracąc go z sekundy na sekundę docierało do niego, jak ważne stało się to uczucie. Nie potrafił go nazwać, ale wiedział, że jest równie prawdziwe. Nie musiał sobie tego tłumaczyć, nie musiał pojmować – wystarczyła ta wiedza.
- Tacy jak ty nie mają przyjaciół! – ciągnął Grimmjow. – Z prostej przyczyny: tacy ludzie nie mogą dać ci nic w zamian! Możesz ich bronić, ale oni nigdy tego nie zrobią, bo po prostu nie są w stanie! Jesteś od nich daleko silniejszy...
- Przeceniasz mnie – szepnął Ichigo, zapamiętując czuły uśmiech Espady sprzed kilku chwil, którego już pewnie nigdy nie będzie mu dane zobaczyć.
- Jesteś skazany na samotność, jeśli zostaniesz z nimi! – pieklił się Grimmjow czując, że jego słowa zaczynają brzmieć desperacko. Czuł, jak Ichigo na zawsze wyślizguje mu się z rąk. Że przegrywa ze światem poza tym korytarzem. – Cholera jasna, Ichigo, to wszystko... Wiem, po prostu wiem, że nikt nie rozumie cię tak jak ja! – krzyknął, zawstydzony własnym wyznaniem.
- Wiem... – wyryć pod powiekami spojrzenie Grimmjowa, kiedy podniósł na niego oczy po kolejnym pocałunku pozbawiającym go tchu. Na zawsze, na zawsze... – Ale muszę tam iść. Ja chcę tam iść... Jeśli tam nie pójdę... Nie będę już sobą.
Grimmjow też to rozumiał. To właśnie o takim człowieku nie mógł przestać myśleć przez ostatnie dni. O Ichigo, który pobiegnie ratować cały świat, nie mając szans w starciu z nim. I zwycięży. Wiedział, że tam czekają na niego oddani mu ludzie. Tam czeka ta dziewczyna, o której mówił z blaskiem w oczach. Tu, gdzie siedzieli, nie było dla nich miejsca. Nigdzie nie było miejsca, w którym mogliby zostać we dwóch. Nie chciał go jednak stracić. Nie chciał znów stawać się pusty. Dopóki nie wiedział, że można żyć inaczej, że samotność może zniknąć na kilka chwil wyrwanych rzeczywistości przemocą, nie żałował. Nie cierpiał. Ale skoro już wie... teraz będzie tęsknił do tego uczucia. Zobaczył współczucie w oczach chłopaka i nie potrafił tego znieść. Krew nabiegła mu do twarzy i stracił nad sobą panowanie.
Ichigo dotknął policzka, puchnącego od siarczystego ciosu.
- Należało mi się – szepnął. Więc już po wszystkim. Fragment jego duszy, ten brakujący element, znów oddzielił się od niego. Już na zawsze w tym miejscu miała pozostać pustka.
- Przestań – ryknął Grimmjow. – Przestań!!! Zachowujesz się jak ostatni mięczak! Powinieneś się zasłonić! Stanąć do walki! Jak ja mogłem myśleć, że ty... jak ja mogłem ciebie... Jesteś nic nie wart! Rzygać mi się chce, jak na ciebie patrzę!
To były te słowa. Koniec. Ichigo zerwał się na nogi, poprawiając hakamę i łapiąc w dłoń Zangetsu. Jego ciało było obolałe, tak bardzo pragnęło dotyku Arrancara. Tymczasem Grimmjow stał przed nim, dyszący nienawiścią zmieszaną z rozpaczą.
- Mam nadzieję, że Nnoitra wypruje ci flaki – wysyczał zimno.
- Uważaj na siebie, Grimmjow – szepnął Ichigo. Nie czuł złości, tylko beznadziejny smutek. To, co zrodziło się między nimi było tak kruche i ulotne, że musiało rozsypać się na drobne kawałki. Wiedzieli o tym oboje, tylko nie chcieli przyjąć tej wiedzy. – Nie daj się zabić...
- Zamknij się! – warknął Grimmjow, zaciskając dłoń na rękojeści swojego miecza tak mocno, że cała pobielała. Splunął. – Jeśli cię jeszcze kiedyś spotkam, sam cię zabiję. Wynoś się, po prostu się wynoś!
Ichigo stał jeszcze chwilę, nie zdobył się jednak na żadne słowa, żadne nie trafiłyby już do Arrancara. W końcu odwrócił się i ruszył przed siebie, najszybciej jak potrafił, do świata pełnego światła.
Grimmjow uderzył pięścią w ścianę, aż obsypały się drobinki cegły. Nie panując nad sobą, wyrzucał z siebie przekleństwa, najpierw szeptem, w końcu zaczął krzyczeć, nienawiść zdawała się wypełniać jego ciało i pulsować w jego żyłach. Pięścią wciąż tłukł w ścianę, w murze widoczne już było duże wgłębienie. Czerwone cero strzaskało przebytą przez nich część korytarza. Potrzebował wroga, musiał wyżyć na kimś te emocje, tę nienawiść. „Zabiję cię, Shinigami", myślał, rzucając się jak dzikie zwierze w klatce. „Jak mogłeś?!" Wiedział, że tak będzie. Nie ważne, kim był Ichigo. Vizard, Arrancar, Shinigami, Człowiek. To nie miało znaczenia. Był Ichigo i to dlatego Grimmjow czuł to niezwykłe szczęście, na te kilka chwil zostawił za sobą całe Hueco Mundo. A Ichigo nie mógł nie pomóc swoim bliskim. Kiedy zdał sobie sprawę, że powtarza wciąż i wciąż te same przekleństwa, usiadł ciężko pod ścianą.
Czuł reiatsu Kurosakiego. Nie było wyraźne, widocznie dotarł już do zewnętrznej części Las Noches. Grimmjow odczekał dłuższą chwilę i poczuł energię Nnoitry, a po chwili także Tesli. Dokładnie tak, jak przewidział. Normalnie czułby satysfakcję, jego taktyka okazała się być idealna. Ale nie dziś. Odczuwał jedynie zmęczenie, złość i dojmujący żal, którego nie czuł nigdy wcześniej, w całym swoim życiu. Bezwiednie zaczął śledzić walkę na podstawie dochodzącej do niego energii.
Jego własne myśli wydawały mu się obce. Skotłowane, biegły sobie tylko znanym torem, bez jego udziału. Reiatsu Nnoitry podniosło się, widocznie to on atakował. Czy Ichigo założył już maskę? Chyba nie, poziom jego energii wciąż był za niski. Przypomniał mu się wyraz jego oczu tuż po pierwszym pocałunku: zaskoczenie, zawstydzenie i pragnienie. Zaraz jednak podniósł ręce i dotknął twarz Grimmjowa, jego palce musnęły powieki Arrancara... O, teraz już założył maskę. Reiatsu obu przeciwników wyrównało się. Coś było jednak w energii Ichigo, co wskazywało na pewne rozproszenie. Nie wygra, jeśli się nie skupi! „Nie obchodzi mnie to", pomyślał Grimmjow. „Czy żyje, czy Nnoitra go posieka, po prostu mam to gdzieś". Tak byłoby łatwiej... Tak, Ichigo mógł nie mieć doświadczenia, ale to tylko nadawało dodatkowy wymiar jego pieszczotom. Nie zachowywał się jak kukła, wykorzystywana zabawka. Grimmjow pragnął go dzięki temu jeszcze mocniej. Teraz też go pragnął. Bardzo. Nie tylko jego ciała, cudownego ciała. Najbardziej ze wszystkiego pożądał ciepłego spojrzenia, uczucia, które w nim dostrzegał. Uczucia, które wypełniało pustkę, to miejsce, gdzie powinna znajdować się dusza.
Walka była zacięta, obaj przeciwnicy musieli dawać z siebie wszystko. Nagle reiatsu Nnoitry podskoczyło jeszcze o poziom wyżej. Czyli to już, przywołał całą swoją moc. Kurosaki jednak dzielnie stawiał mu czoła, utrzymywał energię na wysokim poziomie. Wtedy, te kilkadziesiąt minut temu, jego pomarańczowe włosy zdawały się płonąć w ciemnościach korytarza, dotykając ich miał wrażenie, że się poparzy... Reiatsu Ichigo zachwiało się i zmniejszyło, musiał dostać potężny cios. Kolejna blizna. Miał tak wiele blizn na ciele, jak każdy wojownik. Na ciele i na duszy, zgrubiałe szramy, ukryte głęboko, poza wzrokiem przeciwnika. Każdy z nich takie miał. Czy Arrancar może mieć bliznę na duszy, skoro jej nie ma? Gdzie w takim razie miał teraz tę otwartą ranę? Czuł jak reiatsu Ichigo spada, jest coraz niższe. „Nie obchodzi mnie to!"
Wstał i zaczął chodzić, co jakiś czas uderzając pięścią w ścianę. To Kurosaki wybrał. Cóż z tego, że właściwie istniała tylko ta jedna opcja. Jeśli teraz zginie, to już jego sprawa. Przez chwilę Grimmjow był wdzięczny Aizenowi, że ma zamiar wybić całą tę hałastrę. Zaraz jednak przypomniał sobie, że jego samego także były kapitan Shinigami zalicza do hałastry i skrzywił się z niesmakiem. Energia Ichigo była słaba. Musiał dostawać nieźle w tyłek...
- Nie obchodzi mnie to! – wrzasnął Grimmjow, a jego cero rozwaliło kolejną ścianę. To Ichigo był wszystkiemu winien! Teraz już nic ich nie łączyło. Niech ginie, to już nieważne. Zaczął chodzić coraz szybciej.
Energia Kurosakiego utrzymywała się na stabilnym, ale niskim poziomie. Trzymał się, ale dostawał baty. „Mam to gdzieś!" uporczywie powtarzał w myślach Grimmjow. Rozpaczliwie, histerycznie chciał w to uwierzyć.
„Nie obchodzisz mnie, Ichigo Kurosaki," pomyślał po raz kolejny ze złością, biegnąc w kierunku oświetlonego wyjścia z korytarza.
*Apocalyptica feat. Adam Gontier, "I don't care"
