Kontynuacja filmu "Avatar: Istota Wody" oraz dalsze losy głównych bohaterów. Całość przyprawiona szczyptą erotyki.

Ciepło nagrzanej ziemi, działało kojąco na jej zmęczone młode nogi. Przez ostatnie miesiące, była to nieustająca wędrówka w nocy i ukrywanie się za dnia. Usiadła ze skrzyżowanymi nogami na falującej trawie. Cieszyła się promieniami ciepłego słońca padającymi na jej twarz. Cieszyła się niezwykłym widokiem, jaki się przed nią roztaczał. Ze skraju urwiska, widziała zieloną sawannę i roztaczający się przed nieskończony horyzont. W tej części zakątku Pandory było niewiele drzew, a w większości była to nieduża roślinność i formacje skalne, pełne rozpadlin i niezbadanych jaskiń.

Nagle jej widok został przysłonięty przez zabłąkane nasiono Atokiryny. Uśmiechnęła się, wyciągając w jego kierunku swoją dłoń. Ziarno osiadło na zewnętrznej części jej dłoni. Te jednak pozostało na niej tylko przez chwilę, po czym odleciało w kierunku urwiska. Mimo jej natury Avatara, miała niezwykle bliski związek z naturą, nawet większy niż większość rodowitych Na'vi. Wiedziała, że matką była rudowłosa kobieta. Tak jak ona, niezwykle kochała przyrodę, płacąc za to najwyższą cenę.

Położyła się na niesamowicie miękkim zielonym mchu i zamknęła oczy. Tak było łatwiej, wyobrazić ją sobie. W ostatniej wizji, którą o mało nie przypłaciła życiem, niemal czuła jej bliskość. Niestety, nadal nie wie, kto może być jej ojcem. To zagadka, która wciąż ją prześladowała. Nawet badający ją naukowcy z Maxem na czele, bezradnie rozkładali ręce. Jedyne co udało im się ustalić, to że jej DNA zawiera cztery razy więcej komórek, niż rodowity mieszkaniec tej planety. Z szacunku dla zmarłego naukowca, nie przeprowadzali na niej dalszych eksperymentów.

Przebudziła się w miejscu, które nie poznawała. Czyżby to była kolejna wizja, której sensu nie potrafi zrozumieć. Była to ogromna grota skalna, której dno wypełniała błękitna woda. Ściany pokrywała świetlna iluminacja, przypominająca oglądanie gwiazd na niebie. Pośrodku rosło jedyne drzewo, którego pojedyncze liście zaczęły usychać i opadać. Zbliżyła się do niego. Było tylko nieco od niej wyższe. Wyciągnęła dłoń, żeby je dotknąć. W tym momencie jej umysł zaczęły zalewać największe okrucieństwa, jakich dopuścił się człowiek na Pandorze. Widziała rozstrzeliwanych Na'vi, zarówno dorosłych, jak i dzieci. Była to też wizja palonych lasów, zwierząt oraz ich mieszkańców. Chciała odwrócić wzrok, ale gdzie nie spojrzała, widziała coraz większe okropieństwa. Zaczęła krzyczeć, a oczy zalały się łzami.

Nagle tak samo, jak obrazy pojawiły się, tak samo szybko znikły. Znikąd też, odezwał się głos jej matki:

-Znajdź to miejsce, nim będzie za późno. Znajdź, jeszcze wszystko możesz naprawić lub sprawić, że zrozumieją...

-Kiri! Kiri! Odezwij się!

-Kiri!

Poczuła szturchanie i zobaczyła niewyraźne twarze unoszące się nad nią. Poznała za to ich głosy. Na pewno był to Jake, a po chwili poznała też, że była to Tuktirey. Jej młodsza "siostra" patrzyła na nią ze zmartwieniem w oczach.

-Tuk, nic mi nie jest. -złapała się za czoło. -Boli mnie głowa.

-Znowu miałaś wizję? -zapytał ją, Jake.

-Tak, ale tym inną, bardziej okropną. Myślę też, gdzie znajdę odpowiedź na to co się ze mną dzieje. -rozejrzała się po ciemnej okolicy.

-O czym mówisz? -Jake, pomógł jej usiąść.

-Śniła mi wielka jaskinia wypełniona wodą, a po środku rosło drzewo. One usychało, a Ja je dotknęłam i wtedy zaczął się koszmar.

-Myślę, że powinnaś pomówić z Neytiri, może ona coś więcej powie na ten temat. Ja nie mam pomysłu na to co się z Tobą dzieje. -westchnął. -A właśnie, chodźmy do naszego obozowiska. Niebezpiecznie w nocy jest tu przebywać na nieznanym terytorium.

Od kilku tygodni przebywali w niedużej jaskini, ukrywając się przed RDA, jak również z dala od innych Na'vi. Czekali, aż wszytko się uspokoi po niedawnych wydarzeniach. Sytuacja była trudna, zwłaszcza dla Neytiri, po stracie najstarszego ze synów, Neteyama. Niemal co wieczór, wychodziła z dala od swych dzieci, płacząc w samotności. Jake starał się być przy niej i pocieszać, ewentualnie wspólnie wyruszali na nocne polowanie. To powodowało, że choć na krótki moment zapominała o smutnym wydarzeniu. Lo'ak po wszystkich problemach jakie sprawił, wykazał się zdrowym rozsądkiem i nie drażnił swych rodziców. Sam czuł się winnym śmierci swego brata.

Neytiri wraz z młodszym synem, siedzieli na skórach przed ogniskiem. Neytiri zdawała się być zamyślona, nie zauważając przybycia pozostałej z trójki, wpatrując się w płonący ogień. Dopiero wbiegnięcie pociesznej Tuk-Tuk, między siedzącą dwójkę, wyrwało ją z zamyślenia.

-Nie powinnaś chodzić sama po okolicy. Coś może się Tobie stać. -spojrzała na nią, zmęczona jej zachowaniem.

-Myślę, że wkrótce znajdę odpowiedź, muszę tylko odnaleźć jaskinię z rosnącym drzewem. -powiedziała Kiri.

-Drzewa nie rosną w jaskini. -odpowiedział jej Lo'ak. -Jesteś córką naukowca, wiesz przecież o tym dobrze.

-Ale widziałam! -odparła przez zaciśnięte zęby.

-W wizji? -Lo'ak przechylił głowę, jak to nieraz robił jego ojciec.

-Tak!

-Wszystko jasne, jesteś nie normalna... -nagle zobaczył lecącą w jego kierunku dłoń. -Ała! Mój nos!

-Kretyn! -odparła dosadnie córka Grace.

-Spokojnie dzieci. -interweniował Jake. -Myślę, że możemy po prostu tam się udać i znaleźć odpowiedź na dręczące nas wszystkich pytania.

-Nie, nie możemy! -powiedziała wystraszonym tonem Neytiri. -To zakazane miejsce, Jake.

-A to dlaczego? Oświeć mnie, jest coś czego nie wiem?

-To najświętsze z miejsc, nikt prócz wybranych przez Eywę, nie może tam wejść. Nawet Tsahik nie mają tam wstępu.

-Dlaczego? -zapytał z ciekawości jej partner.

-Ponieważ wejścia strzegą Palulukany. -spojrzała na Jake'a, który pobladł. -A po drugie jest to terenie Strażniczek Eywy, najgroźniejszych wojowników na tej planecie.

-Amazonki. -roześmiał się Jake.

-Nie wiem co znaczy "Amazonki". -spojrzała na niego niezrozumiale.

-Na Ziemi mówiliśmy tak na walczące kobiety. -wziął swoją porcję pieczonych larw na zielony liść. -Ale to było bardzo dawno temu, kiedy jeszcze moja planeta była jeszcze zielona.

-Jake, nie chcę tutaj drugiej Ziemi. -Neytiri spojrzała na niego smutnym wzrokiem.

Cała piątka zamilkła, gdyż czuli że tym razem, może nie być tak łatwo jak wcześniej pokonać Ludzi Nieba. Przynieśli ze sobą więcej broni, maszyn i ludzi. Do tego powróciły demony przeszłości. Nikt, nawet Jake w swej najczarniejszej wizji, nie przewidywał powrót Quaritcha i to w najbardziej nieoczekiwanej formie. Teraz ponownie był pewny, że go zabił. Zwłaszcza, że widział, jak jego zwłoki opadają na dno oceanu. W swym zamyśleniu, nie dostrzegł jak jego piękna partnerka odeszła od rodzinnego ogniska.

-Kiri, widziałaś gdzie poszła Neytiri?

-Tam, gdzie mnie ostatnio znalazłeś. -odpowiedziała mu urocza córka Grace.

-Pilnujcie ognia i niech nikt się nie oddala. -powiedział Jake do trójki dzieci, gdy stanął na nogi.

-Kiri, jak myślisz co będą robić? -zapytał ją Lo'ak

-Słyszałem! -odpowiedział mu z daleka jego ojciec.

Znalazł Neytiri blisko urwiska, wpatrzoną w nocne niebo. Wykorzystując swoje zmysły łowcy, starał się zajść ją niezauważenie od tyłu. Musiała być na prawdę rozkojarzona, gdyż zwykle nie była taka łatwa w podejściu. Objął ją w talli i zaczął delikatnie pocierać jej biodra. Minęło już 15 lat od kiedy ją poznał i wciąż ją kochał. Jej ciało nic nie straciło z atrakcyjności. Wciąż imponowała pięknem, a macierzyństwo wcale nie złagodziło jej charakteru.

-Leżyć! -warknęła na niego, ukazując swoje kły.

-Co ja jestem, pies? -odpowiedział Jake, ale wykonał jej polecenie.

Położył się na zielonym mchu. Neytiri zdjęła swój naszyjnik, odsłaniając jędrne piersi i zrzuciła przepaskę. Świecące wzory na ciele, prowadziły do jednego miejsca. Stanęła nad nim w rozkroku, tak żeby widział wszystko. Dłonią zaczęła zapuszczać się do najbardziej wilgotnego obszaru. Pieszcząc wystające różowe płatki, wsunęła między nie dwa palce. Jęknęła z przyjemności, jaka przeszyła jej ciało. Uklękła przed twarzą swego partnera, tak żeby mógł z bliska podziwiać jej rozkoszne wnętrze.

-Liż mnie! -powiedziała zmysłowym głosem.

Jake przystąpił do tego z zapałem. Do zaspokojenia pragnień swej partnerki, zawsze podchodził z żarliwością. Smakując jej soczysty owoc, pieścił jego wnętrze swym językiem. Kątem oka widział kołysanie jej ogona na boki. Neytiri zaczęła pieścić swoją prawą pierś. Dysząc, zaczęła dochodzić. Z ust wydobyła się cała melodia uniesienia. Jej liliowy nektar, spłynął prosto do gardła jego ukochanego.

-Byłeś bardzo dobry mój Jake. -dłonią objęła jego policzek.

-Wszystko dla mojej Pani. -odparł, przecierając i drażniąc jej łono.

-Och, będę winna Ci przysługę. -powiedziała, widząc lekko wystającą erekcję spod przepaski.

-Z pewnością, a teraz daj mi chwilę, nim wrócimy do obozowiska. -trudno o to było, widząc nagą kobietę.

Zrobił to tylko po to, aby pocieszyć swoją partnerkę, kosztem własnej przyjemności. Wracając do dzieci, widział na jej twarzy uśmiech. A o to wcale nie było łatwo, po niedawnych wydarzeniach. Starał się znaleźć wyjście z tej niełatwej sytuacji. Myślał nawet o powrocie do Omaticaya, ale jednocześnie bał się narażać klan na niebezpieczeństwo. Do tego ekscentryczność Kiri, nie ułatwiała mu życia. Jednakże coś podpowiadało mu, żeby zdać się na jej przeczucie. Przez tyle lat widział zbyt wiele, żeby jej nie wierzyć w jej wizje. Już samym cudem były jej narodziny. Avatar Grace, który bez świadomości urodził dziecko. Czuł, że tu zaczyna odgrywać siła wyższa. Jednak czego chciała od niej Eywa, tego nie wiedziała nawet sama nastolatka.