Tuktirey przyłączyła się do kilku innych dziewczynek, które wpadły na nową zabawę. Ustawiły się jedna za drugą i każda z nich miała chwycić ogon poprzedzającej osoby. Każde z dzieci, miało podążać śladami osoby poprzedzającej. Pech chciał, że Tuk wylądowała na końcu. Na początku było jej łatwo podążać za innymi rówieśnikami. Lecz, gdy zaczęły biec i przyszło do omijania przeszkód, mogło to się skończyć tylko na jednym. Córka Neytiri, poślizgnęła się na mokrej trawie w momencie wykonywania gwałtownego skrętu w lewo. A siła odśrodkowa wyrzuciła ją prosto pod nogi jednej z łowczyni, która wracała z lasu. Kiri w tym czasie rozczesywała swoje mokre włosy. Widząc co się stało z jej młodszą siostrą, zaczęła się z niej śmiać, zakrywając swoje usta dłonią.

Wykorzystując powstały zamęt, Lo'ak poprosił Kiri o prywatną rozmowę. Ta zgodziła się, gdyż była mu winna wyjaśnienia. Udali się na skraj wioski, gdzie byli poza zasięgiem wzroku i słuchu jego mieszkańców.

-Możesz mi wyjaśnić, dlaczego musiałem okłamać ojca? -powiedział do niej Lo'ak.

-To skomplikowane. -odpowiedziała mu pokrótce.

-Przecież widziałem, jak przejęłaś kontrolę nad roślinami i to bez Tsaheylu. Żaden Na'vi tego nie potrafi, nawet Tsahik. -był zdeterminowany, żeby poznać prawdę.

-Cóż. -spojrzała na swego "brata" i wziąwszy głęboki oddech, odpowiedziała. -Eywa dała mi tę moc.

-Eywa? -spojrzał na nią pytającą.

-Chciałeś wiedzieć to Ci powiedziałam. -odpowiedziała mu, patrząc na niego z ukosa.

-Wow! Ty nie żartujesz. -zdał sobie sprawę, że może mówić prawdę, zwłaszcza po tym co wczoraj opowiadała. -A co jeszcze potrafisz?

-Nie wiem. -wzruszyła ramionami.

-A czy to samo mogłabyś zrobić ze zwierzętami? -rzucił tak trochę dla żartu.

-Nigdy nie próbowałam bez Tsaheylu. Zresztą sama nie wiem. -chciała już skończyć to rozmowę, żeby wrócić do przerwanej czynności.

-Z Ikranem Ci się udało. -przypomniał jej wydarzenie z dzieciństwa.

-Ja tylko zaoferowałam mu swoją przyjaźń, nic więcej. -odparła, wzruszając ramionami.

-Ale chociaż spróbuj. -rozejrzał się wokół i dostrzegł na jednej z gałęzi, zwisającego małego nietoperza. -O, tam jest Riti.

Kiri spojrzała na niego krzywo, nie wiedząc czy robi sobie z niej żarty. Pokręciła głową, bo wydawało jej się to głupie i bezsensowne. Wiedziała jednak, że Lo'ak nie da jej spokoju. Wyciągnęła gwałtownie otwartą dłoń w kierunku zwierzęcia. Skupiła na nim całą swój wzrok oraz uwagę. Na początku poczuła słabe mrowienie w dłoni, które dość szybko przybrało na sile. I wtedy stało się coś zaskakującego. Świat dokoła niej się rozmazał. Na sekundę znalazła się w czymś rodzaju tunelu, wypełnionego błękitnym światłem, po czym nastała ciemność.

Otworzyła oczy i świat jaki ujrzała, był rozmazany oraz odwrócony. Rozglądając się nerwowo dookoła, dostrzegła na ziemi dwójkę Na'vi. Zaczęła im się dokładniej przypatrywać. Wtedy też z przerażeniem odkryła, że patrzy właśnie na siebie! Próbowała wyciągnąć rękę w kierunku dziewczyny, ale zamiast niej, zobaczyła purpurowe skrzydło!

Stojący obok Lo'ak, pomachał dłonią przed oczami Ki'ri, ale ta zdawała się nie reagować. Była zupełnie jak zahipnotyzowana, a zwężone źrenice dość tylko jeszcze bardziej go zaniepokoiły. Stała zupełnie nieruchomo z rozchylonymi ustami i pustym spojrzeniem.

Wtedy z pobliskiego drzewa rozległ się dźwięki Riti. Ten po chwili wzbił się do lotu, zresztą dość chwiejnego. Krążąc nad głowami nastolatków, stopniowo zniżał lot. Stworzenie o mało, nie zderzyło się z głową Lo'aka, który zrobił gwałtowny unik. Przy następnym podejściu małego nietoperza, wyhamował skrzydłami i unosił niemal przed jego twarzą.

-Ki'ri? -zapytał, jakby sam w to nie wierzył.

Zwierzę odpowiedziało mu krótkim piskiem. Wtedy też Lo'ak wyciągnął rękę przed siebie, pozwalając zwierzęciu wylądować mu na nadgarstku. Ku jego zaskoczeniu, szpony Riti ostrożnie objęły jego nadgarstek. Lecz, gdy próbował pogłaskać drugą dłonią siedzące zwierzę, ostro zakończony dziób o mało nie obciął mu palca.

-Bardzo zabawne. -powiedział do małego nietoperza, który wydał z siebie jakby chichot.

Riti zamachał skrzydłami i ponownie wzbił się w powietrze. Kiri jego oczami widziała las, który podobnie mogła oglądać, gdy leciała na swoim Ikranie. Słyszała przy tym najmniejszy szelest traw, a z oddali toczące się życie we wiosce. Oprócz niesamowitego zmysłu słuchu, zwierzę potrafiło wyostrzyć wzrok na dane miejsce w które patrzyło. Z kilkuset metrów potrafiła dostrzec niewyobrażalną ilość szczegółów. W całym tym zachwycie, zaczęła się zastanawiać jak wrócić do swojego pierwotnego ciała.

Wylądowała na jednej z gałęzi i po prostu spróbowała się uspokoić. Zamknęła oczy i po kilku sekundach mignęło jej światło, a po chwili ujrzała tunel. Miała wtedy wrażenie, jakby spadała i uderzyła. Nie było to zbyt przyjemne, ale po otwarciu oczu, wzięła głęboki wdech. Czuła się jakby dosłownie nurkowała kilka minut pod wodą na bezwdechu. Ku jej radości, znowu poczuła stabilny grunt pod stopami.

-O cholera! Byłaś Riti! -powiedział zachwycony Lo'ak. -Muszę koniecznie powiedzieć o tym ojcu!

-Nie, nie powiesz! -widząc jak zaczyna biec w kierunku osady, wyciągnęła dłoń i sprawiła, że leżąca na jego drodze liana, oplotła mu się wokół kostki.

-Hej, co robisz! -krzyknął, gdy przez związaną nogę, padł niespodziewanie na ziemię.

-Obiecaj, że nikt się o tym nie dowie! -stanęła nad nim, a pętla na kostce, zaczęła coraz mocniej się zaciskać. -Przysięgnij na swojego nieżyjącego brata!

-A dlaczego to takie ważne? -zapytał, zszokowany jej nagłym wybuchem gniewu, próbując jednocześnie usunąć roślinę, ale ta wcale nie ustępowała.

-Ponieważ... -w tym momencie przykucnęła obok Lo'aka i jednym ruchem dłoni, uwolniła mu kostkę. -...złożyłam obietnicę, że Jake nie może się o tym dowiedzieć.

-Komu złożyłaś obietnicę? -zaczął pocierać miejsce, gdzie jeszcze chwilę temu trzymała go roślina.

-Eywie. -spojrzała na niego śmiertelnie poważnie.

Tymczasem Jake, znalazł Mi'aw na zbieraniu wraz z Neytiri, dziko rosnących jagód. Przykucnął między kobietami i zaczął im pomagać. Jego partnerka patrzyła na niego z zaskoczeniem. Wiedziała, że zwykle nie lubił tego robić, bo wolał iść chociażby na polowanie. Szybko doszła do wniosku, żę chciał o czymś porozmawiać.

-Mój Jake'u, nie musisz tego robić. -powiedziała z uśmiechem, odgarniając z oczu kilka kręconych włosów z koralikami. -Wiem, że chcesz o coś zapytać, tak?

-Masz mnie. -odparł, odwzajemniając jej uśmiech. -Tylko tym razem mam pytanie do Mi'aw.

-O co chcesz zapytać? -przerwała swoją czynność, wpatrując się byłego wodza.

-No, cóż. Chodzi o moje dzieci, które były w jakiejś świątyni i widziały ponoć lewitujące kule? -podrapał się po głowie.

-A więc o to chodzi. -Mi'aw wzięła głęboki wdech i wstała. -Myślę, że powinniśmy pójść w inne miejsce. To powód wstydu dla naszego klanu.

-Rozumiem. -skinął głową Jake, rozumiejąc że to delikatny temat.

-A więc... -zaczęła mówić Mi'aw, gdy zaczęli iść w głąb lasu, skąd wróciły jego dzieci.

Wszystko zaczęło się od tego, jedno z plemion Na'vi w swym zachwycie nad własną pomysłowością, zaczęło wykorzystywać naturalne zasoby ziemi. Na początku postanowili przenieść się z spod korzeni Domowego Drzewa do pierwszej zbudowanej przez siebie, kamiennej osady. Posadzka też była wykonana z tego materiału, tak jak wychodzące z domów, kamienne ścieżek. Później zaczęli wydobywać najcenniejszy metal na Pandorze, czyli unobtainium. Na początku robili z tego bardzo wytrzymałe i piękne noże. Dzięki temu mogli dość znacznie wydłużać ostrza, a to sprawiało, że trudniej ich było dosięgnąć. Ta broń zaczęła im dawać znaczną przewagę w walkach z innymi klanami, często wręcz wyżynając wszystkich. Zaczęli też robić z tego niesamowite bransolety i ozdoby na szyję oraz głowę. Bardzo szybko też odkryli, że dwa kawałki tego metalu, potrafią się odpychać.

Na początku, traktowali to jako zabawka dla dzieci. Jednakże po przetopieniu tego w większą masę, bryła tego metalu po ostygnięciu, zaczęła lewitować nad ziemią. Jako pierwsi odtworzyli to, co do tej pory mogła stworzyć tylko matka natura, czyli coś na kształt lewitujących skały w Górach Alleluja. Wódz klanu uznał, że obrębie wioski zbudują świątynię poświęconą Eywie. Miała być jedyna w swoim rodzaju, bowiem w tej budowli miała zawierać się ich cała wiedza i pomysłowość.

Idylla jednak nie trwała długo. Eywa spacerując się po lesie, trafiła na najbardziej niezwykłą rzecz, która nie wyszła spod jej ręki. Żadne ze zwierząt też nie mogło tego stworzyć. To mogli być tylko Na'vi. Postanowiła poszukać tego, kto stworzył to budowę. Jednakże, to co później odkryła, sprawiło że poczuła się oszukana. Dała bowiem Na'vi rozum, obfitość pożywienia oraz wolność. A ci w zamian, zaczęli zakłócać delikatną równowagę między klanami, którą starała się utrzymać. Każde bowiem plemię, miało podobny obszar do życia oraz polowań. Jednakże klan Tihawnu, zaczął posiadać więcej ziemi niż potrzebował. To się jednak miało wkrótce zmienić.

Eywa dotarła do pobliskiej wioski pod niepozorną postacią nastoletniej dziewczyny. Pod swoimi bosymi stopami, zobaczyła kamienną ścieżkę. Ta prowadziła do wybudowanych między nią, domami ze starannie ociosanych bloków skalnych. Ich dachy przykrywała gliniana dachówka. Pod jednym z domostw, zauważyła kobietę zakutą w metalową obroże z łańcuchem. Była brudna z rozczochranymi włosami. Wychodzący z domu rosły Na'vi, wylał na jej głowę wiadro pomyj. Wracając, śmiał się że do końca życia, będzie jego niewolnikiem. Nieco dalej z jednego z domostw unosił się gęsty czarny dym i rozchodził się dźwięk kutego metalu. Przez uchylone drzwi, ujrzała różne narzędzia. Do tego mnóstwo gotowych wyrobów z metalu, jak noże, ozdoby, a nawet łańcuchy. Jej złość była już na granicy. Nie po to stworzyła ten świat, żeby mieszkający tu Na'vi stali się niewolnikami własnej techniki. Czarę goryczy przelało straszne odkrycie, którego dokonała. W centrum wioski znalazła bowiem, pięć odciętych głów przywódców sąsiednich klanów, nabitych na stojące włócznie. Postanowiła zniszczyć te przeklęte miejsce!

W nocy, kiedy wszyscy spali, roślinność ożyła. Liany i pnącza, zaczęły zapuszczać się do wnętrza domów. Chwytając każdego z mieszkańców, zaczęła kolejno wyciągać ich z legowiska do pobliskiego lasu. Tam uwalniała ich prosto w środku wygłodniałego stada Thanatorów. W blasku Polifema patrzyła z niekrytą satysfakcją, jak kolejnych członków plemienia rozszarpywały dzikie zwierzęta. Nie czując wobec nich, ani krzty litości za to co zrobili. Dość szybko krzyki rozrywanych Na'vi obudziło pozostałych z wioski. Niektórzy z nich zdołali się uwolnić, przecinając więzy lecz na próżno. Olbrzymi Toruk wylądował na części budynków. Niektóre z nich zawalił pod wpływem własnego ciężaru, grzebiąc żywcem wiele osób. To jednak go nie zniechęciło go do przeczesywania gruzów oraz zakamarków, gdzie znajdowali się wpół żywi Na'vi. Wśród zgliszczy ocalało jedynie kilka nastoletnich dziewczyn. Karą dla nich było to, że już nigdy nie miały rodzić męskich potomków. Od tego też czasu Tihawnu, nigdy też nie liczyło więcej niż dwudziestu jeden członków plemienia.

-...na końcu Eywa wyryła na kamiennych kulach trzy swoje prawa, jako przypomnienie i ostrzeżenie dla nas wszystkich. -Mi'aw spojrzała zawstydzonym wzrokiem na Jake'a.

-Myślę, że już wszystko jasne. To dlatego Tsahik kazała nam opuścić wasz klan. -westchnął były wódz.

-Ludzie Nieba zasługują na taką karę! -powiedziała gniewnie Neytiri, zaciskając swoje w dłonie w pięści, przypominając sobie ile sama przez nich wycierpiała.

-I na pewno, kiedyś to się stanie. -objął ją jej partner. -Cóż, będziemy jutro wracać do domu.

-Jakiego domu, co Ty mówisz Jake? -spojrzała na niego niezrozumiale.

-Do naszego prawdziwego domu, skarbie. -pocałował ją w policzek i na końcu dodał, mocno ją zaskakując. -Do klanu Błękitnego Fletu!

Siedziba ludzi, Bridgehead. Leżała w łóżku na brzuchu, ubrana w krótkie postrzępione szorty i białą bluzkę z rozpinanym wcięciem na dekolt. Kiedy nie była na służbie, nie lubiła nosić formalnego stroju, zakrywającego większość jej ciała. Czuła się wtedy zduszona, zwłaszcza przez panujący tu tropikalny klimat. Z nudów, zaczęła bawić się swoim tabletem. Z wolna przebierając nogami, przeglądała akta zmarłych członków Oddziału Recom w skład którego wchodziła. Mogła mówić o dużym szczęściu, ponieważ jeszcze na orbicie, wystąpił problem z jej zbiornikiem. Dopiero na Pandorze, zespół techników znalazł przyczynę usterki. Dzięki też temu, obudziła się dopiero kilka dni po krwawych wydarzeniach.

Przeglądając nieszczególnie ciekawe osoby, zatrzymała się jednak dłużej na aktach ich dowódcy. Życiorysu jego nie czytała, bo go znała z poprzedniego życia, ale zatrzymała się na jego nowo zaktualizowanych zdjęciach. Coś sprawiało, że nie mogła przestać o nim myśleć. W nowej skórze wyglądał niezwykle atrakcyjnie i pociągająco. Miał umięśnione, a jednocześnie szczupłe ciało schodzące w dół w kształt litery V. A przez jego autorytatywny charakter, zdecydowanie był samcem alfa. Właśnie takiego mężczyzny szukała, który jak trzeba to chwyci ją za włosy i powie co ma robić.

Z zamyślenia wyrwało ją stukanie do drzwi jej kwatery, a te po chwili z głośnym sykiem się otworzyły. Wszedł przez nie młody, krótko ostrzyżony blondyn. Witając go, uniosła swój ogon do góry, wywijając jego puszystą końcówką. Uśmiechnęła się do niego promieniście, aż naturalny brokat na jej twarzy lekko rozbłysł. Od niemal godziny przystosowywała atmosferę do oddychania dla ludzi. Poprosiła go o zgaszenie światła oraz o zdjęcie maski, która ułatwiała mu oddychanie. Na początku nie był co do tego zbyt pewny, ale kilka wdechów uświadomiło mu, że jest dobrze. Trochę przypominało to oddychanie na większej wysokości, ale było to do zniesienia. Dopiero wtedy docenił piękno, leżącej kobiety. Przez panujący w pomieszczeniu półmrok, Trudy mieniła się świecącymi kropkami, które pokrywały całe jej ciało.

Usiadła na brzegu łóżka i poklepując swoje kolanach, poprosiła chłopaka żeby na nich usiadł. Zrobił to z pewną nieufnością, wciąż pamiętając jak potraktowała innego człowieka. Czuł się wobec niej taki mały, niczym dziecko na kolanach matki. Jednak ciepło jej ciała i uśmiech na twarzy, sprawił że poczuł się bezpiecznie. Podziwiając piękne cechy jej twarzy, nagle się wzdrygnął. Jej duża obca dłoń, zaczęła masować mu krocze.

-Więc nie byłeś nigdy z kobietą? -zapytała Trudy, mrucząc mu do ucha.

-Na pewno nie z taką. -odpowiedział, zgodnie z prawdą.

-Mmm... -mruknęła w odpowiedzi.

Schyliła się, żeby go pocałować. Chris odwzajemnił jej prośbę i wkrótce ich usta się połączyły. Ich wspólna pasja do siebie rosła, tak jak jego masowane przyrodzenie. W swych pocałunkach była coraz agresywniejsza. Niespodziewanie z wielką łatwością chwyciła go pod ramionami i podnosząc, rzuciła na swoje łóżko. Nim zdążył się zorientować co się dzieje, Trudy już klęczała nad nim w rozkroku, między jego nogami. Zdjęła swoją bluzkę, odsłaniając mu swoją klatkę piersiową. Jej biust choć mały, był niesamowicie jędrny, a dodatkowo jego zarys był rozświetlony naturalnym brokatem. Zresztą tak jak ona cała.

Usiadła na jego biodrach, a dłonie oparła po obu stronach ciała człowieka. Zaczęła niespokojnie poruszać swym ogonem na boki. W tym momencie Chris poczuł się całkowicie bezbronny, przytłoczony ciężarem jej ciała. Wyszczerzyła swoje kły i nachylając się z prawej strony jego głowy, kłapnęła zębami.

-Wiesz, mogłabym Ciebie teraz z łatwością zabić. -szepnęła mu do ucha, drocząc się z nim. -Ale, nie zrobię tego.

Roześmiała się głośno, widząc przerażenie na jego przystojnej twarzy. Wyprostowała się i chwytając za jego koszulkę, rozdarła ją na boki. Ostro zakończonymi paznokciami, kilka razy przejechała po jego klatce piersiowej. Zostawiła mu przy tym dość głębokie i bolesne ślady. Cofnęła się i swoją uwagę skupiła na jego spodniach. Kiedy nie mogła rozpiąć klamry paska, syknęła zdenerwowana. I tak jak zrobiła z koszulką, rozerwała mu spodnie wraz z klamrą. Kilka guzików z głośnym brzdękiem, odbiło się od ściany, spadając na podłogę.

-O, tak! -powiedziała, zadowolona z siebie.

Z bokserkami było łatwiej, bo w końcu znalazła to czego szukała. Kiedy chwyciła go dłonią, ten cały zniknął w jej objęciach. Na pewno nie był duży, ale liczyła że przynajmniej wyładuje na nim, część swojej frustracji. Poruszyła kilka razy dłonią i wtedy stało się niespodziewane. Poczuła jego pulsowanie i rozlewające się ciepło. Spojrzała na twarz Chrisa, a ten głośno dyszał. Później zerknęła na dłoń, a jej wewnętrzna strona ociekała spermą.

-Cholera! Więc naprawdę jesteś prawiczkiem! -powiedziała, nie kryjąc swojego zaskoczenia.

-Przecież słyszałaś. -odparł jej wciąż dysząc.

-Dobra, zjeżdżaj. -ostrożnie zeszła z łóżka, bojąc się pochlapania pościeli.

-Słucham? -zapytał, patrząc na nią z niedowierzaniem.

-Powiedziałam, spieprzaj! -warknęła, ukazując mu swoje kły.