ROZDZIAŁ TRZECI
- Obudź się, ośle.
Nie.
- Koleś, wstawaj! – Emmett stał nade mną leżącym na kanapie i co chwila uderzał mnie w brzuch, powodując, że ciężko mi było oddychać.
Matko Boska.
- Cholera. – Wrzasnąłem, kiedy wreszcie mogłem sam oddychać. – Czego, do diabła, chcesz?
- Zemsta. – Mrugnął. – Chodźmy na śniadanie przed moimi zajęciami.
Usiadłem i przetarłem zaspane oczy. – Na zewnątrz jest jeszcze ciemno. Zjedz swoje Fruity Pebbles1 i pozwól mi spać w spokoju.
Posłałem mu gniewne spojrzenie i naciągnąłem na głowę koc Rosalie, który cały czas leżał z tyłu kanapy Emmetta. Ten sam, na który zwymiotowałem raz czy dwa, na niekorzyść nieświadomej Rose. Z zamkniętymi oczami złośliwie się uśmiechnąłem na myśl o tym, co by zrobiła, gdyby się o tym dowiedziała.
- Pospiesz się, do cholery. Nie chcę zmarnować czasu przeznaczonego dla mojego małego braciszka i usłyszeć o jego nowej znajomości.
Nowej znajomości?
Zdjąłem z twarzy koc, szczerząc się swoim wielkim, szerokim uśmiechem. Już dłużej nie myślałem o pieprzonej Rosalie, tylko o Isie z poprzedniego wieczoru.
- Możemy pójść coś zjeść, jeśli stawiasz.
- A czy zawsze tego nie robię? – Spytał Emmett, kiedy poklepał mnie ręką po twarzy.
Dziesięć minut później siedzieliśmy w małej restauracji obok kampusu, pijąc czarną kawę i napychając buzię syropem z wielką ilością węglowodanów.
- Ten syrop to pieprzone niebo. Serio, mógłbym dolewać to do wszystkiego i byłoby to jak orgazm w moich ustach. – Westchnął zadowolony Emmett. – Więc powiedz mi, kim jest ta pechowa, nic niepodejrzewająca pani?
- Brunetka z brązowymi oczami, ze świetnymi cyckami, pokaźną pupcią, ale troszkę zadziorną. – Uśmiechnąłem się z wyższością, podniosłem kubek do ust i dodałem:
– Zadziorność nie jest złą rzeczą.
- To nie brzmi jak twój typ. – Wymamrotał Emmett z buzią pełną gofrów.
- Że co? Nie mam swojego typu. Kobiety są moim typem. – Chichocząc, pokazałem kelnerce, żeby dolała mi kawy.
- Prawda. Mógłbyś wypieprzyć wszystkie panie w promieniu dziesięciu mil.2 – Zgodził się Emmett. Kelnerka posłała mu dziwne spojrzenie i odeszła. – Zazwyczaj kręcisz z blondynkami, które za dużo nie mówią, nie jedzą, tylko robią.
- Jak doszedłeś do tego gówna?
Podniósł swoją dłoń i zaczął wyliczać na każdym z palców imię. – Kate, Tanya, Irina, współlokatorka Tanyi, ta dziewczyna z dziwnym okiem. Mam kontynuować?
- Ha! – Wskazałem swój widelec na niego. – Irina była brunetką.
Emmett zdjął naleśnik z mojego widelca i powiedział:
– Dokładnie. Była brunetką. Przefarbowała się na blond, żebyś z nią gdzieś wyszedł. I zadziałało.
Psiakrew. – Dobra, wygrałeś. Może interesują mnie tylko blondynki.
Definitywnie nie mam swojego typu dziewczyny. A jeśli jest to prawda, to czy byłem w związku z kimś z mojego „typu"?
Nie.
Nie chodzi o to, że chcę lub potrzebuję aktualnie związku, chodzi tu głównie o interesy. Ponieważ w ogóle nie potrzebuję związku. Zwłaszcza nie z osobą, która jest bardzo uparta i ma dziwnych, natłuszczonych przyjaciół z tego rodzaju olbrzymów ludożerców, którzy w wolnym czasie są beznadziejnymi mechanikami.
- Może powinieneś zacząć rozglądać się za jakąś pracą dla siebie, co? – Emmett przerwał moje myśli, tym samym bardzo mnie wnerwiając.
Zwróciłem się do jego talerza i po cichu chciałem mu skraść naleśnika. – Może powinieneś pilnować swojego pieprzonego interesu i pozwolić mi zrobić to po swojemu, co?
- Nieważne. Wiesz, że wszystko nie idzie tak, jak to sobie zaplanowałeś? Czemu nie możesz po prostu znaleźć prawdziwej znajomości i prawdziwej pracy, a potem dostać pieniądze?
Prawdziwej znajomości? Zaledwie ta myśl spowodowała, że zacząłem drżeć na swoim siedzeniu. Nie byłem typem chłopaka, który angażuje się w poważne związki. Wszystko na początku jest ekscytujące, nowe i chcesz poznawać ciało tej osoby, ale jednak bez tego cholernego dotykania. A potem nie wiadomo skąd, wszystko toczy się jak w małżeństwie, spotkania i pozdrowienia z rodzicami, a potem w końcu zaczynie mną pomiatać, jak starym podkoszulkiem i powie, że ten związek nie ma już sensu.
Nie, dziękuję.
- Tak, Edwardzie. – Podskoczyłem, kiedy usłyszałem głos Rosalie, która nagle pojawiła się obok Emm'a. – Może powinieneś znaleźć pracę i…
- Emmett! – Powiedziałem ostro, przerywając Rosalie. – Co się stało z naszym czasem jedynie dla braci?
Rosalie parsknęła, a Emmett mnie przeprosił. – Sorki, koleś. Rosie też musi jeść. – Uśmiechnął się i pocałował ją w policzek.
Gapiłem się na niego kilka minut, zanim powiedziałem:
– Jesteś takim pieprzonym pantoflarzem. Popatrz, teraz kiedy Rose jest z nami, nie możemy dokładnie obgadać mojej sytuacji.
- Och, Edwardzie? Mają do tego śmietankę, wiesz o tym? – Zażartowała Rosalie z krzywym uśmieszkiem na twarzy?
- Nie, nie wiedziałam. – Powiedziałem bez emocji. – To dlatego, że nazywają to zamknij się, dzi…
- Dzieci. Jesteśmy w miejscu publicznym. – Szepnął Emmett.
- Nie waż się nazywać mnie dzieckiem, Emmetcie! Twój brat potrzebuje wreszcie wziąć się w garść i przestać spać na twojej kanapie. Nie sądzisz, że on…
Zasłoniłem rękami uszy i tym samym wyciszyłem Rosalie. Kilka minut później otworzyłem jedno oko, by zobaczyć czy ona wciąż tu siedzi, kiedy mignęła przede mną głowa niskiej brunetki. Otworzyłem szybko drugie oko.
- Koleś. – Kiwnąłem głową w kierunku Isy, która siedziała sama przy stoliku i skubała bagietkę. Dziś miała włosy z przodu, a niedbałe loki spływały naokoło jej twarzy. Mimowolnie się uśmiechnąłem. Emmett oczyścił gardło, by zwrócić na siebie moją uwagę. – To ona. To ta zadziorna dziewczyna z baru.
- Dlaczego ci tego nie ułatwić? Nazywa się Isa? – Spytał, potem, zanim zdążyłem odpowiedzieć, zaczął wykrzykiwać jej imię. Wykrzyknął je jeszcze pięć razy, zanim wreszcie na nas spojrzała.
- Emmett, co u licha wyprawiasz? Znasz tę dziewczynę? – Spytała Rosalie z nutką zazdrości w głosie.
- Nie, kochanie, ale Edward chce, żeby była jego dziewczyną.
- Jego co? Edward? Ten sam Edward, który kazał ci wziąć dla niego telefon na abonament, ponieważ dwuletni kontrakt z AT&T3 jest dla niego zbyt dużym poświęceniem?
Zignorowałem Rosalie i cała nasza trójka zaczęła gapić się w stronę Isy. Jej niewinne, sarnie oczy wędrowały pomiędzy mną, Emmettem i Rosalie, aż wreszcie odłożyła bułkę na talerz, przełożyła torbę przez ramię i przeszła obok nas, by usiąść ze starszą panią dwa stoliki za nami. Według niego to był jedyny sposób, aby móc ją kontrolować.
- Miałeś rację. Zadziorna. – Uśmiechnął się Emmett, który, nie ukrywając tego, gapił się na jej tyłek. Do momentu, aż Rose walnęła go w ramię. Emmett uwielbia odstawiać takie gówna w towarzystwie swojej dziewczyny. Bez wątpienia resztę dnia spędzi na sprawdzaniu swojego wyglądu w szybach samochodu i resztę nocy w patrzeniu w lusterko.
Po kilkuminutowej rozmowie Isa podeszła do naszego stolika i stała z rękoma na biodrach, czekając, aż coś powiem, ale ja zamiast tego gapiłem się na Emmetta, żeby coś powiedział, zanim przez przypadek ujawniłbym swój plan.
- Cześć. Jestem Emmett, brat Edwarda. – Uśmiechnął się i wyciągnął do niej rękę. – Czy zazwyczaj jesz produkty zawierające dużą ilość węglowodanów?
- Emmett. – Schowałem twarz w swoje dłonie. Dokładnie wiem, co on robi i po prostu nie mogłem na to patrzeć. Rosalie przyzwyczaiła się do jego wygłupów, więc jedynie patrzyła na rozgrywaną przed nią scenę.
- Co proszę? – Spytała Isa, kiedy podała mojemu bratu swoją dłoń. – Taak, jem węglowodany. I co z tego?
- Wiesz, co węglowodany robią z twoim tyłkiem?
- Nie zatrzymują waszej dwójki do gapienia się na mój tyłek? – Powiedziała bez wahania, a Emmett złośliwie się uśmiechnął. – Jeśli to wszystko, czego chciałeś to naprawdę muszę już iść. – Patrzyła na mnie przez kilka sekund, zanim odwróciła się do wyjścia.
- Czekaj. Ten mój durny brat jest tobą bardzo zainteresowany.
Zrównam cię z ziemią, Emmett.
Wsunęła pasmo włosów za ucho, wyglądając tym tekstem na niewzruszoną. – To… super. Ale serio muszę już iść.
- Bello, skarbie. Powiedz swojej babci, że ją pozdrawiam. Do zobaczenia. – Niska, starsza pani jedynie się pożegnała, a Isa grzecznie się uśmiechnęła.
Przerwałem ciszę. – Dobra, nazwijcie mnie wariatem, ale to już drugi raz, kiedy ktoś nazywa cię innym imieniem. Myślałem, że na tamtej tabliczce było napisane, że nazywasz się Isa.
- Spostrzegawczy. – Wymamrotała. – Nazywam się Bella. Dokładniej Isabella, ale…
- Bella. Bella. Bell-och. Podoba mi się. – Emmett krzywo się uśmiechnął, kiedy ćwiczył wymawianie jej imienia, jak jakiś głupek, którym zresztą jest.
- Czekaj, więc czemu…
- Ponieważ kiedy jestem w barze i na tabliczce z imieniem mam Bellę, jestem zbyt łatwym celem dla durnych pijaków, którzy mnie podrywają. Więc w pracy jestem Isą. Założę się, że nikt nie pomyśli o podrywaniu płaskiej laski z takim imieniem.
Wzruszyłem ramionami i wszyscy zaczęliśmy gapić się na Emmetta, który przeszukiwał głowę, by odpowiedzieć na ten tekst o płaskiej lasce.
- Mam już! Twoje ciało, Isa, jest jak kraina czarów, a ja chciałabym być Alicją.4
Rosalie posłała Emmettowi gniewne spojrzenie. Chryste, wszystko jest na dobrej drodze, by Emmett miał spokój dzisiejszego wieczoru.
Bella właśnie śmiała się z tego durnia i jego żartu. – Moja najlepsza przyjaciółka nazywa się Alice. Powiem jej, że to powiedziałeś.
Wow. Gapiłem się na tę droczącą się dwójkę i musiałem ugryźć się w język, żeby przypadkiem nie powiedzieć czegoś złośliwego. Emmett rozmawiał z nią przez ostatnie pięć minut i już zna jej prawdziwe imię, najlepszą przyjaciółkę i Bella obiecała powiedzieć tej dziewczynie o moim bracie.
Bella podniosła na mnie brew, prawdopodobnie zauważając mój posępny nastrój. – Jeszcze raz dziękuję za pomoc ostatniej nocy przy ciężarówce.
- Żaden problem. Powinienem dać ci swój numer, w razie czego, gdyby coś ci się znowu popsuło.
Okey. W mojej głowie brzmiało to o wiele lepiej.
- Jakie to żałosne. Muszę iść już na zajęcia. Bello, miło mi było cię poznać. Dać ci jedną radę? Nie pozwalaj zatrzymać się mojemu popieprzonemu braciszkowi. – Emmett, w krępujący dla niej sposób, uderzył ją pięścią po „przyjacielsku", rzucił na stół kilka banknotów i pociągnął za sobą Rosalie.
Błyszcząca Malibu Barbie5 nic-nie-jest-lepsze-niż-mój-pieprzony uśmiech Rosalie wyciągnęła rękę i powiedziała:
- Tak swoją drogą to jestem Rosalie. Nie spodziewałam się po tych dwóch fajtłapach, że zachowają jakieś dobre maniery. Uważaj na niego, poważnie. – Ostrzegła.
Bella uśmiechnęła się nieśmiało, zanim zajęła miejsce Emmetta, a potem oboje patrzyliśmy, jak odchodzą te dwa zakochane gołąbeczki. – Nazwała cię fajtłapą.
- Jest to prawdopodobnie najmilsza rzecz jaką kiedykolwiek o mnie powiedziała. – Odpowiedziałem pełen podziwu, a potem próbowałem wytłumaczyć zachowanie brata.
- Lubię go. – Powiedziała Bella ze szczerym uśmiechem, który spowodował, że w jednym momencie zapomniałem, o czym wcześniej mówiłem.
- Daj mi swój telefon. Dodam ci mój numer.
- Nie mam komórki.
- Kto nie ma telefonu? – Zaśmiałem się.
- Ja. Nie mogę tego znieść i nie podoba mi się, że ludzie zawsze mają sposób, by się ze mną skontaktować. – Przyznała, bawiąc się solniczką.
Nie mówi poważnie. – A co jeśli byłoby coś nie tak z twoją babcią i pogotowie chciałoby się z tobą skontaktować?
- Odwiedzam babunię w każdy niedzielny wieczór, więc jeśli coś by się jej stało, jakoś bym się dowiedziała. – Odpowiedziała. Jakoś.
- Rodzice?
- Charlie jeździ zawsze ze mną, kiedy odwiedzam babunię, więc znowu, jakoś bym się dowiedziała. A mama zostawiła nas, kiedy byłam mała, więc szansa, że coś o niej usłyszę jest minimalna.
Zdecydowałem, że później wypytam ją o tę sprawę z jej mamą, ponieważ teraz wciąż jest bardzo wcześnie, a ja nie radzę sobie zbyt dobrze z ludzkimi emocjami. – A co jeśli twoja ciężarówka zepsuje się, kiedy będzie ciemno w czasie zimnej nocy i będziesz zdana jedynie na siebie?
Stopa Belli stuknęła pod stołem, tym samym informując, że moje pytania zaczynają ją nudzić. – Moja ciężarówka już raz się zepsuła, kiedy było ciemno i w czasie zimnej nocy, jak to ująłeś. Spałam do rana w kabinie, a potem bardzo miły starszy pan zatrzymał się i mi pomógł. – Bella siedziała sobie z tą całą swoją pewnością siebie, której nie próbowała nawet ukryć. Po prostu się na mnie patrzyła, czekając na moje kolejne pytania.
- Nie bałaś się? Mam na myśli być sama.
Jej twarz wykrzywiła się, jakby to była najgłupsza rzecz, o jaką mógłbym zapytać. – Dlaczego niby miałabym się bać? Mam gaz łzawiący. Poza tym mój tata jest szefem policji w małym mieście w Waszyngtonie. Nauczył mnie kilku rzeczy. – Zachichotała.
Przysięgam na Boga, ona, do cholery, zachichotała! Carlisle i Esme z pewnością się na to nabiorą.
- Jeśli tylko malutki gaz łzawiący powstrzyma kogoś przed zgwałceniem ciebie, sugeruję nabycie telefonu komórkowego i dodanie mojego numeru. Masz długopis?
- Nie.
- Kłamczucha. Hej, Maggie. Masz długopis? Mogę go na chwilę pożyczyć? – Spytałem kelnerki, która chętnie wręczyła mi długopis wyjęty wcześniej z fartuszka.
- Ona nie nazywa się Maggie. Na tabliczce ma napisane Mary. – Szepnęła Bella.
- Tak? Już nigdy nie uwierzę w takie tabliczki. – Uśmiechnąłem się i podałem jej serwetkę z moim numerem. – Nie zgub tego. To jest zbyt cenne.
- Uch, dzięki. Swoją drogą, jestem spóźniona na swoje zajęcia i uciekł mi autobus.
- Autobus? Co się stało z twoją zawsze wierną kupą gówna?
Bella zadrwiła sobie ze mnie, kiedy oboje wstaliśmy od stolika i zaczęliśmy się zbierać do wyjścia. – Po twojej wczorajszej pomocy zawsze wierna zepsuła się znowu dzisiejszego ranka, więc musiałam przenieść się na autobus.
- Przestań próbować zwalać na mnie winę i sprawiać, że źle się z tym czuję. Twój mały przyjaciel mechanik to naprawi. – Pchnąłem drzwi, by je otworzyć i wyszliśmy na zewnątrz. – Pozwól, że cię podwiozę.
Zatrzymała się i zarumieniła, pozwalając włosom, by zakryły jej lewe oko. – Wszystko jest w porządku. Nie musisz tego robić.
- Wiem, ale chcę. Chodź.
Trącając ją w ramię, popchnąłem ją w kierunku mojego volvo. Otworzyłem drzwi, jak na gentelmana przystało, i wskazałem jej miejsce pasażera. Warkot silnika zasygnalizował, że jest gotowy do jazdy.
- Samochód powinien tak odpalać.
- Słuchasz Of Montreal6? – Spytała, ignorując moją docinkę o ciężarówce i skupiła się na muzyce, powtarzając słowa po wokalistach.
- Znasz ich? – Spytałem zaskoczony.
- Mam tylko malutką obsesję. – Powiedziała, przygryzając wargę, zanim zaczęła śpiewać na całego.
Moje usta same się otwarły i bardzo starałem się powstrzymać śmiech. – Jesteś koszmarną piosenkarką. Proszę, nie rób tego więcej. Szczególnie w moim aucie.
Bella zaczęła się śmiać i powiedziała:
– Masz rację. Byłeś bardzo miły, proponując mi podwózkę, a ja jeszcze cię torturuję. Przestanę. Swoją drogą fajny samochód.
- Dziękuję.
- Mamusia i tatuś ci go kupili? – Spytała z kpiną.
- Prawdę mówiąc to nie. Moi rodzice nie żyją. – Przyznałem i czekałem na przeprosiny, ale niczego takiego nie usłyszałem. – Jestem pod wrażeniem. Słyszałaś o mnie bardzo dużo i jestem zaskoczony, że nie słyszałaś akurat o moich rodzicach.
- To nie jest tak, że cały czas o tobie słyszę. Ludzie gadają. Wszyscy chcą wiedzieć o ponurej, udręczonej duszy, która siedzi samotnie przy barze, wprowadzając się w alkoholowe upojenie do czasu, aż pozornie wyglądająca porządnie dziewczyna zabierze go do domku. – Wypaliła.
Zrobiłem sobie mentalną notkę, że kiedy się denerwuje, mówi bez ładu i składu. Co jest cholernie słodkie. Również nieznośna, co powodowało u mnie nieprzyjemne uderzenia pulsu, pomiędzy moimi oczami.
- Chcesz mnie poznać? Chodźmy dziś na kolację.
- Nie mogę.
- Czemu nie możesz?
- Ty… nie jesteś w moim typie. – Wyjąkała. I tym samym skłamała.
- Bella – zacząłem powoli, używając jej prawdziwego imienia. – Jestem typem wszystkich.
- Dokładnie. Nie chcę kogoś, kto jest typem wszystkich. – Powiedziała zbyt szorstko i zarumieniła się. – Możesz mnie tu wysadzić.
Szybko zatrzymałem samochód przy krawężniku, zmieniając biegi do parkowania i odwracając się na swoim siedzeniu, by spojrzeć jej w twarz, co spowodowało, iż się wzdrygnęła. – Będziesz mi wszystko bardzo utrudniać, prawda? – Spytałem żartobliwie.
- Tak. – Odpowiedziała bez patrzenia na mnie.
- Dobrze. Do zobaczenie później.
Wreszcie na mnie spojrzała. Lepiej, jak jest ciekawska. – Powiedziałam, że nie idę na…
Podniosłem swoją dłoń. – Pracujesz dziś wieczorem, tak?
- Taa. – Powiedziała powoli.
- Zaprosiłem po prostu ładną dziewczynę na kolację, a ona odmówiła. Jestem ponurą, udręczoną duszą, tak? Dalej trzymaj się tej myśli. Więc. Do. Zobaczenia. Później. – Z każdym słowem wyłamywałem sobie palce tak, że strzelały mi kości.
Bella coś cicho wymamrotała i wyszła z samochodu. – Dzięki za przejażdżkę. Zrób mi przysługę i nie próbuj mnie prześladować, dobra? Mam kilku naprawdę dużych przyjaciół, którzy z pewnością czegoś takiego nie pochwalają.
Potrząsając głową, fałszywie się do niej uśmiechnąłem i szepnąłem:
– Mówisz o tym mechaniku? Twój przyjaciel chcę-być-mechanikiem wcale mnie ostatnio nie przestraszył, a wręcz przeciwnie.
Twarz Belli zrobiła się czerwona, kiedy trzasnęła drzwiami, moim skromnym zdaniem troszeczkę za mocno.
Pomachałem ręką na pożegnanie oddalającej się sylwetce i śmiałem się całą drogę do mieszkania Emmetta. Chyba potrzebuję porządnej drzemki przed dzisiejszym wieczorem.
Pięć godzin później (tak, jestem świadomy, że nie podejrzewaliście, iż drzemka może trwać więcej niż czterdzieści pięć minut) obudziłem się z mojej drzemki, czując się lepiej, niż wtedy, gdy kładłem się spać.
- Kiedy wróciłeś do domu? – Spytałem Emmetta, który siedział w salonie na podłodze i grał w FIFE. Sięgnąłem po jego piwo, żeby pozbyć się tego pieprzonego posmaku w moich ustach, ale on był pierwszy i sprzątnął mi je z przed nosa.
- Godzinę temu. Chrapiesz jak jakiś pieprzony stary dziadek.
- Zajmij się sobą. Hej, chcesz iść wieczorem do Cain&Abel?
Emmett zatrzymał grę. – Serio chcesz to zrobić?
- Zrobić co? Napić się? – Zaczęłam się śmiać, kiedy wstałem, żeby się rozciągnąć.
- Nie. Próbujesz ją uwodzić, chcesz zaciągnąć na randkę, a potem przekonać Carlisle'a i Esme, że jesteś w niej zakochany?
- Uwodzić? Kto powiedział o uwodzeniu? Zabrzmiało to, jakbym to wszystko wcześniej planował.
Emmett powrócił do swojej gry i potrząsnął głową. – Nie zauważyłeś, koleś, jak się dziś na ciebie gapiła?
- Zniosłem już cięższe podboje, Emm. Ale jeśli ty tam będziesz, cholernie mi wszystko ułatwisz.
- Dlaczego mam to niby zrobić? – Znowu zatrzymał grę i zaczął sączyć swoje piwo.
- Z dziwnego, pieprzonego powodu, że cię lubi. Mam przeczucie, że jeśli pokażę się dzisiejszego wieczoru z tobą, pewne rzeczy pójdą o wiele łatwiej. Więc, wchodzisz w to?
- Zadzwoń do Bena i powiedz, że się tam spotkamy. Mam przeczucie, że będzie chciał poznać tajemniczą stronę tej dziewczyny, co tobie wyjdzie tylko na dobre.
Zaśmiałem się z toku myślenia brata, dotykając ustami butelkę Heinekena i powiedziałam:
– O tak, wierzę w to.
1 Fruity Pebbles – płatki śniadaniowe. (przyp.tłum)
2 10 mil = 16,09344 kilometra. Przeliczone przez Google. (przyp.tłum)
3 AT&T - American Telephone and Telegraph - amerykańskie przedsiębiorstwo telekomunikacyjne. AT&T było przez pewien czas największym na świecie przedsiębiorstwem świadczącym usługi telefoniczne oraz największą siecią telewizji kablowej. (przyp.tłum)
4 Chodzi o to, że ciało Isy/Belli jest jak kraina czarów – wonderland, a Emmett chce być jej Alice – film „Alice in Wonderland" – „Alicja w Krainie Czarów". (przyp.tłum)
5 Malibu Brabie – kobieta po czterdziestce ze świetnym ciałem, dobrze się ubierająca, blondynka, którą interesują obie płci. Najwięcej pań tego pokroju można spotkać w Las Vegas. Nie znaczy to, że Rosalie jest akurat w tym wieku. Wszyscy znamy Edwarda i te jego docinki, prawda? (przyp.tłum)
6 Of Montreal - amerykański zespół indiepopowy (gatunek pokrewny indie rockowi bądź jego podgatunek, koncentrujący się na czysto popowej stronie muzyki, tzn. chwytliwych melodiach i harmoniach), założony w 1997 roku w Athens.
Rozdział trzeci - 23.08
Zapraszam, Paulina.
Bardzo proszę o nieumieszczanie tego tłumaczenia na innych chomikach, forach, blogach, itp!
