Tak więc nowy rozdział urodzinowy. Miłej lektury od starzejące się mildredred.

Wrzucam dziś, bo jutro po imprezie...sami rozumiecie;) Enoy!

xxxxx

Hermiona Granger zeszła do hollu po wielkich schodach, zamieniając przy tym parę miłych słówz służącymi, dopinającymi wszystko na ostatni guzik przed powrotem Vinnetów. Ich prywatny samolot kwadrans wcześniej wylądował na pobliskim lotnisku i teraz lada chwila oczekiwano ich w rezydencji.

Hermiona przez ostatnie dwadziecia cztery godziny była tak zajeta, że nie miała kiedy rozpamiętywać spotkania z państwem Malfoy , wciąż jednak zaprzątało ono skrawki je umysłu. Bywa. Po napisaniu programu zabrała się za wypracowanie na transmutację oraz czytanie dodatkowej lektury o zaklęciach urojenia.

Nagle usłyszała w końcu warkot silnika i wszystko inne przestało się liczyć.

Xxxxxx

- Narcyzo? Kochanie, już bardzo późno- Lucjusz bezszelestnie zbliżył się do żony i objął ją ramieniem. – Nie kładziesz się spać?

- Och, wita Lucjuszu- kobieta oderwała się od książki i spojrzała z miłością na męża. – Wybacz, zaczytałam się odrobinę. Naturalnie, już idę do sypialni.

- „Hiroszima została zupełnie zniszczona po wybuchu bomby atomowej..." - Lucjusz rzucił okiem na tekst, studiowany właśnie przez Narcyzę i skrzywił się nieznacznie na widok zamieszczonych obok zdjęć ilustruących skutki zdarzenia. – Rzeczywiście, wygląda to makabrycznie.

- Tu jest napisane, że skutki wybuchu bądą odczuwalne jeszcze przez wiele, wiele lat. Jak to w ogóle jest możliwe?

- Nie mam poęcia. Ci mugole są jeszcze dziwniejsi niż myślałem. Nie próbuj ich nawet zrozumieć. – wzruszył ramionami. - Ale, ale-aż tak przejęłaś się tym, co gadała ta mała szlama? – Dodał widząc, że Narcyza ciągle wpatruje się zmrużnymi oczami w tekst.

- Byłam po prostu ciekawa. I przyznam, że obecnie jestem jeszcze bardziej zaintrygowana i...zaskoczona. A raczej zdumiona. Tak, to dobre słowo...

- Och, kochanie- złożył delikatny pocałunek na je ustach. – Może na dzisiaj wystarczy już ci nam historycznych sesji?

- Owszem, to dobry pomysł- odparła bez namysłu. – Nie przywykłam do tego typu informacji. Swoją drogą, mugole są obrzydliwi. Wiesz, że podczas wojny zdarzały się przypadki jedzenia zwierząt domowych?! I pomyśleć, że...

- Że teraz moja ukochana pójdzie razem ze mną – przerwał Lucusz, biorąc ą w ramiona.

Zaśmiała się cicho i nikt już tego dnia nie wspomniał o historii. Jednak jak mózg się na coś uprze, to nie ma dla niego przeszkód. Tak było i tym razem- gdzieś na strzępku świadomości przez cały czas majaczył im obraz, który przy dużej dozie tolerancji mógłby posłużyć za ilustracje podręcznika do historii, oczywiście- wzbogacony o własne, jeszcze bardzie nieświadome skojarzenia.

I byłaby to naprawdę zupełnie nieistotna informacja gdyby nie fakt, że wszystko zapoczątkowała Hermiona Granger.

I w tej same chwili , owa dziewczyna zaprzątała głowę leżącemu na łóżku jedynemu synowi Lucjusza i Narcyzy. Ostatnie spotkanie naprawdę zapadło mu w pamięć. Granger- jak zwykle śliczna... nie, przemądrzała. Mądrzejsza od niego- nie tylko w szkole magii- a przecież to szlama, on zaś miał do czynienia z czarami od urodzenia. Także na wakacjach, choć trudno się dziwić- wszak znajdował sięw mugolskim świecie.

Tak naturalnie z nimi rozmawiała, tak bardzo była sobą nie zaś rozchichotaną, płaszczącą się przed nim i rodzicami panienką. Tylko... małą, zarozumiałą, nikomu nie potrzebną szlamą. Koniec, kropka...

- Cholera- zaklął, przewracając się na bok.

W salonie rezydencji państwa Vinnetów światło zaś dopiero się zapaliło.

Podczas uroczystej kolacji wymienili już parę słow i teraz cieszyli się po prostu swoją obecnością, nawet jeśli był właśnie środek nocy.

- A powiedz kochanie, jakieś plany na wakace? Jedziesz do tego swojego przyaciela, jak co roku? – zagadnęła Hermionę pani Vinnet, upijając łyk czerwonego wina.

- Dopiero w sierpniu- usiadła koło matki. – Ale...

- Tak? – do rozmowy włączył się ojciec.

Hermiona chciała już wyżalić się rodzicom i opowiedzieć o niechcianym towarzystwie, ale nie wiedzieć czemu zawahała się. W sumie teraz, jak odtwarzała ostatnie spotkanie, nie przedstawiało się ono tak koszmarnie jak mogłaby się spodziewać. Pouśmiechała się trochę, nieco powymądrzała, starała się nie dać wytrącić z równowagi. To ostatnie prawie jej się udało. Przecież to wina tego arysokratycznego dupka, ona próbowała być milutka.

- W pobliżu spędza wakacje mój znajomy. Ze szkoły- dokończyła niepewnie.

- Również czarodziej? Och, kochanie- to wspaniale! Może w końcu zaprosisz go z rodzicami? Tak bardzo chcemy poznać twoich przyjaciół...

W głowie Hermiony pojawił się subiektywny obraz Dracona i Lucjusza z Narcyzą na progu domu ich rezydencji. Bogata wyobraźnia dodała do tego butelkę wytrawnego wina, przyniesionego przez Lucjusza. Malfoyowie rozglądają się zaskoczeni po bogatym hollu posiadłości i witają Vinnetami. Ona wita się z Draco- chłopak umuje jej dłońi składa na niej delikatny pocałunek, jak na dżentelmena przystało. Jest nią zachwycony, z resztą trudno się dziwić, Hermiona wygląda pięknie.

Całą szóstką udają się do jadalni, rozmawiając beztrosko...

- Nie! – krzyknęła nagle, opanowując swoje myśli, po czym zreflektowała się. – To nie jest najlepszy pomysł. My z Draco... nie darzymy się zbytnią sympatią. On należy do starego, czarodzieskiego rodu...

Naturalnie, nie mogła powiedzieć rodzicom, że cała jego rodzina uważa ją i ich za nic niewarte śmieci. Nie miała pojęcia jak to przekazać w miarę bezbolesny sposób. Naturalnie, mogła przyrównać całą sprawę do rasizmu, ale jakoś nie miała ochoty na ideologiczną dyskusję.

- To chyba nie stanowi problemu? Mówiłaś, że dobrze radzisz sobie z przedmiotami, mimo że... – zaczą pan Vinnet, wpatruąc się w córkę z zainteresowaniem.

- Poza tym jesteśmy z dwóch różnych domów w Hogwarcie. Nielubiących się domów. I jest trochę...zarozumiały.

- No cóż, skarbie- matka najwyraźniej również nie chciała kontynuować tego rozmyślania. – Masz tuta przecież innych znajomych. Lilian- Marie, Samuel, Nicholas, Victorie...

Pani Vinnet mówiła o starych znajomych gryfonki. dzieciach biznesmenów lub adwokatów- zależnie od osoby.

Siłą rzeczy, ich kontakty rozluźniały się wraz z upływem lat, w końcu renomowane szkoły prywatne wymagają poświęceń. Czasem jednak udawało im się zebrać w „dawnym składzie" i spędzić miły wieczór w dobrym klubie, restauracji czy kręgielni. Oficalnie Hermiona utrzymywała, że pobiera nauki w Królewskim Liceum im. J.K. Rowling (taki sobie żarcik mały- przyp. mildredred) we Franci. Nikogo to zbytnio nie dziwiło- Samuel wyjechał do Kanady już w wieku lat dziesięciu, a Victorie uczęszczała do Akademii Baletu w Moskwie. W tak zwanych „wyższych sferach" jest to rzeczą naturalną, a Hermiona- mimo iż nigdy nie starała się za wszelką cenę być tą „na topie", siłą rzeczy wychowała się w takim środowisku.

- Kontaktowałam się z nimi niedawno- przypomniała sobie. – Lilian-Marie miała spędzić wakacje w Chicago na kursie językowym, ale chyba wyjeżdża dopiero w połowie lipca. Samuel wcześniej skończył rok przez zaliczenie wszystkich egzaminów przed terminem...Myślę, że uda nam się zobazyć.

- To wspaniale! Ech, pamiętam was jeszcze jako dzieci, jak na twoich szóstych urodzinach polecieliście z Luizą i Albertem do Disneylandu pod Paryżem...Był straszny upał, ale Albert relacjonował, że wcale nie zważaliście na to uwagi...

- Pamiętam, mamo- przerwała z uśmiechem Hermiona.

Nie miała ochoty na wspomnienia, szczególnie nie te z czasów zamierzchłych, czyli Przed- poprzedzających chwilę, gdy dowiedziała się, że jest czarownicą. Boże, gdzieżby ona wtedy pomyślała, że za blisko dziesięć lat będzie w trakcie edukacji w szkole magii?! Że przyjdzie jej spędzać wakacje w towarzystwie arystokratycznego, zarozumiałego kretyna, uważającego ją za niegodny uwagi śmieć. Chociaż przecież ostatnio Draco...STOP! Znowu nawiedziły ją myśli z młodym Malfoyem w roli głównej. Postrała się wyrzucić z głowy obraz ślizgona, jednak nie było to takie łatwe. Niestety.

- No, to dobrze się składa. A jak jednak zapragniesz powrócić na chwilkę do twojego świata, zawsze możesz jednak zagadać do tego kolegi. Jest wyjątkowy, tak jak ty, jestem pewnien, że nie jest taki zły- dobiegł ją gdzieś z oddali głos taty.

- Mojego świata...Wyjątkowy...- powtórzyła tępo, wpatrując się w bliżej nieokreślony punkt w przestrzeni, po czym otrząsnęła się natychmiastowo. – Och, prędzej nadejdzie sierpień i wyjadę do Harrego i Rona. Uwierzcie mi, nie znajdę z tym tutaj wspólnego języka. Nawet gdybym chciała.

- Jak uważasz- dała za wygraną matka. – To może zaproś tego Rona i Harrego tutaj?

O zgrozo! Jeszcze tego by brakowało. Coraz bardziej szalone pomysły, tylko jak przekazać to Vinnetom? Przecież gdyby chłopacy...Ginny... jej przyjaciele dowiedzieli się gdzie mieszka i kim są jej rodzice, pomijając fakt, że spora większość z nich nie zrozumiałaby tego za Chiny ludowe, zważywszy, że niektórzy mieli problem z pojęciem idei pracy wykonywanej przez stomatologów, jaki to fach naprędce przypisała swym rodzicielom. (Ale jak to, bez różdżki? To jak mugole usuwają próchnicę?)...

- Oni wyjeżdżają- odezwała się w końcu. – Umówiliśmy się na sierpień. Ron ma duży dom (wszak „duży", to pojęcie względne), poza tym tam wszyscy są czarodziejami. Będzie nam wygodniej przećwiczyć zaklęcia i odrobić prace domowe. Piąty rok będzie trudny.

- Jak tam ci się wydaje, córeczko. Nie znamy się na tym za bardzo- rodzice nigdy jej tego nie powiedzieli, ale Hermiona czasem miała wrażenie, iż jest im nieco przykro z powodu swojej zwyczajności. Dla niej samej nie stanowiło to większego problemu, tym bardziej że była pewna, że 99,9% uczniów Hogwartu- mimo iż „wielcy czarodzieje"- nie miałoby pojęcia jak zacząć projektować aplikację tudzież pisać program- a dla Vinnetów był to chleb powszedni. A propos...

- A jak ten program? – zmieniła temat pospiesznie. – Spełnił swoje zadanie?...