Love Street

She has wisdom and knows what to do

She has me, and she has you


Will pojawia się u niej o całe dwadzieścia minut wcześniej niż się go spodziewała, sprawiając że Abigail zastanawia się czy był w drodze, czy zdążył dojechać do miasta zanim Doktor Bloom powiedziała jej o tym, że chciałby się z nią zobaczyć. Jest ubrany w zieloną rybacką kurtkę i wygląda jakby niedawno wziął prysznic. Ostatni raz widzieli się podczas kolacji z Freddie Lounds. Wtedy Will spojrzał na nią a Abigail wyczytała z jego spojrzenia, że on wie. Tamtego wieczora Doktor Lecter obiecał jej, że obaj się nią zaopiekują i że Will dotrzyma ich tajemnicy.

Abigail chowa pamiętnik do szuflady i siada prościej na łóżku. Will zamyka za sobą drzwi i siada na krześle koło okna. Mija minuta a on wpatruje się w rosnące za jej oknem drzewo i śledzi wzrokiem lot wróbla starającego się dostać do gniazda położonego na którejś z wyższych gałęzi, która pozostaje dla nich niewidoczna.

Abigail przypomina sobie o konieczności oddychania. Po kolejnej minucie wstaje z łóżka. W uszach czuje bicie własnego serca chociaż w jej umyśle nie ma miejsca na myślenie o tym, że Will mógł zmienić zdanie. Obietnice Doktora Lectera ciążą jej bardziej niż strach, o którym przypomina jej jej umysł. Abigail dusi go w sobie. To wszystko nie ma już znaczenia. Nick Boyle jej nie skrzywdzi ponieważ odnaleziono jego ciało, a Jack Crawford nie może jej skrzywdzić ponieważ Will mu na to nie pozwoli. Abigail stoi za Willem przez chwilę zastanawiając się czego on może od niej chcieć, czego od niej oczekuje. Jego dłonie drżą kiedy zdejmuje okulary, i z jakiegoś powodu to pomaga jej podjąć decyzję.

Abigail kładzie dłoń na jego ramieniu, nie wiedząc czy on tego chce, czy jest to właściwe. Will wzdycha i zamyka oczy.

-Dlaczego zabiłaś Nicka Boyle'a? - Przechodzi ją dreszcz, ale ona nie cofa dłoni.

-Chciał mnie zabić. - Odpowiada automatycznie wyczuwając dłonią to jak napinają się mięśnie jego pleców. Will odwraca się by na nią spojrzeć. Abigail przełyka ślinę i resztę swojej wypowiedzi. On patrzy jej prosto w oczy. Robi to tak rzadko, że kiedy to się zdarza całe jej ciało napina się w oczekiwaniu na jego kolejny ruch. Jej oczy wpatrują się w nią niczym oczy wilka czatującego na zdobycz. Z tego powodu, Abigail odnosi wrażenie, że nie są sami, że ktoś ich obserwuje.

-Abigail. - Mówi głosem pozbawionym gróźb, mimo swojej obecnej przewagi nad nią, mimo prawdy o której się dowiedział. - Dlaczego zabiłaś Nicka Boyle'a? - Mówi na tyle wyraźnie aby przekazać jej, że nie będzie tolerował kłamstwa na ten temat. Nie ocenia jej jednak, chociaż wie, że jest winna. Abigail myśli, że dzieje się to z powodu tego, że on sam czuje się winny ukrywając to. Nie powinien czuć się winny. Chce ją chronić, robi tylko to co uważa za słuszne. Abigail opuszcza dłoń i siada na brzegu łóżka.

-Przyszedł do mnie i powiedział, że nikogo nie zabił, że ktoś go wrabia. - Abigail nagle robi się zimno. Will spuszcza wzrok jak gdyby się tego spodziewał, może nawet sam go poczuł, może robił to coś co pomagało mu rozumieć seryjnych morderców.

-Nie uwierzyłaś mu.

-Myślałam...- Przerywa mnąc w dłoniach koc. Oblizuje usta. - Wyglądał na tak zdesperowanego, jakby myślał, że to ja go wrobiłam i że gdyby tylko mógł mnie przekonać, że ma rację...zostałby oczyszczony z zarzutów.

-Co dokładnie ci powiedział? - Spojrzenie Willa kieruje się raz po raz na dłonie Abigail jakby starał się wyobrazić sobie to w jaki sposób trzymała nóż którym dźgnęła go tylko raz i zakończyła jego życie.

-Powiedział, 'Nie skrzywdzę cię, nie zabiłem tamtej dziewczyny.' Potem chciałam pobiec po Doktora Lectera i Doktor Bloom a on próbował mnie złapać. - Jej oddech staje się urywany. Po jej policzku spływa łza na wspomnienie tego co stało się potem. - Myślał, że pomogłam zabić jego siostrę.- Abigail potrząsa głową i pociera dłońmi mokre ślady łez na policzkach i pod brodą. - Bałam się go. Nie wiedziałam co zrobi.

Will milczy przez długą chwilę. Nie patrzy na nią. Żadne z nich nie przerywa panującej w pokoju ciszy. Abigail pociąga nosem najciszej jak może. Will nie wydaje się zaskoczony tym co mu powiedziała, może dlatego, że Doktor Lecter przekazał mu najważniejsze fakty. W końcu Will przyjechał tu, żeby się z nią zobaczyć, nie dlatego, że potrzebował prawdziwej wersji wydarzeń aby ukoić sumienie.

-Co stało się potem?

-Pchnął mnie na ścianę, błagał żebym go wysłuchała a ja...- Abigail mruga. Jej ręce wydają się mokre i lepkie od krwi Nicka Boyle'a, i od krwi Willa. Abigail szuka ran na jego ciele ale nie znajduje żadnych. Jej dłonie także są czyste, więc opuszcza wzrok. - Dźgnęłam go nożem żeby przestał.- Szepcze. - On upadł na ziemię, został tam i zostawił mnie w spokoju.

- I wtedy odnalazł cię Hannibal.

-Najpierw...- Abigail hamuje się nie wiedząc czy Will wie co stało się Doktor Bloom. - Kiedy zobaczył krew na moich dłoniach zszedł ze mną do piwnicy i zobaczył ciało Nicka. Powiedział, że ludzie pomyśleliby, że zrobiłam to dlatego, że jestem taka sama jak mój ojciec a nie dlatego, że się broniłam.

-Miał rację. - Mówi zmęczonym głosem Will, pocierając czoło wierzchem dłoni. Wygląda na kompletnie wykończonego.

-A co ty o tym myślisz?

-To co myślę nie ma większego znaczenia. - Jego chichot jest drwiący i aż nazbyt skromny. Sprawia, że jej gardło piecze od łez które dusi w sobie. Wzdycha głęboko ale jej głos i tak jest zduszony i nierówny.

-Dla mnie ma to znaczenie. - Jego spojrzenie nie sięga jej oczu ale zatrzymuje się w okolicy jej łez, które wyschły na jej policzkach sprawiając, że jej skóra stała się lepka od soli. - Dla Doktora Lectera, też. - W spojrzeniu Willa coś się zmienia. Pojawia się w nim coś jakby smutek zmieszany z niedowierzaniem i czymś delikatniejszym, czymś co zauważyła nawet w swoim śnie: uwielbieniem. Jego spojrzenie sprawia, że jej serce przyspiesza a ona postanawia zaryzykować. - Obiecał mi, że się mną zaopiekujecie.

-I tak będzie. - Odpowiada bez mrugnięcia okiem Will. - Naprawdę.

Oboje patrzą na siebie, starając się odnaleźć oznaki nieszczerości ale znajdując jedynie wrażliwość i ostrożne zaufanie. Will wzdycha, tym razem ciszej.

-Kiedy znaleziono ciało Nicka Boyle'a, nie było przy nim żadnej broni a na ciele brakowało ran od obrony. - Will łapie jej spojrzenie ale po chwili potrząsa głową i odwraca wzrok. - To nie oznacza jednak, że nie mogłaś pomyśleć, że on może cię zabić i dlatego zabiłaś go pierwsza.

-Co to znaczy?

-To znaczy, że Jack będzie się bardzo starał żeby udowodnić, że zrobiłaś to naumyślnie.- Oboje milkną i patrzą na podłogę. Will drapie się w kark sprawiając, że przez chwilę słychać odgłos kości przemieszczających się w jego ciele kiedy wzrusza ramionami. - Oznacza to również, że my będziemy starali się bardziej zaciekle o ciebie walczyć. - Dodaje nonszalancko jak gdyby rozmawiali o czymś tak normalnym jak pogoda. Abigail przygląda się temu jak Will wstaje strząsając z siebie powagę sytuacji. - Powinniśmy się przejść.

Abigail wybucha śmiechem słysząc jego próbę zmiany tematu. Zamyka oczy i pociera je dłońmi aby pozbyć się ostatnich łez. Kiedy je otwiera zauważa jego dziwne, niemal skruszone spojrzenie, którego nie rozumie. Wstaje i zakłada lekką kurtkę.

-Idziemy do ogrodu?

-Doktor Bloom powiedziała, że mogę zabrać cię na chwilę do miasta. Wiem, że zjadłaś już lunch. Może więc pójdziemy na kawę?

-Dobrze. - Odpowiada Abigail uśmiechając się kiedy Will otwiera przed nią drzwi. Schodzą razem na dół i Abigail zauważa Corę rysującą coś w swoim zeszycie ze sfrustrowanym wyrazem twarzy. Ona nie zauważa tego, że Abigail ją obserwuje a Abigail nie chce jej rozpraszać ani sprowadzać na siebie więcej kłopotów, więc wychodzi za Willem głównym wejściem. Diane zamiata główny hol, patrzy na nich dziwnie a Abigail marzy tylko o tym by nie musiała wracać do tego miejsca.

Mówi o tym kiedy wsiadają do samochodu Willa i zapinają pasy. Mówi mu o tym jak bardzo nie chce tutaj wracać. Will przełyka ślinę i przytakuje skinieniem głowy. Nie mówi nic, ale nie musi. Abigail wie, że on także nie chce aby ona musiała wrócić do szpitala.

Jadą do małej, cichej kawiarenki oddalonej o niecałe dziesięć minut drogi od szpitala. Ulica przed budynkiem pachnie świeżo paloną kawą, jego wnętrze wypełnia ten sam, bardziej intensywny, zapach. Jest tak jakby otulał ich ciepły, pachnący jakby czekoladą, koc. Abigail wyczuwa też zapach cynamonu, bardziej subtelną woń gałki muszkatołowej, która niemal idealnie łączy się z innymi zapachami, delikatny aromat wanilii i wszechobecny, ostry zapach kawy i espresso.

Zamawia zwykłą cafe au lait a Will czarną kawę z podwójną dawką espresso. Abigail nie wie, czy to trafny wybór ponieważ on i tak wygląda jakby za chwilę miał zasnąć na stojąco ale nic nie mówi.

Kiedy czekają na swoje zamówienia, Will mówi jej, że może usiąść, ale ona odmawia. Z jakiegoś powodu nie chce zostawiać go samego. Jeżeli go nie widzi tuż przed sobą zbyt łatwo jest jej przypomnieć sobie, jak wyglądał pokryty krwią. Już raz go takim widziała, to była jej własna krew, to ona wtedy prawie umarła.

Pojawiają się ich zamówienia. Kawa Abigail jest przyozdobiona bitą śmietaną i odrobiną karmelu. Barista, który ją przygotował uśmiecha się do niej nieśmiało. Jest wysoki i chudy, ma pokryte tatuażami ramiona i siwe pasmo w grubych ciemnych włosach. Abigail odwzajemnia jego uśmiech a potem wybucha śmiechem kiedy Will odwraca się do niej i spogląda nad jej ramieniem na chłopaka zanim odprowadzając ją do stolika. Zajmują miejsca w tylnym kącie kawiarni. To prawdopodobnie nie przypadkowy wybór ponieważ nikt nie zauważy ich tutaj z powodu jednego z ogromnych ekspresów do kawy stojących na ladzie za nimi.

Abigail uśmiecha się w swoją kawę. Will milczy świadom tego że złapała go w akcie próby ochronienia jej przed nieznajomym baristą o imieniu Timothy, który prawdopodobnie był jej rówieśnikiem.

-Co słychać u Doktora Lectera? - Pyta kiedy nadchodzi dogodna chwila na zmianę tematu. Will wydaje się zaskoczony jej pytaniem. Myślała, że Doktor Lecter powiedział mu, że ona o nich wie. Jego wrodzona skromność sprawia jednak, że Will rumieni się jak pensjonarka.

-Co słychać u Doctora Lectera? - Zastanawia się głośno, chociaż wcześniej, w jej pokoju, nazwał go po imieniu, i teraz brzmi to śmiesznie. Nie wygląda na to, że nie ma zamiaru jej odpowiedzieć.

-Jesteś z nim szczęśliwy. - Zauważa, przyglądając się rumieńcowi na jego nosie i szyi. Will zsuwa kurtkę z ramion i popija kawę. Na jego twarzy pojawia się nieśmiały uśmiech.

-Co ci powiedział? - Pyta lekko konspiracyjnym tonem. Jest tego naprawdę ciekaw, więc Abigail pochyla się nieco aby zaspokoić jego ciekawość.

-Cóż, zapytałam go czy coś między wami zmieniło się odkąd widzieliśmy się ostatni raz. - Mówi uśmiechając się lekko. - Wydawało mi się, że zmieniłeś się od tamtego czasu.

-Tylko ja? - Abigail wydyma usta widząc bezustanny rumieniec na bladych policzkach Willa. Jest tak zażenowany, że ma się ochotę go uściskać.

-Tylko ty. - Śmieje się Abigail, widząc jego grymas. - Chociaż Doktor Lecter wydawał się lżejszy. Jakby chodził w powietrzu.

Wyraz twarzy Willa łagodnieje, a jego oczy błyszczą z entuzjazmem. To wyraz tego samego uwielbienia, które zauważyła już wcześniej, połączonego z radością. Abigail zastanawia się czy on zawsze patrzy na Doktora Lectera w ten sposób i czy właśnie dlatego wiedziała jak powinien wyglądać w jej śnie. Zastanawia się czy ten elokwentny i pełen gracji lekarz zawsze miał miejsce w sercu Willa i czy jego uczucia miały wpływ na to co się między nimi wydarzyło, romantyczne czy też nie. Will łapie się na tym, że się zamyślił i potrząsa głową przygryzając dolną wargę aby zdusić chichot.

-Nie zdradził mi żadnych szczegółów, chociaż powiedział, że rozchorowałeś się w Pensylwanii. To tam cię wysłali?

-Tak, do Williamsport.

-Ale teraz już wszystko w porządku. - Will zastanawia się nad odpowiedzią wyglądając przez okno na ulicę. Te okna także się nie otwierają.

-Czuję się względnie dobrze. - Mówi, nie dając po sobie poznać czy jego problem został rozwiązany.

-Co ci się stało? - Will odstawia kawę na stół i prostuje plecy. Z jego ust wydobywa się drżące westchnienie a on drapie się po brodzie. Słowa brzmią tak jakby musiała je z niego wyciągać.

-Miałem napad drgawkowy.

-Dlaczego nie pójdziesz z tym do lekarza? - Abigail poznaje poirytowany ton głosu własnej matki Will marszczy na chwilę brwi ale jego uśmiech się rozszerza. Najwyraźniej rozbawił go ton jej głosu. Abigail próbuje jeszcze raz. - Doktor Lecter na pewno zna świetnych neurologów, do których mógłbyś się zgłosić. Co się stanie jeśli to się powtórzy...jeśli okaże się, że masz padaczkę albo...- Abigail nie zna zbyt wielu chorób, które powodują napady drgawkowe. Pamięta, że kiedy była w czwartej klasie, jej koleżanka z klasy miała napad drgawkowy na placu zabaw w czasie długiej przerwy. Dopiero kiedy jej rodzina przeprowadziła się do Minnesoty, dowiedzieli się, o tym że ta dziewczynka później zmarła z powodu nieleczonego zapalenia mózgu.

-To zdarzyło się tylko raz. - Mówi powoli Will. - Byłem przemęczony. Nie mogłem spać.

-Co będzie jeśli to się powtórzy? - Abigail widzi, jak bardzo on tego nie chce.

-Jeżeli tak się stanie, Hannibal znajdzie dla mnie odpowiedniego lekarza i umówię się na wizytę.

-A jeśli następnym razem to będzie coś poważniejszego niż tylko napad drgawkowy? - Pyta cicho Abigail wiedząc jak prawdopodobne jest to że Will skrzywdzi albo siebie albo kogoś innego. Will wpatruje się tępo w stół.- Wiesz dlaczego przydarzył ci się ten napad?

-Patrzyłem wtedy na ciało.

-Na scenie zbrodni?

-Na pogrzebie. Facet był gliniarzem.-Will przełyka z trudem kawę. Widać, że trudno mu o tym mówić. - Pomagał nam w śledztwie, które tam prowadziliśmy. Zginął na służbie zamordowany przez kobietę którą podejrzewaliśmy o dokonanie innych morderstw. - Mówi mechanicznie jak gdyby powtarzał to sobie codziennie, raz po raz, aż nie czuł nic kiedy o tym mówił.

-Znałeś go? - Abigail stara się być czuła ale jednocześnie nie udusić go współczuciem.

-Był miejscowym. Kilka razy rozmawialiśmy ale... - Jego oczy na chwilę stają się zamglone i Will kiwa głową jakby chciał otrząsnąć się z jakiegoś wspomnienia. - Nie znałem go osobiście. Jego szef chciał żebyśmy wzięli udział w pogrzebie. I ja...patrzyłem na niego kiedy to się stało.

-Patrzyłeś na niego, prawda? - Will otrząsa się ze wspomnień słysząc jej pytanie. Na jego twarzy pojawia się drżący uśmiech. Szybko jednak znika i Will znowu wygląda na kompletnie wykończonego.

-Tak. - Odpowiada stukając palcami w niemal pusty kubek po kawie.

-Co widziałeś? - Will wzdycha i przeczesuje włosy palcami. Opiera łokcie o blat stolika i mruga w swoje dłonie.

-Stałem się nim, ona mnie zaatakowała a ja umierałem. - Marszczy brwi a potem patrzy w oczy Abigail. - Tak samo zobaczyłem ciebie, i dlatego wiedziałem co zrobiłaś Nickowi Boyle'owi. - Mruczy tak cicho, że nie słyszy nikt inny. Płuca Abigail domagają się powietrza zmuszając ją do wdechu. Odwraca głowę do okna ponieważ czuje się winna i z powodu wstydu, jaki czuła z powodu tej winy. Will nakrywa jej dłoń swoją dłonią ale kiedy Abigail na niego spogląda, jego oczy są nieobecne. Jest zmartwiony, martwi go coś więcej niż ich wspólny sekret.

Jego dłoń jest ciepła i lekko spocona. Przypomina kotwicę. Abigail chce móc mu powiedzieć, że jeżeli to mu pomoże, on może podzielić się z nią tym co go trapi, może powiedzieć jej cokolwiek zechce, ponieważ nic nie może być gorsze od tego przez co już przeszła. Ale on tylko ściska jej dłoń i wstaje żeby wyrzucić puste kubki po kawie.

Abigail wstaje niechętnie i idzie za Willem do samochodu. Timothy stara się zwrócić na siebie jej uwagę ale ona go ignoruje. W milczeniu wracają do Port Haven i Abigail walczy z potrzebą poproszenia go o to, żeby po prostu jechał dalej aż będą wystarczająco daleko od szpitala i wszystkich związanych z nim ludzi. Nic jej tutaj nie trzyma poza zasadami i złą opinią publiczną.

Chce pojechać do domu Doktora Lectera i nigdy stamtąd nie wychodzić. To jedyne miejsce, w którym nie przypomina sobie o ojcu czy o Nicku Boyle'u. Wszystkie inne miejsca zostały zniszczone. To co zrobiła, dotknęło nawet Willa i Doktora Lectera, którzy przywiązali się do niej bez względu na otaczający ją horror ponieważ zaczęło im na niej zależeć. Zależy na niej Willowi. I Doktorowi Lecterowi. A Abigail coraz częściej martwi się o nich i pragnie, żeby nie stało im się nic złego. Myśli, że może lepiej byłoby im bez niej. Wie, że to prawda, czuje tę wiedzę w kościach i sercu, które bolą ją za każdym razem kiedy o tym myśli. Ta wiedza, mrozi krew w jej żyłach.

Ale Will odwozi ją do Port Haven nie mówiąc nic. Nie mówi jej, że męczy go łącząca ich skomplikowana i niekonwencjonalna więź. Nie mówi, że to było ich ostatnie spotkanie. Zamiast tego zaprasza aby zjadła kolację z nim i Doktorem Lecterem a ona zgadza się zanim Will zdąża skończyć zdanie. Wybucha śmiechem słysząc jej entuzjazm, zaskoczony tym jaki jest prawdziwy.

Abigail nie prosi go o to, żeby zawiózł ją prosto do domu Doktora Lectera. Gdyby mieli taką możliwość, Will sam by to zaproponował. Zamiast tego, Will wysiada z samochodu i odprowadza ją do schodów, które prowadzą do jej pokoju. Macha do niej i odwraca się by odejść ale Abigail łapie go za ramię i obejmuje tak jak zawsze robi to w tych snach, w których nie ma krwi a Will nie umiera. On waha się momentalnie, ale potem odwzajemnia jej uścisk. Po sposobie w jaki jego ramiona zaciskają się wokół niej Abigail poznaje, że gdyby byli innymi ludźmi, albo gdyby ich obecne okoliczności były inne, Wil pochyliłby ją lekko na tyle aby móc podnieść ją z podłogi i nią zakręcić.

Ale oni nie są inni. Są dokładnie tym kim są. Są mordercami, którzy okłamywali siebie i otaczający ich świat aby móc przeżyć i dlatego by zostać razem. Will wypuszcza ją z uścisku i chociaż jego uśmiech nie jest do końca szczęśliwy, jest prawdziwy. Abigail cieszy się, że to zrobiła. Kiedyś Will będzie mógł ją podnieść i nią zakręcić. Ten dzień jest wart oczekiwania, wart czasu i zachodu jaki wymaga upewnienie się że ten dzień nastąpi.

-Przyjedziemy po ciebie za kilka godzin.

-Dobrze. - Odpowiada Abigail a potem czeka, aż Will zniknie za drzwiami szpitala i wspina się do swojego pokoju. Wrócą do niej, obaj, za kilka godzin. Musi tylko trochę poczekać, i znowu będzie mogła opuścić to miejsce.

Wraca do swojego pokoju i wiesza swoją kurtkę przy drzwiach. Pamiętnik wygląda na nienaruszony ale widać, że ktoś wyniósł jej śmieci. Abigail stara się przypomnieć sobie co zapamiętała z grafiku pracy woźnych i wydaje jej się, że tego dnia prawdopodobnie pracuje Oskar, staruszek, który jest prawie kompletnie głuchy i zaczyna ślepnąć. Oskar nazywa Abigail Georginą i przynosi jej kwiaty. Z resztą to nie jego podejrzewa, w ogóle nie martwią ją woźni. To co robi Abigail, nie ma żadnego znaczenia dla woźnych. Pielęgniarki to inna sprawa.

Rzuciwszy okiem za okno Abigail zauważa Corę siedzącą po turecku na trawiei otuloną w wielką kurtkę, która zdaje się połykać jej drobne ciało. Prawdopodobnie ktoś oddał ją do szpitala w celach dobroczynnych. Kurtka jest zbyt ciężka na obecną pogodę i kompletnie nie pasuje Corze.

Niedaleko Cory siedzi pielęgniarka która pochyla się nad Corą na podpartych na kolanach przedramionach i mówi coś do Cory, która pisze coś w swoim zeszycie. Abigail zastanawia się kto zmusił ją do nauki trygonometrii, czy zrobił to jakiś lekarz, czy był to pomysł jednej z pielęgniarek, która po prostu chciała ją czymś zająć. Abigail wychodzi z pokoju i idzie do biblioteki, wkurzona na kogoś kto kazałby drugiej osobie uczyć się trygonometrii bez użycia kalkulatora. Trudno się dziwić frustracji Cory.

W bibliotece, Trudy siedzi przy stole z dziewczyną, której Abigail nie zna. Dziewczyna spogląda na Abigail i uśmiecha się a Abigail odwzajemnia jej uśmiech nie chcąc prowokować kolejnego konfliktu.

Na półkach jest przynajmniej tysiąc najróżniejszych podręczników. Większość stanowią te, z których naucza się w okolicznych szkołach. Abigail nie może się zdecydować, więc po jakimś czasie sięga po książkę do literatury i niesie ją do niskiego stolika i opada na stojące obok niego krzesełko.

Otwiera książkę na stronie z indeksem i przerzuca go dopóki nie natrafia na Szkarłatnego Ibisa. Abigail pamięta, zajęcia na temat tego tekstu ze szkoły średniej ale ta naprawdę poza tytułowym ptakiem nie pamięta w zasadzie nic.

To krótkie, zaledwie kilkustronicowe, opowiadanie. Dzięki temu, Abigail może się na nim skupić ponieważ jest ono tak zwięźle napisane. Kiedy ptak umiera, Abigail wie,że historia skończy się tragicznie. Zatrzymuje się przez chwilę nad wyjaśnieniem jego śmierci, na linijkach poprzedzających ostatnie tchnienie ptaka: Leżał na ziemi niczym stłuczony wazon pełen czerwonych róż i nawet śmierć nie mogła zniszczyć jego piękna.

Ptak jest bratem głównego bohatera, i kiedy on umiera, wiadomo, że główny bohater także zginie.

Kiedy jednak ten moment następuje jest tak gwałtowny, że Abigail czuje ukłucie w sercu. Słyszy krzyk chłopca w swojej głowie. Bracie, bracie nie zostawiaj mnie! Nie zostawiaj!

Łzy, w jej oczach nie pojawiają się tam z powodu historii. Abigail płacze ponieważ przypomina sobie obraz załamanego mężczyzny pokrytego spienioną krwią. Na stronie jest plama koloru mająca na celu ukazanie tego jak wygląda szkarłatny ibis ale Abigail ledwie zwraca na niego uwagę. Widzi Willa wtulonego w ramiona Doktora Lectera na podłodze jej pokoju, plującego krwią i szepczącego: Nie zostawiaj mnie, nie zostawiaj.

Pełnymi łez oczami czyta trzecią od końca linijkę tekstu: Zacząłem płakać a przez moje łzy czerwieni wyglądała dziwnie znajomo.

Abigail zamyka książkę i siedzi jeszcze chwilę przy stole. Ma ochotę cisnąć książką o ścianę, spalić ją, zniszczyć. Książka wydaje jej się obciążająca. Abigail czuje, że każdy kto przeczyta to opowiadanie pozna jej wszystkie sekrety. Abigail wychodzi z bibliotek, wchodzi do jednej z łazienek upewniając się najpierw, że będzie tam sama, i pozwala sobie się rozpłakać.

Płacze, ponieważ Will jest szkarłatnym ibisem. Płacze ponieważ nie wie, czym jest dla niego dom ale czuje, jak bardzo się od niego oddalił. Szlocha ponieważ Will jest piękny za życia, ale równie pięknie wyglądałby martwy. Chce aby ta myśl była obrzydliwa, ale nie jest, w dziwny sposób ją uspokaja. Zanim się obudziła myślała o tym, że Will i Doktor Lecter wyglądali jak para w czasie miesiąca miodowego. Will nie wyglądał na wyniszczonego i wychudzonego. Wyglądał na uznanego i zakrwawionego.

Pierwszy raz widziała go zakrwawionego po tym jak zastrzelił jej ojca, ratował ją i cały czas mówił: Nie, nie, nie.

Nigdy nie wiedziała czemu zaprzeczał. Może zwracał się do jej ojca. Może mówił do niej. Nie widzę, Nie widzę. Nie, nie, nie, nie. Nie jestem tobą. Nie zrobiłem tego. Nie umieraj. Proszę cię, niech tym razem nie będzie za późno.

Nie zostawiaj mnie. Nie zostawiaj.

Abigail drży i opłukuje twarz zimną wodą. Wychodzi z budynku do ogrodu. W międzyczasie Cora zniknęła. W ogrodzie jest teraz mało ludzi. Jest chłodno, ale Abigail nie wraca do pokoju po kurtkę. Siada na nagrzanej słońcem ławce i patrzy na przelatujące niedaleko kruki. Z oddali dobiega onomatopeiczny krzyk lelkowca krzykliwego a Abigail dziwi się echu jakie niesie ten odgłos z jednego końca ogrodu do drugiego. Nie wie skąd dobiega ten dźwięk i czy ptaków jest tu więcej.

Oblizując usta czuje smak kawy i śmietanki. Potrzebny jej Chap Stick. Ktoś puka ją w ramię i kiedy Abigail się odwraca widzi nieznajomą wysoką kobietę po dwudziestce.

-Jestem Nadine, z terapii grupowej?- Abigail przytakuje a kobieta siada obok niej na ławce. Opiera jedną nogę o beton, tak, że może odwrócić się do Abigail. - Widziałam, że rano rozmawiałaś z Corą, ale po lunchu nie wyszłaś z nią do ogrodu. - Nadine wydaje się być szpitalną plotkarą, ale lepsze to niż kolejna despotka, myśli Abigail.

-Nie chcę wpędzać jej w kłopoty. - Odpowiada cofając się odrobinę na ławce.

-To znaczy nie chcesz samej siebie wpędzać w kłopoty.- Słowa Nadine brzmią tylko trochę groźnie, dzięki jej

rozmiarom i przenikliwemu spojrzeniu, - Ze mną też tak było. To znaczy, też starałam się z kimś zaprzyjaźnić.

-Z Corą? - Abigail stara się nie okazać tego, że się boi. Najpierw chce poznać zamiary Nadine, która wzrusza ramionami.

-Z Corą, z Valerie, ona też ma terapię grupową. - Abigail przytakuje skinieniem głowy. - I z kilkoma innymi osobami. Oni nie lubią kiedy ze sobą rozmawiamy, chyba boją się, że im się zbuntujemy. - Nadine śmieje się z własnego dowcipu. Abigail sili się na śmiech. - Hej, wyluzuj. Tylko się z tobą drażnię. - Abigail zużywa całą swoją enegrię i silną wolę żeby nie uchylić się od lekkiego uderzenia, które Nadine wymierza w jej ramię.

Widzi też to jak błyszczą jej przy tym oczy.

-Twój ojciec zabił tamte dziewczyny, prawda? - Abigail spina się w sobie, potem odpowiada twierdząco.

-Mój ojciec też był szują. - Kiwa głową Nadine. - O nic go nie obwiniam, ale kazirodztwo nieźle miesza ludziom w głowach.

-Przykro mi. - Wyrzuca z siebie Abigail, nie wiedząc co powinna powiedzieć. Przełyka ślinę i myśli o swojej reakcji na słowa Nadine. - Kogo masz winić, jeśli nie sprawcę? - W oczach Nadine błyszczy coś na kształt porozumienia. Abigail odrobinę się rozluźnia ale nadal pilnuje ściany jaka powstała między nią a drugą kobietą.

-Nie powinno się nikogo winić. Trzeba umieć wybaczać. - Odpowiada mechanicznie, niczym robot. Potem wybucha śmiechem a Abigail przyłącza się do niej ponieważ Nadine nie wydaje jej się groźna. - Chyba, że jesteś Corą. - Nadine spuszcza wzrok, z poczuciem winy za to co powiedziała.

-Dlaczego? Co się jej stało?

-To było jeszcze za nim odgryzła sobie język. Jakieś...- Nadine mruży oczy. - Tej wiosny minęły dwa lata. Właśnie mnie tutaj przyjęto, a Cora próbowała poradzić sobie z pewnymi problemami. Poza tym właśnie urodziła dziecko, więc nadal otaczała ją ta cała aura, wiesz o czym mówię, prawda? - Abigail odpowiada uśmiechem na uśmiech Nadine. Patrząc na niego uświadamia sobie, że chociaż prostolinijność tej kobiety sprawia, iż wydaje się gwałtowna i porywcza, tak naprawdę jest całkiem miła.

-Co stało się z jej dzieckiem?

-Opiekuje się nim jej matka, to słodki dzieciak. Cora z matką są sobie niezwykle bliskie, to znaczy były. Ich stosunki stały się napięte odkąd Cora urodziła dziecko. Facet, z którym zadała się Cora, ojciec jej dziecka, był zły. - Mówi poważnie Nadine. Abigail zastanawia się czy powinna jej wierzyć. - Widywał się z Corą kiedy ona wyjeżdżała stąd na przepustki żeby zobaczyć się z rodzicami. Któregoś dnia tak po prostu ją porwał i musiała szukać ich policja. Szukali ich kilka miesięcy aż jacyś leśnicy z Connecticut znaleźli ich w rezerwacie Devil's Den.

-Co oni tam robili?

-Jakieś dziwne rzeczy w lesie. - Nadine drży. - Jeśli nie byli w lesie, mieszkali w motelu. Cora powiedziała mi, że on poświęcił dziecko diabłu.

-Co jeszcze powiedziała ci Cora? - Abigail ma w głowie obraz dużo młodszej, rozmownej Cory dzielącej się z kimś tym co przeżyła w lesie z szaleńcem. Wyobrażała sobie ciężarną Corę w lesie. Jej skórę poplamioną krwią zwierząt, które on złożył w ofierze. Jeżeli składał w ofierze tylko zwierzęta.

-Powiedziała mi, że kiedy ją porwał nie mogła na niego patrzeć. Chciała wyciąć z siebie dziecko, żeby nie musieć go urodzić ponieważ wiedziała już jaki on jest, a ona była skazana na życie tutaj. - Nadine kiwa głową wpatrując się w otaczający ogród mur. Abigail przełyka ślinę. - Kiedy ją znaleźli, jej ciąża była już na tyle zaawansowana, że Cora czuła, że pozbycie się dziecka byłoby morderstwem. Dlatego urodziła je i pozwoliła swojej matce się nim zająć.

-Co stało się z ojcem jej dziecka?

-Trafił za kratki za porwanie i kilka innych rzeczy. Matka Cory chciała, żeby oskarżono go także o gwałt, ale ona nie chciała zeznać czy rzeczywiście została zgwałcona, czy nie. - Nadine przygryza w zamyśleniu dolną wargę. - Powiedziała, że kiedyś w lesie trafili na konia i on go zabił a potem umazał jego krwią najpierw siebie a potem ją . Czasami tak właśnie to robili. Brudni i zakrwawieni, w lesie w środku nocy. Szczególnie jeśli akurat była pełnia księżyca.

-Dlaczego?

-Nie wiem co było z nim nie tak, ale być może miał schizofrenię. Mówiła że czasami rozmawiał z kimś kogo z nimi nie było. Kiedy pytała go o to z kim rozmawia wściekał się i ją bił i nigdy nie powiedział jej z kim rozmawiał. - Abigail robi się niedobrze na samą myśl o tym, że ktoś mógłby pobić słodką, miłą Corę. - Wmówił jej, że są małżeństwem, a ona przez długi czas mu wierzyła, bez względu na to co jej robił.

-Dlaczego odgryzła sobie język?

Nadine zaciska szczękę.

-Jej matka stwierdziła, że nie chce już mieszkać w tej okolicy na wpadek gdyby on wydostał się z więzienia i zaczął szukać Cory i dziecka.

-Przeprowadziła się. - Abigail czuje jak serce wpada jej do żołądka.

-Nie powiedziała nawet Corze dokąd wyjeżdża. Kiedy Cora się o tym dowiedziała wtedy...no wiesz.- Abigail przytakuje.

-Jej matka przyjeżdża tutaj latem w odwiedziny i przywozi Noah'a. Ale teraz jest inaczej, traktuje Corę jak wariatkę albo...- Nadine wzdycha a Abigail zauważa łzy w jej oczach. - To takie niesprawiedliwe. Ona nigdy nie prosiła o takie traktowanie. Po prostu wzbudziła zainteresowanie szaleńca na tyle długo by mógł zrujnować jej życie.

Abigail przygryza dolną wargę i stara się zignorować pieczenie pod powiekami.

-Miała taki cudowny głos. - Nadine uśmiecha się na samo wspomnienie. - Śpiewała po włosku, pięknie, nigdy przedtem czegoś takiego nie słyszałam. Gdybyś ją usłyszała, pomyślałabyś że naprawdę urodziła się we Włoszech. Znała też kilka piosenek po niemiecku i jedną francuską.

-Szkoda, że nie poznałam jej zanim to wszystko się stało.-Mówi ze smutkiem Abigail.

-Ludzie mówią, że wszystko dzieje się z jakiegoś powodu. Może niektórzy z nas muszą przeżyć piekło, żeby zorientować się co tak naprawdę jest ważne w życiu. - Mówi Nadine. Wpatruje się niewidzącymi oczami w mur i słucha przejeżdżających za nim samochodów. Abigail też patrzy w tamtą stronę. Myśli sobie, że jeżeli oaza to tylko złudzenie, przedstawiające tę jedną rzecz której najbardziej się pragnie, jej oazą jest pędzący, chaotyczny świat za murami złotej klatki jaką jest ten szpital. Jest nią także gabinet lub dom Doktora Lectera, nieznany jej z nazwy las, do którego ucieka jej umysł w dni kiedy nie myśli tylko o tym żeby przeskoczyć przez mur.

-Kazali ci zostawić Corę w spokoju, prawda? - Abigail potwierdza. - Mi też, po tym jak odgryzła sobie język. - Nadine odwraca nerwowo głowę i wstaje. Kiedy tym razem klepie Abigail po ramieniu jest to dużo lżejsze. - Chcą wyleczyć ją przy pomocy lekarstw, ale to im się nie uda.

-Co mogłoby jej pomóc? - Abigail pyta zbierającą się do odejścia Nadine. Kobieta zatrzymuje się i odwraca. Wygląda na sportsmenkę, jej ciało składa się z samych mięśni i wytrenowanych ruchów. Mogłaby być biegaczką lub łyżwiarką figurową. Abigail zastanawia się co robi żeby nie stracić tutaj formy.

-Nie wiem, czy istnieje coś co pomogłoby któremukolwiek z nas.

-A co z rodziną? - Abigail wstaje, żeby Nadine nie zostawiła jej bez odpowiedzi, których szuka. Trochę chwieje się w tej pozycji.

-Mogą ci pomóc jeżeli nadal o tobie pamiętają. - Myśli głośno Nadine. - I jeżeli nie są powodem tego dlaczego tu trafiłaś.

Abigail wybucha śmiechem. Zarówno ona jak i Nadine są tutaj z powodu tego co zrobili im ich ojcowie. Nareszcie przypomina sobie co się jej stało. Słyszała tę historię kilka dni temu: ojciec Nadine nie potrafił utrzymać rąk przy sobie i odwiedzał Nadine w jej pokoju, każdej nocy kiedy jego żona wychodziła z domu. Abigail drży i maskuje to poprzez roztarcie ramion. Teraz dociera do niej jak bardzo zmarzła.

-Zawsze możesz stworzyć nową rodzinę. - Zauważa, zmieniając słowa Nadine.

-Chodzi ci o tego niechlujnego faceta w rybackiej kurtce i jego chłopaka?

Abigail ledwie udaje się powstrzymać śmiech.

-Tak mówię właśnie o nich. - Nadine próbuje ją zrozumieć.

-Jeżeli znajdziesz ludzi, którzy wiedzą kim jesteś ale nadal są przy tobie...Powiedziałabym trzymaj się ich mocno, ale nie zbyt mocno. Ludzie mają tendencje do ucieczki jeśli się ich za mocno osaczy. Wierz mi, mówię z doświadczenia. - Nadine uśmiecha się niepewnie. Ta odrobina zażenowania sprawia, że wygląda na dużo niższą i drobniejszą. Ale po chwili znowu jest Amazonką. Abigail nie chciałaby aby Nadine stała się drobna i delikatna. To nie w jej stylu.

Teraz znowu się odwraca bez pożegnania.

-Widzimy się na terapii, Abby. - Krzyczy przez ramię. Abigail nie jest na nią nawet zła za to, że nazwała ją Abby. W ustach Nadine zabrzmiało to całkiem nieźle.

Siada z powrotem na ławce nie czując ochoty na nic innego. Myśli o Corze i o Noahu, i o jaskrawoczerwonym ptaku, którego nigdy wcześniej nie widziała. Myśli o Willu jako o, niechlujnym facecie w rybackiej kurtce i o Doktorze Lecterze, jego chłopaku. Myśli o byciu częścią ich rodziny, o tym że razem mogliby stworzyć coś niezniszczalnego.

Jej myśli wracają do tego jak Nadine nazwała Doktora Lectera chłopakiem Willa i Abigail wybucha śmiechem i śmieje się głośno aż do momentu kiedy czuje łzy w kącikach oczu. Nie wie co ją rozśmieszyło i czy to wszystko w ogóle jest śmieszne. Po prostu czuje wesołość myśląc o nich, jest jej weselej niż kiedykolwiek przedtem. Czuje w nich oparcie i to sprawia, że czuje się bezpieczna, jakby to co dzieje się między ich trójką było miłością w jej najwcześniejszym stadium.

Wstaje, wraca do budynku i idzie po schodach do swojego pokoju, żeby położyć się do łóżka i na powrót rozgrzać. Kiedy zaglądają do niej pielęgniarki, udaje, że śpi. Ale nie śpi. Czeka, aż przyjadą po nią Will i Doktor Lecter i zabiorą ją stąd przynajmniej na chwilę.