Peace Frog

Blood in the streets runs a river of sadness
Blood in the streets it's up to my thigh
Yeah, the river runs red down the legs of a city
The women are crying red rivers of weepin'

Simon denerwuje się trochę wodą, którą Will polewa jego ubłocony grzbiet. To piąta psia kąpiel tego dnia. Nocą spadł deszcz więc Will został obudzony przez osiem niemiłosiernie ubłoconych psów i ogromną kałużę w kącie podwórka. Zajął się już mniejszymi psami. Po Simonie zostały mu już tylko Winston, Fenris i Penelopa.

Berneńczyk był częścią należącego do Willa stada psich znajd już prawie rok, ale nadal był dosyć płochliwym, przerażonym stworzeniem. Nikt nigdy go nie szukał a Will pomyślał, że może tak jest lepiej. Kiedy Will znalazł go przed rokiem, pies rzucił się na niego z zębami chociaż wtedy wyglądał jak kulejący szkielet. Przez wiele tygodni nie mógł dołączyć do reszty stada a karmienie go było prawdziwą sztuką. Jednak to dobry pies. Według Willa nie złe psy nie istniały. Istnieli za to źli właściciele i niedoświadczeni treserzy. Bez względu na to przez co przeszedł zanim Will go odnalazł, po pewnym czasie uspokoił się i teraz wszystko jest już w zasadzie w porządku. To znowu najlepszy przyjaciel człowieka itd.

Will nie może się oprzeć porównaniu Simona z pewnym mordercą kanibalem posiadającym umiejętności i doświadczenie czyniące go zdolnym do prowadzenia kuchni w pięciogwiazdkowej restauracji i pomocy ludziom niestabilnym emocjonalnie. Will jest pewien swojego wyboru, ale czuje się winny z powodu tego co on oznacza. Nie potrafi tego zatrzymać. Jest jedyną osobą, która może sprawić aby to wszystko się skończyło, ale nie potrafi. Nie potrafi tego zrobić i Hannibal doskonale o tym wie. Czas na to aby coś z tym zrobić już dawno przeminął. Will na to pozwolił a Hannibal był tego świadkiem. Od tamtej pory starał się wynagrodzić mu ich związek oferując rodzinę i perspektywę wolności niczym marchewkę na sznurku.

Hannibal wie, że udało mu się złapać Willa ale mimo to, i tak spytał dlaczego Will nie powiedział Jackowi. To zabrzmiało prawie tak jakby Hannibal spodziewał się tego i zastanawiał dlaczego Will jeszcze tego nie zrobił.

Zapytany o to Will powiedział Hannibalowi prawdę. Powiedział mu prawdę a potem obciągnął mu pod prysznicem i przełknął tylko dlatego że Hannibal powiedział, że lubi patrzeć na to jak Will przełyka. Potem Hannibal pocałował go w policzek jak gdyby byli parą, albo kochankami, albo równie przesłodzonym czymś czym żaden z nich nie ma prawa być. Will pozwolił potem Hannibalowi aby ten go dotknął, wziął go do ust i odwdzięczył mu się a każda chwila była idealna i pełna nieskrępowanej rozkoszy. To był pierwszy krok na drodze do wiecznego potępienia. Osiągnął je razem. Tak jak śpiewał o tym tamten włoski śpiewak w radiu.

Pójdę z tobą. Ja z tobą.

Uwielbiam cię.

Will żałuje swoich słów ale jest pewien, że Will już i tak to wiedział. Will jest tego pewien. W końcu Hannibal powiedział to pierwszy, zanim powiedział to Will, zanim Will w ogóle był do tego zdolny. Niech go szlag.

Futro Simona jest skołtunione. Will będzie musiał je rozczesać kiedy już skończy kąpać psy.

Simon otrząsa się z wody mocząc nią Willa wyskakuje z metalowej miednicy. Will woła Simona, który odbiegł w pogoni za własnym ogonem, i wyciera go ręcznikiem a potem używa suszarki, aby dokładnie osuszyć jego sierść. Psu wyraźnie nie podoba się dźwięk wydawany przez urządzenie. Simon warczy cicho okazując swoje niezadowolenie. Will kończy szybko a potem wraca na werandę.

Wzdycha, wylewa wodę z miednicy a potem, woła Winstona. Winston o wiele lepiej znosi kąpiele. Zawsze był delikatnym i cierpliwym zwierzęciem. Był na tyle by móc pozwolić Willowi się przygarnąć i na tyle cierpliwy by towarzyszyć mu w jego nocnych spacerach nawet kiedy jeszcze tak dobrze się nie znali. Winston nie bał się go, Willowi tylko się tak wydawało ponieważ był przerażony tym, że znalazł się sam tak daleko od domu.

Jak ujęła to Alana? Pies potrafi utrzymać sekret lepiej niż niejeden człowiek.

Czyszczenie pozlepianej błotem sierści akbasha, noszącego nadane mu przez Willa imię Fenris, przerywa dzwonek telefonu. Will wyciera namydlone ręce o spodnie i sięga do kieszeni po telefon. Okazuje się, że dzwoni Jack.

Will bierze trzy głębokie wdechy zanim odbiera.

-Słucham cię, Jack.

-Jak szybko możesz przyjechać do Nottingham? - Notthingham to zaledwie kawałek drogi od Baltimore.

-Za godzinę. Może dwie. - Will wtyka telefon między szyję a ramię i spłukuje mydliny z futra wokół karku Fenrisa. Will zmywa też bąbelki, które pojawiły się na głowie zwierzęcia a Fenris przychyla się do jego dotyku. Will przełyka z uczuciem deja vu i drapie psa za uszami. - Co dla mnie masz?

-Wydaje mi się, że to on.

Will czuje suchość w ustach. Pochyla się by podnieść telefon, który wypada mu z ręki i uderza o schodki werandy.

-Will, jesteś tam? - Powtarza jego imię Jack. - Will?

-Przepraszam, właśnie kąpię psy. - Will gwiżdże i Fenris wychodzi z miednicy.

-Nie wiedziałem, że ci w czymś przeszkadzam - Odpowiada Jack z ledwie dostrzegalną nutą arogancji w głosie.

-Nie przeszkadzasz. Został mi już tylko jeden. - Will spogląda na Fenrisa, który odbiega otrząsając się z wody i mocząc przy tym Willa oraz beagle'a o imieniu Harvey. Po powrocie do domu ze sceny kolejnej zbrodni Hannibala Will będzie musiał go wyczesać, ponieważ Fenris zaczął właśnie bardzo silnie linieć.

Ślizgając się lekko na mokrych schodkach werandy Will idzie z ręcznikiem w kierunku Fenrisa, aby go wytrzeć, pies jednak wymyka mu się. Kąpiele wprawiają go w dziwnie wesoły nastrój. Will potyka się na nierównym gruncie.

-Zaraz przyjadę.

-Czekamy na ciebie Williamie. - Jack rozłącza się a Will klnie. Chowa telefon z powrotem do kieszeni. Penelopa przybiega do niego kiedy klepie się w udo. Will głaszcze jeszcze raz Fenrisa, który szturcha go nosem, a potem idzie na werandę aby zająć się czekającą tam na niego Penelopą. Oczywiście, teraz kiedy Will nie ma dla niego czasu, Fenris nie ma już po co uciekać.

Szybko myje brązowe futro Penelopy i szybko osusza ja ręcznikiem. Czuje mdłości. Czuje mdłości, zdenerwowanie i niezwykłe poczucie strachu, o którym na razie nie chce myśleć. Ma niezręczne ręce, które drżą sprawiając, że traci kontrolę nad ręcznikiem. Pół godziny po telefonie Jacka wszystkie psy są czyste i suche a Will jest pokryty błotem i psią sierścią. Ostrożnie wraca do domu by wziąć prysznic i się przebrać. Nie chce się spieszyć i odwlec nieuniknione tak bardzo jak tylko jest to możliwe, ale jego kończyny nie chcą go słuchać. Jest zbyt zdenerwowany aby działać rozmyślnie. Jedyną rzeczą, która go spowalnia jest to, że wpada na wszystkie meble a to czego się dotknie, wypada mu z rąk.

Kiedy Will wychodzi spod prysznica odkrywa, że psy wróciły z podwórka i zebrały się w sypialni. Harvey przytulił się do Penelopy, która nie wygląda na zbyt szczęśliwą ale, jest jej zbyt wygodnie aby to jakoś zmienić. Will ubiera się. Dwa razy zaplątuje się w nogawki spodni i źle zapina koszulę.

Wybiega z domu z kluczykami w dłoni ale musi zawrócić kiedy przypomina sobie, że jest boso. Usuwa ze stóp trochę błota i zaschniętej trawy i zakłada buty i skarpetki. W drodze na podwórko zabiera z kuchni portfel i zamyka frontowe drzwi.

Kiedy dociera do samochodu jego dłonie nadal drżą. Nie udaje mu się trafić do zamka i zdrapuje trochę lakieru ale w końcu udaje mu się otworzyć drzwi.

Wpada na siedzenie i uderza głową o sufit auta ale w końcu udaje mu się zamknąć drzwi. Siedzi tam przez chwilę w gorączkowej ciszy i uświadamia sobie, że zbyt szybko oddycha. Po chwili przekręca klucz w stacyjce i włącza radio. Słyszy muzykę klasyczną i natychmiast zmienia stację. Nieobecność słów po raz pierwszy w życiu w ogóle go nie uspokaja. DJ-ka innej stacji radiowej omawia piosenkę, stary hit zespołu Queen, który Will właśnie przegapił. Will przysłuchuje się jej i stara się oddychać w podobnym rytmie.

Kobieta milknie ze śmiechem, który miął być uspokajający ale Willowi wydaje się straszny. Kiedy w samochodzie zapada cisza poprzedzająca następną piosenkę, Will opiera głowę o kierownicę.

-To jest bez smaku.

-Masz problem ze smakiem?

-Nie, po prostu często mam niesmaczne myśli.

-Ja również.

Will przygryza dolną wargę i koncentruje się na otwierającym nową piosenkę akordzie gitarowym.

„Przeszliśmy się po schodach rozmawiając o przeszłości..."

Żadnych skutecznych barier.

Ja buduję schrony.

„Mimo, że mnie tam nie było."

Relacje między ludzkie są łatwe do zbudowania.

Podobnie jak schrony.

„Powiedział, że jestem jego przyjacielem, co było dla mnie niespodzianką. Przemówiłem mu prosto w oczy. 'Myślałem, że umarłeś sam dawno, dawno temu'."

Nie lubisz kontaktu wzrokowego, prawda?

„Och nie, nie ja, ja nigdy nie tracę kontroli."

Oczy mnie mnie rozpraszają.

„Jesteś twarzą w twarz z człowiekiem,który sprzedał świat."

Widzisz zbyt wiele a jednocześnie niewystarczająco dużo.

Will przełyka a potem jedzie długim podjazdem do nieutwardzonej drogi. W czasie jazdy podkręca radio tak, że nie zauważa właściwie niczego poza hałasem, który sprawia, że szyby w jego samochodzie drżą.

„Kto wie? Nie ja. My nigdy nie straciliśmy kontroli."

Piosenka pulsuje wokół Willa statycznymi prądami basu i ciężkimi uderzeniami w bębny, które wprawiają go w drżenie. Will skupia się na połączeniach między nutami, morfemach z których zbudowane jest każde słowo, dziwnych spojrzeniach, które dosięgają go kiedy przejeżdża przez skrzyżowanie aby dostać się na autostradę. Nie słyszy ludzi, którzy krzyczą aby zwolnił kiedy wjeżdża na podjazd i włącza się do ruchu z prędkością prawie stu dwudziestu kilometrów na godzinę.

Nie może skupić myśli. Dotrze na scenę zbrodni i Jack będzie wymagał od niego myślenia, więc Will musi myśleć jak najmniej do momentu kiedy będzie to konieczne. Niedługo wszystko stanie się takie strasznie prawdziwe.

Powoli mija godzina. Will niechętnie zatrzymuje się aby sprawdzić wiadomość z dokładną drogą na miejsce zbrodni jaką przysłał mu Jack a potem jedzie do Nottingham. Kiedy wjeżdża na ulicę Filadelfii wyłącza radio a jego myśli wracają z pełną mocą. Pamięta tartę lotaryńską, pamięta kolację z Freddie Lounds, pamięta pierwsze danie jakie przygotował dla niego Hannibal: jajecznicę z kiełbasą.

Jest pyszna.

Hannibal tak wnikliwie mu się wtedy przyglądał. Jego oczy wpatrywały się w usta Willa śledząc każdy ruch jego żuchwy a Will myślał wtedy, że Hannibal czeka aż on coś powie. Myślał, ze Hannibal jest dumnym kucharzem, który cieszył się z tego, że innym ludziom smakowało przygotowane przez niego jedzenie.

Dokończ śniadanie, Williamie.

Zeller macha do niego kiedy tylko Will przejeżdża obok Remizy Ochotniczej Straży Pożarnej White Marsh na ulicy Ebenezer. Siła z jaką Will naciska na hamulec a potem zjeżdża na pobocze najwyraźniej go zaskakuje, chociaż Zeller nie wspomina o tym ani słowem kiedy Will wysiada w końcu z samochodu. Zamiast tego zrównuje się krokiem z Willem i tłumaczy dlaczego muszą iść naokoło.

-Jakieś dzieciaki zniszczyły trochę miejsce zbrodni myśląc, że to dekoracja na Halloween. Sąsiad mieszkający w tamtym domu zadzwonił po karetkę. Zajęła całą ulicę więc Jack nie chce powodować jeszcze większych utrudnień w ruchu.

-Kim jest ofiara?

-Yusuf Vartarnn, lat trzydzieści osiem. Był kierownikiem supermarketu w Rosedale, niecałe dziesięć minut drogi stąd.

Will czuje nagły przypływ paniki. Jego dłonie drżą i pocą się. Idący obok niego Zeller nie zauważa jednak narastającego w nim przerażenia.

Obaj wspinają się na wzgórze. Jest dosyć strome a pokrywający je żwir poluzował się przez lata użytkowania. Kroki Willa są nieostrożne i Will kilka razy traci równowagę. Za drugim razem, Zeller łapie go i mówi mu żeby trochę wyluzował. Jego głos jest pewien znajomego rozbawienia, które sprawia, że kąciki jego oczu marszczą się w uspakajającym uśmiechu. Jedynie jego oczy wydają się zmartwione. Will wie, że Zeller jest zaskoczony tym, że Will w ogóle patrzy mu w oczy. A jego zaskoczenie sprawia, że obaj czują się przez chwilę niezręcznie.

Zamiast poprawić sytuację Will wpatruje się w niebo, niebieskie i lekko zachmurzone, takie samo jak tamtego dnia w Williamsport kiedy wyszedł na poszukiwania Hannibala. Will patrzy na nie do momentu kiedy natrafiają na karetkę. Chłopcy, którzy znaleźli ciało siedzą nieopodal owinięci w koce. Ciemnowłosy spogląda na zbliżającego się do nich Willa jak gdyby spodziewał się kolejnych pytań. Siedzący obok niego piegowaty rudzielec po prostu gapi się przed siebie niewidzącym wzrokiem. Na jego czole jest smuga błota, której nie zmył. Prawdopodobnie nie zdaje sobie nawet sprawy z jej obecności.

Kiedy okrążają ogromny pojazd Will czuje się jakby czas nagle zwolnił. Oddech Willa przyspiesza i przypomina dźwięk fal rozbijających się o brzeg. Will widzi przed oczami czerwone plamy i przełyka rosnącą mu w gardle gulę. Czuje strach, histerię i negację a wszystko pod jego skórą jest zimne jak lód. Uniesione ramię Zellera staje się skuteczną przeszkodą kiedy Will uderza w nie gwałtownie.

Zeller nie chciał go dotykać ale nie opuszcza ramienia dopóki Will nie skupia się na nim.

-Nic ci nie jest? - Will myśli o tym, żeby powiedzieć mu prawdę.

-Wszystko w porządku. - Mówi wymijając go a Zeller pozwala mu odejść. Mrucząc coś pod nosem znowu zrównuje się z Willem i nieopuszcza go dopóki natrafiają na kałużę krwi wsiąkniętej w nieutwardzony fragment drogi.

Niedaleko stoi opuszczony Ford Taurus z otwartymi drzwiami i odsuniętymi oknami. Will przygląda się mu odbierając od Zellera parę lateksowych rękawiczek.

-Ciało jest tam. - Mówi Zeller wskazując kierunek ruchem głowy. Will nie musi nawet wspinać się na palce żeby je zobaczyć, rozpięte nad polem kukurydzy niczym groteskowa karykatura stracha na wróble. Will oddycha głęboko i przełyka aspirynę. Zeller zatrzymuje się na chwilę jakby chciał mu coś powiedzieć ale potem zmienia zdanie. Odwraca się i odchodzi w kierunku miejsca gdzie Jack i Katz rozmawiają przypatrując się czemuś ukrytemu w niewielkiej menzurce. Price rozłożył swój laptop na bagażniku jednego z samochodów i wstukuje coś do bazy danych. Ponad jego ramieniem Will widzi jak na ekranie komputera pojawia się nowa strona.

Jack unosi głowę znad dowodu i kiwa nią w kierunku Willa. To jednocześnie rozkaz i powitanie. Spojrzenie Jacka przesuwa się na sylwetkę groteskowego stracha na wróble w polu kukurydzy a potem na Willa a w końcu wraca do Katz. Ona zauważa roztargnienie Jacka i unosi wzrok. Macha do Willa. On kiwa głową a Katz i Jack wracają do rozmowy. Zeller dołącza do Price'a i klepie go po plecach. Will spuszcza wzrok i oddycha głęboko a potem odwraca się w kierunku przejścia między rzędami kukurydzy. Rośliny ocierają się o jego dłonie a z ziemi podrywa się przestraszony kruk. Jego pióra ocierają się o jego prawą dłoń i są podobne do piór jakie widział na masywnych nogach jelenia ze swoich snów.

Will idzie dalej. Okolica jest bezludna a kukurydza osłania ją od ulicy. Została wybrana specjalnie aby przerazić ofiarę. Will przygląda się wzdętej twarzy tak długo jak może bez patrzenia w oczy ofiary. Jego usta są otwarte jak gdyby do ostatniej chwili starał się krzyczeć nie zważając na cięcie, które przepołowiło jego jabłko Adama. Will zakłada rękawiczki i wkłada dłoń w ranę na gardle mężczyzny: jest na tyle poważna by przeciąć jego struny głosowe.

Ciało zostało upozorowane jakby do ukrzyżowane i przymocowane do pala wbitego w ziemię. Will przyklęka by sprawdzić wystające znad ziemi drewno. Jest wilgotne od deszczu, wypełniającego ziemię a krawędzie pala są rozwidlone. Pal był tutaj na długo przed tym jak zginął ten mężczyzna.

Na jego koszuli są plamy zaschniętej krwi. Will unosi ją i zauważa pustą czerwoną ranę: trzustka, żołądek i jelita zostały przesunięte a żebra rozcięte tak aby umożliwić wyjęcie serca, płuc i nerek. Will nie jest pewien czy stało się to już po śmierci ofiary. Rozdzielenie żeber było w zasadzie niepotrzebne, chociaż chirurdzy robili to dosyć często przy wykonywaniu nacięcia mostka. Zrobiono to specjalnie. To ciało zostało specjalnie upozorowane w ten sposób.

Oczy Willa przesuwają się wyżej i w końcu natrafiają na najważniejszą część ekspozycji: oczy ofiary. Zwisają one, niczym obsceniczna ozdoba, z obojczyka ofiary, nadal przymocowane do nerwów. Mleczno szare źrenice są rozszerzone na całą szerokość rogówek. Will oddycha głęboko i opuszcza ręce. Nie musi przypatrywać się ciału by dowiedzieć się kto to zrobił, ale z drugiej strony nadal musi kontynuować. Zamyka oczy czując pieczenie pod powiekami. Jego dłonie, drżące od momentu, kiedy tu przyjechał, zaciskają się w pięści.

Wahadło obraca się jeden raz, potem drugi i trzeci. Jest noc. Ciało zniknęło. Will czuje jego ciężar kiedy idzie tyłem w kierunku drogi. Przez chwilę wszystko jest zamazane aż do momentu kiedy klęczy przy swoim własnym samochodzie zaparkowanym dokładnie tam skąd jego umysł usunął znajdującą się na ziemi plamę krwi. Will otwiera oczy i widzi gwiazdy oraz łukowaty księżyc odbijający się w drzwiach samochodu niczym uśmiech kota z Cheshire.

Taurus zatrzymuje się tuż za jego samochodem. To błąd.

-Pan Vartanian jest nieuzbrojony i nie spodziewa się, że go zaatakuję kiedy do mnie podchodzi.- Will wstaje z gracją trochę obcą jego własnemu ciału. W umyśle Willa nie ma miejsca na uczucie znanego mu eleganckiego sposobu w jaki porusza się jego ciało kiedy jest pod wpływem kogoś innego nie ma na to czasu pomiędzy unieszkodliwianiem drugiego człowieka i zawleczeniem go w pole aby poczuć spokój, który wydaje mu się tak znajomy.

-Ciągnę ofiarę prosto do pala. Wiedziałem, że on tam będzie. Tak jak wiedziałem, że Pan Vartanian przejeżdża tędy po drodze z pracy do domu.

Nie ma w tym ani krzty podekscytowania. Will umieszcza ciało na palu i przywiązuje ramiona ofiary sznurem do poziomych desek. Jeśli ofiara będzie się bronić, lina szybko odetnie krążenie w jego dłoniach, potem Will rozcina mu ubranie.

-Ofiara mnie zna, mimo to jednak zasłaniam jego twarz jego własną koszulą. Robię to aby mieć łatwiejszy dostęp do jego ciała. Poza tym później będzie to wyglądało bardziej porządnie. Nie będzie po prostu zakrwawioną kupą mięsa kiedy z nim skończę. - Będzie wyglądał wspaniale, dzięki uwadze i ostrożności z jaką obchodzi się z nim Will.

Najpierw wyjmuję jego wnętrzności. To przywraca panu Vartanianowi świadomość. Stara się krzyczeć ale nie może. - Will wyjmuje wnętrzności do pojemnika. Przywiózł ich tam kilka kiedy wcześniej przygotowywał teren.

Życie uciekające z pana Vartaniana jest darem, na który nie zasługiwał. Will nie jest pewien, co ten człowiek zrobił, ale czuje na języku ostry smak obrazy. Dostrzega strach w oczach pana Vartaniana i błoto przyklejone do jego czoła, przypominając sobie coś o czym nie wiedział, że to zapomniał: małego rudowłosego chłopca z pobrudzoną twarzą oraz zielonooką rudowłosą kobietę.

Ofiara wykrwawia się i nie jest to ani zaskoczenie ani przeszkoda. Will zajmuje się otwartą klatką piersiową. Każdy z jędrnych organów to oddzielny posiłek dla zmysłów. Płuca, serce, wątroba. Polędwica z pokoju hotelowego w Williamsport, stek z ogrodu Hannibala, tarta lotaryńska z jego jadalni.

Do jego ust napływa ślina a jego otoczenie się zmienia. Obie osobowości wewnątrz niego walczą o dominację. Jest sobą i jest Rozpruwaczem. Jest Willem Grahamem i Hannibalem Lecterem.

-To mój projekt.

Kiedy dochodzi do siebie na czworakach, z dłońmi zaciskającymi się w błocie. W którymś momencie zerwał z dłoni rękawiczki. Czuje pod paznokciami błoto i cofa ręce. Jego żołądek się przewraca a płuca ściskają wokół odruchu wymiotnego ale niczego nie zwraca. Nie jadł nic od wczoraj. Hannibal nakarmił go sałatką z rukoli, bulionem wołowym i pieczenią wieprzową. Will wyjechał do Wolf Trap o dziewiątej trzydzieści. Tuż po jego wyjściu Hannibal złapał Yusufa Vartaniana w drodze do domu z tego samego sklepu do którego zawiózł Willa tego dnia kiedy wrócili z Williamsport i zjedli razem kolację.

Will wstaje zdezorientowany, z zachwianym poczuciem równowagi spowodowanym nierównym biciem serca. Odwraca się dookoła, chociaż ciało Vartaniana wskazuje drogę.

Wychodzi z pola kukurydzy nie wiedząc jak dużo czasu tam spędził. Opierający się o samochód ofiary Jack idzie w jego kierunku. W pewnym momencie jednak zatrzymuje się w pół kroku. Will patrzy na niego pytająco.

-Co się stało?

-Masz...- Jack pociera brodę. Will dotyka swojej brody ubłoconymi palcami i kiedy je odsuwa zauważa na nich krew. Nie wie czy jest to jego krew, czy należy do ofiary. Dotyka dłonią ust które także są zakrwawione, ale nie krwawią. Tym razem kiedy jego żołądek się przewraca Will naprawdę wymiotuje.

-Czy to on? - Pyta Jack kiedy Will prostuje plecy.

-To on. - Chrypie Will, przyjmując butelkę którą Katz wciska do jego ubłoconej dłoni.

-Jesteś pewien? - Will oddałby wszystko aby nie być pewnym.

-To on, Jack. - Wydaje mu się, że jego głos jest smutny ale Jack tego nie zauważa. Will opłukuje ręce a potem pociąga z butelki długi łyk. - Czy jestem ci jeszcze do czegoś potrzebny?

Jack nie mówi nic. Patrzy tylko na Katz, Price'a i Zellera, którzy trzymają się trochę na uboczu. Price wzrusza ramionami.

-Żadnych odcisków palców. - Potrząsa głową Zeller.

-Ani śladów DNA kogoś innego niż Vartanian.

Jack spogląda na Katz.

-Znalazłam jakieś szczątkowe ślady ale muszę je zbadać w laboratorium. Znalazłam też jakieś włókna. - Jack kiwa głową i niechętnie odprawia Willa. Will odwraca się i odchodzi i nikt go nie zatrzymuje. Odchodzi czując zmartwienie, zaskoczenie i odrobinę poczucia rezygnacji ze strony Jacka. Tego właśnie się spodziewał. Spodziewał się tego od tamtego dnia w szopie Buddish'a kiedy właściwie dał Willowi wolną drogę do odejścia.

Dlaczego tego nie zrobiłem?

Will schodzi wzgórzem, z którego zniknęła karetka. Will zastanawia się, czy w ogóle ją widział ale przypomina sobie, że Zeller powiedział mu o jej obecności. Wsiada do samochodu i rusza z zamkniętymi oknami i wyłączonym radiem. Jest w Maryland. Za pięć minut mógłby znaleźć się na ganku Hannibala. Myśli o tym, Myśli o tym aby tam pojechać i zakończyć to wszystko raz na zawsze.

Ale to nic by nie dało. Hannibal nie dałby się tak łatwo pokonać. Nie pozwoliłby na to aby jego własna słabość stała się większa od Willa. Will zawsze potrzebowałby Hannibala bardziej, jego potrzeba chronienia Hannibala zawsze byłaby większa.

Will zawraca samochód i jedzie do supermarketu. Kupuje sobie pudełko organicznych truskawek ale nigdzie nie widzi tej rudej kasjerki. Nie wygląda też na to, że sklep odniósł jakieś straty z powodu śmierci Yusufa Vartaniana.

Will jedzie ulicą Light do autostrady Key i parkuje przy boisku Rash. Kilkoro studentów uniwersytetu gra na piasku w siatkówkę. Will rozpoznaje niebieską bluzę z kapturem uniwerstytetu Johns Hopkins na jednej z dziewczyn. Ma też na sobie szorty i japonki i wybucha głośnym śmiechem kiedy jeden z chłopaków przerzuca ją sobie przez ramię i zaczyna uciekać. Nie jest zbyt chłodno. Lekki wietrzyk niesie ze sobą ostry zapach z ujścia Zatoki Chesapeake.

Will siada na kamiennych schodkach niedaleko boiska ze swoimi truskawkami i zjada pierwszą z nich. Dziewczyna jest brunetką. Jej włosy są niemal tak ciemne jak włosy Abigail. Wiatr niesie dookoła jej śmiech i kiedy Will zamknie oczy może udawać, że słyszy właśnie Abigail. Może udawać, że jakiś student, na przykład jak barista z tamtej kafejki, sprawił że Abigail jest szczęśliwa i śmieje się z tego powodu. Will może udawać, że Hannibal siedzi u jego boku ubrany w te swoje idealnie skrojone dżinsy i lekką kurtkę i je z nim truskawki nad brzegiem zatoki kiedy ponad drapaczami chmur zachodzi słońce.

Zjada jedną truskawkę i sięga po drugą nie przełknąwszy tej pierwszej. Druga truskawka jest lekko gorzkawa, pierwsza była prawie dojrzała. Will zjada kolejne cztery zanim nie trafia na tą właściwą: słodką, o delikatnej skórce. Przesuwa po niej palcem i smakuje ją w ustach. Czuje smak wina sangiovese, malinowego cassis, skóry Hannibala i krwi.

Gdzieś pod tymi smakami czuć smak truskawki, ale Will nie przykłada do niego specjalnej uwagi. Owoc, który trzyma w palcach uwalnia lawinę wspomnień.

Will przypomina sobie to jak Hannibal pocałował go po raz pierwszy w tamtym pokoju w Williamsport. Przypomina sobie niewyobrażalne gorąco a także strach i zaskoczenie, kiedy Hannibal pojawił się obok niego na łóżku. Uczucie zaskoczenia wywołane byciem uduszonym. Emocje wydostające się falami z Hannibala, o których Will nie miał wcześniej pojęcia.

Przypomina sobie to jak siedział z Hannibalem w samochodzie zaparkowanym obok Peter Herdic House ledwie mogąc oddychać, ponieważ Hannibal go dotykał i szeptał do niego. Przypomina sobie to jak Hannibal pocałował go w restauracji na oczach wszystkich, jego pocałunek tamtego chłodnego wieczora i ten na lotnisku mający na celu uchronienie go przed ciekawskimi spojrzeniami. Przypomina sobie to jak zlizywał wilgotne kawałki truskawek z palca Hannibala, jak wziął tenże palec do ust i ssał.

Przypomina sobie pogrzeb Cassona i napad drgawkowy. I dotyk dłoni Hannibala w swoich włosach tuż przed tym jak stracił przytomność. Przypomina sobie, że Hannibal był przy nim w najbardziej żałosnym momencie, umył go i pomógł mu się ubrać. Nakarmił jego psy. Powiedział „Nigdy nie spotkałem kogoś takiego jak ty,"

Jesteśmy sobie równi, Williamie. Jesteśmy dokładnie tacy sami.

Zjada kolejną truskawkę. Jego pusty żołądek zaciska się wokół niechcianego pożywienia.

Już wtedy to czułem."

Jak mogłem się od ciebie odwrócić?"

Will powstrzymuje łzy wściekły na siebie za to, że stara się znaleźć ukojenie w miłych wspomnieniach. Zostały mu dwie truskawki. Patrzy na nie i czuje się chory. Wyglądają jak dwa małe serca. Rozrywa jedną z nich zębami wpatrując się w ciemniejące niebo. Słodkie owoce zostawiały w jego ustach smak popiołu. Wnętrze jego policzka krwawi tam gdzie Will go przygryzł a kombinacja smaku popiołu i krwi zostawia w jego ustach smak spalenizny.

Will przypomina sobie to jak jeleń w jego śnie zmienił się w Hannibala, ale nie przypomina sobie tego jak zwierzę topiło go czy też przekuwało rogami. Jego wspomnienia zmieniły się i teraz jest w nich Hannibal kujący go nożem i trzymający jego głowę pod wodą. Jak przytrzymuje go przy płonącym drzewie swoimi pięknymi dłońmi rzeźbiarza.'

Chodzi o Hannibala. Zawsze chodziło o Hannibala.

Twój jeleń jest wspaniały." Powiedział Hannibal zszywając w swoim gabinecie dłoń Willa. „Popisywał się przed tobą."

To wszystko zakrawało na ironię. Sen o stworzeniu otoczonym ogniem i szkieletami sprowadził Willa do Hannibala, który mógł zszyć go w jedną całość. We śnie dotknął go i nawet wtedy wiedział, że zbliżenie się od Hannibala przyniesie mu niewypowiedziany ból. Został on wypalony na jego skórze podczas snu, Jego dłonie były splamione jego własną krwią i krwią Hannibala.

Will przeżuwa z niechęcią truskawkę a potem sięga po ostatni owoc. Jest słodki. Przypomina mu kiwi i granat z Eton Mess, które Hannibal przygotował na kolację z Abigail. Przypomina Willowi to jak Abigail uśmiechnęła się ściskając Hannibala a potem pocałowała Willa w policzek.

Myśli o pikniku w Port Haven i o tym jak Alana powiedziała: Myślę,że będzie wam razem dobrze.

Przypomina sobie to jak Abigail podrzucała jabłko a Hannibal szedł u jej boku z uczuciem zaborczej dumy. Przypomina sobie jak powiedział wtedy Ja też tak uważam.

Will wstaje i wyrzuca opakowanie po truskawkach do jasnoniebieskiego kosza na śmieci niedaleko parkingu. Wsiada do samochodu i rusza. Hannibal powinien być już w domu. Jeśli coś po drodze go nie zatrzymało, powinien być już w domu. Jego samochód stoi na podjeździe. Serce Willa przyspiesza na ten widok ale Willowi udaje się je uspokoić. Napędzany gorączką i dudniącą w jego uszach krwią wysiada z samochodu i po chwili puka do drzwi. Hannibal otwiera wyraźnie zaskoczony widokiem Willa na swoim progu. Will nie proszony wchodzi do korytarza, sprawdza, czy Hannibal nie ma przypadkiem towarzystwa a potem czeka cierpliwie aż zamkną się drzwi

-Wydaje mi się, że rolady starczy na dwie osoby, jeżeli zechcesz się do mnie przyłączyć. - Hannibal wymija Willa i wraca do kuchni. Will zauważa aromat goździków i czosnku. Idzie za Hannibalem do kuchni na moment zapominając po co tu przyjechał. Ubrany w fartuch Hannibal wstawia zrolowane mięso do piekarnika i nastawia zegarek. Will zatrzymuje się na progu kuchni. Skupia wzrok na stojącym na kuchence garnku a jego żołądek przewraca się, pełen truskawek.

-Yusuf Vartanian. - Hannibal nawet nie reaguje. Nadal krząta się po kuchni ustawiając naczynia w zlewie. - Zabiłeś Yusufa Vartaniana.

-Czyżby?

-Chcesz, żebym poczuł się niepewnie? - Will przekracza próg kuchni. Natychmiast robi mu się gorąco, ale tylko częściowo z powodu kuchenki. Hannibal odwraca się i spogląda na Willa. Jest kompletnie niewzruszony i całkowicie spokojny. Jest na swoim terenie, Will kompletnie tutaj nie pasuje. - Jesteś Rozpruwaczem. Rozpruwaczem z Chesapeake, Hannibalu. Nie sądzisz, że odróżniłbym twoje dzieło od tego co zrobił ktoś inny?

-Co mam ci powiedzieć?

Will tego nie wie. Żaden z nich nie może niczego więcej dodać. Will przełyka i cofa się za próg. Hannibal odkłada widelec na blat kuchennej wyspy. Will patrzy na niego kiedy światło odbija się od jego błyszczących zębów.

Jest na polanie z Hannibalem. Hannibal dotyka jego policzka. Will zamierza się na niego a wybuch jego wściekłości sprawia, że na twarzy Hannibala pojawia się uśmiech. Słychać nieziemski, podobny do syreny, dźwiek, Nagle z ich ciał zaczynają wyrastać poroża niczym ramiona boga Shivy. Nieskazitelny garnitur Hannibala rozdziera się tam, gdzie przebijają go czubki rogów. Will jest nagi za wyjątkiem płaszcza, w którym obudził się pierwszego ranka w domu Hannibala.

-Niedługo będziesz na mnie gotowy. Chcesz tego. Potrzebujesz mnie.

Will otula się płaszczem ale potem pozwala mu opaść. Nie zostało mu już nic czego Hannibal nie przejął na własność. Will czuje wewnętrzny żar decyzji, którą podjął i której nie potrafi już zmienić.

-Tak.

Hannibal uśmiecha się swoim prawdziwym uśmiechem i ujmuje dłonie Willa swoimi. Poroża pną się do rozpalonego nieba. Tym razem Will nie walczy z nim. Tym razem wie lepiej.

Są niezniszczalni. Kompletnie nierozerwalni. Są jednością.

-Tego właśnie chcę. - Szepcze Will.

Otwiera oczy i odkrywa, że Hannibal siedzi na nim okrakiem a jego krawat jest przekrzywiony. Will patrzy ze zdziwieniem na pojawiający się na policzku Hannibala siniak a Hannibal wypuszcza jego ręce.

-Co się stało?

-Krzyczałeś. - Hannibal unosi się lekko nadal siedząc jednak na Willu. - Chciałem cię uspokoić a ty mi przyłożyłeś. - Will patrzy leniwie na startą skórę na swoich knykciach.

-Należało ci się. - Hannibal unosi brew.

-Niektórzy nazwaliby to przemocą domową. Will wybucha śmiechem. Zamyka oczy i śmieje się a Hannibal stwierdza, że Will nie będzie już sprawiał problemów więc unosi jedną nogę i klęka u jego boku. Will po prostu patrz na niego i przypomina sobie, że nadal nie wie po co tu przyjechał.

-Czyżbyś zmienił zdanie na temat naszego związku? - Will postanawia zignorować melancholię, jaką słyszy w słowach Hannibala. Nie ufa jej. Ufa jedynie oczom Hannibala. Ich spojrzenie jest poważne, niezachwiane, lekko niecierpliwe i niepewne. W głębi jego ciemnych źrenic czai się jeszcze głębsze poczucie melancholii niż mu się wydawało. Otwiera usta aby odpowiedzieć ale potem znowu je zamyka i kładzie głowę na posadzce.

-Dobrze wiesz, że nie mogę tego zrobić.

-Wolałem spytać, na wszelki wypadek. - Jego głos jest lekki. Jego usta się nie uśmiechają, ale radość jest widoczna w jego oczach. Will patrzy na nie i dotyka zmarszczonych kącików jego oczu popękanymi knykciami. To dziwne, dotykać Hannibala chociaż tak naprawdę Will go nie czuje. To odczucie podobne jest do bycia wystrzelonym w kosmos bez żadnych barier hamujących jego podróż w otchłań pełną czarnej materii.

Will odsuwa dłoń ale Hannibal łapie go za nadgarstek, a jego chwyt nie jest ani zbyt mocny ani zbyt delikatny. Po prostu trzyma Willa w jednym miejscu, zmuszając go do oddychania.

-Coś mi zrobiłeś. - Mruczy Hannibal siadając obok Willa na podłodze.

-O co ci chodzi? - Serce Willa tłucze się w jego piersi i Will zastanawia się czy Hannibal je słyszy. Jego źrenice są rozszerzone ale Will nie wie co w jego dzisiejszym zachowaniu wywołało taką reakcję ale póki co woli nie pytać.

Widok pociemniałych oczu Hannibala sprawia, że w brzuchu Willa budzi się pożądanie. Will walczy sam ze sobą ale jego serce przestało go słuchać sprawiając, że jego krew wrze mimo że jest to w tej chwili raczej niestosowne.

Oczy Hannibala na chwilę zachodzą mgłą co wybija Willa z transu chociaż jego ciało nadal ma problem z nadążeniem za jego umysłem. Hannibal przesuwa dłonią po brzuchu Willa jak gdyby był w stanie wyczuć targający nim niepokój. Hannibal układa dłoń tak, że jego palce zwrócone są w stronę stóp Willa i zaciska ją na materiale koszuli tak, że podjeżdża ona aż do pępka. Willowi nagle zaczyna brakować oddechu. Przygląda się Hannibalowi wpatrującemu się w jego pępek spod na wpół przymkniętych powiek. Hannibal otwiera usta a Will wstrzymuje oddech.

Hannibal nie odzywa się jednak. Pochyla głowę i atakuje skórę brzucha Willa ssąc ją i delikatnie szczypiąc zębami a Will jęczy i wplata palce w jego włosy. Hannibal wzdycha a na wilgotnej od jego śliny skórze Willa pojawia się gęsia skórka.

-Nie masz pojęcia jaki jesteś niezwykły.

-Nie mów o mnie jak o eksperymencie naukowym. - Jęczy Will. Zaciskając palce we włosach Hannibala kiedy Hannibal przesuwa się wzdłuż brzucha Willa całując jego żebra, mostek a potem każdy z obojczyków. Potem zsuwa gwałtownie koszulę Willa i całuje go w usta a Will płonie z potrzeby, głodu i żaru, który należy wyłącznie do niego. Ciągnąc Hannibala za przedramiona prosi go aby znowu na nim usiadł.

-Czym więc jesteś, Williamie? - Wzdycha do jego ucha Hannibal całując miejsce w którym linia jego włosów styka się z miękką chrząstką ucha.

-Wydawało mi się, że jestem twoim chłopakiem.

-Chcesz nim być? - Drażni go Hannibal przesuwając gorącymi dłońmi w górę i w dół jego żeber. Will czuje jego palce liczące żebra przy każdym ruchu.

-Naprawdę tego nie wiesz? - Pyta Will starając się odsunąć mimo tego, że leży na podłodze. Hannibal pozwala mu zachować iluzję dzielącej ich odległości. - Tylko przez ostatni tydzień uprawialiśmy seks bez zabezpieczenia co najmniej sześć razy. Robisz tak z ludźmi wobec których nie masz poważnych zamiarów? - Hannibal uśmiecha się a potem pochyla głowę i mruczy w szyję Willa.

-Zostań na kolację, Williamie. Znam niewymagający słów sposób by odpowiedzieć na twoje pytanie.- Will ignoruje uczucie mrowienia w lędźwiach i żołądku. Pozwala Hannibalowi postawić się na nogi i nie musi wyrażać swej zgody słowami.

Wraca za Hannibalem do kuchni i przygląda się swojej dłoni.

-Naprawdę cię uderzyłem?

-Nie zrobiłem sobie tego sam, Williamie. - Will siada ostrożnie przy kuchennej wyspie a Hannibal sprawdza piekące się w piekarniku mięso. Will spogląda na stojący na kuchence garnek a potem zdejmuje kurtkę.

-Zrobiłeś to dla tamtej kasjerki, prawda? Tej rudej.

-Tak Williamie. - Will przełyka kierując spojrzenie na pieczeń.

-Co jest w roladzie?

-Bekon i serce.

-Ale to nie jest wieprzowina.

-Nie, Williamie. - Hannibal patrzy na niego przez ramię zdejmując fartuch. - Ale to nigdy nie była wieprzowina. - Will przełyka i odwraca wzrok.

-Przepraszam, że cię uderzyłem.

-Nie ma za co. Nie byłeś wtedy sobą.

-Ale teraz już jestem, doktorze? - Will jest zaskoczony słysząc swoją sarkastyczną uwagę i czując nagłą bliskość Hannibala. Hannibal bierze go za rękę, wolną dłonią odsuwając mu włosy z czoła.

-Powiedz mi, czy to wszystko wydaje ci się właściwe?

-Tak.

Pójdzie za to do piekła. Prędzej czy później obaj się tam znajdą ale to nie zmienia tego co Will w tej chwili czuje. Kawałki ciała YusufaVartaniana siedzą w piekarniku Hannibala wypełniając jego kuchnię pysznym zapachem tak jak każdego innego wieczora. Pachnie tutaj lepiej niż w kuchni w domu Willa w Wolf Trap, bez względu na to skąd pochodzi jedzenie, chyba że przygotował je właśnie Hannibal. Hannibal pochyla się i dotyka ustami pulsu Willa a potem usatysfakcjonowany uśmiecha się i prostuje plecy.

-Sangiovese? - Will przygryza dolną wargę wiedząc co oznacza moment, w którym Hannibal częstuje go winem. To znaczy, że zostanie na noc. Na szczęście zdążył nakarmić psy zanim wyjechał do Nottingham.

-Bordeaux. - Hannibal kiwa głową i wychodzi do korytarza.

-Nie, poczekaj, jednak Sangiovese. - Poprawia się zarumieniony Will. Hannibal uśmiecha się szeroko wracając z winem, które pili kiedy pierwszy raz spędzili razem noc. Will patrzy na kropelki wody zbierające się na szyjce chłodzącej się w lodzie butelki podczas kiedy Hannibal zmywa naczynia. W zębach widelca do mięsa nadal odbija się światło

Hannibal kroi pieczeń w plastry i podaje ją razem z makaronem z kurczakiem w sosie śmetanowo-szpinakowym. Przygląda się temu jak Will przeżuwa pierwszy kęs. A Will mógłby przysiąc że jego uśmiech jest oślepiającą odpowiedzią na jego własny. Jedzenie naprawdę jest przepyszne.