Dzikie Dziecko

Dziecko natury, niegrzeczne dziecko

Ani matki, ani ojca

Tyś nasze dziecko, krzyczące dziko

The Doors - Wild Child


-Moja matka jest całkiem miła. Może przedstawię ci ją kiedy przyjedzie do mnie któregoś dnia w odwiedziny. - Nadine rzuca długi kawałek skórki pomarańczowej na stos między swoimi bosymi stopami. Abigail ma na sobie kurtkę i kozaki ale Nadine obiera owoc nie okazując tego, że marzną jej palce mimo panującego w ogrodzie chłodu.

-Jak jej na imię?

-Rosetta. Chociaż woli, kiedy ludzie nazywają ją Ettą. Dawno jej nie widziałam, ale może przyjedzie w moje urodziny w przyszłym miesiącu. - Abigail przypomina sobie, że jakiś czas temu podczas terapii grupowej Nadine powiedziała, że jej matka cierpiała na pląsawicę Huntingtona i od roku nie odwiedziła jej ani nawet nie zadzwoniła. Nikt nie kontaktował się z nią od tej pory aby powiedzieć jej jak daleko rozwinęła się choroba.

Nadine dzieli pomarańczę na pół ze zbyt wielką koncentracją. Abigail nie chce aby dalej o tym myślała.

-Ile skończysz lat?

-Dwadzieścia i pięć. - Mówi z uśmiechem Nadine częstując Abigail połówką obranego owocu. Abigail grzecznie odmawia. Nadine wzrusza ramionami a potem wgryza się w jedną cząstkę.

-Masz z tego powodu jakieś plany? - Nadine wybucha śmiechem ale nie odpowiada

Jest słoneczny dzień. Terapia grupowa odbędzie się dopiero jutro a pojutrze Abigail po raz kolejny spotka się z Doktor Bloom. Wczoraj odwiedziła ją Freddie Lounds i rozmawiała z nią o książce, chociaż Abigail w zasadzie jej nie słuchała. Większość dni upływa jej na lenistwie, co powoli doprowadza ją do szaleństwa. Abigail rzuca okiem na Corę siedzącą po drugiej stronie tarasu. Nigdzie nie widać jej zeszytu i Abigail czuje z tego powodu ulgę.

-Chyba postanowili spróbować czegoś nowego. - Mówi z krzywym uśmieszkiem Nadine przyłapując Abigail. Obok Cory siedzi pielęgniarka z lornetką wymierzoną w grupę ptaków siedzących na linii wysokiego napięcia, którą Abigail widzi z miejsca w którym siedzi wraz z Nadine: kilka szarych gołębi, wróbel i synogarlica nieco w prawo.

-Dlaczego traktują ją jakby była ich własnością? - Mruczy Abigail czując w gardle niesmak oraz złość. Cora lubi poznawać nowych ludzi. Powinno się jej na to pozwolić.

-Właściwie jest ich własnością. W końcu nigdy się stąd nie wydostanie. - Nadine potrząsa głową kiedy Abigail patrzy na nią szeroko otwartymi oczami. - Nie mogą jednoznacznie stwierdzić czy jest jej lepiej. Nie chce z nimi rozmawiać ani nauczyć się języka migowego. Za każdym razem kiedy dają jej kartkę i długopis, zgniata ją i wyrzuca.

-Przez cały czas jaki tu spędziła? - Nadine potwierdza skinieniem głowy.

-Wydaje mi się, że odkąd jej matka wyjechała Cora nie chce aby ktokolwiek jej pomógł. W sumie nawet się jej nie dziwię...chociaż czasami chciałabym móc jej powiedzieć że istnieją lepsze miejsca niż to, i że ona nie musi tutaj tkwić.

Istnieje cały świat, którego Cora nie chce doświadczyć z powodu tego co szalony człowiek zrobił z nią w lesie. Istnieją nieskończone możliwości, których Cora nie doświadczy ponieważ jej lekarze nie potrafią się z nią porozumieć. Jej synek dorośnie nie znając jej dlatego, że oni uparli się że ją wyleczą. Nie potrafią sprawić aby się otworzyła tak jak udało się to Abigail i prawdopodobnie Nadine. To miejsce jest studnią bez dna dla ludzi takich jak Cora.

Abigail przełyka wściekłość. Nie pozwoli na to aby także tutaj utkwila.

-Abigail Hobbs! Gdzie jest Abigail Hobbs? - Abigail odwraca się przez ramię. - Abi...Ty! - Na tarasie pojawiła się Siostra Trudy z fałszywym dziennikiem Abigail i wyrazem furii na twarzy. - Pójdziesz ze mną.-Nadine wygląda na zaskoczoną. Przez chwilę wygląda nawet na przerażoną tym, że Trudy miała na myśli ją a nie Abigail.

-Dokąd idziemy? - Trudy podchodzi do nich i rzuca dziennik na ławkę. Nadine marszczy brwi widząc niewielki pamiętnik a potem patrzy z ciekawością na Abigail. Jej oczy są pełne radosnego zdumienia.

-Pójdziemy do dyrektora szpitala, i porozmawiamy z nim o twoich złośliwych groźbach pod moim adresem.

Abigail ma ochotę się roześmiać. Złośliwych groźbach? Czy to jakiś dowcip?

-Jabłko zawsze pada niedaleko od jabłoni. - Myśli głośno Nadine. Chociaż robi to po to aby jeszcze bardziej zdenerwować Siostrę Trudy, Abigail czuje ukłucie dumy i czegoś odrażającego. Może być złośliwą dzikuską ale nią nie jest. Siostra Trudy wiedziałaby o tym gdyby uważnie przeczytała cały dziennik. Zorientowałaby się,że Abigail specjalnie napisałaby to zdanie chęci zaatakowania jej żeby złapać ją w akcie myszkowania w jej rzeczach.

-To nie twoja sprawa Panno Dufort. - Mówi siostra Trudy a potem zwraca się do Abigail. - Wezwałam też Doktor Bloom, spotka się tam z nami. - Ton jej głosu powinien być groźny ale Abigail słyszy w nim tylko upartą furię, która sprawia, że z trudem powstrzymuje śmiech.

Wstaje i ze spokojem otrzepuje dźinsy. Widzi, że Cora obserwuje ją kątem oka i stwierdza, że złamanie innych reguł będzie niczym w porównaniu z tą aferą z Trudy. Odwraca się więc i uśmiecha do Cory, która odwzajemnia jej uśmiech. Trudy wzdycha z rozdrażnieniem kiedy Abigail odchodzi zostawiając dziennik tam, gdzie rzuciła go pielęgniarka. Jej prywatność została naruszona, więc Abigail stwierdza, że nie musi już szanować Trudy.

Wchodzą razem do budynku. Trudy trzyma Abigail ale nie tak mocno jak Diane. Zostawia Abigail w pustej poczekalni niedaleko głównego holu i wychodzi zostawiając dziennik na jej kolanach. Abigail ze znudzeniem przewraca kartki. Po kilku minutach zaczyna czytać z większą uwagą. Znajduje wpis na temat Cory:

Zastanawiam się jak wygląda Noah, czy ma jej oczy. Jest już pewnie całkiem duży, nie jest już dzieckiem. Co powiedziałaby mi o nim gdyby mogła mówić?

Cora jest enigmą i niespełnionym marzeniem. Abigail nie może rozwiązać tej zagadki. Nie może się nawet zbliżyć na tyle aby przynajmniej spróbować. Doktor Bloom była niezwykle stanowcza w tej kwestii. Prośba o to by zmieniła zdanie nie wiele by dała. Abigail jest już tak daleko w tyle, że chce jej się śmiać na samą myśl o tym.

Abigail przewraca jeszcze kilka kartek i odnajduje wpis o Doktorze Lecterze. Pamięta, że zanotowała to po kolacji z nim i Willem

Nigdy wcześniej nie jadłam placka lotaryńskiego. Nie myślałam, że będzie mi smakował ale jednak tak było. Doktor Lecter naprawdę świetnie gotuje. Jak znajduje na to czas skoro cały dzień pracuje? Pewnie ma świetną podzielność uwagi. Byłaby z niego świetna matka odwożąca dzieci na najróżniejsze zajęcia poza lekcyjne, nawet jeśli nie potrafię wyobrazić go sobie za kierownicą minivana albo pomagającego trenerowi drużyny. Wydaje mi się, że Will bardziej się do tego nadaje.

Drzwi prowadzące na korytarz otwierają się i do poczekalni wchodzi Doktor Bloom. Nie wygląda na niezadowoloną, ale zadowolona też nie jest. Siada obok Abigail i mija między nimi kilka sekund ciężkiego milczenia. Doktor Bloom otwiera czasopismo i przebiega oczami po jego kartkach. Abigail przygląda się jej i stwierdza, że lekarka prawdopodobnie nie czyta. Przez chwilę myśli, że tak właśnie upłynie im czas kiedy Doktor Bloom nagle się odzywa.

-Chcesz przedstawić mi swoją stronę? - Nie unosi wzroku znad magazynu. Jej oczy nadal przesuwają się po papierze. Zatrzymują się kiedy Abigail formuje stosowną odpowiedź.

-Testowałam hipotezę. - Abigail widzi, jak Doktor Bloom zastanawia się nad znaczeniem jej słów.

-Myślałaś, że ktoś czyta twój pamiętnik. - Mówi siadając prościej i wbijając spojrzenie w Abigail. - Dlatego zastawiłaś pułapkę.

-To biuro dyrektora jest pułapką.

-Twój dziennik był przynętą. - Abigail nie wie czy podoba jej się ta konkluzja więc milczy, nie chcąc się do tego przyznać. - Jeżeli myślałaś, że ktoś narusza twoją prywatność dlaczego nie przyszłaś z tym do mnie?

-Bez dowodów wyglądałoby na to, że mam urojenia.

-Grożenie komuś tylko po to aby coś udowodnić nie jest najlepszym wyjściem. I sprawia, że ludzie rzeczywiście mogliby sobie pomyśleć, że masz jakieś urojenia, Abigail.

-Bezpodstawne oskarżenia czynią ze mnie oszczercę. - Odpowiada Abigail po przemyśleniu wszystkich argumentów. - Gdyby nie przeczytała mojego dziennika, nie czułaby się zagrożona To naprawdę nic nie znaczyło. - Abigail unosi dziennik niczym aukcyjny wskaźnik. - Poza tym nie tylko moja prywatność została naruszona. Piszę tu także o Doktorze Lecterze i Willu Grahamie. O ich związku, i o moim związku z nimi.

Abigail wpatruje się w twarz doktor Bloom a kobieta wzdycha analizując sens jej słów. Ma zamiar coś powiedzieć kiedy otwierają się drzwi gabinetu dyrektora. Stoi w nich tęgi mężczyzna w tupeciku i okularach z grubymi oprawkami. Wpuszcza je do gabinetu a potem zamyka drzwi i prosi swoją sekretarkę aby wezwała Siostrę Trudy do poczekalni. Mężczyzna ma około pięćdziesiątki a w jego policzku nawet przy najlżejszym uśmiechu pojawia się dołeczek. Gestem zaprasza Abigail i Doktor Bloom aby usiadły. Na wielkim mahoniowym biurku stoi tabliczka z napisem Jeffrey Pearce M.D.

-Doktor Bloom.

-Doktorze Pearce.

-Nie sądzę abyśmy mieli okazję bliżej się poznać Panno Hobbs. - Mężczyzna pochyla się nad biurkiem aby uścisnąć dłoń Abigail. - Ma stanowczy, choć delikatny uścisk. - Cóż myślę, że najlepiej będzie jeśli przejdziemy do sedna sprawy. Pielęgniarki powiadomiły mnie o niepokojącym zajściu między Panną Hobbs i Trudy Jacobson. Czy możesz mi wyjaśnić co się właściwie stało?

Pielęgniarki...dobre sobie.

-Abigail była przekonana o tym, że któraś z pielęgniarek czyta jej prywatny pamiętnik.

-I okazało się, że miałaś rację Panno Hobbs, prawda? - Lekarz zwraca się do Abigail. Jest dokładnie tak oficjalny i kliniczny na jakiego wygląda ze swoim ochraniaczem na kieszeń i ścianą obwieszoną najróżniejszymi dyplomami. Abigail zauważa jednak jego łagodniejszą stronę próbującą przebić się na wierzch. Mężczyzna chce wyjaśnić tę sprawę ale chce to zrobić w sprawiedliwy sposób. Chce ukarać Abigail jednocześnie pragnąc jej pomóc.

Przekonanie go, że racja leży po jej stronie nie powinna być problemem.

Abigail przytakuje skinieniem głowy a Doktor Jeffrey Pearce w odpowiedzi również poważnie kiwa głową. Już dał się złapać. Nie musiała nawet się odzywać.

-W naszym kodeksie etycznym nie ma żadnych wzmianek o tym czy personelowi wolno jest zaglądać do prywatnych dzienników pacjentów. Rozumiem, że Doktor Bloom dała ci ten dziennik w ramach terapii.

-Tak. - Doktor Bloom wydaje się ważyć uważnie swoje następne słowa. - Przyrzekłam jej też, że nigdy nie przeczytam tego co w nim napisała. - Doktor Pearce analizuje jej słowa ze zmarszczonymi brwiami.

-Z tego co wiem, jedna z notatek nie była zbyt przyjemna. Panno Hobbs co napisała pani o Pannie Jacobson?

Abigail rzuca Doktor Bloom pytające spojrzenie i przygryza dolną wargę kiwając głową. Opuszcza wzrok sprawiając wrażenie spłoszonej tym, że zwrócono się do niej tak bezpośrednio. To od tego momentu zależy czy zostanie ukarana czy jej odpuszczą. Delikatnie przesuwa palcami po krawędziach leżącego na jej udzie dziennika. Doktor Bloom mówi do niej cicho prosząc ją aby się odezwała.

Abigail wzdycha i powtarza, zupełnie bez wyrazu, słowo w słowo to co napisała w dzienniku:

-Czasami mam ochotę zaczaić się na Siostrę Trudy w ogrodzie rano, kiedy wynosi śmieci i dźgnąć ją jednym z jej długopisów. Ciekawa jestem czy to również by sobie zapisała.

Doktor Pearce marszczy przez chwilę zabawnie brwi zastanawiając się jak zareagować. W końcu odkasłuje.

-Rozumiem. Co zainspirowało cię by to napisać?

-Po prostu wiedziałam, że ten kto to przeczyta tak po prostu tego nie zostawi. Że zrobi scenę a ja w ten sposób dowiem się kto myszkował w moich rzeczach.

-Chociaż twoje metody były nieco nierozważne...nie były tak do końca niestosowne, Panno Hobbs. Ale dlaczego akurat chodzi o Pannę Jacobson? Musi być jakiś powód dla którego uparłaś się, że to musi być ona. - Doktor Bloom odwraca się by spojrzeć na Abigail a Abigail wbija wzrok w ścianę ufając, że Doktor Bloom odpowie na pytanie drugiego lekarza kiedy ona tego nie zrobi. Pani doktor nie zawodzi.

-Abigail czy w tym wszystkim chodzi o Corę Armistead? - Doktor Bloom wydaje się zaskoczona, jak gdyby nie mogła uwierzyć, że Abigail wywołałaby awanturę tylko po to aby móc uzyskać dostęp do drugiej osoby. Abigail nie jest do końca pewna czy to właśnie dla tego to wszystko się stało.

-Cora Armistead? - Drugi lekarz wydaje się również zaskoczony. - Czy ona cię zaatakowała?

-Słucham? Nie. Oczywiście, że nie. Cora jest bardzo miła.

-Abigail. - Abigail spogląda na Doktor Bloom.

-Ona naprawdę jest miła. To, że nie mówi nie oznacza, że nie widzę jaka jest naprawdę.

-Co sądzisz o Corze Armistead, Abigail...Jeżeli mogę nazywać cię Abigail. - Abigail nie nic przeciwko temu. Doktor Pearce opiera się o biurko i nachyla w jej stronę. Na jego twarzy widać jego dobre nastawienie a ton jego głosu jest wyraźnie zaintrygowany. Zapomniał o awanturze z dziennikiem. Interesuje go tylko Cora. Chce wiedzieć jak do niej dotrzeć. Abigail kieruje w stronę Doktor Bloom lekko przepraszające spojrzenie ale wcale nie jest jej przykro. Nie chciała aby ich rozmowa zeszła na ten temat, co nie oznacza, że nie skorzysta z okazji.

-Wydaje mi się, że Cora czuje się samotna. - Lekarz kiwa ze zrozumieniem głową. Abigail myśli o chłopcu, któremu na imię Noah i o tym jak Cora prosiła ją by Abigail z nią została. Myśli o tym jak Cora uśmiechnęła się do niej w ogrodzie. Czuje dreszcz na samą myśl o mężczyźnie, który tak bardzo ją skrzywdził i odruchowo zaciska szczękę.

-Czyżbyś pokłóciła się z Panną Jacobson o to jak należy zajmować się Corą?

-Niemal odciągnęła mnie od niej siłą. Cora się przez nią rozpłakała. Próbowała ze mną porozmawiać ale ten jej język...

-Tak odgryzła go sobie prawie pięć lat temu. - Doktor Pearce zastanawia się nad upływającym czasem. Nadine powiedziała jej, że stało się to prawie dwa lata temu. Abigail udaje się nie okazać zaskoczeia. - Ale próbowała z tobą porozmawiać? - Mruga z zamyśleniem lekarz. - Doktor Bloom, wiedziała pani o tym?

-Nie wiedziałam, że rzeczywiście próbowała odezwać się do Abigail. - Pani doktor spogląda na nią ze zdziwieniem a potem kieruje wzrok na Doktora Pearce'a. - Pielęgniarki informowały mnie o poprzednich incydentach z udziałem Cory i Abigail ale nigdy nie powiedziały, że Cora próbowała się odezwać.

-Była pani informowana o incydentach? - Powtarza Doktor Pearce.

-Tak, za każdym razem kiedy Abigail próbowała nawiązać kontakt z Corą.

-Jaki był tego powód? - Pomiędzy zaskoczeniem Doktora Pearce'a a odpowiedzią Doktor Bloom Abigail wie, że wygrała.

-Chciały abym powstrzymała Abigail przed zaprzyjaźnieniem się z nią.

-Doktor Bloom...- Lekarz w zamyśleniu pociera podbródek. - Przez siedem lat jakie spędziła tu Cora staraliśmy się myśleć optymistycznie o jej rokowaniach, nieprawdaż? - Doktor Bloom kiwa z wahaniem głową. - Jakikolwiek przełom do jakiego doszłoby u Cory Armistead jest pozytywny. Proszę mi powiedzieć jak mam ją wyleczyć jeżeli nasze metody nie skutkują?

Doktor Bloom wydyma usta. Jest tak samo dobra w czytaniu między słowami co Abigail, jeśli nie lepsza.

-Sugeruje pan, że powinniśmy pozwolić Corze Armistead na kontakt z Abigail? Jak pan myśli co przez to zyskamy?

-Wydaje mi się, że dwóm znajdującym się w tak trudnej sytuacji dziewczynom powinno się pozwolić na przyjaźń. Może w ten sposób odnajdą spokój którego tak bardzo potrzebują. - Abigail bardzo chce przewrócić oczami słysząc sentymentalny ton lekarza. Jest w nim jednak trochę racji. Mówi tylko o tym, czego chciałaby Abigail. Darowanemu koniowi nie zagląda się w zęby. - Abigail nadal jest pani pacjentką, Doktor Bloom. Nie proponuję więc niczego jeśli się pani na to nie zgadza. Chciałbym jednak poznać zdanie Cory Armistead. - Lekarz znowu spogląda na Abigail.

-Panna Jacobson nie powinna sprawiać w przyszłości problemów jeżeli tylko będziesz pamiętała o tym, by dzielić się swoimi myślami tylko z Doktor Bloom. Jeżeli jednak nadal będzie cię niepokoić lepiej będzie jeśli zgłosisz to do mnie zamiast brać sprawy w swoje ręce. - Abigail reaguje zdziwieniem na spojrzenie Doktor Bloom. - Wydaje mi się jednak, że tym razem przeprosiny powinny załatwić sprawę.- Lekarz wstaje by otworzyć drzwi i wpuścić Siostrę Trudy do gabinetu. Bez żadnego wstępu dodając : -Panno Hobbs?

Abigail wstaje, wiedząc jest to cena jaką musi zapłacić za zapewnienie Corze spokoju nawet jeśli czuje się z tego powodu źle. Trudy złagodniała podczas długiej chwili oczekiwania pod drzwiami gabinetu.

-Przepraszam, że napisałam o pani te rzeczy. Tylko żartowałam. - Abigail stara się być jak najbardziej szczera. Przychodzi jej to łatwo ponieważ ona naprawdę żartowała, chociaż tak naprawdę wcale nie jest jej przykro. - Chciałam tylko złapać osobę, która czytała mój pamiętnik. Nie lubię kiedy narusza się moją prywatność.

-Myśłisz, że to ja go przeczytałam? - Abigail marszczy brwi. Trudy wygląda na szczerze zaskoczoną. - Diane powiedziała mi, że rozmawiałaś z Nadine w ogrodzie o strasznych rzeczach jakie chciałabyś mi zrobić i, że wszystko jest zapisane w twoim dzienniku. Chciała mi to pokazać ale nawet nie chciałam na to patrzeć. Spodziewałam się najgorszego ponieważ myślałam, że nadal jesteś na mnie wściekła z powodu Cory. - Pielęgniarka przypomina sobie gdzie jest i zmienia ton głosu. - Chciałam, żebyś zostawiła ją w spokoju, żeby mogła nadal pracować nad matematyką. Zajęcie działa jej na dobre.

-Panno Jacobson, czy to znaczy, że to Diane Mulloy przeczytała pamiętnik Abigail? - Doktor Pearce wraca za biurko a Trudy robi się nie swojo kiedy dociera do niej, że właśnie się wygadała. - Doktor Bloom, Abigail, możecie odejść. Panna Jacobson i ja porozmawiamy o tym teraz z Panną Mulloy.

Doktor Bloom wstaje a Siostra Trudy zajmuje jej miejsce i bawiąc się nerwowo rąbkiem bluzki.

-Och, zapomniałbym. Jeżeli chodzi o drugą kwestię o której rozmawialiśmy, Muszę zobaczyć się z Corą Armistead zanim podejmę ostateczną decyzję. -Lekarz z uśmiechem kiwa głową. Wychodząc za Doktor Bloom Abigail słyszy jak Doktor Pearce wzywa do gabinetu Siostrę Diane. Abigail idzie korytarzem z Doktor Bloom.

-Kiedy następnym razem będziesz czegoś chciała zgłoś to mnie zamiast manipulować personelem szpitala. - Abigail zatrzymuje się a Doktor Bloom uważnie się jej przygląda.

-Myśli pani, że zrobiłam to specjalnie?

-Wydaje mi się, że twój pamiętnik był wygodną przynętą. Jej skuteczność kryła w sobie głębszy motyw.

-Pozwolenie na przyjaźń z Corą.

-Wykazanie swojej dominacji nad personelem szpitala poprzez uzyskanie przywileju przyjaźni z Corą. - Poprawia ją Doktor Bloom. Zanim Abigail ma sposobność jej przerwać dodaje: - Nie podoba mi się takie zachowanie, ale potrafię zrozumieć, że jego powodem było to iż czujesz się tutaj uwięziona. Czy tak właśnie jest, Abigail? Czujesz się tutaj jak w więzieniu?

Abigail przełyka haust powietrza i swoje zaprzeczenie. Odwraca wzrok w kierunku roztargnionych salowych wymijających je na korytarzu. Po jakimś czasie spojrzenie Abigail zatrzymuje się na Oskarze, który wkłada nowy worek do kosza na odpadki. Jego usta się poruszają ale nikogo obok niego nie ma więc Abigail myśli, że on prawdopodobnie śpiewa.

-Tak. - Odpowiada po chwili, nienawidząc tego jak słabo brzmi jej głos. Doktor Bloom kiwa głową, z powagą ale także ze zrozumieniem. Po chwili wzdycha.

-Czy wiesz gdzie jest Cora?

-Kiedy ostatni raz ją widziałam była w ogrodzie. - Abigail postanawia przemilczeć wyniki analizy Doktor Bloom. Po prostu idą razem korytarzem aż do drzwi prowadzących do ogrodu. Abigail widzi promienie słońca odbijające się w jasnych włosach Cory. Cora nadal siedzi po drugiej stronie tarasu ale tym razem jest sama. Towarzysząca jej do tej pory pielęgniarka zniknęła. Abigail sięga dłonią do klamki ale najpierw rozgląda się na około.

-Czy wie pani jak długo przebywa tu Nadine Dufort? To znaczy czy jest tutaj tak długo jak Cora? - Doktor Bloom nadal jest obrażona na Abigail, ale nie jest na tyle zła by zlekceważyć jej pytanie.

-Dlaczego pytasz?

-Powiedziała mi, że była tutaj kiedy Cora odgryzła sobie język, tylko że według niej stało się to dwa lata temu.

-Sama słyszałaś, jak Doktor Pearce powiedział, że od tego czasu minęło pięć lat. - Doktor Bloom wzdycha głęboko. - Abigail, dobrze wiesz, że nie mogę dzielić się z tobą informacjami o innych pacjentach. Musisz zapytać o to Nadine.

-Wydawało mi się że była zdezorientowana. - Protestuje Abigail puszczając klamkę. - Powiedziała mi, że myśli że jej mama odwiedzi ją w jej urodziny ale podczas terapii grupowej...- Abigail milknie zdając sobie sprawę z tego, że trochę się zagalopowała. - Nieważne. Przepraszam, że w ogóle o to pytałam. - Abigail otwiera drzwi na taras zanim Doktor Bloom może jej odpowiedzieć. Jest pewna tego, że rzeczywiście oszaleje jeżeli spędzi tutaj tyle samo czasu co Cora.

Doktor Bloom trzyma się z tyłu kiedy Abigail podchodzi do Cory. Jedna z pielęgniarek, której Abigail nie zna z imienia, wstaje aby ją powstrzymać ale wkrótce zatrzymuje się. Abigail spogląda przez ramię i zauważa zacięty wzrok na twarzy lekarki, która kiwa głową w kierunku Abigail.

-Cześć, Coro. - Mówi cicho podchodząc do Cory. Cora spina się trochę na dźwięk swojego imienia ale rozluźnia się widząc Abigail. Mruczy pozdrowienie i uśmiecha się lekko. Abigail odwzajemnia jej uśmiech. - Czy mogę tu usiąść?- Cora kiwa głową a Abigail siada obok niej. Doktor Bloom siada o ławkę dalej jak ucieleśnienie przyzwolenia i opieki. Abigail odzywa się na tyle głośno aby słyszała ją Doktor Bloom.

-Widzę, że przestałaś uczyć się trygonometrii. - Cora przewraca oczami niczym nastolatka, tkwiąca w ciele dorosłej kobiety. Abigail słyszy głos Doktor Bloom. - Ona coś literuje, Abigail

-Och, cóż...- Cora przesuwa spojrzenie z zaskoczonej twarzy Doktor Bloom na Abigail i zaczyna jeszcze raz. Abigail patrzy na ciąg nieznanych jej symboli i udaje się jej rozszyfrować tylko dwa ostatnie. „D" i „Y". Uśmircha się rozumiejąc o co chodzi. - Ach, Trudy...

Cora kiwa radośnie głową, chociaż nadal wygląda na zmartwioną. Abigail przypomina sobie, że Cora wskazała ją zanim zaczęła literować.

-Ze mną i Trudy wszystko jest w porządku. To było tylko nieporozumienie. - Cora znowu wskazuje Abigail. - Nie, nie spotkało mnie nic przykrego. - Westchnienie Cory jest pełne ulgi i czegoś jeszcze. Cieszy ją to, że Abigail tak łatwo potrafi ją zrozumieć. Właściwie nie jest to takie trudne. Wszystko co Cora chce jej powiedzieć da się wyczytać z jej jasnozielonych oczu. Abigail odwraca się by spojrzeć na Doktor Bloom ale odkrywa, że lekarka zniknęła a pielęgniarki udają, że jej nie widzą.

-Nadine powiedziała mi, że nie znasz języka migowego.- Mówi i obie z Corą chichoczą przez chwilę. Cora uśmiecha się szerzej ale nadal niezbyt szeroko potrząsając głową. Potem wsuwa kciuk między środkowy i serdeczny palec jednej dłoni, Kiedy Abigail potrząsa głową Cora układa palce w kształt litery „L" i przekłada kciuk z powrotem między palec środkowy i serdeczny. Kolejną literą jest „ O".

Potem przekłada kciuk w poprzednie miejsce. Litera „N".

-Nadine? - Cora najpierw potwierdza a potem zaprzecza skinieniem głowy.

-A więc nie chodzi o Nadine? O co ci chodzi? - Abigail mruga z niezrozumieniem. - Co znaczy „nie"? - Cora wzrusza ramionami nie mogąc się odpowiednio wytłumaczyć. Przez chwilę patrzy na ścianę kiedy w jej głowie pojawia się myśl. Wstaje i mocno pociąga Abigail za nadgarstek. Abigail idzie za nią do budynku i patrzy na to jak pielęgniarki spinają się kiedy jej mija. Były przygotowane na to by odciągnąć Abigail od Cory przy najmniejszym przejawie przemocy. Skoro ich interwencja okazała się zbyteczna nie wiedzą co mają ze sobą zrobić. Cora wypuszcza Abigail w korytarzu prowadzącym do biblioteki.

Podchodzi do pierwszego napotkanego pielęgniarza, wysokiego mężczyzny o imieniu Evander, i lekką przesadą wykonuje gest rysowania. Evader uśmiecha się i daje jej duży szkicownik i kredkę świecową. Bezpieczną jeżeli się jej nie połknie i dlatego, że jej tępym czubkiem nie da się przeciąć skóry.

Przechodzą do długiego stołu i Abigail siada po przeciwnej stronie Cory. Przygląda się temu jak Cora przesuwa niebieską kredkę między kciukiem a dwoma pierwszymi palcami lewej ręki a potem zaczyna pisać.

Kredka lekko trzęsie się w jej dłoni. Abigail zastanawia się kiedy ostatni raz Cora napisała coś co nie było cyfrą w zeszycie ćwiczeń z trygonometrii. Cora zastanawia się nad tym co napisała wykreśla jedno ze słów a potem pisze jeszcze raz i odkłada szkicownik na stół przesuwając go w stronę Abigail. Abigail dwa razy czyta zapisane na kartce zdanie.

Nadine kłamie o wielu rzeczach.

Abigail czuje w żołądku coś ciężkiego, coś co ją przeraża. Rozgląda się po pomieszczeniu i stwierdza, że jest tu wystarczająco bezpieczna aby powiedzieć to o czym myśli.

-Powiedziała mi, że masz synka, który ma na imię Noah. Czy to prawda? - Cora mruga zaskoczona a po chwili kiwa głową. - Kim był jego ojciec?

Cora wyciąga dłoń i zapisuje swoją odpowiedź na najbliższym jej fragmencie szkicownika. Abigail odczytuje jej słowa do góry nogami.

To tylko pewien samotny człowiek.

-O czym więc skłamała? - Cora mruczy i zabiera się do pisania. Nie odwraca już szkicownika. Wie, że Abigail będzie potrafiła przeczytać jej słowa kiedy tylko odłoży kredkę.

O tym jak straciłam język.

Abigail jest już pewna, że tkwiącym w niej uczuciem jest strach. Boi się ponieważ naprawdę nie chce tego wiedzieć ale z drugiej strony czuje, że musi.

-Jak do tego doszło?

Kredka łamie się w palcach Cory, która patrzy na nią z nachmurzoną miną. Zaciska palce wokół mniejszego fragmentu i zaczyna pisać podczas kiedy Abigail wpatruje się w okno. Nawet kiedy Cora odwraca szkicownik i dotyka nim leżących na stole rąk Abigail, Abigail nie potrafi na niego spojrzeć. Cora mruczy pytanie zwracając na siebie uwagę Abigail.

Pokazuje gest „okej" i unosi brwi. Abigail kiwa głową ale Cora potrząsa swoją. Jeszcze raz pokazuje ten znak a potem wskazuje szkicownik. Abigail niemal słyszy jak Cora mówi Wszystko w porządku.

Abigail oblizuje usta i spogląda na słowa wypisane na kartce. Konsystencja kredki sprawiła, że litery są duże i zaokrąglone aby można je było łatwo odczytać. Abigail czyta wolno słysząc w głowie muzykę mówiącego do niej głosu Cory.

Odebrał mi go kiedy leśnicy znaleźli nas w Devil's Den.

Przyciągnął mnie do siebie jakby chciał mnie pocałować a potem wygryzł język z moich ust.

W raporcie policji jest napisane, że ja to zrobiłam. Ale to był on.

Anson mi go odebrał.

Anson odebrał mi wszystko.

Abigail odsuwa od siebie szkicownik najdelikatniej jak potrafi chociaż drżą jej dłonie. Sama nie wie co w tym momencie czuje. Przerażenie zmieszane z furią i niezaprzeczalną ciekawością.

-A Noah?- Cora przygryza dolną wargę i potrząsa głową. Abigail nie pyta. Nie może. Nie wie czy kiedykolwiek będzie w stanie to zrobić.

-Drogie panie, czas na kolację. - Evander patrzy na nie zza półki z książkami a potem odchodzi. Abigail wydziera kartkę ze szkicownika i mnie ją niczym brzydki sekret, który chciałaby pogrzebać. Cora zabiera jej zgnieciony papier i rozprostowuje go na stole. Potem drze go na piętnaście w miarę równych pasków a każdy z nich na trzy części. Potem wkłada Abigail w dłoń wszystkie ścinki. Uśmiecha się słabo kiedy Abigail zaciska pięść. Wychodząc z biblioteki wyrzuca śmieci do kosza i idzie z Corą na kolację.

Dzisiaj podano potrawkę z kurczaka w cieście z dodatkiem ziemniaków purée i sosu i Abigail podoba się nie tylko wygląd ale i zapach potrawy. Każda z nich dostaje dużą porcję z dodatkiem bułeczek. Przez chwilę Abigail obserwuje sposób w jaki Cora je. Zabiera się za ziemniaki z sosem, które chyba bardzo lubi co prawdopodobnie wiedzą kucharki, ponieważ Cora zawsze je ziemniaki z sosem. Jest bardzo ostrożna w tym jak szeroko otwiera usta. Przez to większość kurczaka rozmazuje się jej na twarzy. Abigail skupia się na swoim talerzu i zaczyna zastanawiać się, niemal z przygnębieniem czy Hannibal przygotował by dla niej potrawkę z kurczaka w cieście jeśli by go o to poprosiła.

Hannibal.

Myślenie o tym wraz z ciepłym jedzeniem i maślaną bułeczką sprawia, że Abigail robi się ciepło i czuje się nasycona i śpiąca. Patrzy na korytarz gdzie znajdują się telefony. Chce porozmawiać chwilę z Willem albo Hannibalem zanim pójdzie spać.

Will albo Hannibal. Will i Hannibal.

Cora kiwa głową z ciekawym błyskiem w oku. Abigail stwierdza, że się uśmiecha.

-Po prostu myślałam o mojej...- Stara się znaleźć odpowiednie słowo. - Mojej...

Po kilku chwilach cierpliwego czekania Cora odkłada plastikowy widelec. Układa obie dłonie tak, że Abigail dobrze je widzi i wykonuje nimi gest „okej". Jej palce spotykają się w środku niczym dzioby dwóch ptaków. Potem rozkłada palce i przekręca dłonie tak, że jej najmniejsze palce splatają się ze sobą.

-Odzina. - Mówi przygryzając dolną wargę.

-Rodzina. - Uśmiecha się Abigail. Cora unosi widelec. - Rodzina. - Powtarza sobie Abigail. Już dawno doszła do tego wniosku ale przypomnienie tego sobie bez znaku zapytania na końcu nie się w sobie coś ciężkiego. To ciężki ale przyjemny nacisk grawitacji na mostek Abigail. Powtarza stosowny znak a Cora przygląda się jej. Kiedy udaje jej się za pierwszym razem, Cora uśmiecha się z dumą.

Abigail nie musi pytać czy ona także czuje tę dziwną nić przywiązania budzącą się do życia wewnątrz niej. Widzi to w sekretnym uśmiechu Cory, który wyraża ulgę z powodu tego, że wreszcie coś takiego odnalazła. Abigail poczuła coś takiego, kiedy Hannibal powiedział jej, że wraz z Willem zrobi wszystko żeby ją chronić. Poczuła to znowu kiedy Will to potwierdził. Czuje to słysząc cichy chichot i odgryza kęs bułeczki, brudząc okruchami usta.

Obie w milczeniu kończą posiłek. W korytarzu rozdzielają się kiedy Abigail wyjaśnia, że musi wykonać pewien telefon. Cora kiwa głową i odchodzi nie robiąc scen. Abigail opada na jedno z pustych krzeseł i wykręca domowy numer Hannibala. Już dawno go zapamiętała.

Telefon dzwoni osiem razy a Abigail zastanawia się czy to możliwe by Hannibala nie było w domu. Mógł przecież pojechać do Willa. Jest już wystarczająco późno by wrócił z pracy. Jej spotkanie z Doktor Bloom i Doktorem Pearcem trochę się przedłużyło a potem spędziła ponad godzinę z Corą. Spogląda na zegarek. Jest piętnaście po ósmej. Myśli o tym, że powinna odłożyć słuchawkę i spróbować później.

Zanim jednak może to zrobić, Will odbiera po dziesiątym dzwonku zdyszany i zdenerwowany. Jest też zaniepokojony, co wywołuje uśmiech na twarzy Abigail.

-Hallo? Telefon Doktora Lectera.

-Cześć Will.

-Och, Abigail. - Ulga, urocza ulga. - Zauważyłem numer na słuchawce i myślałem, że coś się stało.

-Dlaczego miałoby mi się coś stać? - Will zacina się. Najwyraźniej złapała go w bardzo niedogodnym momencie, który sprawił, że nie potrafi również się z nią droczyć. - Czyżbym...przeszkodziła wam w czymś? - Will kompletnie się zacina a uśmiech Abigail poszerza się.

-Nie! To nie tak. To znaczy pewnie się domyślasz, ale to nie jest...Ja - Jego głos odsuwa się trochę od słuchawki. - Hannibalu, dzwoni Abigail. - Abigail słyszy cichy szelest a potem stłumiony śmiech.

-Witaj Abigail.

-Cześć. - Abigail opiera łokieć o stół.

-Mam nadzieję, że wszystko u ciebie w porządku tego wieczora. - Mruczy Hannibal a jego głos bardzo przypomina coś co Abigail wyobraża sobie jako dźwięk mruczącego lwa. Zdecydowanie w czymś im przerwała.

-Tak, Wszystko w porządku...ja tylko chciałam z tobą chwilę porozmawiać, jeżeli można?

Prawdopodobnie nie powinna dalej im przeszkadzać i zrozumiałaby jeśli Hannibal odmówiłby jej ale to, że tego nie robi sprawia, iż ciężar spada jej z serca.

-Czyżbyś wpadła w jakieś kłopoty, Abigail? - Hannibal wzdycha jak gdyby właśnie usiadł na łóżku, lub przewrócił się w nim na drugi bok. Abigail nie chce zaprzątać sobie głowy logistyką ponieważ i tak wiadomo co ci dwaj właśnie ze sobą robili. Nawet jej to za bardzo nie obchodzi. Nie powinno ponieważ od dawna wie, że są razem. Wydają się do siebie pasować a ludzie którzy do siebie pasują powinni móc uprawiać seks kiedy tylko będą mieli na to ochotę. Nie wydaje jej się to dziwne, chociaż cała sytuacja jest niemal śmieszna.

Słyszy jak coś w tle upada na podłogę a potem towarzyszący hałasowi odgłos przekleństwa Willa. Coś innego również spada z hukiem na podłogę a Abigail nie potrafi się powstrzymać i chichocze. Hannibal także śmieje się przez chwilę.

-Czy Will zamartwia się na zapas twoim obecnym stanem i powodem dla którego dzwonisz?

-Nie powiedziałabym, że wpadłam w kłopoty...- Odpowiada zdawkowo Abigail.

-A co byś powiedziała?

-Powiedziałabym, że złapałam pielęgniarkę na myszkowaniu w moich rzeczach i, że znalazłam nową przyjaciółkę.

-Czy uzyskałaś stosowną sprawiedliwość?

-Wydaje mi się, że ją ukarano. Kazano mi opuścić biuro zanim została wezwana na rozmowę ale dyrektor nie wyglądał na zbyt szczęśliwego.

-Prawdopodobnie nie był zbyt zadowolony. To niegrzeczne tak ingerować w czyjąś prywatność. - Abigail przygląda się swoim paznokciom. Powinna niedługo jej przyciąć. - Opowiedz mi o swojej przyjaciółce.

-Ma na imię Cora. - Odpowiada Abigail kładąc dłoń na kolanach. - Nie może mówić z powodu czegoś co przytrafiło się jej kiedy została porwana kilka lat temu i pielęgniarki początkowo nie chciały żebym z nią rozmawiała. Chyba bały się, że będę na nią miała zły wpływ lub vice versa. Sama nie wiem. - Abigail wzrusza ramionami. I chociaż Hannibal jej w tym momencie nie widzi czuje, że on to wyczuł.

-Czy trafiła do szpitala z powodu tego co się stało?

-Cóż, myślę, że przydarzyło się jej coś jeszcze. Ale ponieważ nie potrafi mówić, nie rozmawia o tym z nikim,

-Z wyjątkiem ciebie. - Ton głosu Hannibala jest ciepły i niesie ze sobą uśmiech sprawiając, że Abigail także się uśmiecha.

-Ufa mi. Potrafię ją zrozumieć.

-Czy twoja Cora nie została przypadkiem uwiedziona przez swojego porywacza? - Abigail jest zaskoczona jego intuicją.

-Mają razem dziecko, syna. Wydaje mi się, że ją uwiódł ale nie jestem do końca pewna, a ona mi nie powiedziała.

-Nowoczesna Persefona porwana przez Hadesa. - Wyjaśnia Hannibal i jego tok myślenia nabiera sensu. - Wiedziałaś, że Persefona miała tak naprawdę na imię Kore? To coś więcej niż zbieg okoliczności. - Abigail kiwa głową z kompletnym zrozumieniem. - Ciekaw jestem czy ona również to zauważyła.

-Jeśli jej powiem, może się zdenerwować. - Abigail wyciera dłoń o spodnie. - Zdenerwowałam się tym co mi powiedziała.

-Co ci powiedziała? - Abigail słyszy szelest zdradzający ruch. Hannibal prawdopodobnie usiadł.

-Powiedziała mi, że on odgryzł jej język kiedy znalazła ich policja. - Abigail drży.

-I to cię przeraziło?

-Wydaje mi się, że wkurza mnie to, że ktoś zrobił jej coś takiego i, że nie da się tego naprawić tak, żeby ona znowu mogła mówić.

-Znasz nazwisko człowieka, który skrzywdził twoją przyjaciółkę?

-Chyba miał na imię Anson. Nie podała mi jego nazwiska. - Abigail słyszy jak Hannibal wzdycha głęboko.

-Anson Huxley, cierpiał na schizofrenię paranoidalną. Interesowałem się tą sprawą, to zdarzyło się pięć lat temu.

-Wiesz co się z nim stało?

-Wydaje mi się, że popełnił samobójstwo na oddziale psychiatrycznym w Wakefield.

-Wakefield?

-Pochodził z Europy. Był Anglikiem z Zachodniego Yorkshire. - W tle znowu coś spada na podłogę a Abigail przypomina sobie, że przerwała Hannibalowi wieczór z Willem.

-Cóż, czuję się lepiej wiedząc, że nie żyje, może nie lepiej ale przynajmniej bezpieczniej. - Zapada cisza.

-Nie pozwolę na to aby ktokolwiek cię skrzywdził, Abigail. - W jej oczach pojawiają się łzy. Jej własny, biologiczny, ojciec skrzywdził ją w nieopisany sposób. Teraz chce spytać co takiego zrobiła by zagwarantować sobie troskę i opiekę Hannibala ale nie potrafi wydobyć z siebie słowa. - Will także na to nie pozwoli.

Wszystko w porządku? Pyta z dala od słuchawki Will.

-Will chciałby z tobą porozmawiać. - Hannibal przekazuje słuchawkę Willowi, który wcale o nią nie prosił i jest wyraźnie zaskoczony gestem Hannibala.

-Jesteś pewna, że wszystko w porządku? - Abigail uśmiecha się.

-Tak. Jestem pewna. Właśnie miałam zamiar się położyć. Mam za sobą długi dzień. - Mówi, stwierdzając, że Will zrozumie, że ma na myśli Pozwolę tobie i Hannibalowi wrócić do tego w czym wam przerwałam.

Sądząc po jego zażenowanym chichocie, Will zdaje się ją doskonale rozumieć.

-Cóż, wiesz, że jeśli będziesz czegoś potrzebowała zawsze możesz do nas zadzwonić? - Znowu słychać szelest. Abigail wyobraża sobie, Willa leżącego w łóżku, w ramionach Hannibala z głową opartą o jego klatkę piersiową. Will wzdycha i po chwili dodaje:

-Nigdy nie będziemy tak zajęci by nie mieć dla ciebie czasu.

To dziwnie miła i niemal ojcowska obietnica. Uśmiech Abigail znowu się rozszerza. Nie obchodzi jej to, że the słowa są banalne, że Will zacina się wymawiając je. To nie ma znaczenia ponieważ bez względu na ton głosu Willa, Abigail wie, że to prawda. Will i Hannibal zawstealze znajdą dla niej czas.

-Tak wiem. Dobranoc Will. I dobrej nocy Hannibalu.

-Ona życzy ci dobrej nocy, Hannibalu. - Abigail słyszy jego uśmiech poprzedzający wymruczaną odpowiedź Hannibala. - Dobranoc Abigail.

Rozłączają się i Abigail siedzi przez chwilę a potem wstaje i idzie do swojego pokoju. Siada na łóżku i sięga po dziennik wpatrując się z zaskoczeniem w pustą szufladę. Zastanawia się, gdzie mogła go zostawić i przypomina sobie, że prawdopodobnie zostawiła go w bibliotece. Schodzi na dół i znajduje dziennik na stole z wetkniętym w niego kawałkiem papieru.

Otwiera dziennik na oznaczonej stronie i znajduje tam sześć dopasowanych do siebie kawałków papieru:

Nadine często kłamie.

Pod spodem widnieje jedna linijka ciężko wypisanego, zwykle porządnego tekstu. Oczywiście napisała go Nadine. Nadine czytała jej dziennik.

Nie tylko ja.

Abigail wydziera tę kartkę z dziennika. Wyrywa też następną, na której widnieje jedno wypisane dużymi literami słowo. Nie musi go czytać. Widziała je wypisane farbą w sprayu na swoim rodzinnym domu. Widziała je w swoich koszmarach.

Odnajduje Oscara, który idzie pchając wielki, do połowy wypełniony, kosz na śmieci z butelką środka dezynfekującego przyczepioną do pasa. Patrzą na siebie przez chwilę a potem Abigail podchodzi prosto do pojemnika i ciska do środka pamiętnik. Kiedy Oscar podaje jej chusteczkę, Abigail odkrywa swój ciężki oddech i łzy spływajace po jej policzkach.

-Georgino, nie płacz. Principessa, wszystko jest w porządku.

Abigail pociąga nosem a potem wrzuca chusteczkę do kosza tak że zakrywa ona dziennik.

-Dlaczego nazywasz mnie Georginą, Oskarze? - Jego oczy nie są zaskoczone ale Abigail i tak jest pewna, że on nie widzi jej zbyt dokładnie.

-Tak miała na imię moja córka. Wyglądasz tak jak ona, i jesteś tak samo miła. - Mężczyzna wzrusza ramionami. - Wiem, że nią nie jesteś ale czuję się dobrze myśląc, że mogłaby być taka jak ty.

-Gdzie ona jest? - Abigail ociera oczy. Oscar spuszcza wzrok na podłogę i przesuwa po niej mopem.

-Och, zmarła jakiś czas temu. Wraz z moją żoną zginęła w wypadku samochodowym.

Jej ojciec mógł być kimś takim, starym i samotnym szukającym wspomnienia ukochanych osób w twarzach obcych. A może już nim był kiedy zastrzelił go Will a dziewczyny, które zabił były tylko zamazanym wspomnieniem. Podobnie jak jej własna twarz.

-Dobranoc Oskarze.

-Dobrej nocy principessa.- On nadal zmywa podłogę i nie podnosi wzroku ale Abigail i tak zauważa łzę spływającą po jego policzku. Biegnie do swojego pokoju i kładzie się na łóżku obejmując ramionami poduszkę. Jutro poprosi Doktor Bloom o nowy dziennik. Powie jej, że poprzedni zgubiła albo że przestał już być tajemnicą. Że porwał go pies albo orzeł. Cokolwiek.

Myśli o haiku jakie napisała o Willu.

Ciemnoczerwony mięsień

Bijący życiem i obietnicami

Oddamy mu cześć.

Przypomina sobie to jak zjadła jego serce a Will i Hannibal namawiali ją do tego.

Jest wyczerpana po wszystkictealh wydarzeniach tego dnia i szybko zasypia. Śni jej się słowo wypisane na kartce w jej dzienniku i wymalowane na drzwiach garażu jej starego domu.

We śnie Hannibal podaje jej serce nadal tryskające krwią z przyczepionej do niego tętnicy. Oboje klęczą nad wijącym się ciałem Nadine i kiedy Abigail przyjmuje niepewnie organ wielkości pięści Hannibal uśmiecha się i mówi Jest nasze, możemy się nim podzielić.

Abigail wbija w nie zęby a Nadine krzyczy słowo wypisane w jej dzienniku. Krzyczy: Kanibale!

Jej krew smakuje jak żurawinowa lemoniada i owoce kiwi. Abigail nie przestaje dopóki Hannibal jej do tego nie zmusza.

Kanibale...kanibale...Nadine nadal krzyczy chociaż jej ciało blednie. Opadła na podłogę i nie wygląda ani na drobną ani na wysportowaną. Jest blada i bliska śmierci.

-Niegrzecznie jest tak ingerować w czyjąś prywatność. - Hannibal pochyla głowę i przegryza zębami miejsce w którym serce nadal połączone jest z ciałem. Ciało Nadnine nieruchomieje po ostatnim dreszczu. Staje się ciałem Nicka, jej ojca, człowiekiem bez twarzy, który skrzywdził Corę i który zasługiwał na to aby zginąć raz za razem w najokrutniejszy z możliwych sposobówm, gdyby sam się nie zabił. Staje się jakąś androgyniczną podobizną Hadesa.

Kiedy jej ciało znika okazuje się, że są na plaży na której Abigail nigdy przedtem nie była. tealNigdzie nie ma ani śladu krwi. Otacza ich tylko piasek. Will leży płasko na ziemi ale Abigail czuje pod głową jego brzuch wznoszący się i opadający przy każdym oddechu. Will tylko śpi. Abigail siada ostrożnie, uważając żeby go nie obudzić i patrzy jak morze zmienia kolor pod wpływem wschodzącego słońca. Hannibal również patrzy w tamtą stronę i nieteal odwraca się mówiąc Ani ja ani Will nie pozwolimy aby kiedykolwiek cokolwiek ci się stało.

Abigail kiwa głową a potem pochyla się nad nieruchomym ciałem Willa aby pocałować go w czoło. Niebo zmienia kolor z granatu na zielonkawo niebieski a potem na jasny błękit wczesnego poranka. Will mruczy coś przez sen i sięga po jej dłoń a ona trzyma go i wraz z Hannibalem patrzy na fale rozbijające się o brzeg. Dostrzega Corę spacerującą w płytkiej wodzie z dzieckiem na ramieniu. Cora ochlapuje wodą główkę dziecka i uśmiecha się do Abigail. Abigail odwzajemnia jej uśmiech nawet wtedy kiedy Cora znika porwana przez fale.

W dłoni Abigail są pistacje i ona zjada je wrzucając łupinki do wody