Czekam też na ciebie

Czekam aż powiesz co poszło źle

To najdziwniejsze życie jakie znam

The Doors - Waiting for the Sun


Will nie powinien był tego zauważyć na pierwszy rzut oka. Nawet jeśli w ten sposób zarabia na życie, nie powinien tego widzieć. Ale to zauważył, niczym opakowany w jaskrawy papier prezent.

Cudowna atmosfera zdziwienia. Kompletnie lekceważenie jedzenia stygnącego na kuchence, wdechy i wydechy dobiegające z jego szyi gdzie Hannibal wącha go raz za razem jak gdyby jego słabnąca gorączka była najlepszymi perfumami czy też bardzo upajającym narkotykiem. Hannibal jest kompletnie rozkojarzony przez Willa. Chociaż rozkojarzenie jest tylko częścią tego co czuje. Nawet nie dotyka ogromu tego co czule leżący w ramionach Willa Hannibal.

Hannibal go kocha.

Will to wie a ta wiedza sprawia, że czuje niezliczone, intensywne i problematyczne rzeczy. Wszystko co Will wie o Hannibalu takie jest. To nic nowego, naprawdę, chociaż tym razem chodzi o to, że Hannibal go kocha.

Hannibal kocha Willa.

Kochał się z Willem a teraz...cóż to naprawdę nieodpowiednie miejsce, ale nie ulega wątpliwości, że tulą się do siebie.

Już wcześniej trzymali się blisko po seksie, ale nigdy nie było to tak wiążące. Will nigdy przedtem nie potrafił tak bardzo wyluzować z kimkolwiek innym. Z Hannibalem było blisko i to nawet kilka razy chociaż jego beztroska zawsze była poprzedzona przez intensywny przypływ dopaminy w jego mózgu. Tym razem jest inaczej. W przeszłości pieprzyli się ostro i pospiesznie, tym razem zrobili to wolniej, ograniczając czynniki, z których składał się seks do minimalnego ruchu ich połączonych ciał i pozwalając by prowadziło ich coś więcej niż cielesne pragnienie.

Zdominował ich głód silniejszy od empatii Willa i potrzeby kontroli odczuwanej przez Hannibala. Mieszkający w szczelinach między kośćmi Willa, we wnętrzu jego mięśni. Oddycha i błyszczy w nim, bardziej niebezpiecznie niż ogień, który wcześniej zajmował tamte miejsca. Jest jak niewidzialny nowotwór. Rozprzestrzenia się, mutuje i obejmuje go w posiadanie. Pożeraj go i same jest pożerana w niekończącym się cyklu. Odrasta nadnaturalnie i groteskowo niczym poroże jelenia. To jest poroże jelenia.

Cały czas nazywali to ogniem. Ale to nie jest ogień. To nie jest ciemność ani związek. To metamorfoza.

Will zastanawia się czy Hannibal zdaje sobie z tego sprawę. Jak bardzo zmienił się świat Willa, i czy on jest jedynym, który wyczuwa tą zmianę. Z trudem udaje mu się zdusić jęk kiedy Hannibal wysuwa się z niego. Hannibal wzdycha, poprawia spodnie i unosi głowę z miejsca gdzie wdychał zapach Willa.

Jego twarz jest jednak inna. Nie w zły ani dobry sposób. Tak naprawdę to Hannibal wydaje się zakłopotany. Nie wie co się właśnie stało, a jeżeli to wie, to nie wie dlaczego.

Jeszcze, myśli Will. Hannibal jeszcze tego nie rozumie.

-Powinniśmy coś zjeść. - Mówi Hannibal. I chociaż jego głos jest zrównoważony to to zdanie brzmi bardziej jak pytanie. Hannibal wydaje się nieobecny, nawet kiedy jego dłoń nadal automatycznie głaszcze bok Willa w geście, który wydaje się niemal...

Czy on jest zdenerwowany?

Mgiełka znika z oczu Hannibala w tym samym momencie kiedy Will ją zauważa. Hannibal odpycha się ramionami od blatu dopóki nie stoi prosto. Po jego zwyczajowej elegancji nie zostało ani śladu. Jego opanowanie zniknęło. Hannibal przypomina teraz splądrowany skarbiec czy ruiny miasta pozostałe po przetaczającym się nad nim huraganie.

Will okradł go z wdzięku. Zburzył otaczające go mury.

Will dokonał tego wszystkiego a Hannibal nie zdaje sobie z tego sprawy. Hannibal także tego nie wie i ta niewiedza go przeraża.

To wszystko go przeraża

-Tak, powinniśmy teraz zjeść. - Hannibal odkasłuje lekko i odchodzi w kierunku kuchenki aby podgrzać jedzenie, zapinajac przy tym guziki kamizelki, które udało się Willowi rozpiąć zanim jego umysł skupił się na czymś innym. Zaskakujące w tym wszystkim jest to, że Willowi i tak udało się rozebrać go bardziej niż komukolwiek innemu. Oczyścił go aż do kości, tak jak kondor postępuje z kawałkiem padłiny.

Will drży, siadając a potem zeskakując z blatu. Podnosi z posadzki ścierkę, w którą wytarł dłonie Hannibal i wyciera nią nasienie z własnego brzucha. Podciąga spodnie i powoli zawiązuje buty. Musi przejść obok Hannibala, żeby odzyskać koszulę i robi to nie patrząc ani nie odzywając się do Hannibala.

Will pochyla się aby ją podnieść i czuje się obolały chociaż nie ma to nic wspólnego z jego fizycznym ciałem. Wciąga koszulę na siebie ale jej nie zapina. Tym razem nie będzie unikał prawdy.

Za jego plecami Hannibal głośno skrobie dno garnka.

-Co w tym wszystkim tak bardzo cię przeraża? - Pyta Will ośmielony przez to, że jeszcze się nie odwrócił.

Dźwięk skrobania na chwilę ustaje. Jego powrót działa na Willa niczym odgłos gumowej piłeczki odbijającej się od ścian z wielką szybkością. Hannibal powtarza ruch mechanicznie, jak gdyby w ogóle nie przerwał.

-Strach jest wskaźnikiem, Williamie. - Mówi. - Podobnie jak ból pokazuje poziom ryzyka obecnego w naszym życiu.

Will pamięta ból. Pamięta także strach, o siebie samego i o Hannibala.

Przypomina sobie to jak stał w tym samym miejscu. Jak stał twarzą w twarz z Hannibalem modląc się o to aby okazało się, iż jego przeczucie pod względem tego strasznego a jednocześnie tak nieskończenie pięknego mężczyzny okazało się nieprawdziwe. To co wtedy czuł, coś potężniejszego i o wiele bardziej strasznego i wściekłego niż ogień pochodziło, oczywiście, od Hannibala.

Hannibal nie odezwie się słowem na ten temat i na temat tego, jak się z tym wszystkim czuje. Nie dlatego, że stwierdzi, że Will już i tak wie. Dlatego, że myśli iż Will nie wie, że niczego się nie domyślił, albo że Will nie zareaguje pozytywnie na ten temat. Will zastanawia się co musiałby zrobić, żeby Hannibal zaczął więcej od niego wymagać. To co przychodzi mu namyśl sprawia, że jego serce przyspiesza, chociaż inne części jego ciała również zaczynają reagować.

-To ty miałeś być moim wskaźnikiem. - Słyszy swoje słowa Will.

W tym momencie Hannibal się odwraca, zapominając o stojącym na kuchence jedzeniu. W jego oczach czai się kłamstwo. Will dostrzega je tak samo wyraźnie jak grymas czający się w kącikach ust Hannibala.

Przygotowuje się do uderzenia. Nastawia się na ciszę poprzedzającą burzę, spokój Hannibala będący schronieniem Willa rozprasza się.

-Williamie, czy bycie ze mną sprawia, iż czujesz, że żyjesz?- Hannibal kontroluje swoją wypowiedź aż do ostatniej spółgłoski. Jego ton jest drwiący i sprawia, że Will czuje w klatce piersiowej ukłucie czegoś toksycznego. Jego serce zaciska się wokół tego uczucia sprawiając, że krew zamarza w jego żyłach. Jego puls i oddech przyspieszają. Jego ciało myśli, że tonie.

Przełyka gulę rosnącą w jego gardle i zmusza się do tego by zostać w miejscu, w którym stoi. Wyobraża sobie, że jego stopy są korzeniami drzewa, którym jest jego ciało. Wyobraża sobie, że jest rosnącym w ogrodzie dębem.

-Nieobecność strachu sprawia, że czuję że żyję, Doktorze Lecter.- Odpowiada ostrożnie Will. Drży, czując chłód jaki powoli opanowywał pomieszczenie w reakcji na jego oficjalny ton. Ramiona Hannibala napinają się pod koszulą na tyle, że Will to zauważa. Hannibal jest jak gotujące się do ataku zwierzę.

Will popełnia błąd robiąc krok do tyłu, za kuchenną wyspę. Spojrzenie Hannibala natychmiast staje się mordercze.

-A może, nie poznałeś prawdziwego strachu dopóki mnie nie poznałeś, Williamie.

Hannibal robi krok do przodu tak, że oddziela ich od siebie krawędź blatu. Mógłby wyciągnąć dłonie i dosięgnąć nimi Willa ale mimo to, nadal trzyma je w kieszeniach.

-Chciałbyś w to wierzyć, prawda? - Pyta cicho Will. Jego przerażenie zmienia się w niedowierzanie. Potem we wściekłość, kiedy dociera do niego prawda. - Chcesz doprowadzić mnie do szaleństwa. - Sarka Will okrążając wyspę kompletnie nie zważając na to jak wielkim może okazać się to błędem. Ten ruch sprawia, że cały jego świat zaczyna wirować i Will nie potrafi powstrzymać słów, które wypowiada później. - Nie kochasz nikogo. Nie potrafisz.

Z twarzy Hannibala opada maska. Wściekłość w jego oczach rozpryskuje się na kawałki.

Zawartość garnka za plecami Hannibala zaczyna skwierczeć. Jedzenie przypala się ale Hannibal nie robi nic aby to powstrzymać.

-Być może masz rację, Williamie.

-Być może mam rację. - Powtarza z pogardą Will. - Tylko tyle? Być może mam rację?

Hannibal odwraca się i wyłącza kuchenkę. Wyrzuca mięso i cebulę do śmieci. Zrobił tak samo rankiem po ich pierwszej wspólnej nocy kiedy myślał, że Will chciał się wycofać, kiedy Will cofnął się poznawszy prawdę o tym kim jest Hannibal. Hannibal prawdopodobnie myśli, że tym razem będzie tak samo. Nadal myśli, że Will od niego ucieknie. Spodziewał się tego przez cały czas.

-Pasujemy do siebie, Williamie. - Wrzucając z głośnym trzaskiem garnek do zlewu. Dźwięk sprawia, że Will drży. - Myślałem, że zdążyłeś już to sobie uświadomić.

Sposób w jaki Hannibal wypowiada słowo pasujemy jest jednocześnie wyniszczający i pełen rozpaczy. Will czuje jego niepokój, jego strach i jego wściekłość. Jego spokój zamienia się we frustrację i niecierpliwość i ta gwałtowna zmiana sprawia, że Will czuje się jak by ktoś uderzył go w głowę.

-Dlaczego tak długo to wszystko ciągnąłeś skoro wydaje ci się, że tego nie wiem? - Pyta cicho Will. Wie, że sporo ryzykuje dotykając teraz Hannibala. Ale Hannibal jest ucieleśnieniem ryzyka. Hannibal jest strachem. Hannibal jest bólem. A Will dotyka go nie spodziewając się niczego innego.

Mimo wszystko, to jak Hannibal strąca jego dłoń ze swojego ramienia boli go bardziej niż przypuszczał. Hannibal niesie kolejny garnek do zlewu trzymając rączkę tak mocno że aż zbielały mu knykcie.

-Zastanawiam się jak mocno w to wierzysz?

-O co mnie pytasz Hannibalu? - Pyta Will desperacko starając się załagodzić konflikt.

-Chcę abyś zrozumiał czym to wszystko jest, i zobaczył je takim jakim jest, Williamie. Wydaje mi się, że zasługuję przynajmniej na tyle.

Hannibal zabiera się za szorowanie garnka rozpryskując wodę na podłogę gwałtownym ruchem dłoni.

-Co to jest? - Pyta Will zaskoczony i trochę upokorzony widocznym zdenerwowaniem Hannibala. - Czym my dla siebie jesteśmy?

-Już raz mnie o to pytałeś.

Will przypomina sobie to jak siedzieli w samochodzie przed Peter Herdic House. Przypomina sobie ich ówczesną rozmowę, zaloty Hannibala, swoje własne wyznanie.

Pozwoliłeś mi się do siebie zbliżyć. Nikt wcześniej tego nie zrobił.

-Powiedziałeś, że jestem wart zachodu.

-Może, rzeczywiście tak myślałem. - Hannibal mówi to tak, jakby zmienił zdanie. Mówi to tak, jakby nagle zauważył błąd w swoim planie i stwierdził, że najlepszym rozwiązaniem byłoby po prostu to wszystko rzucić. Potem wyciera garnek i chowa go do szafki. Opiera dłonie o krawędź blatu lekko garbiąc plecy.

-Zrywasz ze mną? - Pyta z ciężkim niedowierzaniem Will.

Hannibal nie odwraca się do niego. Will skupia się na ich wzajemnym położeniu. Mógłby uderzyć Hannibala. Mógłby go zabić. Wyświadczyłby światu ogromną przysługę. Nie byłby nawet zaskoczony tym jakie to było łatwe. Podobało mu się to, że zabił Garetta Jacoba Hobbs'a a ten człowiek nie zrobił mu nic złego. Natomiast Hannibal groził zniszczeniem miejsca, które z takim mozołem budowali dla siebie nawzajem przez cały ten czas, tylko po to, żeby Hannibal mógł mu je odebrać kiedy wszystko wydawało mu się takie prawdziwe.

Will słyszy swój własny histeryczny i niedowierzający śmiech. Wsuwa dłonie we włosy i ciągnie na tyle mocno aby móc znaleźć inny powód dla wzbierajacych się pod jego powiekami łez.

-Nie mogłeś mi tego tak po prostu powiedzieć? - Pyta potrząsając głową. -Nie potrafisz pozwolić sobie na moment słabości nawet w takiej chwili. - Wychodząc z kuchni Will słyszy ciche westchnienie Hannibala. - Powinien pan zawsze trzymać przed sobą to co pana przeraża, doktorze.-Dodaje wychodząc do korytarza, żeby włożyć kurtkę.- Nigdy nie wiadomo kiedy trzeba będzie to coś zabić.

Wychodzi z domu nie odwracając się za siebie i kilka razy wydaje mu się, że mógłby się przewrócić. Hannibal nie wychodzi za nim. Will przekręca kluczyk w stacyjce i wyjeźdża z podjazdu na ulicę.

Reklama w radiu jest głośna i wypełnia jego umysł niczym smog i kiedy godzinę później Will zjeżdża z autostrady w plątaninę uliczek prowadzących do jego domu nie potrafi myśleć o niczym innym niż fugowanie kafelków w łazience czy też sadzenie azalii obok domu. W którymś momencie zaczęło mżyć ale on nawet tego nie zauważył.

Niebo przybrało szaro niebieski kolor i Will myśli, że jest idealne. Wszystko jest po prostu idealne.

Zaczyna zwalniać kiedy dociera do nieugruntowanej drogi prowadzącej do jego domu, ale nie robi tego wystarczająco wcześnie. Naciska na hamulec kiedy co ogromnego i czarnego odwraca jego uwagę od zachmurzonego nieba. Will zatrzymuje samochód i wyskakuje na drogę przerażony myślą o tym, że właśnie przejechał Simona. Zderzak jest zakrwawiony i widać na nim drobiny mięsa W samym centrum czerwonej plamy widać kłębek zmatowiałej czarnej sierści..Kapiąca z niej ciecz tworzy ciemne plamy na ziemi..

Will najpierw spogląda a potem biegnie w miejsce dokąd odbiegło ranne zwierzę. Zostawia samochód na środku drogi z włączonym silnikiem.

-Simon?

Las jest ciemny, wypełniają go cienie, chociaż większość porastających drzewa liści opadła, ich gałęzie nadal jednak zasłaniają księżyc. Will podąża śladem krwi.

Skradając się między krzewami Will wychodzi na polanę i znajduje tam drżącego, zdychającego jelenia z wnętrznościami na wierzchu.. Zwierzę wydaje z siebie ciche dźwięki i Will nie może się powstrzymać przed podejściem do niego. Klęka przy jego masywnym cielsku i bierze jego wilgotny pysk w obie dłonie. Kiedy stara się zatamować krwawienie, krew zwierzęcia zdaje się przepływać szybciej przez jego palce.. Nagle Will czuje w ustach smak krwi, wnętrzności i jęków zwierzęcia. Czuje smak grzechu. Jest obrzydliwe a jednocześnie prowokujące, tak jak smakuje morderstwo. Jest sprawiedliwe niczym zastrzelenie Garetta Jacoba Hobbs'a i przerażające niczym piękna jedność jaką stanowili wtuleni w siebie Hannibal i Will.

Futro zwierzęcia zanika niczym sierść wilkołaka i jeleń zmienia się w sylwetkę Hannibala. Jego ciało rozkłada się przed oczami Willa.

Połamane ciało Hannibala leży przed Willem odziane jedynie w płaszcz, w którym Will obudził się po pierwszej, spędzonej z Hannibalem nocy. Poroże wystaje z tyłu jego głowy niczym dziwna korona i jest słabsze niż zazwyczaj. Jego czubki zamieniają się w popiół kiedy Will ich dotyka.

Will nie przypomina sobie tego by płakał, chociaż wilgoć na jego policzkach może być krwią. Jego oczy są czyste kiedy ujmuje dłoń zaoferowaną mu przez Hannibala. Will kładzie się obok niego i nasłuchuje uważnie kiedy Hannibal zaczyna swoją opowieść zniekształconą lekko przez wypełniającą jego gardło krew.

Hannibal opowiada mu legendę o wendigo, a jego slowa są słowami jego ojca sprzed wielu, wielu lat, z czasów kiedy Will był jeszcze nastolatkiem. Wspomnienie boli niczym przyłożone do ciała gorące żelazo. To dłoń Hannibala przedziera się przez jego skórę i rani go tam, gdzie jego łokieć dotyka brzucha Willa.

Will słyszy głos swojego ojca, widzi go, młodszego niż on sam w tej chwili, robiącego kanapki z szynką w Parku Stanowym Clarkco, w Missisipi. Słyszy jak jego ojciec mówi :

Will, co byś zrobił gdybyś kiedyś jednego zobaczył?

Ojciec dopiero co nauczył go łowić ryby. Will jeszcze nigdy nie trzymał w dłoni pistoletu, ale mimo to powiedział:

Prawdopodobnie zabiłbym go.

Will dwa razy czuje przechodzący go dreszcz kiedy dłoń Hannibala przerywa jego rdzeń kręgowy. Wszędzie wokół widać ich krew. Hannibal okrywa nagie i drżące ciało Willa połą płaszcza, niczym Cezara w ostatnich momentach jego życia. Jego ramię nadal tkwi w ciele Willa.

Są niezniszczalni. Kompletnie ze sobą połączeni. Stanowią jedno.

-Nie starałbyś się go uratować?- Spytał go ojciec po czym ugryzł swoją kanapkę.

-Ludzie tacy jak on nie chcą być uratowani. - Odpowiedział z pełnymi ustami Will.

-Czyli nawet byś nie spróbował?

Hannibal całuje Willa w usta a jego wargi są otoczone krwią kiedy otwierają się przy wargach Willa. Will wsuwa dłonie we włosy Hannibala krusząc zwęglone resztki jego poroża. Jest pewien, że teraz płacze, że szlocha w szyję Hannibala, błagając o to by móc cofnąć czas chociaż wie, że to co się dzieje musi być tylko snem.

-Nie. Nie jestem jeszcze gotowy.- Szepcze Will.

-Niedługo będziesz. - Hannibal wysuwa dłoń z brzucha Willa i ujmuje nią jego twarz. - Chcesz być na mnie gotowy.

Czyli nawet byś nie spróbował?

Panie Graham?

-Nie odchodź. Potrzebuję cię.

O Boże. Vanesso, wezwij karetkę.

Hannibal ujmuje jedną z dłoni Willa swoją zakrwawioną dłonią i przykłada ją sobie do brzucha jak lustrzane odbicie rany Willa. Jego ciało i tak leży rozpłatane w leśnym poszyciu więc Will musi tylko lekko przycisnąć dłoń i tak właśnie robi..

Panie Graham, mówi Kirk Dawson. Słyszy mnie pan?

Wnętrze ciała Hannibala jest ciepłe. Jego krew wypływa strumieniami na ramię Willa, napełniając go spokojem i niszcząc jego poczucie strachu. Will odwraca ramię i przesuwa organy Hannibala aby dotknąć jego bijącego serca.

-Chcę tylko abyś był wolny, Williamie.

-Wolny od strachu, który cię zniewala. - Mówią jednocześnie.

Pomoc jest już w drodze, Panie Graham.

-Zrobiłeś mi coś. - Dodają jednogłośnie.

Proszę się odsunąć. Jestem lekarzem.

Williamie, otwórz oczy. - Mówi Hannibal uśmiechając się w jego policzek.

Will tak właśnie czyni i poszycie leśne znika. Zamiast niego widzi pochylającego się nad nim Hannibala i słyszy wydobywające się z jego własnego gardła słowa:

-...w Wolf Trap, w Wirginii, jest późno a ty jesteś palantem.

-Wezwaliśmy do niego karetkę. - Mówi głos Kirka Dawsona, chociaż Will go nie widzi. Kątem oka zauważa jednak Vanessę, którą zwykle prosi o to by miała baczenie na jego psy podczas jego wyjazdów.

-Dziękuję. - Odpowiada Hannibal, mierząc jego puls i zaglądając mu w oczy. Odwraca się aby powiedzieć Kirkowi Dawsonowi coś, czego Will nie rozumie. Potwornie boli go głowa. Patrząc przez stłuczoną przednią szybę stwierdza,że nie jest już na drodze. Na jego kolanach leży przednia połowa ciała jelenia a Will odsuwa się nieco w stronę otwartych drzwi wozu aby spojrzeć poza zgniecioną maskę samochodu. Przód jego samochodu uderzył w drzewo.

Hannibal pociera ramię Willa, który orientuje się, że wtulił się w jego ciało. Nie odsuwa się. Nie ma sensu udawać, że dotyk Hannibala nie sprawia mu przyjemności chociaż Will nadal jest wściekły z powodu tego co sobie powiedzieli.

-Przepraszam, Williamie.

Will wpada w panikę. Tak bardzo jak może w nią wpaść, kiedy dociera do niego, że stracił czucie w nogach i być może stało się z nim coś gorszego. Porusza palcami stóp i przesuwa palcami prawej dłoni po brzuchu, spoglądając w dół widzi, że jego ubranie jest poplamione krwią jelenia.

-Przepraszam za moje dzisiejsze zachowanie. - Powtarza Hannibal, wiedząc o czym myśli Will. Odsuwa mu włosy z czoła i całuje je.

Will ma ochotę powiedzieć mu, że powinno być mu przykro, z drugiej strony chce wzruszyć ramionami jakby to nie było nic wielkiego. Sam już nie Czyli nawet byś nie spróbował? wie w co wierzyć. Chce wierzyć w Hannibala, nawet wtedy kiedy jego świat rozpada się na kawałki. Ponieważ nie potrafi odnaleźć odpowiednich słów po prostu zamyka oczy. Hannibal naciska na każdy z jego paznokci a palcami drugiej dłoni sprawdza jego kręgosłup.

-Czy sprawiam ci ból?

-Nie, wszystko w porządku.

-Porusz dla mnie palcami, tymi u stóp też. Czujesz mrowienie?

Will porusza tkwiącymi w butach palcami. Palce jego dłoni wydają się ociężałe.

-Lekkie, w łydkach.

-Czy naprawdę powinien Pan to robić? Przecież on dopiero co miał wypadek...- Kirk potyka się o własne słowa. Bardzo chce pomóc Willowi ale nie wie jak to zrobić żeby nie być nie delikatnym.

-On naprawdę jest lekarzem, panie Dawson. - Mruczy w kołnierzyk Hannibala Will. Po chwili dodaje lekko nieprzytomnie. - Jest nie tylko lekarzem. - Lekkie uszczypnięcie w bok sprawia, że Will uśmiecha się z ulgą. Zaczyna dzwonić mu w uszacCzyli nawet byś nie spróbował? h. - Czy możesz mnie stąd zabrać?

-Zabranie cię stąd byłoby niemądre.

-Nie sądzę abym doznał urazu rdzenia kręgowego.

-Doznałeś jednak wstrząśnienia mózgu w momencie kolizji z drzewem. Bez dalszych testów trudno jest wykluczyć inne obrażenia.

Will wyciąga dłoń i dotyka głowy tam, gdzie najbardziej go boli. Jego palce są zakrwawione. W oddali słychać syrenę.

-Miałeś rację. - Mówi ostrożnie Will, starając się aby nie usłyszeli go Dawsonowie. Hannibal rozumie o co mu chodzi i pochyla się bliżej ustawiając ramiona tak, że Will widzi sąsiadów w lusterku, kilka metrów dalej, czekających na karetkę. - Pasujemy do siebie. - Mówi głośniej Will.

Hannibal uśmiecha się a w jego oczach błyszczy coś jakby usprawiedliwienie. Wygląda jakby wróciła mu nadzieja.

-Nie chcę żebyś się mnie bał. - Mruczy Will, przesuwając palcami po mankiecie koszuli Hannibala i przytrzymując go kciukiem i palcem wskazującym. Widzi ruch krtani Hannibala kiedy mężczyzna przełyka.

-Obawiam się jedynie tego, że zmienisz zdanie. - Hannibal całuje Willa po raz ostatni, tym razem w usta, i odsuwa się pozwalając ratownikom medycznym otoczyć samochód.

Ktoś zabezpiecza głowę Willa deską i rozcina pas bezpieczeństwa. Will zamyka oczy pozwalając wyjąć się z samochodu, nie chce patrzeć na dyndającego przez jego przednią szybę jelenia. Kiedy leży na noszach otwiera oczy i odkrywa, że zgubił okulary. Hannibal nie odstępuje go na krok i wsiada razem z nim do karetki.

Droga do szpitala upływa w hałasie. Załoga karetki zadaje mu te same pytania, które zadał mu Hannibal a Will podaje inne wersje swoich poprzednich odpowiedzi, pomijając to jak nazwał Hannibala palantem. Kątem oka zauważa w pewnym momencie uśmiech Hannibala, który zauważa brak tego detalu.

-Potrąciłem jelenia i rozwaliłem samochód..

W karetce zapada na moment cisza ale po chwili hałas znów się wzmaga.

-Panie Graham, ma pan wstrząśnienie mózgu. Kiedy dotrzemy do szpitala sprawdzimy czy nie doszło do urazu kręgosłupa.

-Nie mam...-Will milknie oszołomiony.

-Williamie? - Głos Hannibala jest niewyraźny w głośnej karetce. Will walczy z gorsetem na swojej szyi aby móc na niego spojrzeć.

-Jestem zmęczony. - Mruczy Will, odprężając się kiedy czuje dłoń Hannibala przeczesującą jego włosy.

-Śpij, Williamie.

-Ale ona powiedziała, że mam wstrząśnienie mózgu. - Will wskazuje drżącą ręką sanitariuszkę siedzącą naprzeciwko Hannibala.

-To stary przesąd, Panie Graham. Może pan zasnąć. Za dziesięć minut dojedziemy do szpitala.

Will wpatruje się w sanitariuszkę. Ostrość jego spojrzenia wraca i zanika. Kobieta przypomina mu Miriam Lass. Will zamyka oczy.

-Nie pozwól mi zniknąć. - Will mruczy w głośnej karetce. - Jesteśmy jedyni.

Hannibal delikatnie go ucisza i Will zapada się w nosze. Kiedy się budzi jest przy nim nieznajoma wysoka kobieta w białym laboratoryjnym fartuchu która sprawdza jego tętno. Zapisuje coś na podkładce wiszącej w nogach jego łóżka.

-Witam z powrotem Panie Graham. Sanitariusze powiedzieli mi, że miał pan jakiś wypadek.

-Uderzyłem jelenia. - Odpowiada nieprzytomnie, siadając na łóżku i odkrywając, że jego głowa nie jest już unieruchomiona. - Czy wiadomo już, czy stało mi się coś poważnego? - Will szuka okularów na stoliku obok łóżka i jest zaskoczony kiedy zauważa je leżące na lśniącej powierzchni stolika. Hannibal musiał mieć je przy sobie kiedy zabierała ich karetka.

-Wyniki tomografii komputerowej nie wykazały żadnej opuchlizny. Chcemy też wykonać punkcję lędźwiową, czym zajmę się teraz skoro się pan obudził. - Kobieta odwraca się aby zamknąć drzwi pokoju. - Proszę położyć się na boku.

Will wypełnia jej prośbę. Ona zakłada lateksowe rękawiczki i prosi go o to aby leżał bardzo nieruchomo.

-Czy przypadkiem nie było tu ze mną pewnego mężczyzny? - Pyta kiedy igła opuszcza jego ciało.

-Europejczyk? Dobrze ubrany? Z zaczesanymi do tyłu włosami? - Pyta kobieta dezynfekując rankę na jego plecach i zaklejając ją plastrem.

Will śmieje się słysząc jej opis.

-A więc on tu rzeczywiście był? - Pyta.

-Wyszedł żeby porozmawiać z lekarzem prowadzącym..

-Zaraz, to pani nie jest moją lekarką?

Ona wybucha śmiechem i potrząsa głową. - Jestem rezydentką, Panie Graham..

Jej ciemne włosy zebrane są w kucyk. Wydaje się Willowi znajoma, ale Will nie ma pojęcia skąd może ją znać.

-Dlaczego zlecono punkcję lędźwiową? - Pyta, z lekkim rozkojarzeniem patrząc na płyn przelewający się w małej próbówce..

-Tak jak powiedziałam, wyniki tomografii czasami nie dają jednoznacznych wyników.

-Przy diagnozowaniu wstrząśnień mózgu i urazów kręgosłupa?

-Przy diagnozowaniu tego, z czego obecności nie zdawał sobie pan sprawy.- Odpowiada ze spokojem lekarka nadal potrząsając próbówką, której zawartość staje się nagle różowa a potem krwistoczerwona. - Ojej! - W głosie lekarki słychać śmiech. - Coś jest nie tak z pana głową, prawda?

Will stara się wstać z łóżka ale leżący na nim koc ciąży bardziej i bardziej na jego nogach i ramionach.

Will śni. To wszystko. To minie. Will musi tylko trochę poczekać. Patrzy jak krwisty płyn mózgowo-rdzeniowy zmienia się w smołę i powtarza sobie, że to tylko sen i że nic mu nie jest.

-Zastanawiam się czy teraz jesteś przy zdrowych zmysłach? - Pyta lekarka a Will rozpoznaje ton jej głosu. Rozpoznaje w nim akcent Hannibala zaokrąglający jej samogłoski i wyostrzający jej spółgłoski. Upuszcza fiolkę i cały pokój pogrąża się lodowatej ciemności. Will nie może się ruszyć i nie widzi jej. Widzi tylko biały lekarski fartuch zwisający z jej ramion niczym biała koszula nocna Elise Nichols. Jej ciało przebija jelenie poroże zmieniając ją w Cassie Boyle, dziewczynę z pola umocowaną na jeleniej czaszce.

Nagle Will znajduje się poza łóżkiem i trzyma w dłoniach jej płuca. Ciało przed nim staje się ciałem Marissy Schurr, ubranym jedynie w bieliznę. Will słyszy otaczający go zewsząd głos Cassie Boyle, który podobnie jak głos Hannibala dociera do jego uszu. Widzisz?

Will budzi się z przypiętą do ramienia kroplówką i szyją unieruchomioną gorsetem ortopedycznym. Na szafce obok łóżka stoją dwa kubki z kawą ale nigdzie nie widać jego okularów. Z powodu ich nieobecności pokój jest lekko zamazany.

Hannibal zabił Marissę Schurr, jedyną przyjaciółkę Abigail, która nadal wierzyła w jej niewinność.

Drzwi pokoju otwierają się i Will czeka. Hannibal wchodzi do pokoju, podchodzi do łóżka i siada na stojącym obok niego krześle.

-Obudziłeś się.

-Mam otwarte oczy. - Mruczy Will mnąc w palcach przykrycie. - Nie jestem do końca pewien czy to...

-Czy to nie sen?

-Tak. - Szepcze Will patrząc od czasu do czasu na sufit. - Czy ja śnię?

-Uwierzysz mi, jeżeli powiem ci, że nie?

-Powiedz mi coś innego. - Will przygryza dolną wargę i wzdycha głęboko. - Czy to ty zabiłeś Marissę Schurr i Cassie Boyle?

Siedzący na krześle Hannibal zakłada nogę na nogę. Will nie widzi go a unieruchamiający jego szyję gorset jest tylko dotatkową wymówką aby na niego nie patrzeć.

-Tak.

-Marissa była przyjaciółką Abigail. - Mówi przez zaciśnięte zęby Will. Potem pyta cicho. - Czy ona wie, że to byłeś ty?

-Nie. I nie sądzę by kiedykolwiek się tego domyśliła.

-Ona ci ufa. Odebrałeś jej jedyną rzecz spoza świata w którym znalazła się dzięki temu przez co przeszła z powodu Garretta Jacoba Hobbs'a. Dlaczego to zrobiłeś?

-Marissa była podstępem. Chciałem wrobić Nicka Boyle'a w morderstwo jego siostry.

Will przypomina sobie swoje własne słowa z niedawnego wykładu. Wydaje mi się, że dzwonił do niego nieznany nam jeszcze naśladowca.

-Ostrzegłeś go, prawda? - Will nieudolnie odrzuca z siebie przykrycie, które plącze się w wężyk od kroplówki. Wstaje niepewnie z łóżka, zdeterminowany aby znaleźć się jak najdalej od Hannibala. Zdejmuje z szyi gorset i odrzuca go na łóżko. - To ty dzwoniłeś do Garretta Jacoba Hobbs'a.

Hannibal siedzi nieruchomo na krześle przyglądając się Willowi tak, jakby wykonywał on magiczne sztuczki.

-Do Fontaine Preston też dzwoniłeś? - Pyta Will mimo że boi się odpowiedzi.

Uśmiech na twarzy Hannibala jest wystarczającą odpowiedzią. Żołądek podjeżdża Willowi do gardła, i Will pochyla się aby zwymiotować do pobliskiego kosza na śmieci. Trochę wymiocin ląduje na podłodze. Will nie jadł nic od lunchu. Jego żołądek domaga się jedzenia a szyja boli go z powodu intensywności jego ruchów.

-On cię skrzywdził, Williamie. Nawet gdyby tego nie zrobił i tak nie był zbyt grzeczny.

-Jak mogłeś podjąć taką decyzję. - Will powoli wstaje podpierając się o najbliższe łóżko. - Dlaczego wydaje ci się, że masz prawo decydować kto ma prawo żyć a kto nie?

-Mam takie samo prawo jak każdy inny człowiek aby zająć się swoim życiem i życiem innych. - Hannibal wstaje a Will cofa się potykając się o stojak do kroplówki i upadając na podłogę. Jego kończyny drżą i nie może wstać dopóki Hannibal mu w tym nie pomaga. Will mocuje się z nim starając się go odepchnąć co mu się nie udaje. - Wiedziałeś o tym, że jestem mordercą, Williamie.

-Przez ciebie Abigail niemal straciła życie. - Wypluwa jadowicie Will. Dłoń Hannibala zaciska się na ramieniu Willa i pomaga mu wrócić do łóżka. Hannibal kuca przed nim na podłodze. Ta scena wydaje się Willowi zbyt znajoma. Cofa się na łóżku i podkula pod siebie nogi. Hannibal go nie powstrzymuje.

-Jednak przeżyła. - Oczy Hannibala wpatrują się w twarz Willa, powoli zmuszając go do odwzajemnienia kontaktu wzrokowego. Will w końcu się poddaje. - I właśnie dlatego tak bardzo ją kochamy, czyż nie?

-Hannibalu, to nie jest sposób w jaki okazuje się miłość. - Wzdycha Will chowając twarz w dłoniach.

-Ja nie znam innego sposobu, Williamie.

Hannibal dotyka kolana Willa prosząc go aby odwzajemnił jego dotyk. Will odsuwa się chociaż jego skóra krzyczy z potrzeby kontaktu. Spokój Hannibala nadal go uspokaja, jego dłonie nadal przynoszą mu ulgę.

-Myślę, że nie chcę takiej miłości. - Szepcze Will, ignorując ból w klatce piersiowej.

-Cóż innego miałbym ci dać Williamie? - Hannibal wydaje się spokojny, ale Will czuje pierwsze oznaki sztormu na morzu pod skórą Hannibala. - Powiedz, że naprawdę chcesz, żebym zostawił cię w spokoju a zrobię to.

Will tego nie chce. Nie chce aby Hannibal sobie poszedł.

-Wynoś się stąd. - Wypowiedziawszy te słowa Will gryzie się w język. Jest pewien tego, że Hannibal zauważy, że on kłamie, ale Hannibal wyjmuje coś z kieszeni marynarki.

-Jak sobie życzysz, Williamie. - Mówi zakładając Willowi okulary na nos.

Will unosi głowę na tyle aby zauważyć, że Hannibal pochyla się by go pocałować ale się nie odsuwa. Pocałunek ląduje na jego policzku. Will przechyla głowę tak, że usta Hannibala muskają kącik jego ust, ale Hannibal nie posuwa się dalej chociaż całe ciało Willa niemal się do niego wyrywa.

-Życzę ci zdrowia, Williamie.

Po wyjściu Hannibala pokój staje się pusty i zimny. Kiedy dwadzieścia minut później przychodzi do niego lekarka, Will nadal siedzi w pozycji w jakiej zostawił go Hannibal. Kobieta mierzy mu ciśnienie i mówi, że będzie musiał zostać w szpitalu na noc na obserwację. Nie wspomina o wynikach punkcji lędźwiowej a on nie widzi sensu w tym aby o tym przypominać.

Kiedy lekarka opuszcza jego pokój Will dzwoni do Alany i prosi ją o to aby nazajutrz odebrała go ze szpitala. Alana nie pyta dlaczego nie zrobi tego Hannibal i Will jest za to wdzięczny.

Mijają godziny i jedynym co może zrobić Will aby powstrzymać się przed zadzwonieniem do Hannibala jest zwinięcie się w kłębek i liczenie do tysiąca i z powrotem, żeby się czymś zajać. W ciemności Garrett Jacob Hobbs szepcze coś do niego i Will bardzo chce wrócić do domu. Przez jedną bolesną chwilę, Will stara się zapomnieć o tym, że Hannibal nie jest jego domem. Nieważne czy są w parku Druid Hill, biurze Jacka w Quantico, czy też splątani ze sobą w łóżku. Musi przekonać samego siebie, że ruchoma, szeroka na trzydzieści centymetrów przestrzeń otaczająca Hannibala wcale nie jest jego domem.

Odwraca się na brzuch i nakrywa głowę cienką, flanelową poduszką. Myśli o swoich psach i o zimnym poczuciu grozy kiedy myślał, że przejechał Simona. Potem przypomina sobie, że kiedy pomyślał, że to jeleń jego strach jedynie się wzmógł. Chociaż jeleń nie był prawdziwy, Will wiedział co oznaczała jego śmierć. Wiedział, że łączyła się ona z jego związkiem z Hannibalem.

Mimo to, Hannibal i tak przyjechał do niego a dotyk jego dłoni na policzku, pomógł Willowi wybudzić się z koszmaru. Może pojechał za Willem aby go przeprosić, może zrobił to aby ukarać go za próbę ucieczki. A może chciał po prostu zakończyć coś co okazało się być krótkotrwałym układem między nimi.

Will powiedział, że ich związek zdawał się być czymś trwałym. Hannibal powiedział, że czuł to samo.

-Niech go szlag.- Will wzdycha w wypełniony cieniem pokój. Drżącymi palcami wybiera numer kierunkowy a potem pierwsze cztery cyfry numeru komórki Hannibala. Powstrzymuje się przed wybraniem piątej cyfry. Naciska guzik i znowu się zatrzymuje.

Rezygnuje jednak z tej rozmowy. Hannibal dał mu szansę cofnięcia swoich słów a on z niej nie skorzystał.

Will kładzie się płasko na brzuchu i patrzy na to jak sufit w jego pokoju powoli zmienia kolor z całowitej ciemności poprzez różne odcienie niebieskiego kiedy wschodzi słońce. Nadal ściska w dłoni telefon i zastanawia się czy przypadkiem nie zadzwonił do Hannibala. Znowu go wyłącza i czeka na śniadanie. Nie jest głodny ale wie, że musi je zjeść jeśli chce pojechać do domu kiedy przyjedzie po niego Alana.

Powiedziała, że będzie o dziesiątej. Will odlicza minuty zjadając jajecznicę, którą przynosi mu pielęgniarka. Potrawa smakuje jak tektura. Przez chwilę, Will zastanawia się czy Vanessa nakarmiła wczoraj jego psy.

Zgodnie z obietnicą Alana pojawia się w szpitalu punkt dziesiąta. Will jest ubrany i dokonuje właśnie wypisu. Naprawdę ma nadzieję, że to ostatni raz kiedy Alana widzi go w tym stanie.

Alana milczy przez jakieś dziesięć minut podczas których wychodzą ze szpitala do jej samochodu.

-Wszystko w porządku?

-Nic mi nie jest. To tylko wstrząśnienie mózgu.

-Wiesz, że nie o to mi chodzi.

Will wzdycha a potem mówi.

-Dał mi pretekst do zerwania. A ja z niego skorzystałem.

-Dlaczego miałbyś z nim zrywać? - Pyta ostrożnie Alana.

-Tworzyliśmy związek. - Tłumaczy z trudnością Will. - Prawdziwy związek.

-Przykro mi, że wam nie wyszło.

Willowi nie podoba się ton jej głosu. Nie uważa związku z Hannibalem za zakończony. Po prostu musi poukładać sobie wszystko czego się dowiedział i wszystko co sprawia, że bycie tak głupio i masochistycznie zakochanym w Hannibalu jest głupie, masochistyczne i złe.

-Zakochałem się w nim. - Mówi głośno Will, nie chce tego robić ale pozwala słowom wyślizgnąć się z jego ust ponieważ sam nie może uwierzyć w to o czym właśnie myślał.

Alana wygląda na tak samo zaskoczoną słowami Willa jak on się czuje. Zbiera się na odpowiedź kiedy ich oczom ukazuje się samochód Willa. Stoi na poboczu wgnieciony w drzewo. Jeleń zniknął. Podobnie jak dziura w przedniej szybie.

-Poczekaj. Zatrzymaj samochód. Zatrzymaj. - Will wyskakuje ze zwalniającego pojazdu i przebiega przez ulicę aby zbadać szkodę jaką wyrządził swemu pojazdowi. Ani w samochodzie, ani na ziemi wokół niego nie widać krwi. Siedzenie jest trochę ubrudzone krwią z rany na głowie Willa. Nie widać jednak nic innego, nawet odrobiny futra na zderzaku, które oznaczałoby, że rzeczywiście w coś uderzył. Will oblizuje usta i przekręca kluczyk w stacyjce. Wszystko nadal działa.

-Czy czujesz się na tyle dobrze żeby samodzielnie dojechać do domu? - Pyta zza samochodowych drzwiczek Alana. Will odpowiada twierdząco. - Jedź pierwszy. Pojadę za tobą.

Will kiwa głową, oszołomiony i wrzuca wsteczny bieg. Był zaledwie kilkaset metrów od domu kiedy zjechał z drogi i wjechał w drzewo. Jadą dziesięć minut, a może i krócej, i po chwili znajdują się na podjeździe przed domem Willa. Will przetrząsa kieszenie w poszukiwaniu kluczy i odnajduje je w kieszeni kurtki. Kiedy otwiera drzwi psy przybiegają aby przywitać jego i Alanę. Winston szturcha nosem jego dłoń i Will odwraca się akurat w chwili kiedy Simon spogląda z oczekiwaniem na Alanę i merda ogonem.

Mimo wypełniających go brzydkich uczuć Will uśmiecha się, kiedy Alana wybucha śmiechem i pochyla się aby pogłaskać psa. Simon nie bardzo lubi obcych. Alanie najwyraźniej udało się przekonać go do siebie podczas jej kilku wizyt.

Will to rozumie. Alana wydaje się bezpieczna, w odróżnieniu od Hannibala.

Will prosi ją aby została na kawę i kończy siedząc przy kuchennym stole podczas kiedy ona krząta się po kuchni przygotowując ją. Kilka razy wstaje aby jej pomóc ale tylko jej przeszkadza.

Alana podaje mu kubek kawy takiej jaką lubi. Najwyraźniej zapamiętała to od ostatniego razu kiedy pili razem kawę. Po drugim łyku Will przypomina sobie, że nadal jest ubrany w kurtkę i zrzuca ją z siebie tak, że opada ona na tył krzesła. Penelopa przesuwa nosem po jego udzie i musi dzielić z Fenrisem i Winstonem miejsce po prawej stronie Willa. Simon leży na podłodze obok krzesła Alany. Za nią widać wypełnioną psią karmą miskę. Will postanawia podziękować Vanessie kiedy zobaczy się z nią następnym razem.

-Wiedzą, że jesteś zdenerwowany.- Mówi Alana opierając łokcie na stole i obejmując obiema dłońmi kubek z kawą.

-Cóż Simona to najwyraźniej nie obchodzi. - Will stara się roześmiać. Alana również lekko chichocze jak gdyby chciała wynagrodzić jego próbę znalezienia czegoś wesołego w tej okropnej sytuacji. Will odsuwa od siebie kawę i ujmuje swoją głowę w obie dłonie.

-Co się stało, Will?

-Hmm? Och...cóż...- Will przyciska wewnętrzną stronę dłoni do oczu i stara się zignorować wilgoć zbierającą się pod jego powiekami. Jego rzęsy są mokre kiedy mruga wpatrując się w zachmurzone, szaro niebieskie niebo za oknem. - Musimy uporać się z kilkoma sprawami.- Mówi ostrożnie, mnąc dłońmi mankiety swojej i tak pomiętej koszuli.

-Staracie się z tym uporać? - Pyta z wahaniem choć stanowczo Alana. - Czy też nie mogliście się z tym uporać?

Will wybucha smutnym śmiechem i dusi w sobie zduszony szloch starający się wyrwać z jego krtani. Wzrusza ramionami a potem mówi w cichy, skrzypiący sposób, który sprawia, że nienawidzi samego siebie. - Sam nie wiem.

-Will, czy to wszystko jest związane z twoim wypadkiem?

-Słucham?

-Czy rozwaliłeś samochód z powodu Hannibala?

-Nie, ja...- Wydawało mi się, że potrąciłem jelenia i starałem się go wyminąć.

-Co ty? - Pyta Alana odstawiając kubek.

-Pokłóciłem się z nim. Byłem rozkojarzony. Dlatego zjechałem z drogi. To nie była jego wina.

-Twoja też nie. - Odpowiada Alana zmuszając go aby powiedział coś innego. Kiedy Will tego nie robi, ona dodaje – Naprawdę powinnam z nim porozmawiać.

-Alano, nie trzeba.

-Nie powinien był zostawiać cię samego w takim stanie.

-Czuję się całkiem nieźle.

-Wiesz, że nie o to mi chodzi. -Wzdycha Alana. - On nie powinien był zostawiać cię samego w szpitalu. To bardzo dziecinne z jego strony.

To bardzo ciekawy sposób na opisanie Hannibala. Najciekawsze jest to, że Will się z nią zgadza.

Alana dopija swoją kawę i wylewa zawartość kubka Willa do zlewu. Idzie za Willem korytarzem i mówi mu, że zostanie u niego aby upewnić się, że nic mu nie jest kiedy on prześpi się po wstrząśnieniu mózgu. Will chce dotrzymać jej towarzystwa ale ona domaga się tego aby się położył.

-Wyglądasz jakbyś nie spał całą noc. - Odpowiada Alana wprowadzając go do jego sypialni. Przegląda stojącą tam półkę z książkami i wychodzi z Faustem Goethe'go.

Kiedy zamykają się za nią drzwi Will siada na brzegu łóżka by zdjąć buty. Zamiera słysząc dochodzące spod łóżka drapanie i rozluźnia się kiedy okazuje się, że to Harvey starający się wydostać ze swojej ulubionej kryjówki. Will zdejmuje spodnie a beagle wskakuje na łóżko. Will drapie jego nędzną sierść kiedy pies wdrapuje mu się na kolana.

Will podnosi Harvey'a i stawia go na podłodze a potem zdejmuje okulary, zostawiając je na półce z książkami i zasłania okna. Wczołguje się na łóżko i wzdycha kiedy jego głowa dotyka poduszki. Kawa kompletnie na niego nie podziałała. Chociaż w sumie on ledwie jej dotknął. Jest głodny, wyczerpany i prawie pewien tego, że Hannibal zostawił go zeszłej nocy – a raczej, że to on zostawił Hannibala.

Zasypiając Will czuje jak krótkie pazury Harvey'a wbijają się w jego plecy przez koszulę. Najwyraźiej pies stara się na niego wspiąć aby zająć miejsce tam, gdzie kręgosłup Willa wygina się lekko między jego żebrami a kością ogonową.

Will wzdycha i unosi głowę z poduszki, żeby zganić psa ale nagle się zatrzymuje. Na stoliku obok łóżka leży list.

Will wyciąga dłoń i podnosi go spod stojącej na nim fiolki z aspiryną. Fiolka spada z grzechotem na podłogę sprawiając, że Will myśli o swoim koszmarze. Drżąc przysuwa sobie liścik do twarzy aby móc go przeczytać. Czuje zapach wody kolońskiej Hannibala i wie, że to jego charakter pisma.

Mój drogi Williamie,

Mam nadzieję, że mi to wybaczysz, ale wpadłem tu zeszłej nocy żeby nakarmić twoje psy przed powrotem do domu. Podobał mi się czas jaki ze sobą spędziliśmy i mimo sposobu w jaki się rozstaliśmy uszanuję twoją prośbę i zostawię cię w spokoju. Dzięki tobie zmieniłem się w zdumiewający sposób i mam nadzieję, że nadal mogę liczyć na przyszłość z tobą bez względu na to, czy nasz związek może na powrót stać się tym, czym kiedyś był.

H.

Will mnie w palcach liścik i chowa twarz w poduszce. Pozwala wypełniającym go emocjom uciec w formie pojedynczego gwałtownego szlochu. Rzuca zmiętym liścikiem o ścianę.

Jeden z psów drapie w drzwi sypialni. Po chwili Alana otwiera je i do pokoju wbiegają co najmniej cztery. Alana zamyka drzwi tak cicho jak je otworzyła a Will czeka aż umilknie halas jej kroków i odwraca się aby spojrzeć na psy. Winston leży na podłodze u jego boku. Fenris pilnuje drzwi a Penelopa przypatruje mu się uważnie leżąc w nogach łóżka. Simon z resztą sfory zostali w drugim pokoju, żeby pilnować Alany.

Will wysuwa dłoń aby podrapać Winstona między uszami i wtula twarz w poduszkę starając się zignorować mokre plamy łez na poszewce. Jest tak zmęczony, że nie musi walczyć o to by móc zapaść w sen i na tyle wyczerpany, że nie obchodzą go koszmary jakie mogłyby mu się przyśnić. Po prostu zasypia synchronizując swój oddech z odgłosem chrapania wydawanym przez wtulonego w jego plecy Harvey'a.