Kocham cię najbardziej
Mocniej niż całą resztę
Tych, które spotkałem latem

The Doors - Indian Summer


Hannibal przesuwa palcami zawartość wizytownika nie zwracając uwagi na migające przed jego oczami imiona. Zwykle może przypomnieć sobie każde, najmniejsze nawet wykroczenie popełnione przez właścicieli imion wypisanych na wizytówkach. Pamięta też czas i miejsce tego gdzie ich zabił i jak wyglądali.

Teraz, kiedy patrzy z wizytówki na wizytówkę imiona wydają mu się kompletnie nieznajome. Czyta je więc na głos : Helena Sargent, George M. Raptis, Shane Cleary, Lawrence Durant...

Wydziera każdą wizytówkę i przygląda się jej, niezadowolony z wyboru czcionki jaką wypisane są dane. Wizytówki opadają na kuchenną posadzkę wyrażając jego uczucie zawodu. Jest ich dwanaście zanim Hannibal orientuje się co właśnie zrobił. Przyklęka aby je zebrać i wyrzuca je do śmieci. Zamyka wizytownik i chowa go do szafki wiszącej przy lodówce.

Jego dom jest pusty i cichy. Hannibal nie czuje się w nim jak w domu.

Opierając się o blat Hannibal zastanawia się nad swoim postępowaniem po wypadku Willa. Nie spodziewał się kolejnej konfrontacji. Nawet kiedy już do niej doszło nie spodziewał się, że reakcja Willa tak bardzo zaszkodzi ich związkowi. Ledwo pogodzili się po ostatniej kłótni, tylko po to by znowu się pokłócić. Chciał zapytać Willa skąd on wiedział, ale tak naprawdę to nie miało znaczenia.

Hannibal zawsze wiedział, że Will jest jedynym człowiekiem zdolnym go złapać i, że zrobiłby to jeżeli Hannibal pozwoli mu się do siebie zanadto zbliżyć. A jednak pozwoliłby Will zbliżył się do niego bardziej niż ktokolwiek przed nim. Nie chciał pokazać mu wszystkiego dopóki nie był pewien, że Will mu nie ucieknie. Jednak pokazał mu to a Will od niego uciekł. Obaj uciekli.

To, że zostawił Willa w szpitalu było niedbałe i nie odpowiedzialne. Hannibal godzi się z tym lepiej niż kiedy zeszłej nocy uciekł ze szpitala.

Nie powinien był dopuścić do tego by Will roztaczał nad nim tak wielką moc. Nikt nie powinien mieć dostępu do jego serca i umysłu ale Will bez trudu uzyskał ten dostęp kiedy tylko spojrzał mu w oczy. Są ze sobą nie rozerwalnie połączeni niczym dwie połówki atomu przed rozszczepieniem. Ich obecne rozstanie oznaczało nadejście czasu chaosu i zniszczenia.

Hannibal wzdycha i podchodzi do lodówki. Talerzyk z Marokańskimi pomarańczami nadal stoi na najniższej półce tuż obok mleka. Hannibal wyjmuje go i stawia na blacie ostrożnie zamykając drzwi lodówki. Potem opiera się o blat czekając aż piekarnik dostatecznie się rozgrzeje. Chciał nakarmić pomarańczami Willa w geście dobrej woli, aby pokazać mu równowagę ich umacniającego się związku.

Wstawiając talerzyk do piekarnika myśli jednak, że chyba był idiotą myśląc, że jest gotowy na ciężar i siłę więzi, którą tak bardzo starał się stworzyć z Willem. Nigdy przedtem nie czuł się tak obnażony...tak kompletnie rozłożony na łopatki.

Will jest niebezpieczny. Stanowi ciągłe zagrożenie dla wygodnego, łatwego sposobu życia Hannibala. Może zmienić zdanie na temat tego czy Hannibal jest wart zachodu równie łatwo jak Hannibal mógłby stwierdzić, że to Will nie jest tego wszystkiego wart, chociaż Hannibal wie, że Will nigdy by tak nie pomyślał.

Hannibal musiał użyć całej silnej woli aby zeszłej nocy opuścić salę szpitalną Willa. Chciał na odchodne pocałować Willa w usta, ale nie zdobył się na to chociaż wiedział, że prawdopodobnie wystarczyłoby to aby Will zmienił zdanie.

Delikatne pomarańcze więdną lekko przy brzegach i Hannibal wyjmuje talerzyk z piekarnika. Posypuje owoce cynamonem i zjada je widelcem, opierając łokcie o blat i pochylając ciało nad talerzem.

Ma ochotę zadzwonić, ale się powstrzymuje. Obiecał Willowi, że zostawi go w spokoju i ma zamiar dotrzymać słowa. Przynajmniej ten jeden raz.

Jeżeli Will zdecyduje się do niego wrócić, wróci na dobre. Hannibal podejrzewa, że Will, podobnie jak on sam, nie będzie mógł znieść dystansu jaki między nimi powstał. Wyobraża sobie psy Willa stłoczone wokół niego niczym mur kłów i pazurów, wyczuwające niepokój swojego pana.

Hannibal zjada pomarańcze. Czuje w ustach ich słodki smak. Bardzo żałuje tego, że nie udało mu się utrzymać wewnętrznego spokoju na tyle długo aby mógł nakarmić nimi Willa. W odpowiednim czasie i miejscu to danie może być bardzo zmysłowe, chociaż w ostatnim czasie nie potrzebowali pomocy afrodyzjaków. Nie doczekali nawet do samej kolacji i pieprzyli się na kuchennym blacie.

Hannibal był odważny i wiele razy dowiódł tego, że potrafi też być spontanicznym kochankiem, chociaż to co według Willa jest spontaniczne, prawdziwie spontaniczne, zmusza Hannibala do myślenia.

Will znalazł wiele sposobów aby go zaskoczyć: widok niedbale ubranego Hannibala, to jak Hannibal wygląda w garniturze, przywiezienie mu naprawdę pysznej kanapki na lunch. No i oczywiście to coś, co Will stara się utrzymać przed nim w sekrecie: jego niespodziankę.

Hannibal stara się, chociaż mu się to nie udaje, domyślić się co to mogłoby być, i czy dowie się teraz kiedy wszystko zniszczył.

Myje talerzyk chwiejąc się lekko z powodu nadmiaru spożytego cukru. Przez cały dzień nie jadł nic innego.

Zwykle nie zdarza mu się omijać posiłków ale nie czuł głodu od zeszłej nocy kiedy to przyglądał się Willowi leżącemu w szpitalnym łóżku i zakutemu w gorset szyjny. Wpatrywał się w jego spokojne, nieruchome ciało przez prawie godzinę zanim stwierdził, że pójdzie poszukać kawy. Znalezienie porządnego posiłku zajęłoby zbyt wiele czasu a Hannibal chciał być przy Willu kiedy ten się obudzi.

Wrócił z dwoma kubkami kawy, kupionej na stacji benzynowej oddalonej o przecznicę od szpitala i wyszedł na chwię aby porozmawiać z lekarzem o wynikach tomografii komputerowej Willa. Nic nie wykazała. Nie znalezli ani śladu zapalenia mózgu, tak jak podejrzewał Hannibal. Widać by je było na wynikach rezonansu magnetycznego czy też punkcji lędźwiowej a Willowi nie zlecono żadnego z tych badań.

Wstawiwszy talerzyk do szafki Hannibal stoi przez chwilę w cichej kuchni ze wzrokiem utkwionym w miejscu gdzie Will wskoczył na blat, zrzucając wszystko co stało mu na drodze do tego, by mógł leżeć tam płasko podczas kiedy Hannibal otwierał go własnymi palcami.

Wychodzi z kuchni i udaje się do biblioteki. Zdejmuje z półek kilka książek nie patrząc na tytuły. Układa je w stos i niesie w kierunku sofy układając je na jednej z poduszek. Materiał jest czysty i wyprasowany, chociaż jeszcze kilka tygodni temu Will leżał na sofie niczym nagi, zdesperowany i błyszczący od potu smakołyk.

Hannibal mruga przeganiając wspomnienie i skupia uwagę spowrotem na książkach. Bierze jedną i rzuca nią o podłogę na tyle mocno by siła uderzenia otworzyła przednią i tylną okładkę a potem otwiera ją na przypadkowej stronie. Powtarza to z każdą książką sprawdzając na której stronie je otworzył i szukając powiązań tam gdzie one nie istnieją.

Will prawdopodobnie jakieś by znalazł gdyby przyjrzał im się bardziej dokładnie. Prawdopodobnie mógłby przeczytać pierwsze i ostatnie zdanie z każdej ze stron i stworzyć z nich odrębną historię. Jego piękny umysł uwiłby skomplikowane sieci z każdego przeczytanego słowa. Siedziałby tu z zamkniętymi oczami, lekko otwartymi ustami i ramionami drżącymi lekko z powodu nadmiaru atakujących go informacji wyprodukowanych przez jego niesamowitą wyobraźnię podczas kiedy on sam odkrywałby znaczenie i intencję kryjące się w każdym symbolu czy też anegdocie.

Umysł Willa, jego unikalny dar percepcji są cudownymi wybrykami natury. Wiele razy to Hannibal stawał się ich celem, ale tym razem Hannibal odsunął się tak daleko jak tylko mógł. Bliskość Willa była zupełnie inna od tego jak wyobrażał ją sobie Hannibal.

Myślał, że to da mu wolność, przyniosłoby im poczucie zrozumienia siebie nawzajem w tak ostrym świetle. Gdyby Hannibal był na to gotowy, gdyby był naprawdę pewien, że tego chce, mógłby to być cudowny moment, niepodobny do żadnego z wcześniejszych wspomnień Hannibala ani do niczego co Hannibal mógłby wymyślić. Wie, co mogłoby być. Po prostu nie był gotowy na to, w momencie kiedy do tego doszło. Nie wiedział, jeszcze, czy Will zatrzyma go czy też opuści, a bycie opuszczonym po tym kiedy okazał Willowi całego siebie byłoby najgorszym ciosem jaki kiedykolwiek mógłby wymierzyć mu Will.

Gdyby Hannibal nie obawiał się tak bardzo bycia odrzuconym przez Willa, prawdopodobnie udałoby mu się uratować sytuację. Nie uciekliby od siebie niczym dzieciaki uciekające przed potworami nawiedzającymi ich koszmary.

Chociaż Hannibal nie chce się do tego przyznać, naprawdę tak bardzo się bał. Will to, oczywiście, zauważył, a jego spostrzeżenie postawiło Hannibala pod ścianą nie pozwalając mu się odegrać. Był zbyt zaskoczony aby odwrócić sytuację na swoją korzyść i wykorzystać ją przeciwko Willowi. Najbardziej jednak zaskoczyła go niechęć do tego aby wykorzystać osłabiony stan umysłu Willa i jego wyraźnie widoczną ochotę do pojednania.
Hannibal pragnie aby Will wrócił ze swojej własnej woli, nie dlatego, że Hannibal zmusił go do zmiany zdania, nakłonił go do powrotu. Powinien mieć inne powody, ale ich nie ma. Zamiast się nad tym zastanawiać, Hannibal opiera dłonie na kolanach i spogląda na leżące na podłodze książki. Dwie z nich to podręczniki z dziedziny fizyki, kolejna to podręcznik psychologii, jeszcze inna to podręcznik filozofii a pozostałe cztery to klasyczne powieści.

W jednym z podręczników fizyki czyta: „Negatywna krzywa prowadzi do praktycznej nieokreśloności przepływu na ścieżce tylko kilka razy dłuższej od charakterystycznej długości ścieżki zmiana pierwotnych warunków może wzrosnąć nawet stokrotnie."

Hannibal wpatruje się w słowa wydrukowane na kartce i zastanawia się o tym czy to właśnie w ten sposób Will wyciąga swoje wnioski. Zastanawia się czy Will łączy ze sobą niedostrzegalne fragmenty potłuczonej zagadki i łączy je ze sobą dopóki w kontekst, który popiera każdą kolejną hipotezę dopóki nie odkryje jednej prawdy; dopóki nie rozwiąże zagadki.

Czyta fragment z Matematycznych Metod Mechaniki Klasycznej Arnolda: „Negatywna krzywa wpływa na wzrost praktycznej nieokreśloności przepływu."

Pojęcie krzywej jest prostym, choć jednocześnie fundamentalnym pojęciem geometrycznym. Krzywa jest obecna w linii, której nie można nazwać prostą w kształcie, którego nie można nazwać płaszczyzną. To sposób w jaki geometria wyjaśnia zjawisko tarcia między dwiema płaszczyznami o innych wymiarach równań matematycznych skonfigurowanych w ledwie widoczne krawędzie wielokąta.

Hannibal stara się zrozumieć Willa przy pomocy tego konceptu. Stara się wyobrazić sobie umysł Willa jako asymptotyczną litanię stopionych ze sobą myśli, marzeń i pragnień. Myśli o umyśle Willa jako o powierzchni, od której odbijają się przepływające przez synapsy impulsy elektryczne. Umysł Willa przypomina mu nieskończone czarne płótno przypominające nocne niebo rozświetlane od czasu do czasu wybuchami koloru i uczucia podobnego do strzelającego prochu.

Ostatnie zdanie na końcu prawej strony Psychologii Stosunków Międzyludzkich Heidera brzmi: „Nasza orientacja jest skierowana ku wyjaśnieniu niektórych naiwnych, ukrytych leżących u podstaw percepcji zasad, które łączą konfiguracje bodźców prezentowanych obawiającej się jej osobie."

Hannibal jest zdziwiony tym jak przemawia do niego to zdanie. To przedstawia mu obraz Willa takiego jakim jest. Zamiast skupiać się na tym co go frustruje Hannibal sięga po Diabły z Loudon Huxley'a. Czyta: „Tak więc Grandier został posądzony o czarodziejstwo a Urszulanki zostały opętane przez szatana."

W dawnych czasach, Will mógłby zostać posądzony o konszachty z diabłem. Hannibal czasami zastanawia się to stałoby się z Willem w mniej cywilizowanym społeczeństwie gdyby nie okazał się pomocny organom ścigania. Hannibal podejrzewa, że Will trzymałby swoje umiejętności w sekrecie i wiódłby spokojne życie ze swoją umiarkowanie ładną żoną i synem, z daleka od szaleństwa na jakie nastawiają go Hannibal i Jack Crawford.

Hannibal patrzy na rozrzucone dookoła siebie książki nie wiedząc dokładnie co chciał w nich znaleźć. Wydaje mu się, że chciał zbliżyć się w ten sposób do Willa i ta myśl sprawia, że wzbiera w nim złość.

Wychodzi z biblioteki pozostawiając porozrzucane wokół sofy książki i wychodzi do ogrodu. Już dawno zapadła noc. Jest już po dziesiątej trzydzieści. Hannibal patrzy na ogromny dąb rosnący obok szopy na narzędzia i przypomina sobie nagie nogi Willa wystające spoza szerokiego pnia drzewa. Hannibal zdejmuje marynarkę i krawat i zostawia je na stole przy którym on i Will jedli stek i biszkopt z truskawkami, potem podwija rękawy i podchodzi do drzewa.

Jego spodnie raczej nie nadają się do wspinaczki ale Hannibal zna swoje ciało, i to drzewo, na tyle dobrze aby zapobiec zniszczeniu ubrania, kiedy wspina się używając jedynie siły swojego ciała i nogi opartej o pień drzewa. Wdrapuje się na dolną gałąź a potem odwraca się i szuka drogi na wyższe partie drzewa. Opiera dłonie o dwa nie dalekie konary, przerzuca ciało ponad wgłębieniem między innymi poziomo-pionowymi gałęziami i siada. Opiera się o pień drzewa i przypatruje niebu i gwiazdom. Tej nocy widać je wyjątkowo wyraźnie.

Tuż nad sobą widzi Gwiazdozbiór Wolarza oraz jego psy Asteriona i Chiarę, słabe punkty świetlne przy lepiej widocznej sylwetce ich pasterza. Wokół niego widać także Głowę Węża i Koronę Północną. Tuż obok Wolarza znajduje się Herkules uzbrojony, według Hannibala, w maczugę lub kij.

To, że obaj mogli kiedyś razem polować, Wolarz ze swoimi chartami a Herkules uzbrojony w różne rodzaje broni wykorzystujących jego siłę, jest interesującym pomysłem. W dawnych czasach mit otaczający gwiazdozbiór Wolarza podawał go, za myśliwego, a wcześniej opiekuna, niedźwiedzi. Astronomicznym dowodem jego polowań na niedźwiedzie jest bliskość gwiazdozbioru Wolarza do Wielkiej Niedźwiedzicy, jak gdyby myśliwy z psami cały czas tropił zwierzę na nocnym niebie.

Hannibal zastanawia się czy Will zauważyłby podobieństwo jego i Hannibala do tych dwóch postaci obecnych na niebie, wiszących nad światem niczym soczewka umożliwiająca cofnięcie się w bardzo odległą przeszłość. Hannibal, je widzi, widzi siebie jako myśliwego znanego z wielkich wyczynów a Willa, jako opiekuna niedźwiedzi, syna Demeter.

Przypomina sobie Corę, przyjaciółkę Abigail i to, że porównał ją do Persefony, córki Demeter. Chciałby poznać dziewczynę, której udało się skraść serce Abigail bez względu na trudności w komunikacji.

Z nadejściem jesieni Persefona wróciłaby do podziemi, aby spędzić czas ze swoim mężem, wszechmogącym Hadesem. Żal jej matki powstrzymałby płodność ziemi i sprowadził mróz aby ukarać ludzkość za cierpienie ich córki. Wiosną, wróciłaby do matki a bukoliczny świat cieszyłby się razem z nimi. Historia ich wiecznego cierpienia miała za zadanie wyjaśnić zmieniające się pory roku i racjonalizację cyklu życia i śmierci.

Hannibal zastanawia się czy Cora cierpi z tego samego powodu, czy jej przekleństwem jest niezwykła uroda. Tak czy inaczej Hannibal nie winił jej za to co się jej przytrafiło, chociaż jej ból wydaje mu się tak samo piękny jak tragiczny. To niewinna dziwczyna, która musi cierpieć z powodu głupoty innych.

Być może to samo tyczy się jego fascynacji Willem. Być może Hannibal pragnie go tak bardzo ponieważ wie, że aby do końca posiąść jego kruchą czystość musiałby go kompletnie zniszczyć.

Tylne drzwi jego domu otwierają się i Hannibal ąda spomiędzy więdnących liści i zauważa sylwetkę stojącą na słabo oświetlonym progu. Patrzy jak ta druga osoba wychodzi na taras i przygląda się rzeczom, które Hannibal zostawił na stole. Rozpoznaje ciemne loki Willa oraz oprawki jego okularów.

Hannibal woła go i Will podskakuje a potem spogląda w kierunku domu. Ogród jest pogrążony w ciemnościach ponieważ Hannibal nie włączył światła na tarasie przed wyjściem z domu.

Hannibal odwraca się, unosząc z miejsca, w którym siedzi i wyłania się z pomiędzy gałęzi drzewa. Ktoś drobniejszy od niego miałby z tym mniej problemów, ale Hannibal jest na tyle gibki aby znaleźć drogę w dół sprawiając, że zejście nie sprawia mu większego problemu. Kiedy zeskakuje z ostatniej gałęzi, Will przygląda mu się z zaskoczeniem.

Oczy Hannibala przyzwyczajone są do mroku, co sprawia, że widzi on wyraźnie twarz Willa, chociaż podejrzewa, że Will jeszcze go nie widzi.

-Hannibal?

-Tak, Williamie. - Hannibal podchodzi do niego i wyjmuje z jego palców swój krawat. Ich palce dotykają się przez moment i Hannibal wie, że nie wyobraził sobie głośnego westchnięcia Willa.

-Potrafisz wspinać się po drzewach? - Pyta sceptycznie Will patrząc na to jak Hannibal przewiesza sobie krawat pod kołnierzykiem. Nie zawiązuje go jednak i sięga po marynarkę, którą przewiesza sobie przez ramię zostawiając podwinięte rękawy koszuli.

-Moja rodzinna posiadłość na Litwie była bardzo rozległa. Mieliśmy tam dużo drzew. - Hannibal przechodzi przez taras i otwiera drzwi przed Willem. - Postanowiłem, wspiąć się na każde z nich. - Odwraca się aby wejść do kuchni i potyka się o próg kiedy zauważa stojące na kuchennej wyspie przykryte folią szklane naczynie.

Will wymija go, wpychając dłonie głęboko w kieszenie spodni i mówi przez ramię, nie odwracając się do Hannibala. Mówi:

-Wiem, że trochę późno na kolację, ale wczoraj nie zdążyliśmy zjeść tego co przygotowałeś. - Will zaczyna gmerać przy folii okrywającej szklane naczynie. Wzdycha i drapie się w głowę.

-To nie jest sposób w jaki chciałem ci powiedzieć. - Wypala nagle, odwracając się do Hannibala.

-Co chciałeś mi powiedzieć Williamie?

Hannibal podchodzi ostrożnie do Willa, badając jego reakcję. Narazie wszystko jest w porządku. Jak gdyby ostatnie dwa dni wcale się nie zdarzyły, chociaż Hannibal stara się nie robić sobie złudnych nadziei. Palce Willa odrywają odrobinę folii nadal jednak uniemożliwiając Hannibalowi spojrzenie w głąb naczynia.

-Chciałem poczekać, aż stanę się w tym lepszy. - Mruczy Will i odchodzi od wyspy jak gdyby w ogóle stracił zainteresowanie tajemniczą zawartością naczynia.

Hannibal podchodzi jeszcze bliżej, obliczając ryzyko tego, że w pojemniku znajduje się ludzkie serce lub, odcięta ludzka dłoń. Perspektywa takiego znaleziska jest niezwykle radosna, z wielu powodów. Po części dlatego, że podnieca go to, że Will mógłby przynieść mu część swojej własnej zdobyczy w zamian za zawieszenie broni. Z drugiej strony Hannibal przeraziłby się gdyby Will okazal się skłonny zrobić coś takiego tylko dla ratowania związku. To nie jest sposób w jaki Hannibal chciał zaznajomić Willa ze swoim stylem życia.

Zaczyna odkrwać pojemnik, ale Will podchodzi do niego nagle i łapie go za nadgarstek. Ich klatki piersiowe stykają się ze sobą i Will jest tak blisko. Nie minęły nawet dwadzieścia cztery godziny, ale Hannibal zastanawia się czy ich wymuszona rozłąka sprawiła, że jest aż tak wrażliwy na bliskość Willa.

Will oblizuje usta i mruga. On także odczuwa coś podobnego.

-Miałeś mnie nie zostawić. - Mówi rozluźniając uścisk na nadgarstku Hannibala. Hannibal postanawia zaryzykować i cofa dłoń dopóki ich palce nie stykają się ze sobą. Przygląda się temu jak Will przygryza dolna wargę i cieszy się cicho kiedy Wil splata ich palce ze sobą. Will wzdycha cicho i chowa twarz w szyi Hannibala.

-Powiedziałeś mi, żebym sobie poszedł.

-Chciałem, żebyś wrócił. - Odpowiada ze złością Will a jego dłoń wspina się po ramieniu Hannibala zatrzymując się na jego bicepsie. - Ciągle oczekujesz, że cię zostawię. Aż dziw, że tego nie zrobiłem.

Hannibal obejmuje Willa ramionami. Will zaciska dłoń na rękawie Hannibala, drugą obejmując go za szyję.

Wypowiedzenie słów Bałem się wymaga od Hannibala niemal nadludzkiej siły.

Will wtula się w ciało Hannibala i obejmuje go mocniej. Kiwa głową w jego obojczyk.

-Wiem.- Odpowiada przesuwając nosem po gardle Hannibala tam, gdzie jeszcze nie dawno widać było ślady zębów Willa. - Czasami powinieneś pozwolić sobie na strach.

Hannibal przypomina sobie co Will powiedział o strachu i o tym aby nigdy nie tracić go z oka. Przytula Willa jeszcze mocniej, tak że oddychanie staje się utrudnione z powodu ich wciśniętych w siebie ciał. Hannibal nie chce mieć na oku nikogo poza Willem. Tak zdecydował.

-Casson był prezentem. - Szepcze Hannibal. Czuje niesamowitą dumę kiedy Will nie drży słysząc jego słowa.

-Podobnie jak Cassie Boyle. - Mówi za niego Will rozluźniając nieco uścisk ale dbając o to by ich ciała nadal były blisko. Lekko pochyla głowę sprawiając,że jego włosy ocierają się o czoło Hannibala. - A Marissa Schurr była…

Hannibal pozwala Willowi zamilknąć, pocierając lekko dół jego pleców i naciskając na jedenasty i dwunasty krąg piersiowy. Will uwielbia stymulację kręgosłupa. W prawdzie nigdy nie powiedział o tym otwarcie, ale Hannibal wyczuwa to w sposobie w jaki jego ciało rozluźnia się kiedy jego palce są gdzieś w okolicy nerwów kręgowych. Teraz, po wypadku i ich krótkiej rozłące, uczucie jest pewnie jeszcze lepsze.

-Marissa Schurr była niegrzeczna wobec matki. - Will zamyka oczy i puszcza kark Hannibala żeby potrzeć je dłonią, wsunąłwszy ją pod okulary.

-Czy ty w ogóle spałeś, Williamie?

-Słucham? Ach tak, trochę. - Potrząsa głową Will. - Alana została ze mną rano i mnie zmusiła. Radzę ci unikać jej przez następnych kilka dni. - Ostrzega z roztargnieniem. Hannibal nie musi pytać dlaczego. Alana będzie bronić Willa przed każdym. Jackiem Crawfordem czy samym Hannibalem. Gdyby Will miał większe szczęście, wybrałby ją zamiast Hannibala. - Nie jestem zmęczony.

Hannibal nie wierzy mu ani przez chwilę ale to nie ma znaczenia. Jest zbyt późno aby wysłać go w godzinną drogę powrotną do Wolf Trap. Tej nocy zostanie u Hannibala.

Hannibal przygląda się temu jak Will poprawia okulary a potem spuszcza wzrok na stojące na kuchennej wyspie naczynie. Hannibal postanawia nie myśleć o tym jeszcze chwilę i pochyla się aby pocałować Willa. Will jest zmęczony w przeciwieństwie do tego co powiedział. Hannibal jest podwrażeniem, że wsiadł w tym stanie do samochodu i przyjechał tutaj aby się z nim zobaczyć. Will pochyla się do ich pocałunku i Hannibal czuje na skórze jego ciepły oddech. Hannibal chce zabrać Willa do łóżka. Chce mieć go pod sobą, nad sobą, w sobie. Pragnie aby Will był u jego boku aż do momentu kiedy czas się zatrzyma a świat wokół nich pęknie wokół ich splecionych razem ciał.

Will przerywa pocałunek, dysząc lekko w usta Hannibala. Jego głos jest cichy kiedy mówi. - To ciaska z kraba*.

-Słucham? - Pyta Hannibal a potem całuje Willa raz jeszcze zduszając przy tym jego odpowiedź. Upojony bliskością Willa Hannibal zaczyna obsypywać pocałunkami jego szyję szczękę i policzek. Will zaciska palce wokół jego kamizelki.

-Zapisałem się na kurs gotowania i zrobiłem dla ciebie ciastka z kraba. - Wyrzuca z siebie gwałtownie Will.

Hannibal prostuje się, nie wypuszczając z uścisku bioder Willa. Uważnie wpatruje się w jego oczy i widzi w nich jego niepewność i wahanie. Odwraca się do naczynia, zdejmuje z niego folię i widzi wspomniane przez Willa ciastka z kraba.

-Przepraszam, że nie przyjechałem wcześniej. Pierwsza partia rozpadła się w trakcie smażennia, do drugiej zapomniałem dodać masła, a potem dotarło do mnie, że skończyła mi się sól i musiałem jechać do sklepu a potem…

Hannibal całuje Willa jeszcze pięć razy a potem wypuszcza go z objęć. Will jest zarumieniony i ma skrzywione okulary. Nawet nie próbuje dokończyć ostatniego zdania. Przechyla tylko głowę do tyłu pozwalając by Hannibal przesunął nosem po jego szyi aż za ucho i do linii włosów na jego skroni. Will jest przewodnikiem a Hannibal przepływająceą przez niego energią.

Hannibal czuje się jednocześnie przerażony i niesamowicie odważny. Mieszanka wykluczających się nawzajem uczuć sprawia, że musi się odezwać.

-Myślałem, że nie chcesz mnie widzieć. - Mówi cicho w policzek Willa.

-Nie mogę…- Will wzdycha i odwraca głowę, chowając twarz w klatce piersiowej Hannibala. Jego głos jest przytłumiony, kiedy próbuje znaleźć odpowiednie słowa. - Przecież już ci mówiłem, że to wszystko wydaje mi się trwałe. Nie mogę się od tego odwrócić.

-Ale chciałbyś, gdybyś mógł, prawda Williamie?

W kuchni na moment zapada cisza a Will wtula się mocniej w Hannibala, który obejmuje go mocniej. Jedyną odpowiedzią Willa jest to, że potrząsa on głową opartą o szyję Hannibala.

Will jest ciepły. Oczywiście nadal ma lekką gorączkę a poza tym jest zbyt ciepło ubrany. Hannibal rozpina ciężką rybacką kurtkę Willa i zsuwa ją z jego ramion, nie chcąc niczego prowokować, chociaż i tak czuje przyjemne ciepło w żołądku. Will pozwala mu pozbawić się kurtki chociaż najwyraźniej nie rozumie jego intencji ponieważ zaczyna rozpinać guziki kamizelki Hannibala.

Hannibal wybucha śmiechem i powstrzymuje palce Willa, oszołomiony tym, że nie drżą. Oblizuje usta.

-Podaj talerze. Dobrze, Williamie?

-Jeszcze nic nie jadłeś?

Hannibal stara się lepiej dobrać słowa, jednocześnie starając się nie zwracać uwagi na to jak bardzo denerwuje go bycie prawdomównym. Wychodząc do korytarza aby powiesić kurtkę Willa, mówi mu, że tego dnia przegapił kolację. Kiedy wraca do kuchni, znajduje tam Willa trzymającego w dłoniach talerze i przyglądającego się mu tak, jakby nagle urosła mu druga głowa.

-Lubisz dramatyzować, co? - Drażni się z nim Will, patrząc na niego błyszczącymi z rozbawienia oczami.

-Tak, jeśli mam ku temu sposobność. - Odpowiada lekko Hannibal odbierając od Willa talerze i znikając w jadalnii. Po chwili wraca po ciastka z kraba. Daniu nie towarzyszą żadne dodatki ale i tak pachnie ono wybornie.

-Od jak dawna uczysz się gotować, Williamie?

Hannibal odwraca się, i wraca do kuchni gdzie zauważa brak Willa. Po chwili Will staje w korytarzu z butelką ciemnego wina w jednej ręce i wiaderkiem na lód w drugiej. Widząc Hannibala waha się przez moment, ale potem wraca do kuchni. Podaje wiaderko i butelkę Hannibalowi, wyjmuje z szafki dwa kieliszki i zanosi je do jadalni.

Hannibal stoi przez chwilę nieruchomo, jednak kiedy słyszy Willa, który wrócił do kuchni po sztućce rusza do zamrażarki po lód.

Will wychodzi ze sztućcami i czeka na niego w jadalni. Hannibal bierze wypełnione lodem wiaderko i wkłada do niego butelkę. Siada przy stole i odkrywa, że Will podał im jedzenie. Will wynosi naczynie oraz pogniecioną folię a potem siada u boku Hannibala w rogu stołu.

Hannibal przypomina sobie swoje pytanie i postanawia zadać je w innej wersji.

-Williamie, kiedy zamierzałeś podzielić się tym ze mną?

-Kiedy poczułbym się z tym pewnie. - Wyjaśnia Will wokół Widelca. Hannibal powstrzymuje się przed pochyleniem nad stołem by ucałować policzki Willa. - Chodzę tam odkąd przygotowałeś Placek Lotaryński dla Abigail.

Od wieczoru, kiedy śniło mu się, że wziął Hannibala za męża. I kiedy rozmawiali o tym, że chcą adoptować Abigail.

-Tak długo? - Pyta Hannibal, zaskoczony tym, że Willowi udało się utrzymać to w sekrecie.

-Ja także potrafię być przebiegły. - Odpowiada Will wzruszając ramionami, chociaż widać, że jest z siebie bardzo zadowolony.

Hannibal marszczy nos i odkrawa kęs ciastka z kraba. Will przygląda się temu jak Hannibal obwąchuje tę drobinę jedzenia. Czuć w niej zapach nie wyrośniętego chleba, z lekko odświeżającą nutą kraba i mocnym aromatem szalotek. Przeżuwa kęs i rozkoszuje się smakiem słodkiej papryki, skórki cytrynowej i delikatną ostrością Tabasco.

Will uśmiecha się do niego i sam zabiera się do jedzenia. Jego radość jest ciekawym zjawiskiem. Hannibal potrafi go jednak zrozumieć ponieważ dobrze zna ten szczególny rodzaj radości. Wie co czuje kiedy podaje komuś innemu potrawę, którą samodzielnie ugotował. Will często ma problem z tym czego oczekuje się od niego w bardzo trudnych sytuacjach więc rzadko kiedy wygląda na tak...ożywionego.

Hannibal sprawdza szyjkę przysypanej lodem butelki i stwierdza, że znajdujące się w niej wino jest wystarczająco chłodne aby móc je podać. Otwiera wino rzuciwszy okiem na butelkę. To Vérité La Joie. Napełnia kieliszek Willa a potem swój własny. Uśmiecha się lekko.

Hannibal czuje na sobie wzrok Willa. Kiedy butelka jest zakorkowana i na powrót zagrzebana w lodzie, mężczyzna odwraca się do Willa.

-Za prawdę i radość. - Will unosi kieliszek uśmiechając się nieśmiało.

- Vérité La Joie, Williamie. - Hannibal stuka lekko swoim kieliszkiem w kieliszek Willa odwzajemniając jego uśmiech.

Zjada kilka kęsów ciastka z kraba i odkrywa jak bardzo jest głodny. Stara się jednak dorównać tempem Willowi i ignoruje swój wilczy apetyt.

-Widziałeś jak umierał Casson? - Pyta nagle Will, przygryzając kawałek krabiego mięsa prosto z widelca. Hannibal przygląda się temu jak Will przeżuwa, przełyka a potem bierze kolejny kęs. Jego spojrzenie jest wbite w jedzenie dopóki zalegająca w jadalni cisza nie zaczyna mu przeszkadzać. Will bierze głęboki wdech a potem unosi wzok.

-Widziałem jak Fontaine Preston próbowała go zamordować.

-Casson umarł karetce. - Przypomina sobie Will. - Jaka ona była? - Jego pytanie jest nieśmiałe, chociaż on wcale się nie boi.

-Mądra, umiała manipulować ludźmi i lubiła dramatyzować.

-Czyli była podobna do ciebie.- Mruczy ponad kieliszkiem Will. Potrząsa nim zbyt długo z powodu yybraku wprawy i pociąga długi łyk.

-Nie winię nikogo poza sobą, za to co robię, Williamie.

Hannibal kończy jeść i popija wino. Zauważa, że Will nieznacznie go wyprzedził.

-Czyli nie uważasz, że to skutek...tego przez co przeszedłeś?

Hannibal mruga i wbija wzrok w Willa. Czuje w sobie gwałtowne ukłucie wściekłości ale stara się je zignorować. Zamiast tego skupia się na roztrzepanych włosach Willa i jego pogniecionych ubraniach. Przez chwilę zastanawia się czy po swoim wypadzie do ogrodu nie wyglądają teraz tak samo. Nie wydaje mu się jednak aby Will powiedział to głośno, nawet gdyby rzeczywiście tak było.

-Śmierć mojej siostry nie uczyniła ze mnie tego kim jestem. - Hannibal wstaje aby odnieść swój talerz do kuchni ale Will go powstrzymuje.

Hannibal przypatruje się palcom trzymającym się mocno grzbietu jego dłoni. Przez chwilę myśli o złamaniu ich za to, że ośmielają się trzymać go w bezruchu. Zamyka oczy czując surrealistyczny napływ zbyt wyraźnych wspomnień. Przypomina sobie rozwalony samolot, ciała rodziców, kajdany, które ocierały jego szyję aż do krwi.

Przypomina sobie zimno przenikające go aż do szpiku kości i niemal całkowicie białe niebo. Przypomina sobie to jak obejmował Mischę ramieniem chociaż oboje byli tacy mali i bezbronni. To jak życzył sobie bycia silniejszym i zdolnym go obronić zamiast bycia zmuszonym do ogryzania jej maleńkich kostek.

Hannibal słyszy odgłos wystrzału dochodzący do chatki. Ma sześć lat, tkwi w znanej sobie litewskiej głuszy a jego młodsza siostra nie żyje. Głos Willa dochodzi do niego niczym echo wycia wilka.

Hannibalu, wróć do mnie.

Lodowaty wiatr przedostaje się przez jego maleńki płaszczyk i uderza go w czoło. Podmuch jest tak silny, że Hannibal się przewraca. Hannibal leży na śniegu unieruchomiony w zimie panującej w jego umyśle. Korpus jelenia zabitego przez ludzi Grutasa leży niedaleko niego i po chwili zmienia się w sylwetkę żywego jelenia.

Słychać trzask łamiącego się lodu kiedy zwierzę strząsa jego sople ze swojego białego futra. Jego brzuch jest poplamiony na czerwono tam, gdzie brzuch łami został rozpruty a mięso zjedzone chociaż jej serce jeszcze biło.
Hannibalu, proszę cię, spójrz na mnie.

Zwierzę powoli unosi się, pochylając głowę tak, że jego poroże ociera się lekko o zimne, maleńkie paluszki Hannibala. Hannibal leży nieruchomo, rozluźniając się dopiero wtedy, kiedy czarne oczy zwierzęcia przez ułamek sekundy stają się niebieskie. Jego poroże jest jaskrawo czerwone i przeźroczyste, jak gdyby było zrobione z oszlifowanych rubinów.

Jeleń trąca Hannibala pyskiem i wyprowadza go z lasu, z dala od śmierci, popiołu i zepsutego mięsa.

Skarbie, spójrz na mnie.

Jeleń wydaje się błyszczeć nawet na tle śniegu. Hannibal trzyma się go, zaciskając paluszki w jego śnieżnobiałym futrze. Znowu upada na śnieg, niezdolny do dalszego marszu. Jeleń zdaje się to wyczuwać. Opada do pozycji spoczynku otulając swoim ciałem małą i drżącą sylwetkę Hannibala. Śnieg zaczyna padać coraz intensywniej, jego płatki stają się większe i cięższe.

Hannibal chowa twarz w śnieżnobiałym jelenim futrze i wsuwa dłonie w otwór w brzuchu zwierzęcia między zwoje jego jelita grubego. Zwierzę pociera nosem jego ucho i szepcze do niego głosem Willa: Po prostu otwórz oczy.

Hannibal rzeczywiście je otwiera i odkrywa, że leży na podłodze, z głową opartą o kolana Willa. Zza okularów widać jego łzy. Will wzdycha i obejmuje ramiona Hannibala a potem pochyla głowę i dotyka czołem jego czoła.

-Przestraszyłeś mnie. - Szepcze Will, przesuwając palcami przez spocone włosy Hannibala.

Kącik jego ust jest ubrudzony czymś klejącym. Hannibal odwraca lekko głowę i stwierdza iż rzeczywiście zwymiotował. Resztki jego wymiocin widnieją na rękawie koszuli Willa. Hannibal zauważa kawałki panierki i mięsa z kraba wśród lekko różowych wymiocin. Nieco dalej widać także resztki rozbitego szkła i porcelany.

Hannibal usiłuje usiąść. Will pomaga mu w tym a potem podpiera go ramieniem.

-Williamie, ja...

-Ostrożnie. Wydaje mi się, że chyba ugryzłeś się w język. - Ucisza go Will dotykając ustami włosów Hannibala tuż za uchem. W miejscu gdzie jeleń szturchnął go swoim wilgotnym ciepłym nosem.

-Twój jeleń. - Mówi powoli Hannibal, walcząc z wyczerpaniem. Jego język rzeczywiście wydaje mu się powiększony.

-Słucham?

-Był tam twój jeleń. Ze mną na śniegu.

Will mruga. Jego oczy stają się na moment oczami jelenia.

Zdejmuje okulary i ociera oczy rękawem. Potem zakłada je z powrotem i pociąga nosem. Po chwili z trudem wstaje i ciągnie Hannibala za sobą.

-Chodźmy. - Mówi.

Dopiero w połowie schodów do Hannibala zaczyna docierać, że to co widział było tylko przywidzeniem.

-Był piękny. - Mruczy do siebie Hannibal a każde słowo pali go sokami żołądkowymi. - Taki czysty i niewinny. - Will prowadzi go przez sypialnię do łazienki. Hannibal opłukuje usta podczas kiedy Will przygotowuje mu gorącą kąpiel.

Rozpina kamizelkę Hannibala, klękając przed nim kiedy Hannibal siada na desce sedesowej. Hannibal pozwala Willowi zdjąć z siebie kamizelkę i koszulę a potem wstaje by zająć się butami i paskiem.

-Wszystko w porządku? - Pyta Will ujmując jego twarz w dłonie.

-Najgorsze już minęło.- Zapewnia go Hannibal, ściskając jedną ręką ramię Willa.

Will ma więcej pytań ale powstrzymuje się przed ich zadaniem. Zbiera z podłogi kamizelkę, koszulę i pasek Hannibala i przesuwa jego buty pod ścianę. Znad wanny unosi się para. Will zakręca kurki kiedy jest ona w trzech-czwartych wypełniona wodą. Odwraca się aby zabrać od Hannibala resztę ubrań, które ten oddaje mu nieporządnie złożone.

-Zaraz wrócę, dobrze?

Will wtyka sobie ubrania pod ramię i delikatnie całuje Hannibala w czoło pokryte warstewką zaschłego potu. Hannibal patrzy za wychodzącym z łazienki Willem a potem wchodzi do wanny.

Myje się tam, gdzie czuje się najbrudniejszy, ale poza tym tylko siedzi w wannie rozkoszując się przyjemnym, niemal przytłaczającym, ciepłem. Kwadrans później wraca Will i siada na podłodze opierając się plecami o ściankę wanny. Po chwili odwraca się i opiera ramionami o brzeg wanny.

-Miałeś być tym stabilnym. - Mówi, uśmiechając się słabo.

-Nigdy ci tego nie obiecywałem. - Odpowiada Hannibal wpatrując się w kręgi na wodzie.

-Po prostu zemdlałeś prawda? Nie dla tego, że ciastka z kraba były niedobre? - Głos Willa jest cichy i ostrożny. Hannibal pozwala sobie na uśmiech.

-Były przepyszne, Williamie.

Kąciki oczu Willa marszczą się w uśmiechu. Will śmieje się cicho, przesuwając palcami po ramieniu Hannibala. Hannibal wyciąga rękę i splata swoje palce z palcami Willa. Wzdycha, zamyka oczy i opiera się o brzeg wanny.

-Chcesz, żebym ci go opisał?

-Tak.- Odpowiada cicho Will.

Przesuwa kciukiem po grzbiecie dłoni Hannibala a potem całuje wewnętrzną stronę nadgarstka.

-Był biały. - Mówi Hannibal odwracając głowę w jego stronę. - Z porożem zrobionym z czerwonego szkła.

-Mój jest czarny i ma pióra. - Mruczy Will.

Hannibal otwiera oczy i widzi, że Will zastanawia się czy powinien zadać pytanie, które mu się nasunęło. Will spogląda na Hannibala i obaj patrzą na siebie przez chwilę.

-Czy to byłem ja? - Pyta w końcu Will.

-Tak, to byłeś ty. - Odpowiada kiwając głową Hannibal i dotyka prawą dłonią policzka Willa.

-Powinniśmy się położyć. - Mówi Will nadal oplatając dłonią grzbiet dłoni Hannibala.

Wychodzi z łazienki kiedy Hannibal się wyciera. Z wanny powoli ucieka woda. Hannibal szybko myje zęby, zauważając jak zmęczone jest jego odbicie w lustrze.

Owinąwszy się w pasie ręcznikiem Hannibal wychodzi z łazienki i znajduje Willa w sypialni ubranego w bokserki i jedną z jego własnych nocnych koszul i siedzącego na łóżku z odrzuconą kołdrą. Hannibal uśmiecha się na ten widok zauważając z zainteresowaniem to w jaki sposób oczy Willa przesuwają się po jego klatce piersiowej i brzuchu.

Odwracając się w kierunku komody, Hannibal pozwala swojemu uśmiechowi zmienić się w grymas i odrzucając ręcznik na podłogę pyta:

-Podoba ci się to co widzisz, Williamie?

Słyszy za sobą śmiech Willa, cichy, rozbawiony chichot. Hannibal wie, że dla Willa te słowa mają specjalne, podwójne znaczenie. Hannibal uśmiecha się do siebie i zakłada bokserki a potem spodnie od piżamy. Wyłącza światło a potem wraca do łóżka zakładając koszulę.

Hannibal opiera kolano na materacu i spogląda ciekawie na Willa.

-Zająłem się wszystkim. - Odpowiada spokojnie Will, ciągnąc Hannibala za koszulę - Połóż się.

-Zamknąłeś drzwi?

Will unosi się na łokciach i spogląda na Hannibala unosząc brew.

-Naprawdę zamykasz w nocy drzwi?

-Williamie...- Hannibal wzdycha i odwraca się do wyjścia. Will powstrzymuje go siadając i obejmując go ramionami.

-Zająłem się wszystkim. - Śmieje się Will i całuje Hannibala w szyję. - Jestem po prostu zaskoczony, że pamiętasz o tym, by co wieczór zamknąć drzwi.

-Ciągła czujność Williamie.

Hannibal pozwala Willowi położyć się na łóżku i rozluźnia się kiedy Will obejmuje go ramieniem. Potem przerzuca jedną nogę przez nogi Hannibala.

Leżą tak przez długą chwilę w zgodnej ciszy. Klatka piersiowa Willa porusza się wzdłuż pleców Hannibala z każdym jego oddechem.

Po jakimś czasie Hannibal stwierdza, że Will musiał już zasnąć i odwraca się na bok i z dala od niego. Jednak okazuje się, że Will z dnia na dzień staje się lepszy w oszukiwaniu go. Obejmuje Hannibala mocniej i i przyciąga go do siebie bliżej tworząc między nimi obszar ochronnego ciepła.

Will przesuwa nosem po karku Hannibala lekko wdychając powietrze. Hannibal doskonale wie co robi Will.

Przez chwilę jednak zastanawia się czy kiedy on to robił, jego zamiary również były tak bardzo oczywiste. Ten gest i tak wywołuje u niego uśmiech kiedy czuje nos Willa przesuwający się po wilgotnych włosach na jego karku i prawdopodobnie wdychający zapach ciepłej wody i lekko piżmowego mydła.

-Chcesz porozmawiać o tym co się stało? - Pyta w jego ramię Will.

Hannibal zastanawia się, trzymając przedramię Willa obiema dłońmi.

-Jeśli nie chcesz, to w porządku. - Szepcze Will całując jego mięsień czworoboczny.

-Kiedyś o tym porozmawiamy. - Odpowiada ostrożnie Hannibal, rozumiejąc swoją obietnicę a jednocześnie nie mogąc jej pojąć. Wydaje mu się jednak, że Will go rozumie i to nawet go nie dziwi.

Kolejna chwila mija im w ciszy i Hannibal zaczyna czuć senność powoli wypełniającą jego umysł.

-Co robiłeś z książkami? - Pyta leżący obok niego zaspany Will. Odgłos ziewnięcia maskuje jego drugie pytanie. - W bibliotece.

Hannibal odpowiada mu po długiej chwili ciszy – Chciałem zmienić swój punkt widzenia..

Will ziewa raz jeszcze wtulając twarz w łopatkę Hannibala i zaciskając wokół niego ramiona. Potem pyta: Na czyj?

-Twój Williamie.

Coś w ciężarze ciała Willa zmienia się. Will podpiera się na ramieniu nie owijającym w tej chwili torsu Hannibala i unosi się aby pocałować Hannibala prosto w dolną wargę. Po chwili odchyla głowę tak, że mimo panujących wokół ciemności ich oczy wpatrują się w siebie.

-Powinieneś wiedzieć, że ja...- Will milknie, oblizując usta. Potem bierze głęboki, drżący oddech. - Jestem w tobie zakochany.

Wpatrują się w siebie przez długą chwilę i Hannibal nie potrafi znaleźć słów. Coś w jego wnętrzu pęka i wypełnia go ciepłem. Will przygryza dolną wargę nadal wpatrując się w oczy Hannibala. Hannibal przewraca się lekko na plecy i wplata dłoń we włosy Willa. Całuje go powoli a potem, z zamkniętymi oczami i mówi nadal dotykając ustami ust Willa.

-Jestem w tobie bardzo zakochany.

Will śmieje się łamiącym się głosem i całuje Hannibala raz jeszcze. Jego dolna warga drży.

Will kładzie się obok Hannibala i wtula w jego szyję. Hannibal skupia uwagę ale nie czuje żadnych łez na rzęsach Willa trzepoczących tuż przy jego skórze. Trzymając dłoń Willa w swojej, Hannibal stwierdza, z niewybaczalną jasnością umysłu, że nigdy nie pozwoli Willowi odejść, za nic w świecie.

Obaj rozluźniają się i zasypiają z idealnie zsynchronizowanymi oddechami.