Cóż, shelis, chyba opacznie zrozumiałaś mój opis ;). Nie chodzi mi o to, że zły Harry jest pierwszy raz, o nie, czytałam mnóstwo ficków, gdzie był najpotężniejszym czarnoksiężnikiem, jednak u mnie nim nie jest. Jakby. Zresztą, mam nadzieję, że będziesz śledzić jego losy do końca w "Pakcie Diabła". Bo zło ma różne oblicza...

Tobie, TOZWN, odpowiadałam na PMce, więc... ;]. Mam nadzieję, że się nie obrazisz.

Tymczasem zapraszam Was na drugi rozdział. Ktoś może powiedzieć, iż akcja za szybko się rozwija, jednak to nie jest ten właściwy wątek. Ten właściwy pociągnę dużo dłużej.

Miłego czytania!


ROZDZIAŁ DRUGI


O godzinie osiemnastej pięćdziesiąt pięć przemierzał ścieżkę prowadzącą na stację kolejową w Hogsmeade. Mógłby się tam pojawić, zrobić odpowiednie wejście, ale po co? Zaśmiał się nieprzyjemnie. Wystarczy, że spóźni się minutę. Wtedy Voldemort dowie się, kto tak naprawdę jest panem.

Związał włosy w gruby, ciasny warkocz, który sięgał mu trochę za kolana. Nie chciał zniszczyć włosów, ciągnąc je po brudnej ziemi. Różdżkę połamał i spalił zaraz po powrocie. W klasie miał po prostu zwykły patyk, który obłożył iluzją, aby banda idiotów się nie zorientowała. Cokolwiek mógł ujawnić, tak tego faktu nie. Dlaczego? Bo tak.

Widział już wysoką, zakapturzoną postać Voldemorta. Wyszczerzył się złowróżbnie, wiedząc, że jego magia zaraz powali czarnoksiężnika na łopatki. W przenośni. Przecież żadna moc nie mogła tak naciskać na człowieka, aby nie mógł wstać z podłogi. Oprócz wyzwolonej magii, jednak on do tego nie zamierzał dopuścić. Przynajmniej jeszcze nie teraz.

Jak śmie się…

Księżyc oświetlił jego nową, przystojniejszą twarz, jednak zaraz się schował, jakby ze strachu.

Witaj, Tom — rzekł Harry, odpowiadając w wężomowie, jednocześnie wiedząc, że czarnoksiężnik poczuł jego magię.

Voldemort odwrócił się do niego ze wściekłym wyrazem twarzy, lecz cokolwiek chciał powiedzieć, odpłynęło w niebyt. Szkarłatne oczy wpatrywały się w nową wersję jego wroga; patrzył na długie włosy, w oszałamiająco zielone oczy, na pociągłą twarz, nieszczery uśmiech. Czarna, obszerna szata Harry'ego wyglądała na nim niezwykle dobrze. I moc. Magia. Czarna magia. Dusza skażona mrokiem. Nie wiedział, co chciał zrobić — był w stanie tylko wpatrywać się w hipnotyzujące oczy chłopaka.

Zaśmiał się cicho na reakcję Voldemorta.

Coś się stało, Tom? Czyżbym cię… oczarował?

Po co chciałeś się ze mną spotkać, Harry Potterze? Czyżbyś chciał umrzeć? A może zacząć mi służyć?

Harry zachichotał, będąc jednocześnie świadomym, iż Voldemort nie zareagował, kiedy wypowiedział jego imię, po czym położył dłoń na ramieniu wyższego od siebie mężczyzny. Zaczął spacerować w stronę przeciwną do ścieżki prowadzącej do Hogwartu, natomiast Voldemort musiał iść za nim, bo dłoń Harry'ego na niego naciskała.

Tom, Tom, Tom… Umierać? Nie, z pewnością nie. A jeśli chodzi o służbę… — Zatrzymał się, wpatrując w dal. Po chwili przeniósł wzrok na twarz swojego wroga, po czym uśmiech rozjaśnił jego twarz. — Tak, chodzi o służbę.

Chcesz zostać moim śmierciożercą? Nie ufam ci! — Voldemort zaśmiał się piskliwie, tym dźwiękiem niemal raniąc uszy.

Harry pokręcił głową w lekkim rozbawieniu.

Źle mnie zrozumiałeś, Tom — odrzekł mocnym, władczym głosem. — To ty będziesz służył mnie.

Czarnoksiężnik spojrzał na niego ze zdumieniem, ale potem cofnął się i wysyczał wściekle:

Nie służę nikomu! A w szczególności nie tobie, Harry Potterze!

Harry przewrócił oczami. Ta gra przestawała go powoli bawić.

Tom, nie przecz, bo właśnie dzięki służbie jesteś nieśmiertelny. Dumbledore może sobie wymyślać bajeczki o horkruksach, ja jednak doskonale zdaję sobie sprawę, że tak wcale nie jest. Fakt, twoja dusza jest rozszczepiona, czuję to całym sobą, jednakże to nie za sprawą morderstw. Kiedy byłeś młody — Harry uśmiechnął się — oddałeś duszę diabłu.

S-skąd wiesz? — Voldemort był autentycznie przerażony; cofał się, aż natrafił na mur budynku dworca, zbladł jeszcze bardziej, jeśli było to możliwe.

— Tom, czy naprawdę myślisz, że mogłaby mnie pociągać czarna magia? — zapytał Harry już po angielsku. — Że zechciałbym być nieśmiertelny? Nie. Jednak myśl, że będziesz mi służyć jako prawa ręka… Kuszące, doprawdy kuszące… — Potarł w zamyśleniu brodę, na której czuł krótkie włoski.

— Liczysz, że byłbym ci wierny?

— Tom, Tom, Tom… Znów to samo. Czy do ciebie kiedykolwiek dotrze? Muszę powiedzieć ci jasno, klarownie, ponieważ inaczej się nie domyślisz?

Wreszcie Voldemort odzyskał rezon.

— Harry Potterze, gotuj się na śmierć! — Wyciągnął błyskawicznie cisową różdżkę i wycelował… w pustkę.

— Może zamienimy się rolami? — usłyszał szept przy uchu. Odwrócił się gwałtownie, jednak Harry'ego tam nie było; chłopak znów stał tam, gdzie kilka sekund temu. — Tom, ja nie umrę, ja nie będę służyć. Zostanę panem śmierci, a ty będziesz moim sługą. Rozumiesz?

Czerwone oczy Voldemorta otwarły się szeroko. Czarnoksiężnik niedowierzał: czyżby to naprawdę było to, o czym myślał? Przecież to niemożliwe! Ten chłopak jeszcze niedawno poszedłby na śmierć za wszystkich ludzi, byle tylko ich ochronić, szczególnie, jeśli chodziło o przyjaciół, a teraz nagle mu oświadcza to wszystko tak lekko? Czarny Pan nie wiedział, co powinien zrobić. Teraz, gdy miał świadomość okropnego czynu Pottera, nie był taki skłonny walczyć z chłopakiem. Może nawet byłoby lepiej dla niego, gdyby zawarł z nim… przymierze? Albo jakiś pakt o nieagresji?

Wiedział, że Harry go nie zaatakuje. Coś mu to mówiło. Potrzebował go do czegoś. Do czego? Voldemort nie miał pojęcia, jednak błogosławił powściągliwość towarzysza w utrzymywaniu nienawiści na wodzy.

— Czyli mam… zerwać… pakt, tak? — zapytał cicho.

Harry uśmiechnął się anielsko, jeśli na twarzy mordercy mógł pojawić się taki uśmiech.

— Ależ oczywiście, Tom. Bardzo chętnie pogadam z Mefisto. W końcu z Razjelem już sobie poradziłem. — Zaczął odchodzić w stronę Hogwartu. — Pamiętaj, Tom: masz czas do piątku. To tylko trzy dni. Spiesz się. — Rozpłynął się w powietrzu, choć widmo jego mocy trwało tam jeszcze kilka chwil.


Następnego dnia dostał od Snape'a pięć fiolek z eliksirem, o który „prosił". Czuł zaciekawienie profesora, po co był mu potrzebny Wywar Żywej Śmierci, jednak mężczyzna bał się również zapytać, jakby Harry miał go zabić za samo pytanie.

Uśmiechnął się do mężczyzny, który niczego nie dał po sobie poznać, chociaż w duchu dziwił się niezmiernie.

— Naprawdę, Snape, powinieneś wiedzieć, że nie zabijam tych, którzy są przydatni, więc możesz pytać — szepnął Harry, chowając cztery fiolki do torby, a ostatnią odkorkowując. Powąchał jej zawartość. — Mmm, waleriana… I, hm, sproszkowany korzeń asfodelusa w nalewce z piołunu… Otrzymaliśmy napój usypiający o takiej mocy, że znany jest również jako Wywar Żywej — Harry spojrzał Snape'owi w oczy — Śmierci.

— Nie mam pojęcia, co ci się stało, Potter, ale zacytowałeś moje słowa. Jestem pod wrażeniem, że pamiętasz — zakpił, kryjąc pod maską przerażenie. Ten chłopak coś zamierzał, a Severus nie wiedział co. Przerażały go nie tylko słowa, ale również ton, ta lubość w głosie, kiedy je wypowiadał. W pierwszej klasie, gdy go o to zapytał, nie wiedział, a Snape wątpił, aby później to zapamiętał.

Harry zbliżył się tak, że niemal dotykali się nosami. Severus dopiero teraz zdał sobie sprawę, że Potter urósł. Złowróżbny uśmiech chłopaka sprawił, iż mężczyzna zadrżał niedostrzegalnie. Zdecydowanie — Potter okazał się być dużo straszniejszym od Czarnego Pana.

— Nie mam pojęcia, Snape, co cię podkusiło do tego typu odpowiedzi, ale wiedz, że ja będę pamiętać każde twoje słowo do końca. Mogę poczuć twój strach przede mną, większy od tego, który czujesz przy Voldemorcie i jego szaleństwie. Czuję też zmartwienie o Malfoya. — Zaśmiał się cicho. — Nie musisz. Na razie jesteście mi potrzebni. A fiolki nie są dla was.

Odszedł, powiewając szatami efektowniej od Severusa.

Mężczyzna stał jeszcze chwilę nieruchomo, śledząc wzrokiem sylwetkę Pottera. Nie miał pojęcia, czy mógł mu wierzyć, ufać. Ale co mu pozostawało? Dumbledore przecież nie chciał go słuchać.

Wtedy podszedł do niego Draco.

— On mnie przeraża — wyszeptał. — Już nie mam odwagi naśmiewać się z niego. Co się stało w ciągu tamtych pięciu dni, Severusie?

— Nie mam pojęcia. — Snape potrząsnął głową, położył dłoń na ramieniu ucznia i przyjaciela. — Ale cokolwiek to było, wywołało w nim przemianę. Nie rozumiem, jak Dumbledore może to ignorować. Przecież zło ma niemal wypisane na twarzy. Chyba wolałem go jako nieco tępego, ale odważnego Gryfona.

— Komu ty to mówisz? Przecież jego aura jest przynajmniej sto razy silniejsza od tej, jaką promieniuje Czarny Pan! — Wtedy się mu przypomniało. — Mówił ci coś o spotkaniu z Czarnym Panem?

Severus zmarszczył brwi.

— Powinienem coś wiedzieć?

Dracon przełknął.

— Wczoraj o dziewiętnastej spotkali się w Hogsmeade. Na stacji kolejowej.

— To dziwne, bo kiedy go szukałem, aby dać mu fiolki, których zażądał, jego przyjaciele powiedzieli mi, że lata na boisku. Myślisz, że ich okłamał?

Malfoy skinął głową.

— To pewne. Nauczył się po mistrzowsku kłamać, manipulować. Zauważyłeś, jak mu się zmieniła mimika twarzy? Pozy? Słowa? Używa ich umiejętniej od niejednego dorosłego, niemal zawsze wywołując oczekiwaną reakcję. Jak Ślizgon. Mam też wrażenie, że nauczył się bardzo wielu przydatnych rodzajów magii.

— Tak? — zapytał zaciekawiony Snape.

— Jestem niemal pewien, że opanował oklumencję i animagię. Czuję to.

Mężczyzna zastanowił się. Potter był miernotą na ich zajęciach z oklumencji. Jednak nie wątpił, że cokolwiek, co wywołało w nim przemianę, wpłynęło również na umiejętności chłopaka. Chciałby zobaczyć teraz potęgę Harry'ego, lecz wątpił, by ten mu pokazał, na co naprawdę go stać. W szczególności, jeśli planował coś nieprzyjemnego.

— Myślisz, iż cokolwiek planuje, wyjdzie mu? — zapytał z obawą Draco, patrząc Severusowi w oczy.

Snape skinął głową.

— Wyjdzie mu, wyjdzie. I to cholernie dobrze, jak mniemam.

Wtedy w ich głowach rozległ się głos:

*Nie rozmawiajcie o mnie za moimi plecami. Nie lubię tego!*


KONIEC ROZDZIAŁU DRUGIEGO