Pisałam przy słuchaniu Marilyna Mansona, więc może być trochę schiz :D.
Bardzo dziękuję, NigrumLotus. Taa, tu wścibstwo nie popłaca. A lekcja wychowania już w następnym rozdziale. Mam nadzieję, że się nie zawiedziesz.
Widzisz, Ki-chan, mogłabym, ale wtedy nikt nie dałby mi 5 komentarzy. Wierzę, że byście przeczytali, ale skąd będę wiedzieć, co w nich złego?
Moja kochana TOZWN, tobie też "Ghost Rider" w głowie? To było mega! Cage jest świetny :D. Dobra, trochę odbiegam... Czemu tak ci się podobało wplecenie imion? Żądam wyjaśnień! A na "lekcję wychowania" musisz poczekać do następnego.
To do ciebie, shelis: wyjaśnię, czemu Dumb jest "ślepy". Tylko później trochę. Ale tu masz odpowiedź, czemu nawet Czarny Pan ma słuszność, bojąc się Harry'ego Pottera.
Wiecie, że zauważyłam, że tu prawie nie ma przekleństw? o.O To aż dziwne, bo to fik o takiej... specyficznej trochę tematyce.
Miłego czytania!
ROZDZIAŁ CZWARTY
Przed snem — Harry zręcznie unikał przyjaciół, kiedy po odczytaniu wiadomości błąkał się po korytarzach bez celu — skoncentrował się mocno na połączeniu z Voldemortem. Nie wyrzucał sobie, że wcześniej również się tak z nim nie skontaktował, ponieważ czarnoksiężnik od razu wyczułby umysł chroniony potężnymi barierami, a nie ten, który znał. Uśmiechnął się lekko, zamykając oczy.
*Jutro chcę cię widzieć we Wrzeszczącej Chacie, bo nie mogę zniknąć na za długo. Kilkoro ludzi chce zostać moimi ogonami.*
Po kilkunastu sekundach usłyszał odpowiedź Czarnego Pana:
*O której, Harry Potterze? Mam coś zabrać ze sobą?*
Harry zaśmiał się w myślach, aby dotarło to do Voldemorta.
*Punkt jedenasta. Zabierz wyłącznie wolę przetrwania, Tom. Wątpię, byś znał coś takiego jak odwaga.*
Ułożywszy wygodnie ręce pod głową, zanurzył się w marzeniach. Kiedyś chciał pokoju na świecie, śmierci Voldemorta, równouprawnienia dla wszelkich istot, ale jego pragnieniem było posiadanie kochającej się rodziny. Dużej rodziny, z gromadą dzieci i stadkiem wnuków. Pragnął przytulić się do matki, uczyć grać w quidditcha od ojca. Teraz jego priorytety zmieniły się; były tak różne od tych starych, iż Harry czasem miał wrażenie, że należały do kogoś zupełnie innego.
Chciał spokoju dla siebie, samotności. Odkąd miał niemalże nieograniczone możliwości, nie brał pod uwagę tego, jak spędzi życie, jeśli cały plan wypali. Jasne, będzie miał dużo roboty — jak zawsze — jednak w końcu cała farsa się skończy, a on będzie… No właśnie, co będzie? Nie mógł być z kimkolwiek, oprócz z samym sobą, bo wątpił, aby ta osoba nie skończyła przedwcześnie w grobie. Po prostu ludzie zbyt go denerwowali. Debile. Jednakże koniec farsy oznaczał również wolność dla niego. Zniknie wtedy ze sceny, a oni szybko o nim zapomną. Wątpił, żeby ktokolwiek chciał o nim pamiętać po osiągnięciu przez niego celu.
Na razie musiał skupić się na tym, co było. Jutro, kiedy wszyscy będą na lunchu, porozmawia sobie na spokojnie z Tomem, a potem Mefisto. Kiedy tylko go zobaczył, wiedział, że będą z nim same problemy. Tylko że był Harrym Pieprzonym Potterem, żadna istota mu nie przeszkodzi. Tym bardziej tak pyszna, zadufana w sobie i pokręcona jak Mefistofeles. Harry nigdy tego nikomu nie powie (kto by uwierzył?), lecz Mefisto przypominał mu Dracona z dawnych lat. Też uwielbiał się przechwalać i żył swoim „pięknem" oraz „wyjątkowością".
Upewniając się, że wszystkie kotary były szczelnie zasunięte, rzucił zaklęcie wyciszające oraz zwodzące. Nie wierzył, że ktoś mógłby go zabić podczas snu, jednak nie chciał ryzykować. Wiedział, że od jutra zacznie się pucz. Uśmiechnął się wyjątkowo wrednie do siebie, układając się do snu na lewym boku. Kto by pomyślał, że kiedykolwiek on, Harry, będzie przyczyną rebelii, buntu wśród tych, którzy mieli się za najlepszych, chociaż wcale tacy nie byli?
Rano ubrał na siebie czarne spodnie w kant, czarną koszulę oraz marynarkę. Do tego krawat, który starannie zawiązał. Po włożeniu skarpetek i odpowiednich, eleganckich butów na klasycznym, ale lekkim obcasie, założył swoją szatę. Ubrał się całkowicie na czarno, nawet bokserki takie były. Zwykle nosił czarne spodnie, białe koszule i do tego tylko szatę oraz buty pasujące do całości — oczywiście, ubierał wcześniej bieliznę — jednak założył, że dziś jego aparycja musi być nienaganna, a zdawał sobie sprawę, iż czerń podkreśla biel jego skóry oraz dodaje oczom blasku. Musiał odpowiednio zagrać na odczuciach Voldemorta i Mefistofelesa, jeśli chciał wygrać. A skoro opanował tę umiejętność, czemu by nie spróbować, jednocześnie będąc prawie pewnym rezultatów?
Szczotkował zęby, kiedy wszedł Seamus.
— Dla kogo się tak stroisz? — zapytał, wlepiając w niego pełne podziwu spojrzenie.
Harry zerknął na Finnigana, ocenił jego uczucia, intencje, dopiero potem odrzekł, uśmiechając się olśniewająco:
— Mam dziś randkę, Seam. O jedenastej. Ale nikomu nie mów, dobrze? — Doskonale wiedział, że jego kolega z dormitorium jest okropnym plotkarzem, więc miał zapewnione alibi. Na większe szczęście nie mógł liczyć. Teraz już nikt nie będzie miał wątpliwości, że Harry po prostu zaczął zmieniać się dla kogoś. Bo kto by pomyślał, że zmienił się w kogoś?
Odwróciwszy wzrok w stronę lustra, wywinął lekko kąciki ust ku górze. Seamus stał chwilę w przejściu, gapiąc się na niego, po czym potrząsnął głową, budząc się z letargu, i wyszedł.
Z lustra patrzył na niego młody mężczyzna z cieniem zarostu oraz roziskrzonymi oczyma. Ten uśmiech, w który ubrał twarz, był nad wyraz niepokojący — niby leciutki, niby nieistniejący, ale jednak był tam i zmuszał do zastanowienia się, co się stanie. Przygotowywał na najgorsze, choć nikt nie miał pojęcia, co znaczy „najgorsze". On nigdy nie uznałby śmierci za to „najgorsze". Czasem życie biło śmierć na głowę.
Wyszedłszy z łazienki, skierował się w stronę wyjścia z pokoju wspólnego. Czuł zdumienie ich wszystkich, niektórzy patrzyli na niego jak na potencjalną ofiarę swoich fantazji. Słyszał ich myśli, które wprawiały go w niesmak. Krzywiąc się z tego powodu okropnie, wyszedł szybko z pokoju wspólnego, powiewając szatami.
Ugh, jakże to obleśne. Debile! Zaśmiał się ponuro w myślach. Naprawdę aż tak im się podobam? Powiedziałbym, że moja gra działa. Lecz jeszcze trochę i zostanę aseksualny. Teraz jego uśmiech — wcześniej niemalże niewidzialny — poszerzył się, przyprawiając o ciarki akurat przechodzącego siódmorocznego Ślizgona; chłopak przyspieszył, omijając Pottera szerokim łukiem. Chociaż zawsze będę dostawał, co tylko zapragnę. Taak, czego tylko dusza zapragnie. Jeśli jeszcze może w ogóle istnieć.
Szybko zszedł na śniadanie. Nie zastał przy stole ani Rona, ani Hermiony, ani nawet Ginny, co było bardzo złym znakiem — węszyli. Zmieniając uśmiech na znużony, lecz w oczach zachowując gniew, usiadł do śniadania w rogu stołu. Ich nieobecność dobitnie świadczyła o tym, że zaczęli akcję „pomocy" mu. Nie zamierzał ich szukać, odwodzić od tego, śledzić w zamian. Zostawi to, a jeśli odkryją… Cóż, miał Severusa i jego talent do trucizn. Nie chciał, żeby ktoś go podejrzewał. A z pewnością tak by było, przecież nikt nie był ślepy — od powrotu Harry tylko warczał na swoich domniemanych przyjaciół, oddalał się od nich. To na niego spadłyby na sam początek wszystkie zarzuty.
Pochłonąwszy kromkę z serem, niemal wybiegł z Wielkiej Sali. Podążał w stronę najbardziej oddalonego od zamku brzegu jeziora, gdzie znajdował się zagajnik, w którym Harry czasem siedział, kiedy chciał pomyśleć. I mógł też tam oddać się mugolskiemu zwyczajowi palenia papierosów.
Może trochę uznawał palenie za rodzaj buntu, który podpatrzył u Dudleya, jednak to go również odprężało. Nie był nałogowcem, po papierosy sięgnął pierwszy raz dwa tygodnie temu, potem wyciągał je co trzy dni. Nie potrzebował ich do szczęścia, ale lepiej mu się myślało, mając jednego z nich w ustach, kiedy szary dym powoli płynął w górę.
Objął lewą ręką nogi, przyciągając je nieco bliżej piersi. Nie bał się, że jego ubranie pobrudzi się lub wygniecie, ponieważ od tego miał zaklęcia. Paląc w ciszy papierosa, patrzył na spokojną, szarą taflę jeziora, w którym odbijały się chmury. Spojrzał w niebo. Szarogranatowe, ogromne chmury płynęły leniwie po niebie, zwiastując deszcz. Jeszcze trochę i się rozpada. To nawet lepiej. Jeśli będzie nawałnica, trudniej będzie mnie zobaczyć. Uśmiechając się nieco złośliwie w pustkę, dokończył papierosa, zgasił go na kamieniu i odrzucił za siebie. Wstawszy, doprowadził się do porządku.
Miał do odegrania swoją rolę na lekcjach. Potem zajmie się podchodami i przekonywaniem innych do jego wyższości.
*Teraz albo nigdy, Harry Potterze.*
Nachmurzył się; nie lubił zmieniać planów pod wpływem chwili.
*Co jest tego przyczyną, Tom?*
*O podanej porze muszę być gdzieś indziej!* warknął czarnoksiężnik.
Harry zachichotał.
*Och, wierz mi, nie będziesz musiał. Jestem wyjątkowo pewien swego, więc… Ale skoro nalegasz, nie wierzysz we mnie… Trochę to przykre.*
Zamknął swój umysł. Zadziwiające, jak papierosy potrafiły go rozproszyć. Aż ściągnął swoją zasłonę. Wykrzywił twarz w drwiącym grymasie. Powinien w końcu zacząć uważać.
Skoro Voldemort chciał spotkać się wcześniej, Harry to zrobi. Tylko musi chwilowo skupić się, aby wytworzyć swoją iluzję, która pójdzie za niego na lekcje. Nie chciał ryzykować nakrycia przez nikogo. A o jedenastej po prostu pójdzie do Hogsmeade, by nie wzbudzać w nikim wątpliwości — Harry Potter najpierw się umawia z kimś, a potem nie przychodzi na spotkanie? To wywołałoby niepotrzebną sensację w Proroku. A tak był pewien, że Skeeter zobaczy go samego w Hogsmeade. Jak tego dokona? Po prostu do niej napisze, zgadzając się wreszcie udzielić wywiadu, którego odmówił już miesiąc temu. Gotowy na każdą okazję.
Poprawiając ubrania, oczyścił umysł. Zamknąwszy oczy, wciągnął głęboko powietrze do płuc. Potem wywrócił młynka rękoma i pchnął lekko. Uniósłszy powieki, zobaczył siebie samego, identycznego co do włoska z zarostu.
— Idź i bądź za mnie tam, aby nikt nie miał podstaw do podejrzeń — warknął w wężomowie.
Jeśli w ogóle mógł warczeć w tym języku.
Jego iluzja odmaszerowała, a na twarzy fałszywego Harry'ego malował się gniew. Prawdziwy Harry był pewien, że czar będzie działał bez zarzutu.
Błoni nie oświetlało słońce, natomiast w powietrzu już czuło się nadchodzący deszcz. Harry odetchnął pełną piersią. Kiedy iluzja zniknęła mu z oczu, wchodząc do zamku, odwrócił się na pięcie i zaczął iść w stronę bramy. Przecież nie mógł pozwolić, aby Voldemort na niego czekał.
Snape spojrzał po klasie. Potter siedział w ostatniej ławce samotnie. Mrużąc oczy, mężczyzna skupił się na chłopaku. Miał dwie godziny z Gryfonami i Ślizgonami, więc to oznaczało dla niego dwie godziny obserwowania Pottera. Chłopak nie mógł uciec.
— Dziś — powiedział cichym głosem — zajmiecie się warzeniem Eliksiru Płodności. Czy ktoś wie, czemu on służy? — zapytał, unosząc brew. Granger, nic nowego, zgłosiła się jako pierwsza. Zignorował ją, powiódł spojrzeniem po reszcie twarzy. Wreszcie westchnął i powiedział słowa własnej zguby: — Panno Granger?
— Ten niezwykle trudny do uwarzenia eliksir powoduje nawrócenie płodności u kobiety, która nie może mieć dzieci przez jakikolwiek powód.
— Dokładnie. Jest, jak powiedziała panna Granger nad wyraz trudny do uwarzenia. Jednak spodziewam się go podczas owutema. Szczególnie przydatny, gdy ktoś wybrał karierę magomedyka.
Zaczął wykładać im o zaletach oraz wadach eliksiru, krótkiej historii wynalezienia, chociaż tak naprawdę skupiał się na milczącym dotąd Potterze. Normalnie chłopak już rzuciłby przynajmniej jedną kąśliwą uwagą, jednak teraz siedział cicho, patrząc mu w oczy ze złością wypisaną na twarzy. Wciąż obserwując go kątem oka, machnął różdżką w stronę tablicy, aby pojawiły się na niej instrukcje, po czym usiadł na krześle za biurkiem.
Potter zabrał się do pracy, jednak wciąż patrzył mu prosto w oczy z nienawiścią.
Wszedł po skrzypiących schodach na piętro, na którym znajdował się pokój, jakiego użył Syriusz do „ugoszczenia" ich kiedyś, jeszcze w czasach, gdy Harry był przekonany o winie swojego ojca chrzestnego. Usiadłszy na łóżku, nasłuchiwał.
Lubił słuchać ciszy. Była nad wyraz kojąca. Wprawiała go w dobry nastrój. I nie mogły go zniszczyć nawet odarte z tapet ściany, wszędobylskie dziury, zapach stęchlizny oraz piszczące myszy. Skrzyżował nogi w kostkach i opuścił powieki, powoli relaksując się w tym miejscu. Jeśli Voldemort chciał spotkać się wcześniej, niech do niego przyjdzie. Harry czuł, że czarnoksiężnik był na zewnątrz, jednak jego magia chwilę później pojawiła się wewnątrz spróchniałego domu.
Harry otworzył powoli oczy.
— Gdybyś mnie szukał, jestem na górze.
Wiedział, że jego magia była doskonale wyczuwalna, jednak przez ten komentarz dał Tomowi do wiadomości, iż uważa go za głupiego. Mógł poczuć nagły gniew Czarnego Pana, który zniknął tak szybko, jak się pojawił — czyżby czarnoksiężnik nie chciał z nim zadzierać? Zaśmiał się nieco chrapliwie.
Czemu wszyscy się go tak bali? Przecież ci, którzy byli potrzebni, nie musieli. No, gdyby sobie za dużo pozwolili, ułożyłby ich, a potem znów byłby kochany. Jeśli mógł. I ci, którzy nie wchodzili mu w drogę… Tak, on też ich zostawiał w spokoju. Może robił trochę… ponurą, złowróżbną minę, jednak to do swoich myśli! Odkąd tylko wrócił, miał w planach rozmowę z Voldemortem. Mógł zrobić to na początku, ale najpierw potrzebował odpędzać się od Gryfonów. Dumbledore wezwał go raz na rozmowę, podczas której zezwolił mu rozmawiać z Malfoyem i Snape'em na temat Toma. Harry zauważył, że to był jedyny czas, kiedy Dumbledore przebywał blisko niego Lecz nie mógł narzekać — Dumbledore ufał mu. Tak samo jak ufał Snape'owi. Uśmiechnął się pokrętnie, mrużąc oczy. Splótł ze sobą palce obu rąk. Ufał, że Snape przeszedł przemianę? Że nigdy nie odwróci się w stronę mroku? Chyba właśnie miał nowy plan.
Do pokoju wpadło więcej światła, gdy Voldemort stanął w progu z różdżką w ręku.
— Nox — powiedział, a światło zgasło. Pokój znów był ponury.
Harry spojrzał na niego taksującym wzrokiem, podczas gdy jego oczy błyszczały.
— Wiesz, Tom — wyszeptał, po czym oblizał powoli górną wargę, wciąż śledząc wzrok Czarnego Pana — nie lubię, kiedy przez kogoś muszę zmieniać plany. — Wstał z gracją, podszedł do nieruchomego czarnoksiężnika. Przejechał palcem wskazującym po policzku towarzysz, potem obrysował nim niemal nieistniejące wargi. Uśmiechnął się leniwie, przymykając oczy, podczas gdy skołowany Voldemort rozchylił lekko usta. Wtedy Harry zmrużył niebezpiecznie oczy i dał mu z całej siły w twarz; gniew na jego własnej był doskonale widoczny, kiedy Czarny Pan odskoczył z zaskoczeniem, pocierając piekący policzek. — Nigdy więcej nie ośmielisz się wpłynąć na moje plany! — wysyczał. — I gówno mnie obchodzi, co ci wypadnie, a co nie! Moje słowo jest ponad wszystko! — Magia, wzburzona przez dziką furię, ujawniała się jako małe wyładowania elektryczne, niszcząc pokój jeszcze bardziej. Podłoga drżała pod nimi, grożąc zawaleniem, od ścian odlatywała tapeta. Łóżko zaczęło chybotać się niebezpiecznie, szyba w zabitym dechami oknie potłukła się na drobne kawałki. Voldemort natomiast został przyduszony do podłogi przez mroczną moc. Włosy Harry'ego unosiły się niczym macki, oczy wręcz świeciły, rażąc mocniej od słabego światła, które oświetlało pokój, nim żarówki popękały.
Przerażenie Czarnego Pana czuł całym sobą, jednak gniew przysłaniał mu wszystko. Czuł się tak wspaniale… wyzwolony. Wiedział od pogadanki z Razjelem, że to zło będzie przynosić mu najwięcej radości, że to negatywne uczucia będą dlań naturalne. A kiedy Harry zapytał o radość, Razjel odparł, że to uczucie nie zalicza się ani do pozytywnych, ani do negatywnych, ponieważ można cieszyć się z cudzego szczęścia lub nieszczęścia. Harry zrozumiał w lot, o czym mówił jego ówczesny towarzysz. Teraz jednak powinien skoncentrować swój szał na kogoś, kto najwidoczniej nie wierzył w plotki.
Odetchnąwszy głęboko z zamkniętymi oczami, uspokoił się. Wszystko ustało, chociaż szyby i tak były rozbite, łóżko przełamane w pół, a tapety zwisały smętnie ze spróchniałych ścian.
Harry, nie przejmując się leżącym Voldemortem, który wyglądał, jakby ktoś rzucił na niego zaklęcie konfundujące, uklęknął na podłodze, siadając na piętach. Nie patrzył na ubranie, tak samo jak wcześniej. Zarzuciwszy na głowę kaptur, którzy rzucił niepokojący cień na jego twarz, wyciągnął przed siebie rękę. Nagle pojawiła się na niej kreda. Voldemort mógł obserwować jedynie złowróżbny półuśmieszek, ponieważ resztę twarzy spowił cień. Czarny Pan, zupełnie wbrew sobie, zadrżał. Chłopak był dużo potężniejszy, niż myślał.
Tom podsunął się do Harry'ego, który zaczął rysować na podłodze dziwne znaki, gwiazdę oraz pierścień, który ją „trzymał". Pisał coś w obcym języku, mrucząc do siebie szybko niezrozumiałe dla Voldemorta słowa. Wreszcie zamknął oczy, przyciągnął do siebie obie ręce, a zamiast kredy pojawiły się czarne świece. Pięć. Ustawił je na wierzchołkach gwiazdy.
Zielone oczy nagle stały się dwoma punkcikami wśród ciemności okalającej jego twarz, po czym Harry warknął mocnym, władczym głosem:
— Mefistofelesie, Ty, Który Nie Lubisz Światła, Niszczycielu i Kłamco, Duchu Ciemności, Wielki Książę Piekła, ja, uosobienie Razjela, Tajemnicy Boga, Wielkiego Maga, Anioła Tajemnic, Wodza Najwyższych Tajemnic, rozkazuję, abyś się ujawnił!
KONIEC ROZDZIAŁU CZWARTEGO
