Czekoladko, cieszę się niezmiernie, że ci się podobało. Naprawdę! Mam nadzieję, że się nie zawiedziesz po tym rozdziale.

Ruda098, to wspaniale! Miło słyszeć słowa pochwały. Czytać. Jeden pies.

Ki-chan, bo zrobiłam to tu, złotko. Lubię torturować ludzi. Psychol ze mnie.

Tobie mówić nie muszę, że jestem wdzięczna, TOZWN, prawda? Uwielbiam z tobą pisać, więc... Ale zapłata potem.

zubatku, cóż za trafne określenie mej osoby! Tak, jestem sadystą, znajduję skłonności do masochizmu, ale na razie daję wam to - dokończenie "akcji".

NigrumLotus. Ty! I kto tu o niezaspokojeniu mówi! Co z twoim tekstem, hm? I co JA mam powiedzieć? Ale masz tu, ty... zboczuchu! Znaczy nie większy ode mnie, co to, to nie, ale wciąż zboku. No i przyjaciele... Jeszcze nie wiem, czy ich uśmiercić. Mam dwie wersje tego, jak się potoczy, obie zajebiste. I dupa.

No i koniec odpowiedzi na komentarze.

Oddaję długo oczekiwany rozdział w wasze ręce i zachęcam do czytania moich własnych opowiadań na FictionPress (link w profilu, bo tu nie chce mi zaakceptować nawet ze spacjami).


ROZDZIAŁ DZIEWIĄTY


Komnatę oświetlono wyłącznie świecami, które spoczywały bezpiecznie w kandelabrze zwisającym z sufitu. Sklepienie było ponad cztery metry nad ich głowami, jednak płomienie około setki świec dawały wystarczającą ilość światła. Okna wychodziły na północ i zachód, lecz księżyc schował się za chmurami, więc nie mógł dodatkowo wlać swego światła do pomieszczenia. Stół został nakryty czarnym, ozdobnym obrusem, a służący zastawili go srebrem oraz mnóstwem potraw. Do mebla dostawiono dwanaście krzeseł z czarnym obiciem. Stół wraz z siedzeniami tworzył hebanowy komplet.

Ciężkie drzwi otwarły się. Dwanaście postaci przekroczyło próg. Sześć w czarnych i sześć w białych szatach. Biali mieli na swoich złote hafty, natomiast czarni — srebrne. Każdy z nich miał skrzydła, jednak wszystkie różniły się od siebie.

Zajęli miejsca tak, aby siedzieć na przemian. Dawało to pewnego rodzaju poczucie równości na posiedzeniu. Każdego z nich obejmował immunitet polityczny, jednak przecież chcieli współpracować, więc raczej nie było mowy o morderstwie jednego z dwunastu członków posiedzenia. Delegacja nieba była sztywna, lecz nim rozpoczęli obrady i pertraktacje, podano najlepsze czerwone wino, więc mogli się rozluźnić przed najcięższą z prób.

Po kieliszku alkoholu przemowę zaczął przewodniczący z piekła, Astaroth:

— Jak zapewne wszyscy wiecie, cudem udało się nam uratować Razjela. — Przełknął. — Mefistofeles wraz z grupą healerów przywrócił go do stanu używalności dzięki swojemu lotnemu umysłowi. Teraz pracują, aby zemścić się na chłopaku, który działa przeciw nam.

— Ma coś przeciw niebu? — zapytał z niedowierzaniem Gabriel.

— Tak, ma — odpowiedział za Astarotha Belzebub. — Nie wiemy co, jednak jego działania przyniosły piekłu straty. Udało nam się stłumić powstania i całe to gówno, które przez niego mieliśmy, ale są tacy, którzy chcą się wymknąć do niego. Jakby liczyli, że to on wygra wojnę. — Uśmiechnął się krzywo.

— Chcecie zawrzeć koalicję — powiedział Uriel, od razu przechodząc do sedna sprawy.

— Dokładnie. — Astaroth uśmiechnął się z zadowoleniem, iż aniołowie wcale nie byli tacy głupi. Oblizał usta. — Potrzebujemy waszej stałej armii, dołożymy swoją, a potem ruszymy na dzieciaka i znów będzie spokój.

— Cóż… — Rafał, najłagodniejszy z obecnych, zagryzł wargę. — To może nie być wcale takie proste. Nim wydadzą zgodę na wysłanie Zastępów, może minąć trochę czasu. Michał będzie musiał osobiście apelować do Kanclerza. Ale to i tak krócej niż dwóch tygodni nie zajmie, a przecież nie wiemy, co głupi chłopak wymyśli.

W stronę stołu wychylił się podekscytowany Zafriel.

— A ja mam takie pytanie… — Jego szafirowe oczy błysnęły. — Jakim cudem udało mu się ograbić Razjela z mocy?

Wtedy odezwał się Mefisto, który na razie jako jedyny miał pojęcie, co to był za cud.

— Razjel uniósł się pychą i dał dzieciakowi zmienić podpunkt cyrografu. Jednak — uśmiechnął się jadowicie — przejrzałem tenże pakt i znalazłem kruczek prawny. Razjel, jako strona pokrzywdzona, ma prawo się zemścić, tak jest zapisane w Piekielnej Księdze. Jednak na samym dokumencie było, iż jeśli moc któregokolwiek podpunktu zostanie użyta przeciw demonowi, demon ów może odzyskać swoją moc i stoczyć pojedynek z kłamcą, podczas gdy ten straci moc od demona. Pojedynek musi być oficjalny, inaczej czarodziej pozostanie potężniejszy.

— Rozumiem — mruknął Zafriel.

Mefistofeles skinął mu głową. Powiedział częściową prawdę. Drobnym druczkiem było coś innego, jednak obiecał Panu Tajemnic, że nikomu nie powie. Nie wnikał w motywy Razjela, jedynie zastosował się do jego prośby.

— Na razie odłóżmy obrady, zajmijmy się posiłkiem — przerwał ciszę Astaroth, a pozostali poparli go szerokimi uśmiechami.

Każdy nakładał sobie potrawy, jaką chciał, niektórzy nawet brali niewiele z każdej, aby spróbować wszystkiego. Astaroth wymienił spojrzenie z Mefistofelesem. Zmarszczył brwi, kiedy Mefisto, uśmiechając się delikatnie, wzruszył ramionami. Astaroth sięgnął po srebrny kielich z winem, upił łyk, po czym znów go odstawił. Semyazza był teraz w towarzystwie Abaddona i Lucyfera na obradach, może był z nimi również Asmodeusz. Chociaż, znając Asmo, przesiadywał w jednym z barów z Samem. Astaroth zadrżał. Gdyby on miał takiego staruszka, powiesiłby się. Nawet Lilith nie była taka zła w porównaniu do Samaela. Skoro już o tym myślę, jestem ciekaw, gdzie podziała się Lilith z Naamą. Obie miały przyjść po obradach do mnie, ale Ejszet powiedziała, że rano gdzieś wyjechały. Rozsiadł się wygodniej na krześle. Mam nadzieję, że przyjdą. Sprawa płonie mi w rękach.

Ugryzł kęs mięsa. Spotkanie musiało zakończyć się pomyślnie, musieli zacząć współpracować, bo inaczej wielu mieszkańców piekła po prostu ucieknie na Ziemię. Wiedział, że w piekle były teraz trudne warunki, skoro magia Razjela osłabła. Już nie wspomagała on wszystkiego, co tu było. Nie otulała ich swoim mrokiem. Westchnął. Lud potrzebował nadziei. A bez Razjela przy boku Lucyfera tracili ją. Adramelech i Moloch jak wyruszyli miesiąc temu, tak do teraz ich nie było. Pozostawało kwestią dni, aby wszystko zaczęło im się sypać na głowy.

Wreszcie skończyli posiłek, a głos zabrał Gabriel:

— Nie muszę chyba przypominać, panowie, że w tym szczególnym wypadku jest wymagana od was uczciwość? — Demony pomruknęły. — Dobrze — zatarł ręce. — Pokażcie te dokumenty, przeczytam je, a potem omówię z moimi towarzyszami. Jeśli jakaś kwestia nie będzie nam odpowiadać, poinformujemy was niezwłocznie.

— Doskonale! — Azazel uśmiechnął się pokrętnie. Wstał od stołu. — To my was zostawimy na jakiś czas samych, panowie. Nie chcemy naciskać na waszą decyzję. — Jego szare oczy błysnęły. — Liczymy w końcu na owocną współpracę obu stron. — Wyszedł jako pierwszy, za nim poszła pozostałą piątka, a lokaj przyniósł aniołom dokumenty.


Harry niemalże zamruczał, kiedy Draco, naciskając lekko na ramiona Toma, zmusił go do klęknięcia. Riddle, odrobinę spanikowany, zerknął najpierw do góry, a potem na Pottera. Harry, oblizując zmysłowo wargi, prawie niezauważalnym gestem kazał mu kontynuować. W tym czasie Severus przerwał całowanie przyjaciela, a zajął się jego wejściem. Chciał go przygotować, aby nie sprawić mu bólu. Jego palce zwinnie wślizgnęły się między pośladki młodzieńca, który bezwolnie poruszył biodrami, a jęk wyrwał się z jego ust. Snape przełknął ślinę. Nie powiedziałby tego na głos przy najgorszych torturach, jednak ten dźwięk podniecił go. Powoli jego środkowy palec wszedł w gorące wnętrze, po czym zaczął się poruszać. To wywołało serię jęków i sapnięć, które, gdyby trwały dłużej, doprowadziłyby go do końca.

Dracon czuł w sobie palec Severusa, potem jeszcze kolejne dwa. Zamruczał, rękami stabilizując ruchy głowy Riddle'a. Nie chciał, aby chłopak zrobił to za szybko. Skoro teraz zajmowali się nim, niech zrobią to porządnie. Nigdy by się nie przyznał — a w szczególności Snape'owi — ale jego przyjaciel odrobinkę go pociągał. Ociupinkę. Troszeczkę. Tyci, tyci. Naprawdę. Jednak to wystarczyło, aby był zadowolony z zadania, które wyznaczył im Potter. Jeśli można było to nazwać zadaniem. Ciepłe palce w pupie, gorące, mokre usta na jego męskości… Brakowało mu tylko kogoś, kto by go całował…

— Nie staracie się! — dobiegło go niezadowolone warknięcie od strony fotela, które skutecznie go ostudziło. Zarumienił się niemal niezauważalnie. Spoglądnął na niezadowolonego Pottera, Severus i Tom uczynili to samo. — Jesteście tak gorący jak trójka staruchów! — Splunął w bok, brudząc dywan. Snape skrzywił się, bo był to jego dywan. Harry wstał gwałtownie, a jego moc otuliła ich, naciskała, wyciskając powietrze z płuc. — Wiecie, co to znaczy gorący, podniecający seks? Wiecie? — krzyknął, nie kryjąc gniewu; zielone oczy ciskały błyskawice. — Może mam wam zademonstrować, jak powinno się jęczeć? Jak powinno się ssać? Jak powinno się pieprzyć? — Nagle pojawił się po lewej stronie Severusa, chwycił go od tyłu za włosy i przybliżył twarz do swojej. Snape, przełknąwszy, mógł policzyć maleńkie złote plamki w jego tęczówkach, których wcześniej tam nie widział. — Nic nie wiecie o tej sferze życia? Czy wy jesteście kretynami? — Widocznie było to pytanie retoryczne, ponieważ w następnej sekundzie wpił się agresywnie w jego wargi.

Snape'a przeszedł prąd. Dreszcz to za mało. Miał wrażenie, jakby chłopak nie tyle, co chciał go nastraszyć czy „nauczyć", ale miał ochotę go pocałować już od dłuższego czasu. A może tylko mu się wydawało. W końcu Potter był teraz jednym wielkim znakiem zapytania. Dalsze rozważania przerwało wślizgnięcie się języka do jego ust — dopiero teraz zauważył, że chłopak jedynie ssał i pieścił jego wargi swoimi. Ręce Severusa zwisały luźno przy jego bokach, chociaż podświadomie chciał nimi przyciągnąć chłopaka jeszcze bliżej. No, może nie tak znów podświadomie. Kiedy te zachłanne usta całowały go w ten sposób, język atakował jego język i podniebienie, nie mógł przestać myśleć o tym, co szczeniak potrafiłby zrobić w łóżku. Jęknął w myślach, jednak nie z przyjemności. Severusie, przestań! To tylko pogorszy twój stan! Czuł krew spływającą w dół, ale z całej siły starał się ją powstrzymać. Widocznie Potter wiedział o tej marnej próbie, bo jego ręka, która do tej pory trzymała go za policzek, zjechała na jego krocze. Dłoń zacisnęła się przyjemnie na twardniejącym organie. Trafiony, zatopiony, pomyślał jeszcze żałośnie, cytując mugolskie powiedzenie podczas gry w statki. Okropnie przyjemne uczucie rozeszło się po całym jego ciele; zamruczał w usta Pottera. Chciał przejąć pałeczkę, jednak na to Harry tylko pociągnął jego włosy do tyłu.

Snape uchylił powieki i aż się zachłysnął z wrażenia — Potter patrzył na niego kpiąco, bez rumieńców, zupełnie odprężony. Jakby nic nie czuł. Jakby nic go nie podniecało. Przełknął ślinę. Teraz wiedział, że „zadanie" było niemalże niemożliwe do zrealizowania. Skoro nie podniecił się tak namiętnym, gorącym pocałunkiem, ba!, nawet się nie zarumienił, to jakie oni mają szanse? Tymczasem ręka Harry'ego puściła jego włosy, druga wróciła na policzek. Poklepał go kilka razy, a Snape się przy tym krzywił.

— Nieźle. Ale to wciąż mało. Powinieneś wykrzesać z siebie więcej życia, Severusie. To było sztuczne. Na koniec się obudziłeś, to fakt, jeśli jednak tak całowałeś swoje partnerki czy partnerów… — zacmokał. — Nie zdziwiłbym się, gdyby cię zostawiali, bo nie umiałeś całować. Kiepski jesteś.

Severus zmrużył oczy.

— Ty… — syknął.

Harry uniósł brwi.

— Ja? Nie, ja umiem całować. To ty nie umiesz.

— Ty…! — warknął głośniej, a na jego twarzy pojawiał się coraz gorszy mars.

Harry uśmiechnął się niczym chochlik.

— No, dalej, dokończ — powiedział cicho. Oblizał powoli usta, patrząc w czarne oczy wypełnione furią. — Dokończ myśl. Zobaczymy, czy ją przeżyjesz.

— Wiesz dobrze, że gardzę tobą i swoją parszywą egzystencją — mówił tak cicho, aby słyszał go tylko Harry. — Ale nie chcę umrzeć ze względu na Draco. On jest moim przyjacielem, sojusznikiem w życiu.

Potter zaśmiał się rubasznie.

— A to dobre! Pamiętasz, co ci powiedziałem. Ale tak bardzo się boisz — wyszeptał z lubością, paznokciem kreśląc po jego policzku; naciskał na skórę aż do krwi — że to aż śmieszne.

Snape uniósł brew, zapominając o dwóch przyglądających im się towarzyszach.

— Niby czego mam się bać? Ciebie? Pokracznych istot zwanych demonami? Istnieją tylko w podaniach dla mugoli. Można to wszystko włożyć między bajki.

— Tak jak my, Severusie — odezwał się nagle Tom; miał spokojny, choć nieco zrezygnowany głos. — Dla mugoli nie istniejemy, prawda? Tak samo elfy, wróżki, trytony, cyklopy, smoki, ale jednak są na tym świecie. Tak samo jest z aniołami i demonami. Wiem, że istnieją, bo z jednym podpisałem cyrograf. Harry go złamał. I teraz…

— Dość! — warknął Potter, piorunując Toma wzrokiem.

Snape szybko spojrzał na Draco. Oczy Malfoya błysnęły zrozumieniem. Ten władczy szczeniak nie chciał, aby się o czymś dowiedzieli.

— Ponoć nam ufasz — rzekł Snape drwiąco.

— Bo tak jest — odparł spokojnie Harry. — Jednak nie lubię się dzielić informacjami, gdy wiem, że wam nie będą potrzebne. Ta informacja służy jedynie mnie oraz moim przeciwnikom. — Jego oczy błysnęły złowieszczo. — Chyba że jesteście przeciwko mnie.

— A nie? — mruknął Snape.

Potter zaśmiał się pod nosem.

— Gryfońska odwaga… — Severus nie skomentował, a jedynie zacisnął usta w wąską kreskę. Nagle młodzieniec machnął ręką. — Wracajcie do zabawiania się. I mnie. — Usiadł w fotelu, odgarniając włosy. Położył je sobie na kolanach i chyba nieświadomie przeczesywał palcami.

Tom westchnął. Nastroje Pottera zmieniały się szybciej od humorów kobiety w ciąży. Takie przynajmniej miał wrażenie. Zabrał się z powrotem za dogadzanie Draco, natomiast palce Snape'a znów wylądowały w tyłku Malfoya. Ślizgon szarpnął się, jęcząc głośno. Riddle uśmiechnął się do siebie, a potem polizał penisa na całej długości. Kiedy zapomniał, że obok siedział Harry, nie przejmował się tym, co potem o nim mogą pomyśleć. Liczyło się tu i teraz. Dlatego złapał go delikatnie w zęby, po czym w powolnej torturze oddalał się głową. Jego zęby drażniły delikatną skórę, wrażliwą na najlżejszy dotyk. Draco wczepił się palcami w jego włosy, zadrżał.

Severus wyjął palce, rozglądnął się za lubrykantem. Zero. Zaraz, był w swoich komnatach… Gdzieś powinien być jeden. Chyba że Potter przyniósł ze sobą wazelinę.

*Łap, Severusie* usłyszał złośliwy głos. Spojrzał na Harry'ego, unosząc brwi. Chłopak jakby się nie poruszał, a jedynie mrugał i wgapiał w nich. *Mam dla ciebie wazelinkę, bo widzę, że potrzebujesz*. Po chwili w jego stronę szybowało pudełeczko z substancją. Złapał ją, cały czas obserwując szczeniaka. Był niemal pewien, że Potter w ogóle się nie poruszył, a mimo to… Zerknął na pudełko. *Czyżbym poruszył się za szybko, abyś mógł to zobaczyć?* zaśmiał się. *Uwielbiam tę sztuczkę. Zdumienie ludzi jest świetne. Podpatrzyłem ją u Ejszet. Świetna kompanka. A jaka zabawna!*

Snape nie miał pojęcia, kim była Ejszet, jednak niewiele go to obchodziło. Na razie miał większe problemy na głowie. Na przykład jak nie zranić przyjaciela, jednocześnie nie narażając się Potterowi. Spojrzał na swojego stojącego członka. Tak, to był problem niezłych wymiarów… Znaczy sporych rozmiarów.

Dwoma palcami otworzył pudełeczko, nabrał nimi śliskiej substancji, po czym rozsmarował ją na męskości. To samo zrobił też z wejściem Draco, aby wejść jeszcze łatwiej. Naprawdę lubił Malfoya, nie chciał, aby chłopak nie mógł jutro przez niego chodzić. Bo kto wtedy dorównałby tej irytującej Granger na eliksirach, jeśli nie Dracon? Ktoś przecież musiał czynić honory.

— Nie bój się, bez problemu bym ją pokonał. Nie zapominaj, że już nie jestem tamtym irytującym gówniarzem — usłyszał melodyjny, zadowolony głos Pottera.

— Możliwe — przyznał Snape. Jego członek drgał, stojąc u wejścia Draco. Nie powiedziałby tego nikomu, a w szczególności przyjacielowi, jednak miał ochotę po prostu w niego wejść i kochać się z nim do nieprzytomności. „Pieprzyć" było dla niego za ostre. O innych słowach tego pokroju nie chciał myśleć.

*Jesteś zabawny, Severusie. Draco myśli podobnie. Ale skąd ja mógłbym to wiedzieć…* Kpina w jego głosie wybijała się ponad wszystko inne. Podkreślał swoją wyższość. Ale był tylko durnym dzieciakiem z chorymi ambicjami. Jeśli w ogóle jakiekolwiek miał. *Gwarantuję ci, że Draco będzie mi wdzięczny. A ty… Ty będziesz się tylko przyglądał. Pamiętaj, że nie wiesz, komu chcę podać Wywar Żywej Śmierci. W końcu mam pięć buteleczek z eliksirem, który przygotowały twoje ręce.* Nie bolało, jedynie irytowało. Snape zacisnął ręce w pięści. Może ociupinę zaczął się obawiać o Malfoya, ale, według jego obserwacji, byli mu na razie potrzebni.

Położył ręce na biodrach Draco, a potem wszedł w niego płynnie. Malfoy krzyknął, na jego twarzy pojawił się błogi wyraz. Dyszał ciężko, urywanie, gdy Snape powoli w niego wchodził i wychodził. Tom zaczął szybko oraz sprawnie pracować nad jego przyrodzeniem, które już niedługo miało wydać owoc rozkoszy, jaka opanowała Dracona. Riddle dmuchnął na nabrzmiałego penisa, po czym zachichotał złośliwie, gdy jego „ofiara" zadrżała. Zaczął tańczyć językiem na pulsującym członku, rękoma przytrzymując wyrywające się do przodu biodra chłopaka. Mógł być młodszy, ale, jakby nie patrzeć, żył od niego dłużej. W stałych odstępach czasu czuł biodra Severusa, gdy ten wchodził w przyjaciela z ustami przy bladej szyi.

Wiedzieli, że przyjemność, jaką dawali Draco, odzwierciedlała rozkosz, która obejmowała nich samych. Jeszcze tylko trochę i wszyscy…

— DOŚĆ! MAM WAS, KURWA, DOŚĆ! JESTEŚCIE ŻAŁOŚNI! JUŻ BYLE GÓWNIARZ ZROBIŁBY TO LEPIEJ! JEDNA KURWA POTRAFI WIĘCEJ OD WASZEJ TRÓJKI RAZEM WZIĘTEJ! — ryknął wściekły Harry, stojąc z marsem na twarzy. Jego włosy falowały, magia wibrowała, unosząc wszystkie lżejsze przedmioty w pokoju. Furia rozsadzała go od środka.

Trójka zamarła. No to pięknie. Merlin będzie ich zbierał ze szkłem powiększającym w ręce. A może nawet będzie musiał rzucić na siebie zaklęcie kurczące. Harry wyglądał, jakby miał kogoś za chwilę zabić. Ze szczególnym okrucieństwem, dodając.

Harry wystawił przed siebie rękę. Jego dłoń drżała wyraźnie. Delikatnie podkulił cztery palce, a wskazujący wycelował w trójkę towarzyszy. Zamknął oczy.

*CONFESSORIS ANIMA!* ryknął myślowo. *Te dignus dolor et solitudini! Poena esse molesta! Nihil possis vivere!*

Ich ciała zdawały się rozlatywać. Myśli przestały być myślami. Ból przyćmiewał wszystko. Krzyki. Szum. Ale czyje krzyki? Te wrzaski należały do nich. Wiedzieli. Nie, nie wiedzieli. Ich świadomość dotknęła granicy szaleństwa, powoli zaczęła ją przekraczać. Zasłużyli… Samotność. Ale razem… Jeszcze trochę… Błogostan. Niebo. Ogień. Ból. Rozszczepienie na dwoje. Nie! Nie mogą się poddać! Granica normalności. Czerń i biel. Pomiędzy była szarość. Tęcza. Ryk. Albo jęk. Brzmiał tak samo głośno. Nie mogą przekroczyć… granicy… Nie mogą… poddać się. Przegrać. Ból ich wykańczał. Szarość mieszała się z tęczą. Światło! Nie, to zwidy! Zwodzą cię! Nie rób tego! Krew. Czujesz to ciepło? Krew. Twoja krew. Płynie dzięki mnie! Dziękuj mi. Oczyszczam cię. Ale wciąż jesteś winny. Zasługujesz na karę. Powinieneś przeżyć. Szaleństwo jest zatracające, prawda? Ból. Cierpienie. Wrzask. Rozerwanie. Koniec świadomości. Ludzie postapokaliptyczni. Nikt cię nie uratuje. Apokalipsa. Armagedon. Anihilacja. A… Co jeszcze? Autodestrukcja. Agonia. Asceza. Życie jest bez wartości, nie zrobiłeś niczego, aby było cenne. A co z moją autodestrukcją? Czynisz się jeszcze bardziej bezwartościowym, niż byłeś. Umrzesz, wiesz? Uśmiech. Czuły. Ale pokrętny. Zawsze było "ale". Wszędzie. Czerń. Prostokącik światła. Nikt nic nie wie. Jesteście postludźmi. Nic nie możecie zrobić. Pomrzecie tak, jak teraz stoicie. Co oni komu zrobili? Czym narazili się Merlinowi, że tak cierpieli? Wiecie, czemu tak jest. Taka była kolej rzeczy. Krąg życia. Musicie umrzeć, aby inni mogli żyć. Nie! Nie musieli! Oni będą współgrać! Szarość. Tęcza. Biel. Oddech. Nie, to już było sapanie. Ciężkie dyszenie. Ból rozrywający mięśnie.

Draco powoli otworzył oczy.

Był cały. Jęknął. Okazało się, że leżał na podłodze obok sztywnego Severusa. Tom również odzyskał przytomność. Nie wiedział, co Potter zrobił, ale nie chciał doświadczać tego ponownie. To było koszmarne. Czuł się… niczym. Był w próżni swoich lęków, próżni pełnej bólu i rozpaczy. Nie chciał wracać. Odetchnął głęboko, zamykając na powrót oczy. Wtedy świadomość odzyskał również Snape.

Harry stał przed nimi, ubrany w czarne, ciężkie szaty. Wyglądał niczym mroczny władca, natomiast jego uśmieszek był podły. Zielone oczy błyskały spokojem. Sprawiał wrażenie zrelaksowanego.

— Teraz już wiecie, czym jest psychiczny ból. Sięgnąłem do waszych serc, rozerwałem je, aby dostać się do waszych lęków, obaw, strachów. Od dziś wasz bogin przybierze moją postać. — Uśmiechnął się łagodnie; z tego uśmiechu zniknęło szaleństwo, została czułość i delikatność. — Następnym razem radzę wam spełniać moje polecenia. Możecie wrócić do siebie. Trochę się zagalopowałem i trzymałem was półtorej godziny w środku strachów. Zaraz będzie północ.

Podszedł do drzwi, jego kroki były doskonale słyszalne na kamiennej podłodze. Przystanął przy drzwiach, przeczesał palcami włosy, których przedziałek był równo na środku. Odwrócił się jeszcze na chwilę, spojrzał w zamyśleniu na Toma. Przygryzając wargę i skubiąc ją zębami, powiedział powoli:

— Riddle, jutro chcę się widzieć w Malfoy Manor ze wszystkimi śmierciożercami.

— Tak szybko? — zdziwił się Tom, który zdążył usiąść na kanapie.

— W moim domu? — jęknął w tym czasie Draco.

Harry zignorował Ślizgona.

— Tak. Muszę już zacząć działać. W końcu kiedyś przecież stanę oko w oko z kilkoma idiotami. I lepiej, aby było to wcześniej niż później. Nie wiem, co się wydarzy. — Wyszedł z komnat Severusa.


KONIEC ROZDZIAŁU DZIEWIĄTEGO


(łac. frazy po ang. Confessor's soul. You deserve only pain and loneliness! Punishment will be painful. And you can do nothing to stay alive. pol. Dusza spowiednika. Zasłużyliście tylko na ból i samotność. Kara będzie bolesna. I nie możecie niczego zrobić, aby pozostać żywymi.)