Ruda098: No na razie raczej nic. Poczekajmy do spotkania.

Jak możesz, zubatku? Healer to moje ulubione słowo w angielskim! Przynajmniej jedno z ulubieńszych. I Potter MOŻE wygra. Nie powiem. Ma 50% szans.

NigrumLotus: Fantazja już blisko! Ha! A orgia... Pomyślę. Muszę i tak jeszcze pomęczyć pana Heatha Moora, co nie?

shelis: Czytaj między wierszami, złotko. Moim zdaniem tamten rozdział wniósł wiele.

TOZWN: Doczekasz się, doczekasz. Już w następnym rozdziale. Tu nieco o koalicji Pottera z demonami.

Exterminas: Już ci ciut odpisałam. I to nie tak, że Harry jest idealny - on po prostu nie robi tego, czego nie umie. I nie lubię wychodzenia bez szwanku. Kocham krew. Tortury. Śmierć.

To już wszystko... Cieszcie się :D


ROZDZIAŁ DZIESIĄTY


— To nie jest mądre posunięcie z twojej strony — zauważył cierpko.

Zaśmiała się cicho, obrysowując delikatnie jego lewy sutek. Westchnął z rozleniwieniem, poddając się jej kojącej dłoni.

— Może i nie — przyznała. — Ale nie narzekasz. Łóżko jest wystarczająco duże dla naszej dwójki. Poza tym, muszę z tobą porozmawiać.

Spojrzał na nią zmrużonymi oczyma. Dotąd jego ręce spoczywały pod głową, ale teraz lewa wymknęła się, prawą położył na biodrze kobiety. Błyskawicznie położył się na lewym boku, opierając łokciem o poduszkę. Przyjrzał się uważnie jej twarzy.

— Porozmawiać? — Uniósł brew, gdy skinęła. — A o czym? Przecież chyba nie mamy o czym rozmawiać, mam rację?

— Mamy. Rozmawiałam z Asmo. I podsłuchałam rozmowę Lucyfera z Astarothem. Razjel cię zniszczy. On szuka na tobie zemsty — szepnęła.

— Ten kretyn wciąż żyje? — skrzywił się.

Skinęła głową.

— Oszukał cię. Odciął energię. Masz wrażenie, że on słabnie, prawda? A to kłamstwo. Uzdrowiciele go uratowali. Sam Mefisto o to zadbał. To cwany lis. Zawsze szukał oparcia w silniejszych. Razjel jest dla niego tylko bronią, którą wykorzysta. Ale Razjel nie jest głupi. W końcu się kapnie, zabije Mefistofelesa i stanie się potężniejszy. Mefisto sporo ryzykuje, tak czerpiąc z pyszniącego się Razjela. On stanie się ostrożniejszy po tym, co mu zrobiłeś. Jednak i tak zginiesz, nie martw się. Razjel ci nie popuści.

Harry uśmiechnął się po kociemu, jednocześnie czując, że miał twardy problem.

— Przesadzasz. — Położył się na niej. — Jednak dzięki za informację. Stanę się ostrożniejszy. — Powoli wszedł w nią, skubiąc jej dolną wargę swoimi. Zaczął ruszać delikatnie lędźwiami, aby móc dalej rozmawiać z Ejszet. — Jutro mam spotkanie ze śmierciożercami. Uda ci się kogoś przyprowadzić? — Jęknął, czując gorąco i wilgoć.

Uśmiechnęła się olśniewająco.

— Pewnie, że tak. Wiesz, ile demonów czeka na obalenie Razjela? W piekle był tyranem. Pomagał Lucyferowi, Abaddonowi i Semyazzie. Ich czwórka to najbardziej znienawidzeni obywatele. Ale nikt przeciwko nim nie wystąpi, armia stoi murem za Asmodeuszem, a ten popiera ich poglądy i w ogóle.

— Przyprowadź ich jutro na spotkanie, dobrze? — Musnął jej wargi. — Zacznę się przygotowywać. — Przyspieszył nieco ruchy, wywołując stęknięcie u Ejszet. — I tak przy okazji, Dumbledore i ogłupienie to twoja robota? — Jej wyszczerzone zęby były wystarczającą odpowiedzią. — Uwielbiam cię — zamruczał, a potem pocałował ją mocno, namiętnie.

Ejszet przyszła do niego, wysłana przez Razjela po chwili, gdy podpisał pakt z demonem. Szybko odkrył, że nie podobała się jej służba u Pana Tajemnic, choć stało się to przez przypadek. Wtajemniczył ją w swoje plany, a ona od razu przystała na równy udział w przedsięwzięciu. Była jego szpiegiem w piekłach, więc w ciągu pięciu dni zdążył pokonać Razjela. A teraz się okazywało, iż przeżył. Skubaniutki, nie ma co!

W Hogwarcie była już u niego sześć razy, teraz był siódmy. Nie angażowała się w nic uczuciowo, za co ją cenił. Nie wymagała od niego wierności, czystości (ciężko o to u demonów, jednak to formalność), ascezy czy czegokolwiek innego. Sama balowała i się zabawiała z tymi, z którymi chciała. Była po prostu jego przyjaciółką, czasem kimś, do kogo mógł się przytulić w łóżku, ale również sprawdzonym źródłem informacji, szpiegiem. Wielofunkcyjna babka, pomyślał z rozbawieniem.

*Te, jednofunkcyjny facecie!* fuknęła na niego.

*Czepiasz się.*

*Ktoś musi* stwierdziła.

Prychnął.

*Też się mamuśka znalazła!*

*Śmierdzący gówniarz! Szacunek okaż starszemu!*

*Marzysz, ślicznotko!* Ruszał się już automatycznie. Później przeżywał jeden z najlepszych orgazmów w życiu. A wcale nie było ich tak mało, nawet jeśli patrzeć na jego młody wiek.

Pocałował ją delikatnie. Uśmiechnęła się z rozleniwieniem. Zszedł z niej, ułożył się obok.

— Musisz już dziś wracać? — zapytał cicho.

— Na razie nie. Myślę, że nic się nie stanie, gdy zostanę do jutra. Na dwie godziny przed spotkaniem pójdę po demony. Przyjdę bezpośrednio do Malfoy Manor, dobrze? — Pocałowała go w czubek nosa.

— Jak chcesz. — Oblizał wargi. — Ale nie wiem, jak z lekcjami.

— Przyjdę na nie. Powiem, że jestem z Ministerstwa. Poza tym, nie zapominaj, że równie dobrze Dumbledore może powiedzieć, że wizytuję Hogwart. W końcu to ja mam władzę nad jego świadomością. — Uśmiechnęła się do niego porozumiewawczo.

Zaśmiał się.

— Ejszet, mówiłem ci, że cię uwielbiam?

— Tysiące razy. Ale powiedz jeszcze raz, kocham to słyszeć.

— Próżna… Lecz wciąż cię uwielbiam.

— Wiem — wymruczała. Jej ręka szybko znalazła się na jego członku, ścisnęła go. — Ale ja już ci tak nie powiem.


W piątek na śniadaniu mnóstwo osób dostało pocztę. Harry również. Uśmiechnął się, widząc harpię, która leciała w jego stronę. Jedna próżna, druga kocha zwracać uwagę… No i co ja mam z nimi zrobić? Muszę powiedzieć Ejszet, żeby przyprowadziła Machlat. Pewnie i tak to zrobi, jednak wolę być pewnym, iż na pewno tak będzie.

Wszystkie osoby w sali patrzyły na pięknego ptaka. Wylądował on przed Harrym, który spokojnie wziął list, dotąd spoczywający w dziobie harpii. Ptak skrzeknął. Potter pogłaskał go, podsunął talerz, więc zwierzę zajęło się jedzeniem, podczas gdy Harry czytał list.

Młody,

liczę, że Cruciatum — śliczne imię, prawda? Wiesz, co oznacza? — doniosła list. Dopiero ją uczę, więc może być problem. Jeśli to czytasz, świetnie, jeśli nie jesteś odbiorcą — wyślij Cruciatum z listem dalej.

Przechodzę do sedna. Ejszet pewnie była z tobą, skoro nie mogłam jej znaleźć, ale aniołowie i demony podpisały koalicję. Przeciwko tobie. Jeszcze mi za to podziękujesz, spokojnie. Ale na razie nie czas na wiwaty i składanie podziękowań, bo tu na scenę wkracza Astaroth, Azazel i Somael. Na razie pozostań w cieniu, działaj po cichu. Mefisto knuje z Razjelem, jest na każde skinienie Pana Wielkiego Maga. Ale sam chce się go pozbyć. Szuja. I jednocześnie demon z krwi i kości. Kurczę, nie wiem, czy go tępić za głupotę, czy gratulować przebiegłości.

Musimy się spotkać. W miarę szybko. Chyba że chcesz umrzeć. Nie wnikam. Daj znać listownie przez Cruciatum lub przekaż wiadomość Ejszet, ona mi powie. Wierzę, że jesteś zajęty. Czymkolwiek. Lub kimkolwiek…

Twoja (ale i swoja) Machlat

Zaśmiał się. No tak. Cała Machie. Nie mogła sobie darować podtekstów. Co za stworzenie! Musiał więc jej odpisać. Pergamin odwrócił na drugą stronę, wyjął z torby pióro i kałamarz, po czym zaczął pisać:

Machie,

nienawidzę, gdy mówisz/piszesz o mnie „młody". I chcę, żebyś była na spotkaniu. Napisałaś list, jakbyś czytała mi w myślach. Ejszet przyjdzie po ciebie, gdy nadejdzie czas. Więc się nie martw.

Wytrzymaj do wieczora,

BV

Podał pergamin Cruciatum, która przyjęła go w dziób i odfrunęła. Wiele osób wydawało z siebie westchnienia zachwytu, kilka pytało o coś szeptem towarzyszy. Widząc pełen satysfakcji uśmieszek Harry'ego, ktoś wypalił:

— Potter, wielbicielka?

Uśmiech Harry'emu zrzedł, zastąpiony przez nienawistny grymas; nie cierpiał gdy się do niego odzywali, zwłaszcza że zawsze wygadywali głupoty. I nie bez powodu podpisał się w liście BV — Born Villain. To był jego pseudonim, jaki wybrały dla niego pomniejsze demony.

Wstał, powiódł po sali groźnym spojrzeniem, aż wreszcie wychwycił twarz śmiałka. Jednocześnie zarejestrował nieobecność profesora obrony. Uśmiechnął się jak zwierzę, a potem warknął:

— Nie widzę w tym twojego interesu. A może zazdrościsz? — Kilkanaście osób zaśmiało się cicho, ale nic poza tym: wszyscy czekali na dalszy rozwój wypadków.

Harry zaczął iść w jego kierunku powoli, ale drzwi do Wielkiej Sali otwarły się. Spojrzał odruchowo w tamtą stronę i aż parsknął śmiechem. Ejszet, szata czarodziejska, szpiczasta tiara (obie w kolorze szkarłatnym) i okulary w czarnej oprawie? Nie, to nie mogło przejść!

— Pan Potter, jak mniemam — odezwała się zimnym, profesjonalnym głosem.

*Oby tak dalej, Ejszet!*

— Tak, a pani to…?

Podeszła do niego, stukając obcasami butów. Wreszcie wyciągnęła przed siebie rękę zakończoną czerwonymi pazurami. Uścisnął jej dłoń.

— Nazywam się Miranda Ifreann. Pochodzę z Francji. Przybyłam tu, aby pomówić z dyrektorem Dumbledore'em na temat planu wymiany uczniowskiej. — Uniosła wystudiowanie brew, rozglądając się, ale jej granatowofioletowe oczy lśniły z rozbawieniem.

*Ślepa jesteś? Siedzi przed tobą* zażartował.

*Kretyn!* prychnęła, ale zbyt wesoło, by się przejął.

Dyrektor wstał, uśmiechnął się dobrodusznie, a potem podszedł do nich. Skinął głową zaniepokojonej Minerwie. To tylko jeszcze bardziej ją zaniepokoiło.

— Witam, pani Ifreann. Albus Dumbledore. Zapraszam do gabinetu.

— Witam, dyrektorze. Porozmawiamy, a potem chciałabym pójść na lekcje… Siódmy rocznik? Może z uroczym panem Potterem. — Położyła dłoń na jego ramieniu.

Harry'emu chciało się śmiać. Czuł na sobie spojrzenia wszystkich uczniów i nauczycieli, wiedział, że Hermiona, Ron i Ginny wciąż węszą, że musi spełnić życzenie Draco, ale… Wszystko przez Ejszet! To przez nią miał to gdzieś! Wyglądała przezabawnie, zachowywała się jak nie ona, a Dumbledore przez nią zidiociał! Naprawdę, co też ona kombinuje…

*Ty lepiej daj mi Wywar Żywej Śmierci* rzekła. *Myślę, że gdy przekonasz do siebie śmierciożerców, będziesz potrzebował kogoś zaufanego na stanowisko dyrektora.*

Dumbledore odszedł z Mirandą, ale Harry już nie wrócił na miejsce — uciekł do biblioteki, gdzie mógł spokojnie rozmawiać z Ejszet. Tam rozsiadł się wygodnie w fotelu między półkami, zamknął oczy, odprężając się, zapominając o pani Pince, która w wejściu obdarzyła go spojrzeniem głodnego sępa.

*A jak to wytłumaczysz?*

*Zwykły, ludzki zawał serca* odparła spokojnie, jakby już dawno nad tym myślała.

*To po co Wywarem Żywej Śmierci? Można od razu go zabić* stwierdził. Przecież to było marnotrawstwo eliksiru! *I, tak poza tym, następna do dyrygowania w kolejce jest McGonagall. Potem Snape.*

Wyczuł śmiech Ejszet.

*Młody…* Warknął na nią w myślach. *Dobrze, panie Jestem Zły Born Villain* powiedziała nieco kpiąco *Dumbledore może być nam potrzebny ze swoją wiedzą, więc potrzymam go w piwniczce* nazwała ładnie salę tortur *i o resztę się nie martw, bo zrobię jej pranie mózgu, skoro Snape stoi po twojej stronie.*

Tym razem to była jego kolej na zaśmianie się.

*Po mojej stronie? Kpisz czy coś brałaś? Snape stoi za mną, bo się boi o swojego Dracusia. Gdyby Malfoy zginął, Snape stanąłby po stronie Zakonu. Tak nie ma wyjścia. Ja, ty i Machie rozgromimy Zakon w kilka chwil, ich Avada może mnie cmoknąć w tyłek!*

*Jeszcze nie jesteś demonem, zginąłbyś. Dobrze o tym wiesz!* przypomniała mu ze złością.

*Martwisz się o mnie?* powiedział przekornie.

*Może!* warknęła. *Nie chcę czterech głupków rządzących piekłem! Mam dość! Możesz to zmienić, jesteś symbolem zmiany, rozumiesz? Dla nas! Na lepsze!*

*To zbierz mi armię na dziś, a wzniosę cię na tron!* odrzekł jej na to ze złością. *Kogo tylko zechcesz! Muszę zmienić ten świat! Są zbyt zadufani w sobie! Ślepi! To obustronne zwycięstwo! Nie tylko ty masz w tym swój cel! Na razie zajmij się Dumbledore'em. Muszę iść na lekcje obrony* mruknął.

Wstał z fotela i powlókł się do sali. W środku byli już uczniowie, więc podszedł do ławki Draco, który usiadł z Nottem.

— Zjeżdżaj! — warknął Harry do Teodora. Chłopak zebrał się i czmychnął jak najdalej. Za to Dracon się nachmurzył. — Coś nie tak? — Potter uniósł brew.

— Tak — burknął Malfoy, podczas gdy Gryfon siadał. — Przeganiasz ode mnie wszystkich.

Harry uśmiechnął się łagodnie.

— Czas na pierwszą część życzenia — mruknął, wpatrując się intensywnie w profesora. Mężczyzna zadawał pytania, na które zwykle odpowiadała Hermiona. Nagle jego oczy odrobinę się zamgliły. Potter zaczął śmiać się pod nosem wyjątkowo podle. — Strzał w dziesiątkę. — Przeniósł spojrzenie na Granger, która zezowała między nauczycielem a nim, co wywołało grymas na jego twarzy. Nie cierpię, gdy się tak wpierdala. Wykorzystał jednak kontakt wzrokowy, aby nieco ją ogłupić.

— Dobrze — rzekł profesor Faire le Con. Kiedy im powiedział, że nazywa się Claude Faire le Con, klasa ryknęła śmiechem, jednak potem musieli przyznać, że był w miarę kompetentny. A teraz Ejszet sobie wymyśliła, że jest z Francji… Cóż, przypadek? Możliwe. — Napiszecie mi trzy stopy… — wszyscy jęknęli, nie włączając w to Harry'ego — o zastosowaniu zaklęcia spowalniającego i skutkach zmieszania go z Drętwotą.

Draco przełknął. Dostanie lepszą ocenę od Granger. Wiedział, że był dziecinny, ale to drugie… Harry naprawdę zamierzał je spełnić? Poczuł, że zrobiło mu się gorąco. Musiał rozpiąć górny guzik, aby poczuć się choć odrobinę swobodniej. Poluzował również krawat, co nie uszło uwadze Harry'ego — chłopak zaśmiał się złowróżbnie, a to tylko podwoiło dreszcze na plecach Malfoya.

Kiedy nauczyciel kazał im zapisywać różne formułki oraz poprosił o zrobienie notatek, Harry zaczął mruczeć coś pod nosem. Draco udało się wychwycić jedynie końcówkę tej wypowiedzi do siebie, ale nie napawała go ona optymizmem:

— Kto ma rozum, niech liczbę Bestii przeliczy: liczba ta bowiem człowieka. A liczba jego: sześćset sześćdziesiąt sześć.

Ukrył swoje emocje, pisząc zawzięcie piórem, jednak zdradzało go drżenie ręki.

Harry pochylił się nad nim, aby wyszeptać mu do ucha:

— Jak myślisz, kto jest Bestią? Czyja to liczba? Sześć, sześć, sześć? Hm, jak ci się wydaje… — zaśmiał się cichuteńko — Draco? — Pocałował go w ucho, po czym wrócił do przerwanej pracy. Ale nie zapisywał tego, co powiedział nauczyciel, o nie. Malfoy, czerwony na twarzy, próbował dojrzeć cokolwiek, jednak Potter zasłonił się włosami.

— Czy jest coś interesującego w pracy pana Pottera, panie Malfoy, że nie może pan skupić się na własnej? — zapytał z francuskim akcentem Faire le Con.

Draco spojrzał na niego z wyzwaniem w oczach.

— Nie.

Nauczyciel wykrzywił się, przystając ławkę dalej. Klasa patrzyła to na Claude'a, to na Draco. Obaj mierzyli się przez chwilę spojrzeniami. Wreszcie Faire le Con postanowił przemówić:

— To niech pan wraca do pracy. Inaczej będę zmuszony jakoś pana ukarać.

Malfoy uśmiechnął się krzywo.

— Nie wątpię, panie profesorze.

Wtedy drzwi do klasy otwarły się, wkroczyła Ejszet w swojej śmiesznej czerwieni szat. Harry zachichotał cicho, co nie uszło uwadze Draco. On coś wie o tej kobiecie, pomyślał, oglądając wymianę spojrzeń między tą dwójką. Tak, zdecydowanie coś w tym jest.

Claude spojrzał na Mirandę, unosząc brwi.

— Och.

— Tak, och — rzekła nieco zjadliwie.

Harry zmarszczył czoło. Coś było nie tak. Czyżby Ejszet wyczuła jakąś nieprawidłową myśl?

*Skarbie, co się stało?*

*Przede mną stoi Moloch, to się stało.*

Do Harry'ego dotarła ta piorunująca informacja dopiero po chwili.

*CO? To… gdzie Adramelech? I czemu go nie wyczułem?* Zaczynał powoli panikować. Ejszet, wyczuwszy to, przesłała mu kojącą myśl:

*Cii, maleńki. Moloch i Adramelech nic nam nie zrobią. W piekle ich szukają, a oni… Nie zdziwiłabym się, gdyby po prostu uciekli. Też mam na to ochotę. Poza tym, nie mogłeś ich wyczuć. Są mistrzami kamuflażu. Jednak uważaj — Asmodeusz też jest świetny. On już nie będzie milutki, jest lojalny wobec Abaddona i Lucyfera.*

Harry odetchnął. Skoro Ejszet tak mówiła…

Wreszcie ciszę przerwał Claude. A raczej Moloch.

— Co pani tu robi?

— Wizytuję — odparła ze stoickim spokojem.

Harry czuł, że zaczęła się z nim porozumiewać telepatycznie i zaczął żałować, iż nie mógł tego słyszeć. Pewnie i tak dowie się na zebraniu.


KONIEC ROZDZIAŁU DZIESIĄTEGO